niedziela, 19 lipca 2026

Step by step 3

 19 lipca 2025 - Park Ałtyn Emel

*fotografie ze znakiem wodnym są autorstwa Adama Barłożka

Wyruszamy rano, bo słońce za jakiś czas uczyni piekło, w kolorowe Góry Aktau i przebóg, piekło następuje za chwilę. Góry cudowne z oszałamiającymi kryształami gipsu i innych minerałów, które chrzęszczą pod podeszwami, a z nieba żar instant. Podzieleni na dwie grupki - łatwiej/trudniej (wierzcie mi, w tym upale chyba nie miało to większego znaczenia) wchodzimy po osypujących się zboczach. Co krok (wiadomka, wybrałam grupę trudniej) zapewniam towarzyszy, że to już mój ostatni krok, po czym rzecz jasna idę dalej, bo do dołu jest tyle samo, co do góry, więc już zobaczmy co tam panie na wierzchu. Słońce skutecznie zmienia optykę myślenia, góry są cudowne, ale dopiero kiedy jesteś na dole. Kiedy schodzimy, frunę, biegnę nie bacząc na ostre skałki, bo zdaje się, że podeszwy moich aku są zrobione z liścia, wąska skalna dolina wyschniętej rzeki nie daje ani centymetra cienia, jakieś kaskaderskie krzaczki zajmują jego ostatnie skrawki, gnam więc do wejścia, wskakuję na ławkę, zrzucam buty i wylewam na stopy resztę wody.










A później nasi kierowcy zabierają nas do doliny z wodami radonowymi, gdzie rośnie przepiękna siedemsetletnia wierzba. Jej wiek przypisuje się tym wodom właśnie, ale pomimo badań nie jest to jeszcze naukowo potwierdzone. Moczymy sobie nogi w radonowym stawku, a małe rybki robią nam rybi piling.


Wieczorem przepyszna kąpiel w zimnej rzeczce i międzynarodowa dyskoteka z przybyłą grupką roześmianych, roztańczonych Hindusów i obchodzimy urodziny Bogdana.


20 lipca 2025 - Żarkent

Polubiliśmy się z naszymi kazachskimi kierowcami, więc postanowili pokazać nam jeszcze kilka rzeczy "od nich". Rano ostatnia kąpiel w rzeczce i wyjeżdżamy już na południe, więc spakowani na full.

Najpierw jedziemy do Żarkentu (Panfiłowa), gdzie zwiedzamy bezgwoździowy meczet i cerkiew św Ilii,




Po drodze zajeżdżamy do Tygrysich Skał z pasiastego piaskowca. Tu, choć gorąco, znacznie przyjaźniej, choć płacę bilecik nieuwagi rozbitym kolanem. 





Smaczny obiad w ujgurskiej restauracji jest okazją do kolejnego próbowania lokalnych dań, a później ruszamy dalej.

Obecność coraz wyższych gór generuje ulewy i burze, a po drodze wielka uciecha - wielbłądy, przy których spędzamy trochę czasu. Dają się fotografować i pozują jak rasowe modelki.







Już w słońcu zajeżdżamy nad Bestyubinskoje Wodochroniliszcze, sztucznie utworzone górskie jezioro leżące jak stalowobłękitna perła w muszli gór, żadnych turystów, nad jeziorem kilku wędkarzy i oszałamiający zapach leczniczej trawy dżusan (złota trawa).



Jedziemy w obłędnym górskim krajobrazie, Kuna, nasz kierowca  zabiera nas do położonego w górskiej głębi cmentarza muzułmańskiego. Opowiada nam o nim, to jego cmentarz rodu z mauzoleum postawionym szczątkom pierwszego pochowanego tam pradziada, z grobami rodziców, wujów, ciotek, braci i sióstr. W wysokich trawach i nad nami uwijają się małe ptaszki, pachną zioła, a miejsce wydaje się wydarte zgiełkowi świata. Wzruszające jest to, że Kuna pokazuje nam to miejsce, że uznaje, iż jesteśmy godni aby nas tu zabrać i to uczucie jest we mnie z tego dnia najbardziej dojmujące, nawet dzisiaj, kiedy po roku usiłuję przepisać dziennik podróżny z papieru na bloga.




Nocą dojeżdżamy do doliny, w której nocujemy. W ptasich budkach. Z grupą niemogących spać Chińczyków.


21 lipca 2025 - Jeziora Kaindy, Jezioro Kolsai, Kanion Szaryński

Jedziemy do wsi Saty, czyli furtki na szlaku do Jeziora Kaindy. Na postoju fotofoto ogarnia nas nieprzemożna chęć tańca, więc robimy to, a jakże.



Trekking do Jeziora Kaindy, cudownej turkusowej piękności ze sterczącymi malowniczo z wody pniami drzew, słońcem i lasem wokoło. Niestety kąpać się już od jakiegoś czasu w jeziorze nie wolno, ze względu na bezpieczeństwo ludzi i  reszty przyrody.  Przy powrocie  natykamy się na naszych międzynarodowych  znajomych ze Śpiewającej Wydmy. Ponieważ w internetach opis trekkingu do Kaindy był tak jakoś przedziwnie opisany, że współtowarzysze debatowali czy dadzą radę, uspokajam  was, że to bardzo łatwa i niedługa trasa z niewielkim przewyższeniem i łagodnym wejściem ścieżką, nie po skałach, więc nie dajcie się przestraszyć. 







Następnie jedziemy do parku Kolsai i choć jeziora przepiękne, to ze względu na mikrą ilość czasu, możemy je podziwiać tylko z najbardziej zatłoczonego miejsca widokowego, gdzie widać już obłożenie turystyczne. Może też dlatego, że to miejsce bardzo popularne wśród mieszkańców Kazachstanu, przybywają tam na pikniki łikendowe i urlopy. Za to w knajpce poleconej przez kierowców, przepyszne manty (pierogi) i tadżycka herbata. Dostajemy też załatwione pokątnie przez naszych kierowców, a jakże, piwo.










Zjeżdżając z Kolsai zachęcone przez Kunę, wystawiamy się przez szyberdach i cieszymy ciepłym wiatrem i wakacjami.


W drodze do Szaryńskiego odwiedzamy najpierw Czarny Kanion, który jest jedną z części Kanionu Szaryńskiego. Ciemne posępne skały rozchmurzają się, kiedy można zażyć zawieszonej nad przepaścią huśtawki. Zażyłam, z początkowym strachem, ale jak nie zażyć! Po pierwszym huśtnięciu, było już tylko wspanialej. Mam zdjęcie, ale teraz nie chce mi się szukać na pendraku, więc może kiedyś dostawię.



Zanim dojedziemy do głównej części Kanionu Szaryńskiego, nasi chłopcy skręcają w tzw drogę dla traktora i wiozą nas po wertepach i górskich grzbietach w pyle i słońcu do kolejnej niespodzianki, jak wyjaśnia z radosnym wyrazem twarzy Kuna. Na miejscu niespodzianką okazuje się skryta przed turystami kolejna odnoga Szaryńskiego, zwana Księżycowym Kanionem. I krajobraz jest księżycowy iście. Czuję tu wzbierającą we mnie falę entuzjazmu, miłości do świata, pełnego zachwytu. Jestem na endorfinowym haju i nawet sam główny kanion, choć przepiękny, już tego we mnie nie przebije.







Wieczorem trafiamy wreszcie do głównej atrakcji, w zachodzącym słońcu wędrujemy dnem Kanionu Szaryńskiego wśród fantastycznych skalnych tworów, wchodzimy do zaułków, gdzie chłopcy pokazują nam lokalne ciekawostki, a to gniazdo drapieżnika, a to ciekawe minerały. Spacerujemy, śmiejemy się, rozprawiamy o tym i owym, a słonce zachodzi nieubłaganie wyłuskując oranże i czerwień skał i kiedy dochodzimy do końca trasy, okazuje się, że zmierzcha, a nikt z nas nie wziął latarki. Na szczęście pomimo braku pojazdów  wożących turystów, udaje się jakimś przedziwnym trafem załadować się na ostatni (choć już planowaliśmy doginać z buta jednak), więc mamy też fajną przejażdżkę wśród śmiechów i rozmów z innymi spóźnialskimi. Tu czuję, że powoli, acz nieuchronnie  nasza podróż się kończy, a jeszcze tak mało widziałam, chce się więcej i więcej. Wracamy do Ałmaty. Pożegnanie z "naszymi" chłopakami, Noc.