czwartek, 22 grudnia 2022

Chwilka chwalątki

No ten, jest rzecz, że chcecie cegiełką złotych polskich powiedzieć, że hej, nie zgadzam się na strach, śmierć i zło? No to możecie zamówić w Fundacji Pogranicze  zestaw tłumaczeń wierszy ukraińskich poetów. W tłumaczeniach mam tez i ja skromny udział.

Alija Gulijewa, Kość w gardle, przeł. J. Lewandowska


a tu nazwisko me dotarło na Słowację, no kurka wodna! tadaaaa link


a tu znalazłam w Nowym Napisie

niedziela, 11 grudnia 2022

czytanie wdzięczności

 No bo wiecie, ponieważ jest łikend i jeszcze św. Mikołaj był tak łaskawy, że zaczerpnąwszy garścią z mojego osobistego konta, przysłał mi w zamian książeczki, to spędzam znowu czas z Sandmanem. Czytam od deski do deski, zawsze czytam książki od deski do deski, przedmowy, posłowia, przypisy, stopki redakcyjne, podziękowania. I właśnie o tych podziękowaniach dziś, bo uznaję, że skoro autor lub autorzy umieszczają podziękowania w książce, to czynią tak, gdyż ludziom z podziękowań, w odczuciu autorów należy się wdzięczność, a skoro należy się im wdzięczność, to powinniśmy przeczytać nazwiska tych osób i dowiedzieć się, co ważnego dla autora uczynili. Nie wiem, jak wam, ale mnie sprawia to ogromną frajdę, jakbym stawała się na chwilę częścią procesu, uczestniczyła. Czytajcie podziękowania, a ja zagrzebuję się w zwałach kołdry, otaczam krążkiem lampczanego światła i zabieram do kolejnego tomu.




sobota, 10 grudnia 2022

rozwiązanie schroedingera

Podobno nie mam problemu z wyrażaniem się: Asia, ty tak fajnie potrafisz powiedzieć, Asia weź ty napisz, bo ty umiesz.
Podobno mam wielkie problemy z wyrażaniem się: Nie życzę sobie następnym razem takich bezczelnych i chamskich komentarzy z twojej strony, Jest mi strasznie przykro, ze gdy upominam xxx i Ty kpisz…
Słowa mają wielką moc, mocno trafiają do tego ośrodka, który zamienia je w obrazy własne nazywane rozumieniem. Komunikacja jest najtrudniejszą sztuką świata. Samo posiadania klucza nie załatwia sprawy, ten klucz trzeba wciąż aktualizować, wciąż odciskać swoje kody w glinie rozpoznania. Możliwe, że liczba Dunbara jest z tym związana.
Nigdy nie wiem, czy umiem używać słów, nigdy nie jestem przekonana  jak użyć słów, nigdy nie mam pewności, czy użyte przeze mnie słowa zostaną odczytane zgodnie z moją funkcją falową bycia, czy kogoś nie skrzywdzą. Jest różnie. To jedno

Drugie jest weselsze

A rzeczy wydarzają się w najdziwniejszy sposób. Wszechświat zachęcał do wycieczki do radia Olsztyn, poprzez religijną Jolę, która ma tam koleżankę. Od razu przyklasnęłam, bo nigdy nie byłam stopą namacalną w radio (ta niechęć do odmiany w  niektórych przypadkach wynika z przyzwyczajenia). I tak to planowałyśmy od początku roku, aż dzień przed wycieczką bęcnął mnie wszechświat, że ej, ty też kogoś tam znasz, kogoś, z kim się już tyle razy umawiałaś na spotkanie realne, kogoś, kogo blog ratowania lalek śledziłaś i kogoś, kto jest silną częścią twojego fb świata. I o, poznałam na żywo Magdę. Całkiem niespodziewanie prawdopodobnie dla nas obu. I ojejku, jak to fajnie, że żywa osoba jest taka, jak ją sobie wyobrażałam!


A zatem tak na marginesie,

 moi drodzy, czasami, kiedy podskakujecie, pamiętąjcie, że Ziemia w tym czasie obraca się o ciut i  wcześniej czy później, znajdziecie się w tym samym, a zupełnie innym miejscu. 




niedziela, 4 grudnia 2022

domek z kartek

Niemal spokojny łikend. Śnieg, który nas wczoraj zasypał, przykrył naprawdę wszystkie hałasy. Nie dźwięki, ale hałasy właśnie. Po południu ludzie przestali jeździć, piłować i zgrzytać, został tylko szmer padających kropek, narzekanie awifauny i tajemnicze niezidentyfikowane szelesty. Samozadowolenie z powodu uprzątnięcia i spilingowania skóry domostwa, skutecznie podniosło mi punkty apgar, a i żywe istoty domostwa tego, nie popadały wczoraj w jakieś szczególne dramaty. Nie bardziej niż zwykle. I w tej na poły uśpionej atmosferze, a później dodatkowo w fioletowym świetle zachodu, unurzałam się, utaplałam w słowach i obrazkach.

Najpierw Neil Gaiman, tym razem cykl Śnienia, o którym nie będę się rozpisywać, bo jest to nadal universum Sandmana, tylko skupiony na samej krainie i jej mieszkańcach. Sen opuszcza Śnienie i, doczytajcie to sobie sami, rzecz jasna. Jasna sprawa, że uczta obrazkowa i opowiastna.

Noce Nieskończone (z tegoż universum), które traktują o Nieskończonych, a więc Śmierci, Śnie, Zniszczeniu, Pożądaniu, Rozpaczy, Malignie, Losie. Każda postać, to osobna historia z innym rysownikiem i inną formułą, które to formuły znakomicie zgadzają się ze specyfiką postaci.

Wczoraj pisałam o mocy opowieści. Dzieła Gaimana, zarówno te pełnosłowne, jak i tworzone wespół z rysownikami komiksy, to jest przykład prawdziwej mocy, która chcesz, czy nie chcesz wsysa cię jak wir aż na samo swoje dno. Kiedy książka się kończy, mrugasz oślepiony światłem codzienności i naprawdę nie wierzysz, że cały czas twoje ciało tu było. I na tym realnym (czyżby?) ciele, nosisz wszelkie znamiona przebytej przygody, ból nadwerężonych mięśni, ukruszony ząb, mokre od łez policzki. Każdy, kto zacznie od zaprzeczenia, niech najpierw sam sprawdzi, później pogodzę się z jego zdaniem.

A nocą obejrzałam na Netflixie serię Wednesday Tima Burtona. Ładny, timowy taki, ale czuć już jego łagodnienie. Wednesday, to, a jakże, miniatura Johnego Deepa (Burton taką właśnie postać uwielbia, nawet w swoich animowanych), acz to nie zarzut. Zresztą myśl o łagodnieniu to też nie zarzut, bo serial jest bardzo burtonowski (uwielbiam), tylko wcześniejsze rzeczy miały jakiś wyjątkowy pazur, dozę szaleństwa intuicyjnie rozpoznawaną przez dzieci, a ekscytującą dorosłych (albo odwrotnie może), cienki, niemal niedostrzegalny włos, który leży pomiędzy futryną, a drzwiami i nie do końca pozwala się im zamknąć. Wednesday jest już "nowa", bardziej uporządkowana, przewidywalna, na szczęście nic nie traci ze swego malarskiego, baśniowego czaru burtonowego umysłu. I dobrze, bo to frajda.

Zaś w ubiegły łikend przeczytałam książkę, która dodała mi myśl, jakiej nie miałam - W domu snów, autorstwa Carmen Marii Machado w przekładzie Łukasza Błaszczyka. 
Nową myśl, w sensie, że wcześniej jakoś w ogóle nie przychodziła mi do głowy temat przemocy w związkach nieheteronormatywnych. Z powodu przesączania się z mediów standardowych problemów, tolerancji, nietolerancji, protestów i manifestów, mój mózg zaczął w którymś momencie generować myśli zabarwione propagandą i wyszedł ze stanu zwykłyświat. Więc ta książka dała mi po grzywce i potrząsnęła za ramiona i przypomniałam sobie, że świat działa tak samo dla wszystkich i żadna tęcza nie ochroni nas przed katastrofą. Tylko my sami. Książka jest odważnym zapisem związku autorki, w którym była przemoc, groźna, niszcząca, pozbawiająca jakiegokolwiek poczucia siły. To, że związek był queer w niczym nie przeszkadza tej książce być o związku przemocowym każdym, ale dodatkowo mnie jakoś to ocuciło z haseł. Bardzo polecam, bo jest świetnie napisana, bez mazgajstwa żadnego, czy grania na emocjach, miejscami cholernie poetycko, miejscami onirycznie, wręcz malignowo, a czasem pragmatycznie jak sól na stole. Machado znakomicie wyjęła i dała nam siebie, tak po prostu, bez żadnego wdzięczenia, czy żebrania o uwagę. Jak już skończycie Gaimana, przeczytajcie W domu snów.




sobota, 3 grudnia 2022

wir słów

 Zaczynam opowiadać i natychmiast kąsają mnie myśli, wyłażą z kątów, żeby mnie szarpać, czy moja opowieść będzie dostatecznie mądra? czy będzie dostatecznie ciekawa albo przynajmniej dostatecznie piękna? Żeby opowiadać, trzeba mieć mężne serce, nie tylko przeciw światu, ale także przeciw własnym wątpliwościom. Trzeba też istnieć w wielkiej równowadze. Opowieści, które do mnie docierają, budują lepszy świat, w którym żyję tysiącami żyć. Żyję w całości, zostawiając swoją organiczną powłokę zwiniętą w fotelu lub zapakowaną w fraktale kołdry. Śmieję się, cierpię i płaczę w rytm pływów krwiobiegu opowieści. Przekraczam światy i wracam odmieniona, kompletnie nieswoja. Na razie wracam.
Kochamy opowieści. Właściwie kochamy, to niedobre słowo, nieoddające gruntu rzeczy. Potrzebujemy opowieści i wchodzimy z nimi w szczególny rodzaj koegzystencji opartej na wzajemnej wymianie, choć nie do końca jest to symbioza. Każda dobra opowieść nas zmienia, zabiera kawałek mnie takiej, zostawiając fragment nowy, niewbudowany jeszcze w całość. Czasami nie wiadomo nawet, co z tym fragmentem zrobić, tak wydaje się niepasujący lub zaskakujący albo jeszcze bardziej, dziwny.  Opowieść potrzebuje tych skrawków nas do trwania, do rozmnażania się, jest więc szczególnym rodzajem istnienia, które, można by spekulować, jest rodzajem życia. Karmi się, rośnie, przemieszcza, namnaża... Bywa, kiedy nasz umysł jest wyjątkowo podatny lub nie znajduje właściwego balansu między ową szczególną wymianą, a twardym pragmatyzmem rzeczywistości, opowieść uzjadliwia się, pokazuje swoją pasożytniczą twarz i przejmuje kontrolę. Człowiek, nad którym opowieść przejęła kontrolę ma krótko mówiąc,  przekichane,  bo zmienia strukturę, kawałek po kawałku z zawrotną szybkością (opowieść jest żarłoczna) i w tym tempie nie potrafi wybudować zmian dostatecznie szybko, przyswoić ich i zsynchronizować całości. To właśnie wtedy pojawiają się maligny, obłędy, omamy. Opowieść to ważna część naszego życia, poważny partner i groźny przeciwnik. Strzeżcie się opowieści.



niedziela, 27 listopada 2022

Cztery mile za piec

 Szczątkowo trzymam się dyscypliny blonotki, żeby nie popaść w zupełna bezblożność. Nie że byłoby to uszczerbkiem dla wszechświata, tylko dla mnie. Ważne jest dla mnie to zapiskowanie na tyłach rzeczywistości, zapiskowanie przeciw niej i jej na przeciw. Dziś wyjątkowo w moim środku panuje słoma, żadne prądy nie znoszą domostwa na mieliznę, domostwo dryfuje sobie jeszcze w przedpołudniowym śnie przedzimia, które możliwe, będzie jedyną zimą tego roku. I sen dziś, pomimo wpadania w skraje chorobowe (znacie ten stan, kiedy obowiązek tak ściśle trzyma was za gardło, że, kiedy tylko na chwilę lżeje, natychmiast układacie się w łóżku żeby się nie przewrócić razem z kaszlem, zatokami i bogowie wiedzą czym jeszcze), no więc sen dziś miałam wielce przyjemny, romantycki, możliwe, że wykwitły na fali doraźnych paramedykamentów, którymi naszprycowałam się nocą w nadziei cudownego oczyszczenia rano (droga niezupełnie błędna, choć też nie doprowadziła mnie do zamku i połowy ręki księżniczki). Kurczę, teraz się zastanowiłam, co robiono później z druga połową, no bo że król ojciec sobie zostawiał póki żył, to jasna, ale co później i czy nie mógł na rzecz ukochanej córki i wspaniałego szlachetnego księcia (lub głuptasa) wycofać się na słodką królewską emeryturę. No, ale to na marginesie marginesu, bo przecież sama notatka dzisiejsza jest manifestacją raczej potrzeby dyscypliny, niż koniecznością opisywania świata, który jaki jest, każdy widzi. Wczorajszy świat, przedryfował u mnie w kształcie znikających galaretek, które odkryłam w postaci gierki online w schemacie blocks. Nie same galaretki, czy ulubienie różnego rodzaju klocków sprawiło, że poświęciłam na nie potężny wycinek dnia, który równie dobrze, a nawet lepiej mogłabym poświęcić na rzeczy piękne, ważne oraz straszne, ale dźwięk. Znikanie kolorowych galaretek, trącanie potworków oraz ropuszek, a także bzebzebze wysłanników chaosu, przykuły mnie do tego otumaniającego zajęcia. Przez ucho do serca, bo od zawsze kocham się w dźwiękach, nie tyle, że musze słuchać muzyki. Na co dzień żyję ciszą, bo srogość wielu dźwięków wyżyma mój monotaskingowy mózg, ale kocham dźwięk jako taki. Pojedynczy lub z niewielu komponentów złożony. To dlatego zbieram dzwoneczki albo terkoczę kabestanem na łódce, czym doprowadzam moją siostrę do białej gorączki. A pamiętacie klikane metalowe żabki? Pokrywki od słoików, szklane kulki, sople, wietrzne dzwonki,  szmer przesuwającego się między palcami ziarna, pluskanie deszczu w rynnie, pojedyncze bulgoty w rurach, gliniane wodne kogutki, są to dźwięki, które mnie absolutnie uwodzą. Są też dźwięki, które kaleczą mi mózg, piły, kosiarki, silniki, ogłuszające dzwonienie wrzucanych do kosza butelek. Dźwięku mojego głosu też nie lubię, mam okropną żabią barwę i o ile przywykłam do niej w puszcze czaski, to wydobyty i odsłuchany, brzmi dla mnie samej wysoce nieznośnie. Nie dziwuję się zatem moim bliskim, kiedy na niego wołają, och, zamknij się już (nie jestem przekonana, czy chodzi im tylko o samo brzmienie głosu). Ale przecież tyle rzeczy jeszcze chciałabym powiedzieć.

Tak, czy siak, uraczę zapędzających się tu w jakiejś srogiej malignie czytaczy, wierszykiem z mojego tomiku Baśnienie, w moim własnym wykonaniu, którego musiałam dokonać na potrzeby mojego wydawnictwa, które z kolei realizuje potrzeby moje, a więc jest to symbiotyczne posunięcie, choć właściwie to ze strony wydawnictwa mocno altruistyczne, zważywszy, ze pozycja moja w świecie poezji jest żadna.
Biblioteka Śląska to odważna instytucja jednak, za co jestem jej bardzo wdzięczna.

A ponieważ jest śnieg za oknem, to będzie Baśń z pieca, czyta Joanna Lewandowska

czyli ja.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Czytane ukradkiem

 A bo nie mam ciągle czasu, więc na szybkasa. Wiekszość brakuczasu poświęcam na dokończenie Malazańczyków, ale pomiędzy wkradły się takie dysonanse:

Pod tęczą, Celia Laskey (przekład Doroty Maliny) to taka lekko napisana książka o nielekkich rzeczach, które składają się na tolerancję. Najnudniejsze najbardziej homofobiczne miasteczko Ameryki dostaje w prezencie queerową grupę zadaniową i wszystko, co z tego wynika. Ludzie zaglądają sobie do głów i znajdują tam to, co zwykle, trochę siana, jakieś rybki, jakieś akwarium. Dobrze się czyta, ale jakoś mocno nie jest dla mnie zapamiętywalna.


Ta druga książka tak _ Niebezpieczeństwa palenia w łóżku Mariany Enriquez (przeł. Marta Jordan). Zestaw opowiadań w sam raz na ciemne wieczorry. Historie spoza głowy, spod łóżka i z kąta pokoju, miejska groza stojąca tuż za światłem latarni, ludzkie słabości, przywary i okrutne pragnienia. W jednym tomie. 

- Gaucho jest dobry - stwierdził. - Ale ten drugi nie.
Powiedział to cicho, wpatrując się w świece.
- Jaki drugi? - zapytałam.
- Szkielet - odparł. - Tam na tyłach są szkielety.

(Mariana Enriquez, Brudny dzieciak (Niebezpieczeństwa palenia w łóżku), tłum. Marta Jordan) 

A tu proszę, chwalę się, posprzątałam zaplecze gabinetu fizyki. szkoda, że nie zrobiłam zdjęć przed. Ale gdy wyobrazicie sobie kilkunastoletnie pokłady i  zwały kurzu, pająków, much, papierów i żelastwa plastiku oraz drewna zaścielające półki i podłogę, to mniej więcej będzie to





niedziela, 6 listopada 2022

Krzysztof Kleszcz (Prod. Ryini Beats) - Złe

 Jedna z moich małych marzonek się spełniła, bo oto, całkiem niespodziewanie Krzyś Kleszcz pisze do mnie, że wiersz go łupnął i czy może go zrobić. Mało tego, zrobił wyłom w swoim projekcie, bo projekt dotyczy tylko jego własnych wierszy. No to ja sobie myślę, kurczę, lewandoska, siedzisz w tym swoim kaczym dołku, a ci się marzonki same spełniają, no to ekstra, nie? No pewnie, że ekstra, odmyślam sobie i wrzucam linkuszkę do utworu




A tutaj post Wydawnictwa Biblioteki Śląskiej z wierszem



niedziela, 30 października 2022

pomiędzy wczorajem a dzisiejem

Poranek, najbezpieczniejsza pora dnia, wszystko jeszcze przed nami, niewydarzone. A więc może to o to chodzi, że lubię te świtania, kiedy koty znowu śpią po kocim pierwszym śniadaniu i mama śpi jeszcze przed owsianką, i u wujostwa zero poruszeń, i u sąsiadki. Wszystko mam pod kontrolą, kury rozlazłe po nocy leniwie spadają z grzędy do koryta, a słońce o tej porze kryje przydymioną pyzę w mgłach. Mam wszystko pod kontrolą, to jedyna chwila, kiedy wydarzone za mną, a jeszcze nic się nie stało i sen przewleka srebrną nitkę przez uszy śpiącego domostwa. Głębokie i lekkie posapywania upewniają mnie, że oto jeszcze panuje czas niemierzenia się, niebrania za barki z rzeczywistością. Świty są niemal wolne od mojej odpowiedzialności za wszechświat, a za chwilę już trzeba będzie rozniecać słońce, wyciągać trawy za kołnierz, szukać misek na smutek, na ból, na odchodzenie, zapisywać rachunki na ścianach, rozliczać koszty istnienia. 

W piątek do domu przywlekłam spuchnięte migdałki i zatoki, to oczywiste, że kiedy przede mną wolne, to organizm zasypia gruszki w  popiele i zamiast harcować, składa się, a po pobieżnej inwentaryzacji stwierdza, że to już by było na tyle, w kwestii dziury na pokładzie B oraz uszkodzeń kadłuba. No i wychodzi tak, że jest cudowna pogoda, a ja nie mam w sobie ani jednego łożyska kulkowego zdolnego mnie potoczyć. Pracownia fizyczna na rzecz istoty miękkiej.



czwartek, 20 października 2022

I butelka rumu!

 Jestem przekonana, że ktoś za karę wylał mi środek aglutynujący na czas tym samym pozbawiając mnie dowolnego go rozciągania. To dlatego jestem rozchełstana, rozwichrzona i nie wiem, które do czego. Dziś za to ogarnęłam ostatnie złomy z pracowni fizycznej, co się dało naprawiłam, co się da, a nie umiem naprawić, odłożyłam do lepszych czasów, a resztę z sapnięciem uf, umieściłam w skrzynkach odpisu.

A rano na FB znalazłam Grzegorza, idzie zima do morza Malechę, jak czyta moje Remedium pirackie

o i tak właśnie to robi - klik


Nowe Kawkowo 15X22

wtorek, 11 października 2022

a gdyby zajrzeć pod stół...

 No i jest, przyszedł dziś, tak jak powinien, po cichutku, bo to taka właśnie chyba książeczka> Cieszę się jak ze swej, a nie, czekajcie, jest moja...


Wydawnictwo Biblioteka Śląska z prof. Zbigniewem Kadłubkiem, która to instytucja barzo wiele dla mojego pisania uczyniła, za co wdzięczna jestem i za zaufanie połozone we mnie aż trzy razy, dziękuję niepomiernie i nie umiem wyrazić jak.

Mój ulubiony i jedyny redaktor, który wie czego ja chcę Janek Baron,

niedoceniany, a wcholerę ważny redaktor techniczny, co to wie, co gdzie i jak ma być Grzegorz Bociek

Okładka i ilustracje Grzegorz Chudy i rozwiewam wątpliwości, to zupełnie inny Grzegorz niż Ósmy, a przecież (możliwe, ze mają to do siebie grzegorze) równie utalentowany.

A śliczne posłówko abo i może przedsłówko napisał poeta  Jakub Sajkowski, prywatnie mój przyjaciel, choć tym razem mu nic nie zapłaciłam 


ament!

wtorek, 20 września 2022

ryzyk fizyk

 Joho, no będzie prawie miesiąc na lisa, czyli całą noc czyha a rano sp... oddala się raźnym truchtem. Chciałam napisać choć cokolwiek, żeby dać znać bogom bloba, blobogom, boglobom, że tu się nie śpi, tu se pracuje więc taki śnik:

Jeśli ktoś przezywał koszmary nie lubiąc fizyki, to niechże sobie wymnoży przez moją  (ja akurat lubię fizykę) noc, w której rozwiązywałam dość proste zadanie z ciepła właściwego raz za razem, od nowa. I tak, jak potrafię sterować rzeczywistością senną dość często, tym razem nie działało ni cholery. We śnie mówiłam sobie raz po raz, że zadanie już rozwiązałam przecież, a za chwilę jak w piekle, zaczynałam je zapisywać i od początku rozwiązywać. Żeby było hecnie, zadanie rozwiązałam jeszcze przed snem, bo gdyż obecnie do zabaw i rozkoszy dotychczasowych przedmiotów, mam w tym roku fizykę, więc przygotowuję się na nieśpiąco tudzież podczas snu. 



czwartek, 25 sierpnia 2022

mokra sierść

 Nadal mieszkanie z tym kotem wywołuje we mnie odczucie przedziwności, niejakiej obcości i zaskoczenia. Nie to, że go nie znam, tego kota. Mieszka w obejściu od jakichś dwóch, trzech lat (zawsze mam  kłopoty z ustaleniami czasowymi), znam go bo przybył i od razu chciał.
Rzutki młodziak, który próbował bezpardonowo wkupić się w łaski mojego domostwa, spać w łóżkach tego domostwa, stąpać po dywanach tego domostwa, tego domostwa spożywać wykwintne jadło stojące powyżej kocich oczu, domostwa tego adorować rezydentkę, Pannę Łaskotkę. Głównie to z jej powodu domostwo nie zezwoliło onemu młodzieńcowi na pobyt, ale łaskawie przydzieliło ocieplaną i wyściełaną budę w obórce i godziwy, całoroczny wikt. Z racji widniejących na grzbiecie plam o kształtach nieodparcie kojarzących się z kontynentami, nazwany został Globusem i Globusem pozostał dla wszystkich domowników i domostwa przyjaciół. Tak to trwało, wyrywny przedsiębiorczy, napchany kocim testosteronem samiec i domostwo strzegące cześci oraz delikatności koteczki, która również pamiętała tułaczkę.
Role się zmieniają, zmieniają się chwile, przyszedł czas, który zamienił sytuacje. Tak mi się zdawało, że po śmierci Panny Łaskotki, domostwo wreszcie oddycha od kłębów sierści, codziennych histerii i znajdowania kota jako zakładki w książkach. Że to nareszcie wytchnienie od ciągnących się kocich cierpień i śmierci, od potykaczy napiętych w mózgu, reagujących na każde kocie sapnięcie, drżenie ucha, kich. Wtedy, kiedy już było to niemal pewne, przyszedł sponiewierany i zdarty przynosząc ze sobą dwie nieuleczalne choroby, wirusową, która wymaga stałego monitoringu i zastrzyków szybkiego reagowania oraz kolejnego nowotworu, który zjada skórę i obryzguje całe domostwo krwią z niegojących się ranek.
Mam nadal to uczucie przedziwności, że na początku to jest zawsze chęć niesienia pomocy i myśl, że to nie będzie na zawsze, że nie będzie tak jak zawsze, że to nie mój kot. I teraz śpi, to uczucie i kot, na moim fotelu, tuż za plecami, kiedy, właśnie w tej chwili piszę ten post i oglądam się za siebie dotykając dłonią miękkiego futerka, które jak zawsze za szybko zamieni się w kłębek ubrudzony ziemią, to dziwne uczucie mnie dotyka. Trąca mnie mokrym nosem i mówi - że le mrrr?



fryzowanie produktu

 Was też dopada panika? Koniec wakacyjnego lata przechodzę łagodniej wyłącznie dzięki wrześniowi. Ale nie temu wrześniowi szkolnemu, ten akurat dokłada się do paniki, bo mi w tym roku jeszcze dyrekcja wtryniła fizykę (prawdopodobnie niedługo poprowadzę wszystkie lekcje sama i to jednocześnie), to dzięki wrześniowi kalendarzowemu oraz łaskawej astronomii. Nie będę po raz kolejny rozpisywała się nad tym światłem, tym powietrzem, tym tymem, bo blob już jest napchany moimi achami i ochami na ten temat, ale wiecie, trudno wypychać go ciągle nowym, a jeśli nawet mam jakieś nowe achy, to znacie to uczucie, po posprzątaniu garażu, kiedy pod jakimkolwiek pretekstem idziecie tam, siadacie na zydelku i napawacie się tym sprzątnięciem tygodniami? Po co zaraz  lecieć do garażu, mnie przedwczoraj wystarczyło, że umyłam podłogę w pokoju i dziś nadal stąpam po niej odświętnie. I stąpanie po niej nosi znamiona ascendentu, tak, to jest właśnie to uczucie. 

Nie zrobiłam żadnych zdjęć na wczorajszej miniwycieczce, a nie, jedno widelcem, to będzie to na dole wpisu, ale chciałam polecić kolejne wyszperane miejsca, które, wiadomka, lepiej są znane przez turystów niż Warmiaków i właśnie taką drogą się o nim dowiedziałam. Dobra, może niedokładnie taką, bo z netu, ale z turystycznie nastawionej strony. Jeśli lubicie cydr, to koniecznym będzie wybranie się do Kwaśnego Jabłka we Włodowie k. Świątek. Oczywiście nadmieniać nie muszę, że na Warmii? To i tak nadmieniłam, konstrukcja samozjadająca się, psiamać.
No więc w tak zwanej czarnej dupie, czyli po elegancku w polach, jest grzbiet jednej z moren obsadzony jabłoniami. Niedużuchnymi więc w upały słońce smali jak sam skurwesyn, ale wchodzicie na ten garbek i na szczycie stoi sobie buda, taka wiecie, żaden dizajn, ani tam jakiś pawilon, tylko zwykła buda z tarasem, trochę betonu, trochę drewna. Niech jednak nie zwiedzie was swoista  ruderalność tego miejsca (ruderalność cechuje wiele tutejszych absokrwalutnie cudownych miejsc),  udręczeni słońcem podchodzicie do baru i patrzycie co dają. To knajpa sezonowa Niwa należąca do Kwaśnego Jabłka, czyli cydrowej farmy, do której zejść można, a i zamieszkać po drugiej stronie garbku, przez sad. Albo drogą, ale przez sad fajniej. No i w tej Niwie wczoraj dawali przepyszne czieburieki (taka moja nostalgia po Krymie), pielmieni z jagnięciną, kiełbaski z kędzierzawych świń, do tej pory nie pamiętam jak się nazywają (te świnie, nie kiełbaski) (kiełbaski też, bo maja nazwę od świń), ale mgliście zapamiętałam że tylko jeden rolnik ma je w okolicy w stanie absolutnego szczęścia (świnie, nie okolica, przynajmniej do momentu tej kiełbasy, kiedy to szczęście obciąża rolnika), kopytki z ziemniaków truflowych, różne sałaty oraz cydr, wiadome, obok cydrowni i w środku sadu. Tego cydru są najróżniejsze typy, ja wybrałam wiosenny i był przemega. Jedzenie było przepyszota, mają też wersje wege, mają też inne rzeczy, których oczywiście nie zapamiętałam, ale wiem, że w karcie tkwiła zupa rybna,  pomidorowa z pieczonymi pomidorami i deska serów. Trudno mi opowiedzieć rozkosz dobrego jedzenia po dniu spalonym słońcem, na szczycie solarium, w zacienieniu, z zimnym cydrem i dobrą, to znaczy durnowatą kompanią. Oczywiście nie obyło się bez rozmów międzystolikowych, no co za ozór mój jakiś, że zanim się obejrzałam już zagaiłam sąsiadów, a nestor rodu sąsiadów okazał się tak sympatycznym człowiekiem, że tak się jakoś potoczyło. 

Niedaleko jest Camp spa, zajrzałyśmy, żeby zwiedzieć się co zacz. Leśne miejsce zrobione przez ludzi, którzy rzucili wsio i postawili na taką kartę (zaskakujące, a może właśnie nie, że ci ludzie tu, co robią te fajne miejsca, nie są od nas z Warmii, mniej się boją tej krainy niż my), pięknie robią pawilony do masażu, a ponieważ oprowadzała nas absomegalutnie cudowna właścicielka Ula (wiecie,  z tych znających józefa), to zdradziła nam swoje hobby, czyli zbieranie starych drzwi. I te wszystkie drzwi ona i jej partner wbudowują w swoje pawilony i domki mieszkalne, żeby te drzwi mogły uczestnixczyć w życiu i obdarzać nadal swoim pięknem. I choć ceny są tam no, że mnie, górnika oświaty,  na cotydzień nie byłoby mnie stać, ale już raz na ćwierć roku żeby poczuć się fajnie, to tak.  Cudowne jest to, że  mają wanny na świeżym powietrzu, kamienne i drewniane do kąpieli ziołowych i mineralnych, sami konstruują kosmetyki, i robią koncerty, i mają herbatę i kawę, i miody i taką fajną recepcję co jest tylko pod wiatą i jest tarasem na las. Cieszy me serce, że nie zamieniają lasu w spa, wiedzą, że las sam jest spa, budują tyle ile jest konieczne, a więc żadnych brukowanych albo wyżwirowanych ścieżek, wąziutkie leśne ścieżynki z rosnącymi na nich grzybami wyznaczone przez ogrodzenia niziutkie przeplecione gałązkami brzozy. Wczoraj akurat był dzień techniczny, więc tylko rekonesans, ale planujemy tam się udać i sprawić swym opakowaniom organicznym jakiś luksus, a co!

Na koniec najwcześniejsze miejsce i jeszcze wcześniej jeszcze, już o niej pisałam, w Nowym Kawkowie Galeria Kawkowo Ani Grądzkiej, gdzie za niebieskimi drzwiami, w otoczeniu różnorodnych sztuk , ze stopami przygniecionymi przez psich rezydentów, pławiąc się w cudownej przepozytywnej aurze właścicielki, pije się przepyszną kawę, herbatę z zielska, które akurat pojawia się w ogrodzie oraz zjada rarytas absolutny - tartę, ale to już musicie zapytać właścicielki, jaką akurat zmajstrowała. Ja próbowałam trzech i o jeżu przewielki! A Izka i Jola potwierdziły słów mych prawdziwość. O Galerii piszę mniej, bo jakem nadmieniła, pisałam wcześniej, to kto czytał, nie zbłądzi, kto nie czytał, też trafi. Tak tylko nadmienię, że u Ani dzieją się rzeczy i warsztaty magiczne! 

i To by było na tyle, a na zdjęciu herbata Ani, która jest jednocześnie napojem, ogrodem i dziełem sztuki. Herbata, nie Ania, choć Ania właściwie też.


Ps: Wpis ów jedzie na jakichś dragach, które wywołują euforię, poczucie przyjemności oraz oszołomienie szczęśliwością. 



środa, 24 sierpnia 2022

znaleźliście ostatnio jakieś kółka zębate?

 Bonjour w ten kolejny poranek sierpnia, smutny, gdyż nieuchronnie i nieprzebłaganie zbliża się szychta. Wicie, co robiłam, jak mnie nie było? Nic krwa nie robiłam, a jestem taka zmęczona jakbym wszechświat udziergała na drutach i to jedną nogą. Przeczytałam malazańczyków i czekam na dwa ostatnie tomy. Spłakałam się oczywiście, bogać tam spłakałam, zryczałam się jak bóbr. Obejrzałam jakieś srylion filmów po angielsku, żeby choć w taki sposób mieć kontakt z językiem, skoro już nigdzie nie wyjeżdżam, obejrzałam świetną netflixowską adaptację Sandmana według Neila Gaimana i nie mam zjeżonej sierści, ze źle, no ale sam Gaiman pilnował sprawy, więc wiadomo. Żyłam na godzinę i zawołanie, bo mamcia (chyba to mnie, osobę mało związaną z czasem, najbardziej zmęczyło, ten wieczny zegar w głowie dziewięćdziesięciolatki, który jest podstawą jej trwania). Oraz sprzątałam de novo et de novo kakofonię kurzu, kociej sierści, krwi i much, degrengoladę prochu i pyłu oraz piekielne tumany brudu, fajno, nie? Swoją drogą, gdyby jednak dać chaosowi wygrać i nauczyć się żyć jako robak chaosu na przykład albo inna zręczna istota tego typu? Oraz robiłam ogórki, niekończące się rzędy ogórków, które niby nie rosły bo susza, a nie wiedzieć skąd nagle pojawiały się w wiadrach i śmiejąc mi się szyderczo w pysk, wymuszały krążenie kuchenne, dżiii, nie jestem urodzoną gospodynią domową, raczej, gdybym się zastanowiła, to gospodą, bo gości u nas dostatek. Ale bycie gospodą też ma swoje wymogi, więc dobrze jednak te ogórki i inne wiórki w zapasie posiadać. Oraz przyjemnie. Oraz smacznie. Lubię gości, więc te ogórki jednak robiłam, zresztą nie miałam większego wyboru, bo zbrojne oko matki wisiało nade mną jak chmura pełna grozy i dezaprobaty. Więc upał, nie upał, zamykałam książkę i szłam do tych ogórków.


A wam przyniosłam nowe wiersze, tomtom Silnik na trawie Karola Maliszewskiego. To takie wiersze, gdzie życie rozłożone jest na części jak silnik reperowany przez szwagra i próbujemy w nim, w tym życiu znaczy, przypasować co idzie do czego. I nie jest to życie ogólne, jako takie (choć nie da się tego uniknąć, tej filozofii, bo ta jest immanentną częścią silnika), ale życie szwagra, pani z programu rolniczego, "elfa" z Sieradza, moje, twoje, autora. 
Jest w wierszach próba zrozumienia działania, chęć złożenia do kupy i uruchomienia machiny w jakiś sposób idealny, boski (może nawet perpetuum mobile), tak, by działała bez usterek, ale też jest i obawa co i jak z tym będzie. 
Jak będzie z nami, gdzie i do kogo się zwrócić, bo nie ma jak się zwrócić, bo miejsce po bogu opustoszało lub nieubłaganie pustoszeje. Bo obraz boga nawet już do niego chyba nie tęskni. 
Jest niedopasowanie cywilizacji i przyrody, jak ten silnik rozłożony na trawie, a jednak jakoś razem próbują istnieć, bo przecież to przychodzi do tego, bo już teraz nie ma innego wyjścia, bo pierwszy człowiek się nie odpierdolił i dalej robił swoje i teraz nawet jeśli wbrew sobie, to pokazujemy skrzypom kto tu rządzi, choć czujemy, że jednak w nas i na zewnątrz coś drży.
Ale może tomik wcale nie o tym, więc jeśli chcielibyście przeczytać go na swój własny niepowtarzalny sposób, to bardzo do niego zachęcam.

i z tomiku  Silnik na trawie kilka wierszy Karola Maliszewskiego

***

ten się zajmuje powietrzem,
oddycha,

tamten ogniem,
płonie

kilku innych odbija się
w wodzie



***

z samego rana obraz
boga: zbiera kwiaty
na łące i nie pamięta,
co kiedyś robił
i jak był wysoko,

nawet już nie tęskni




***

wychodzą na brzeg,
gdy mają jakiś problem,

bo tak normalnie
to siedzą w swojej głębi




TAK JAKOŚ

Tak jakoś niezgrabnie
pierwszy człowiek rzucił kamieniem, że

oberwał przebiegający obok
mamut (czy ktoś
w tym rodzaju), który

odwrócił się i rzekł
we wspólnym wtedy języku:
odpierdol się.

Ale pierwszy człowiek tego
nie uczynił i dalej
robił swoje.

Tak mu zostało.


*

No i darz bór, a  ja dziś jadę na miniwycieczkę z kumpelą, z czego barzo się raduję.
A na ps, to nawiedzili mnie ostatnio poeci i niepoeci, czym uciechę wielką i radość w mem ponurym serduszku zrobili i oto

na zdjęciu widzimy trzy gracje siedzące z gracją u stóp zrujnowanego barokowego dworku (XVIII) w Potrytach  na leżącego do rodu von Marquardt . A zatem Retes, Boriena i wusz


tu, na tle XVIII wiecznego sanktuarium św Rocha w Tłokowie widzimy Endriu i Anię



Zaś tu na tle całkiem współczesnego krzaka lilaka w ogrodzie wusz, tow. Radwański jest za wysoki żeby go objąć po matczynemu za kark




czwartek, 11 sierpnia 2022

miź miź

 No bo wiecie, nie mogę się nacieszyć :)

Kolejny obrazek Grzegorza Chudego do książeczki Baśnienie

o tu

niedziela, 7 sierpnia 2022

Niepylak Apollo

 Po długich i ciężkich dniach bólu, kiedy to musiałam urodzić pracę podyplomową zawalając tym samym błogie czytelnictwo oraz inne przyjemności, obudziłam się nad ranem gmerając językiem z tyłu głowy, gdzie nieśmiało tłukło się o kość potyliczną niewyraźne odczucie, coś na kształt delikatnego motylka rodem z najmglistszych snów. Podążyłam za motylem, zwlekłam się z łóżka o piątej i odpaliłam kompa, by jeszcze raz zajrzeć do przeczytanych sto razy wytycznych w panelu słuchacza mojej podyplomówki. No więc tam było napisane w for-mie-e-se-ju. I wiecie, teraz muszę skleić dziadostwo wstawiając filozoficzne rozważania własne oraz cytaty srogich myślicieli na temat rozwijania zainteresowań i uzdolnień ucznia. Huczę z radości.

Ostatnio rozmawiałam z Retes, wiadome, ona ma pilną robotę, ja mam pilną robotę, więc rozmawia się pysznie, no więc mówiłyśmy o pisaniu o miłości, bo mi się po latach napisał taki fajny eratyk, który jeszcze jest do płoszenia, ale jest mi podobającysię (jeśli jeszcze raz ta mucha, którą wyrzucam przez okno wleci do pokoju i usiądzie na mnie, pieprznę ją), no więc jestem z niego zadowolona. I tak sobie dywagowałyśmy usiłując nie myśleć, że robota czeka za plecami, o pisaniu o miłości. Że ciężko jest o niej pisać jawnie, póki uczucia są nią związane, póki jest wrażliwą tkanką integralną naszego ciała i ciała obcego, póki poruszenie jej porusza oba ciała, póki boimy się, ze coś utrąci, nie tak ujmie, będzie niedostateczne, a co najgorsze, będzie rozpoznawalne. I to, że mi się ten eratyk napisał, sugeruje mi, że to już naprawdę koniec we mnie tego słodkiego bólu, że żałoba naprawdę zamknięta i mogę bez drżenia korzystać z obrazków i wspomnień, przekuwając je i wyginając do woli. Bez strachu, bez poruszeń, bez ranek w śluzówce. Odzyskuję swobodę i to, choć wiadomo, zawsze żal utraconej miłości, jest uczuciem pełnym światła, jak wydobycie się z kokonu poczwarki, który choć przeźroczysty, był jednak ciasnawy. No i fajnie. I to tak na dziś. Ament

A na deser przyniosłam cudowny wiersz Anny Piwkowskiej

Czarna fasola

Czarna fasola sypie się przez palce
niczym różaniec
głucho uderzając w dno białej miski.

Tak się powoli wyczerpuje lato.

A na fotografię przyniosłam andruty. Przełożone Nutellą i dżemem śliwkowym domowej roboty. Powinnam odgruzować chałupę, bo zaraz wpadnie moja siostra, która ma na drugie imię Piąty Jeździec Apokalipsy, a po południu dwójka absolutnie cudownych poetów z dołu Polski nawiedza me zakurzone progi po raz pierwszy, więc wypadałoby. Ale przedpołudnie, zanim świat zacznie się szamotać, jest takie słodkie...



sobota, 6 sierpnia 2022

listy na liściu

 Brzoza sypie, tak wcześnie. Bociany zgodnie z harmonogramem zbierają się pod moim oknem  i zawsze mnie wtedy nostalgia, żałość jakaś, w dołku ściskanie, że to już, że kolejny raz opustoszeją gniazda i czekać będziemy na nie w szare dni, teraz jeszcze bardziej podszyte strachem. A strach narasta, nawarstwia się cienkim osadem, zanim się obejrzysz, stanie się lękiem, a jako stały towarzysz stanie się lękiem naszym powszednim i już nigdy nie damy rady rozluźnić spiętych ramion i ściśniętych gardeł. Chciałoby się ciszy, spokojnego umiaru, a bierze się udział w hałasie, niespokojnym przebieraniu, gromadzeniu, rosnących fantazyjnych potrzebach. Chcemy więcej i donośniej, a potrzebujemy mniej i ciszej. Dobrze, że miasta jedno po drugim, decydują się na wygaszenie iluminacji zabytków. Ja wiem, że piękno nocnych fotografii, że theatrum sztucznego światła, ale może właśnie dzięki temu będzie okazja, by poczatować na Koloseum, czy inny Szymbark oświetlone pełnią Księżyca, może dzięki temu wielu z nas zobaczy na niebie gwiazdy i zaduma się, dlaczego u licha,  do tej pory tego nie zauważył? Może więcej usłyszymy, może lepiej? Może powrócą słowiki, tuż po tym, kiedy powrócą zarośla i drzewa? Jazgotliwe są sztuczne nocne  światła. Nawet tu, u mnie, na wsi zmęczona byłam nazbyt jaskrawymi lampami strzegącymi budynku nowej szkoły. Przyzwyczajona do podwórza w pola, gdzie gwiazdy można zgarniać wprost do koszyka, do zasypiania wśród szeptów z ciemności i opowieści nocnego domostwa, zostałam poczęstowana elektryczną bielą rozświetlającą mrok nikomu z ludzi niepotrzebnej w tym czasie przestrzeni. Dobrze, że te światła trochę przygasły, powróciły łagodne cienie, powróciły na swoje pastwiska gwiazdy, choć to już nie to samo. Wysychają rzeki, zanikają studnie, w sierpniu przychodzi jesień, a listopad ciągnie się miesiącami. Powinnam cieszyć się, ze tyle piękna przeżyłam, zobaczyłam, czego młodsi już nie doświadczą, ale umiem i chcę żyć tu i teraz, chętnie czerpię z przeszłości przyjemność, ale nie umiem nią żyć, nie potrafię się w niej schronić, dlatego boli mnie obecna minuta, dzisiejsza godzina, świat tu i teraz. A nie, stop, świat mnie nie boli, boli mnie ludzka bezmyślność. 




piątek, 5 sierpnia 2022

klepisko

 Wiadomo, że jeśli musze pisać pracę, to wolę zrobić wszystko absolutnieinne, choć w tym upale to też nie bardzo się udaje. A jest sezon papierówkowy, a papierowym jabłkom żaden smak równać się nie może, więc trzeba się nie tyle najeść, co nażreć na rok cały. Tak sobie dzisiaj, otworzywszy, czy raczej nie owierawszy oczu na godzinę czwartą (śpiewamy Czwarta nad ranem) dumałam nad obserwacjami z końca świata o pisakach. Że strach trochę gębę do człowieka piszącego otworzyć, bo zaraz zrobi z tego historię, opisze ją i już ta historia, ta twoja opowieść stanie się własnością wszystkich, stanie się użytecznością publiczną i już nigdy nie będziesz śmiał powtórzyć jej komukolwiek innemu, bo się powtórzysz, zmultiplikujesz, zwielokrotnisz jak w lustrzanym gabinecie, odbijesz i wypadniesz blado. Jakbyś komuś innemu tę historię ukradł, znacie ten stan po pijaku? już mi to mówiłaś. Trochę to jest ładne, a  trochę straszne. Straszne, bo to, co napisałam, a ładne, bo się w jakiś sposób czuje człowiek unieśmiertelniony, wyróżniony, że to właśnie z jego ciała, z  jego krwi. Jest też i przełamanie intymności tego, co się między ludźmi zadziewa, gdy tak szybko staje się publicznym. Nam piszącym (nie sądziłam, że kiedyś użyję tego zwrotu) ciągle mało, ciągle brakuje historii, opowieści. Czujemy niedostatek historii własnych, za wielką z nimi zażyłość, która powoduje, że się nam własny żywot miałki wydaje i nudny, i powtarzalny. Wciąż mielą go młyny w naszych głowach, de novo et de novo. Cudze zaś, o, to jest dopiero na młyn woda! Zawsze lepiej tam, gdzie nas nie ma, zawsze serdel, który sąsiadka przywiozła z miasta i wręczyła do łapy mojemu kumplowi z bandy, smakował jak niebo i niczym wobec tego serdla, który to serdel był w naszym domu. No i ten serdel, znaczy ta historia, opowieść cudza jest przywieziona przez sąsiadkę i tego smaku nie da się porównać z domowym.  I gryziony ten serdel z łapy kumpla, znaczy ta opowieść staje się naszą, zasila źródło, wyrasta w naszym ogrodzie jak piękny, egzotyczny gatunek przywieziony przez przyjaciela z dzikich i tajemnych podróży. Chce się go opisać. Strasznie i przyjemnie jest opowiadać historie ludziom piszącym, jeszcze straszniej i przyjemniej je czytać. A Wy co robicie w upał?





Na zdjęciach Jez. Blanki i Bandzior lub Lena; śpiący Globus; fasolka szparagowa pod pokrywką, która była miedzianym talerzem zakupionym w jakiejś dzikiej malignie po nic, a okazało się niedawno, że właśnie do tego garnka, do którego żadna pokrywka pasować nie chce; i książki, co widać.

czwartek, 4 sierpnia 2022

Baśnienie

 Zatrważające, jak wiele rzeczy trafiło ostatnio do zakładki nuta sol, czyli przedziału pasącego meee ego. A skoro Pan Grzegorz Chudy udostępnił na fb, to chyba mogę się już pochwalić obrazkami do trzeciej książeczki. Ciekawa sprawa, że poprzednią zilustrował Grzegorz Ósmy, a tę Grzegorz Chudy. Widzicie to, prawda?

to tut, pod linkami dwa obrazki

Obrazek na okładce

Obrazek w środku

Ps: sezon robienia ogórków, robienia fasolki, robienia co tam w trawie piszczy, to męczący sezon, kiedy ma się wciągające książki, a jeszcze trzeba pisać pracę podyplomową. kolejną. na cholere komu tyle moich prac, które traktują i traktują o uczeniu dziatwy, jeeeżi! 

wtorek, 2 sierpnia 2022

Rozumiemy się bez sów

 Jesień. To już nie te czasy, że sierpień, to lato. Znowu bociany zostawią nam pustkę w sercu i trzeba będzie wytrzymać część roku bez nich. Niewiarygodne, jak się człowiek przyzwyczaja do piękna, że ono na wyciągnięcie ręki jest, łazi po twoim ogrodzie, zwisa ci nad głową, spaceruje po dachach. Zimny wiatr i zimny deszcz. Dobrze, że deszcz, choć ogórki mówią, że dla nich to właściwie jedno kopyto, bo lubią mokro, ale ciepło, a tutaj mokro i zimno, a potem wiatr i zimno i sucho. Dziś dam sobie jeszcze chwilę wolnego i jutro siadam do pisania pracy, nie ma to tamto. Za mną kolejny tom Malazańskiej Księgi Poległych Stevena Ericksona (przeł. Michał jakuszewski) i jadą do mnie już dwa tomy dalsze, więc przebieram nóżkami. O cyklu pisałam, to nie będę powtarzać, bo co tu powtarzać, jak nadal jest rewelacja.

Jakiś czas temu wylosowałam u Zinka jeden z dwóch komiksów, które wyszperał i nabył. No więc mnie przypadła w  prezencie Willa Eisnera, Umowa z Bogiem. Trylogia. Życie na Dropsie Avenue (tłum. Jacek Drewnowski) i oo, jeśli nie wielbicie komiksu, to i tak przeczytajcie go jako książkę z ilustracjami. Zamiast recenzji pozwolę sobie przekleić moją laudację, której dokonałam w okienku Retes (poprawiłam literówki w wersji oryginalnej, reszta bez zmian)

wu: bo nie czytałaś tych dobrych
nie trzeba wiele słów, żeby opowiedzieć
pomyśl sobie, ze to wiersz
wiersz ma tez mało sów
czy raczej wiele wierszy ma mało słów
cudowne studium nowojorskiej dzielnicy, ale i mechanizmów w grupie ludzi
z problemami rasowymi, etnicznymi, statusu
wielokulturowością
przestępczością
na kanwie historii Ameryki, ale i świata
wszystko zarysowane, a tak udatnie, że widzisz o wiele szerszy kontekst
i rysunki cudowne, jak film
to z jego powodu ustanowiono najważniejszą nagrodę dla komiksu
Nagrodę Eisnera
z powodu autora
komiks z 1978r
autor miał wtedy 61 lat
i to był początek komiksu
Eisner niejako był jego ojcem
Przeczytaj jak książkę z obrazkami 

no i tak. Se naprawdę zobaczcie tę rzecz.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Mała antologia wierszy ukraińskich

 Cieszę się z zaproszenia do projektu Mała antologia wierszy ukraińskich 2014-22 przez fundację Pogranicze, choć strasznie bałam się tego zadania, jakie przede mną postawiono. I słusznie, bo kosztowało mnie to wiele pracy, nerwów i niepewności. Właściwie dzięki temu i kilku innym równoległym projektom i pracom, przez miesiąc niemal nie spałam. Ale lepiej lub gorzej, zrobiłam to i trochę nadal się obawiam, a trochę jestem z siebie dumna.
Na pewno czuję się zaszczycona znalazłszy w tak zacnym gronie drugiej serii, która wyjdzie niedługo, a znajdą się w niej tomiki:

Olga Bragina / Julia Fiedorczuk, 
Ala Gulijewa / Joanna Lewandowska,
Kateryna Kałytko / Aneta Kamińska,
Ija Kiwa / Alicja Rose,
Wasyl Machno / Bohdan Zadura,
Anna Maligon / Jakub Kornhauser,
Hanna Osadko / Agnieszka Wolny-Hamkało,
Daria Suzdalowa / Krzysztof Czyżewski,
Iryna Szuwałowa / Aneta Kamińska,
Serhij Żadan / Aleksandra Zińczuk.

https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,28715494,postarzelismy-sie-o-cala-wiecznosc-polscy-poeci-tlumacza.html?fbclid=IwAR2oOeDkq9nrwyq_gJQmcVJG72Oo3HOeni9YZ7OkQTGTAwXz7gka1f5r83Q

w pierwszej serii zaś możecie poczytać:

Wołodymyr Bynio / Janusz Radwański,
Ołeksandr Irwaneć / Jerzy Czech,
Halyna Kruk / Aneta Kamińska,
Kateryna Michalicyna / Jakub Pszoniak,
Iryna Mularczuk / Katarzyna Szweda,
 Julia Musakowska / Aneta Kamińska,
Walerij Puzik / Leszek Szaruga,
Ostap Slywynsky / Bohdan Zadura,
Julia Szeket / Bohdan Zadura,
Natalia Trochym / Krzysztof Czyżewski.

czwartek, 28 lipca 2022

co tam panie w chmurze?

 Wielka granatowa chmura, która napłynęła nad ogród, w którym zbierałam smętnych przedstawicieli ogórka właśnie sobie poszła, biegłam za nią wołając i rozpaczliwie machając rękami, ale chmura zero reakcji, spadnie gdzieś innym, pewnie na jakieś betony podczas, gdy jest tu ceniona, podziwiana i oczekiwana (zawsze leziemy tam, gdzie nie trzeba). Ale spoko i tak wielu z nas nadal nie dostrzega problemu, bo nie trzeba wierzyć w zmiany klimatyczne. A przecież nie jest to kwestia wiary, jest to kwestia nauki. Zamyślałam się jakiś czas temu, jak u licha ludzie, którzy cenią naukę, taką,  która wynalazła im wodociąg, telewizor i telefon komórkowy, kompletnie nie ufają nauce, która mówi - we się ogarnij, dzie nasrasz, tam coś się zmieni, czasem na lepsze, czasem na gorsze, to już zależy jaki to rodzaj gówna. Nie dowierzają tej nauce, która mówi, no cho, mam pomysł, jak to zmienić, jak to trochę poprawić, bo trochę już mocno się zepsuło, ale możemy jeszcze coś tam podgarnąć, coś przykręcić, może trochę będzie niewygodniej, ale za to lepiej. Ale na przykład błogosławią tej nauce, która wynalazła internety, żeby można było  swoją nieufność krzewić, a nawet pogardę. Czyli jest nauka dobra i zła, nauka nasza i nienasza, nauka wygodna i niewygodna, niewygodna zwłaszcza. To raz.

Przyglądałam się wczoraj onym internetom i tak se dumałam nad tym, jakie to chitre, że artyści, instytucje, chorzy, potrzebujący pomocy, starzy, młodzi rozwojowi, wszyscy muszą uciekać się do wsparcia ludu (zbiórki, postawkawy), a więc lud (w tym także oni sami) daje dwukrotnie, raz daje państwu, raz jeszcze prywatnie i bezpośrednio, zwykle daje też trzeci raz - pośrednikowi. Chitre, bo państwo se raz już wzięło, ale z tego gówno kto dostał, albo może niewielu, albo na przykład niewiele, no i wychodzi na to, że to jest taki powrót do wspólnoty plemiennej, w której wymieniamy się bezpośrednio i bezpośrednio sobie pomagamy (to popieram bardzo), tylko jeszcze dodatkowo w cholerę karmimy tego nad nami pomysłowego Dobromira (tego nie lubię to). To dwa

W tych samych internetach podczas czytania postów ludu, przyszła do mnie jeszcze inna refleksja, taka, że się wiele postów zaczyna lub kończy albo ma w środku, przepraszaniem za swoje odczucia, preferencje, opinie. Piszą tak nie tylko niscy i grubi, piszą tak również ludzie, którzy, zdawać by się mogło, są wyjadaczami opinii, personami z ukształtowanym charakterem: Ja wiem, że się wielu wkurzy, wiem, ze zaraz ktoś mi zaprzeczy, pewnie zaraz ktoś mnie opieprzy, możecie to wyśmiać ale, i tak w ten deseń. I jest to według mnie takie trochę smutne świadectwo wewnętrznego drżenia (czyli pomysł na oparcie się o kogoś trochę upada i stój se sam człowieku), ale to jest też formuła, która w swojej zasadzie działania zamyka pole do dyskusji, no bo jak się sprzeciwić temu, co już zostało obwarowane wiedzą, że się sprzeciwię. Jak podrzucić swoje argumenty, skoro postujący pisze, że te moje argumenty zna. E, nie, że ja zaraz chciałabym tam coś im dopisywać, ja sobie po prostu zawsze robię takie dyskusyjne ćwiczenia w głowie. To trzy

Wnioski i rekomendacje na dzień dzisiejszy:
Lewandoska idź przerabiać fasolkę szparagową zamiast piperzyć po internetach!



wtorek, 26 lipca 2022

winni mugole

 Dotarliśmy do K. późnym popołudniem, K zdziwiony, że mówię, że ładne te drewniane chałupy w Zgierzu, bo on, że w ogóle to taka siara ten przełom XIX i XX wieku, no może jeszcze jak je poodnawialiby ładnie i jeszcze bardziej zdziwiony, że mówię mu, że doceniam renowację, a jakże i uznaję jej zasadność, ale serce ciągnie mnie do miejsc ruderalnych i że nie poradzę. Koniec końców nie docieramy do tych chałup, żebym mogła je pofotografować, choć mijamy je jeszcze dwa razy autobusem.
Wieczór u K. i U. dużo śmiechu, dużo gadania, dużo dorosłego napoju, pierwszy raz jestem u nich, pierwszy raz widzę na oczy, ale już jak swoi przykleili się do kuli śnieżnej, jakby z  tego samego śniegu. Aniet mnie na ten wyjazd wyciągnęła, bo z Thomasem przybyli do Polski na trochę i żeby poupychać wszystkie spotkania, to żebym z nimi do tego Zgierza i do Łodzi, to i ja się oderwę od domostwa i będziemy mieć czas dla siebie. No i bardzo super pomysł, bo jeszcze z Łodzi z Madzią się spotkaliśmy, a z jakieś 8 lat nie widzieliśmy się, ostatni raz u mnie, jakoś wszyscy wtedy, więc uradowanie wielkie.

Łódź w sobotę przywitała nas niemiłosiernym upałem, ale to nie szkodzi, bo nie zna życia, kto nie błądził po Tiranie. Dawno już tu nie byłam i trochę pozmieniało się miasto. Czuję klimat, może to przez industrialność, która wywołuje we mnie specyficzny rodzaj uczucia fotograficznego, może przez jakąś przyjazną berlińskość, a już na pewno oczywiście rozszczepiona jest ta Łódź przez pryzmat ludzi, z którymi tu byłam. 
Na przykład w tym diamentowym świetle idealnie wygląda fasetkowy dworzec Łódź Fabryczna , 



zaadaptowane budynki elektrowni EC1, w której obecnie znajduje się kompleks instytucji kulturalnych i naukowych świetnie włożonych w nienajładniejsze przecież mury, a obecnie  atrakcyjne architektonicznie. 







Szczególnie przyjemna, zwłaszcza w upale, jest chłodnia kominowa, w której mój mózg wytoczył reminiscencje cysterny bazylikowej ze Stambułu. Nie, nie jest podobna, ale jest coś w osnowie rzeczy, co połączyło obie budowle. No oczywiście, że woda, ale nie zawsze woda spaja mi tak poczucia przecież, nawet szumiąca, nawet ciurkająca, to chyba raczej woda i światło, a bardziej jeszcze odbicia.








No to później nieśpiesznie podreptaliśmy sobie na Piotrkowską, na Piotrkowską Off, gdzie w klimacie ocienionych ceglanymi ścianami ulic zjedliśmy ekstra jedzenie. Żadne tam paragony grozy, choć oczywista, tanio nie było, no ale to cena za możliwość bycia turystą jest, że siedzisz z drugiej strony kuchni i nie musisz latać w upale nad garami, tylko jak panisko sobie nad piwkiem zimnym, z wyciśniętym cytrusowym sokiem, z towarzystwem poćciwym, że możesz gapić się na te ceglane ściany, przyglądać ciuchom przechodniów i naprawdę wszystko to możesz, a  nie musisz. No więc jadło było pierwsza klasa, a knajpa nazywa się Drukarnia, więc gdybyście byli w pobliżu, to warto. Gdyby zaś ciekawiło was, cośmy jedli, to bruschettę z pomidorami, łososia, dorsza z wszelkimi do nich szykanami i genialnym pure z selera i dwa rodzaje makaronów, z czego jeden był z pastą truflową, a  drugi nie pamiętam.


Rzut beretem sklep "Pan tu nie stał", w którym nabyłam koszulkę z Panem Kleksem w roli Piotra Fronczewskiego (przy okazji, czekam na tego Pana Kleksa po latach)
A później poszliśmy na kawę/herbatę/drinki do Doków (ta sama ulica) i tam przeczekaliśmy srogą ulewę. Tamże dotarła do nas Madzia przynosząc dary oraz sweter dla Aniet, bo wszak, kiedy wychodziliśmy było słońce&patelnia. No więc krzepiąc się różnorakimi trunkami procentowymi i nie, śledziliśmy sznury wody, którymi ziemia podłączyła się do nieba i ach, gdybyż można było tę wodę skierować na mój ogród, zamiast marnować na beton i asfalt. No ale tych kilku przedstawicieli zieleni miejskiej też zasługuje, a nawet bardziej może, na nawodnienie.
Później Madzia, miłośniczka czerwonego wina zawiodła nas do knajpki Winni, gdzie naprawdę udatne, a niedrogie wino damasznie portugalskie spożyć raczyliśmy oraz całkiem wporzo podpłomyk z pomidorami i oliwkami, 



a rajd zakończyliśmy w knajpce na Piotrkowskiej - Phở by Lilly Tran, gdzie dobiliśmy nasze brzuchy jakąś oszałamiającą ilością wietnamskiego, sycącego i smacznego jadła, ja zaś zostałam Sybarytą Roku. Zupa pho już mi się nie zmieściła, więc przemiła pani zapakowała ją w kubełek, żebym mogła sobie spożyć w domostwie.











Taki się też pomysł urodził, że gdyby w knajpkach w menu było można zamówić dyskusję, albo zwykłą rozmowę. Że knajpka zatrudniałaby na przykład studentów, żeby sobie mogli ćwiczyć erystycznie i na ten przykład do obiadu zamawiasz sobie jakieś 30 minut dyskusji na temat koncepcji budowy strunowej wszechświata, albo, bo czujesz się zmęczony i jesteś na intelektualnej diecie, coś lżejszego - 10 minut uprawy ogórka w warunkach szklarniowych, czyż nie byłoby to udatne? Na większe imprezy można by sobie zamówić na przykład panel dyskusyjny albo debatę. Idąc jeszcze dalej można by zróżnicować cenowo - dyskusję z kontrargumentami (taniej) lub taką, w której zamówiony interlokutor w końcu przyznaje ci rację (droższa opcja) i kiedy opowiedziałam to tow. Radwańskiemu, bo wiem, że kocha takie koncepcje, skomentował nastepująco

Janusz: Ale żeby zawsze wychodziło na twoje

wusz: To już sobie możesz zamówić. Drożej np, że wychodzi na twoje

Janusz: Duże frytki i 15 minut o płaskiej ziemi

Janusz: I jesz zostawiając kelnera z przekonaniem, że jest płaska

Pięknie, prawda?

A po powrocie do domostwa U. i K. zamiast pójść spać, co sobie obiecaliśmy, spędziliśmy jeszcze w cholerę czasu na poważnych dysputach, w których wiadomo, uzdrawialiśmy świat i rozwiązaliśmy większość problemów gospodarczych. A później było spać i nazajutrz już ze smutkiem znowu do rzeczywistości, bo, że koniec bycia turystą. U. i K. są znający Józefa, to od razu wykrywa czołowa lampka, więc mam nadzieję, spotkamy się nie raz jeszcze.