piątek, 23 kwietnia 2021

bum bum beata

 To straszne, jak się nie ma kontroli nad swoim mózgiem, ostatnie co pamiętam, to rozważanie, czy oddane przez znajomą znajomego do oddania firanki zaaklimatyzowałyby się na moich oknach i ocknęłam się z tymi firankami już wiszącymi. Okazuje się, że jednak nie do końca pasują, ale ponieważ jestem już przytomna, nie chce mi się ich zdejmować i wieszać innych. I tak oto pada się ofiarą własnego komputera pokładowego, który pod wpływem serotoniny robi coś takiego. Świnia normalnie, na własnej glukozie tuczona!

Weekend pod znakiem Strugackich, których to zbiór pod wspólnym tytułem Piknik na skraju drogi i inne utwory w przekładach Rafała Dębskiego, Ewy Skórskiej, Ireny piotrowskiej i Ireny Lewandowskiej, nabyłam z wielką radością i oczywistym poczuciem winy. Strugackich chyba przedstawiać nie trzeba, bo to taka klasyka fantastyki, że aż ma doryckie kolumny i portyk. Ten ich ton rozpoznawalny szczególna "radziecka" swada, czasem pokątna, czasem wyraźna drwina z systemu, ważkie pytania i wciągające fabuły, oto genialni bracia. I tak się przy okazji zamyśliłam, że mnie brakuje do pary osoby piszącej, to rozwiązałoby wiele spraw obecnie nierozwiązywalnych, fajnie by było wisząc nad biurkiem rozkminiać na dwie maszyny obliczeniowe.

Zinek przywiózł mi do oglądu dwa świetne komiksy, z jeden powinien zginąć, bo musiałam nabyć. Raport Brodecka Manu Lacerneta, przepięknie wydany, przepięknie narysowany, przepięknie oszczędnie mroczny.


I Wieczna wojna Joego Hadelmana i Marvano, komiks s-f o tym, o czym zwykle są, wojnie, kosmosie, ludzkości i miłości. 


Wychłeptałam też Sinobrodego Kurta Vonneguta (przeł Michał Kłobukowski), która to książka jest biografią zmyślonego artysty-malarza abstrakcjonisty w niezmyślonych czasach wśród  postaci, które podbijają swoim istnieniem zadawane przez Vonneguta pytania, czym jest sztuka i jakim pęknięciem podąża granica między sztuką dobrą, a złą. A to jeszcze przy współudziale postaci naszkicowanych tak udatnie, że co jakiś czas nachodziła mnie myśl, by je ukatrupić.

Właściwie literatura i film obecnie to moja jedyna ucieczka ze stagnacji, ale na krótko, bo poczucie nieruchomości zachowuje się jak płyn oddechowy, wypełnia moje płuca i czegokolwiek nie usiłuję robić, zawsze jest. I nie dlatego, że lockdown, ale dlatego, że z takich czy innych przyczyn zostałam pozbawiona decyzyjności w kwestii poruszania się po rzeczywistości, a każdy brak wyboru unieruchamia mię kratami.

*

parę dni przerwy

*

a dziś przybył w końcu wyschły (ponad rok sechł był) obraz Grześka. Skurwesyn kradnie światło, japierdu! (obraz, nie Grzesiek) 
 Kiedyś, po remoncie skomponuję rzeczy inaczej, na razie używam wszelkiego doświadczenia z czasów dawnych w  tetrisie, ale przyglądam się i przyglądam i jestem przekonana, co za diabeł, kradnie światło ze wszystkich stron! ekstra!



"jesień panie, a ja nie mam domu..."

piątek, 16 kwietnia 2021

Zamknie perłę?

Te opowiastkę znalazłam na swoim biurku



 

piątek, 9 kwietnia 2021

Postanowiłam otwarcie obnażyć swój problem. To jest dla mnie bardzo ważne i cholernie trudne, dlatego proszę, nie oceniajcie mnie na tej podstawie. W środku jestem takim samym człowiekiem jak Wy. Znacie to uczucie? Możliwe, że znacie. Stan świadomości swojego uzależnienia, drżące ręce, kołatanie serca, przyspieszone tętno, które pulsuje w skroniach, pełznący w górę piersi niepokój, złość, że znowu to robię. Ale też ekscytacja, że zanurkuję i będzie tam choć przez moment piękniej niż tu. A za chwilę koktajl strachu, że znowu, że nie wytrwałam w abstynencji, że po tysiąckroć walcząc z pociągiem, obiecywałam sobie już nigdy więcej, nie przeznaczyć ani grosza, że zacznę to kontrolować, odbiję się od tego dna i będę korzystać z prawdziwego życia, i tym razem uda się nie stoczyć, uda się nie upaść, że się z podniesioną głową będzie brało ten świat na trzeźwo i z rozsądkiem. Znacie ten stan? Jeśli znacie, to wiecie, jak to jest kiedy znowu sięgacie po cholerną kartę w cholernej internetowej księgarni.



Dopierom skończyła z vonnegutami - Slapstick (przeł. Maciej Fedyszak) i Galapagos (przeł. Dariusz Józefowicz) i zastanawiam się, czy to do moich zamków tak udatnie pasują klucze tego autora, czy też po prostu jest to jeden z Tych autorów. Oczywista, ze jest to jeden z Tych autorów, ale chyba tez coś jest z pierwszej tezy, bo jeszcze nie trafiłam na rzecz  Kurta Vonneguta, której nie smakowałabym mlaszcząc i smarując buzię dookoła. W sobie tylko znany sposób potrafi zrobić on nawet literaturę fantastyczną tak, że (tak myślę) nie zemdli nawet tych, którzy fantastyki nie lubią, ja akurat do nich nie należę, więc tym bardziej rwę kęsy. Bo Vonnegut stawia bardzo ważkie pytania i tezy dotyczące świata, a  chyba przede wszystkim człowieka, bo jest głębokim i czułym humanistą ze zdrowym rozsądkiem i zwichrowanym poczuciem nieco sarkastycznego humoru. Bo zarządza technikami, jak znakomity menago i żongluje zdaniami jak czteroręki orangutan. Czego tu nie lubić, jak powiedział Joe z serialu Przyjaciele


A w międzyczasie przegryzłam jeszcze  zbiór Alefa J.L. Borgesa (przekłądy Zofii Chądzyńskiej i Andrzeja Sobola-Jurczykowskiego), którego tez cenię, ale podchodzę do niego z większym nabożeństwem, najpierw usuwając z otoczenia wszystkie świerszczyki. no dobra, niezupełnie, bo Borges też swoje umie wychichotać, tylko raczej w głębi komory, jego śmiech nie rozsypuje się po skórze


No i wsiąkłam w serial Lucyfer zrobiony na podstawie komiksu kolejnego mojego ukochanego pisarza, Neila Gaimana. W komiksie wzorcem cielesnym dla Pana Morningstara był, zdaje się, David Bovie i to całkiem pasuje mi do niego, ale w serialu Tom Ellis wcielający się w owa postać, no kurna zrobił mi dziurę w rzeczywistości i wlał się tam jak dopamina. Znakomity.


A poza tym wreszcie kupuję impasto Grześka Wołoszyna, który sechł ponad rok i wreszcie jest suchy (obraz nie Grzesiek). jeszcze tylko dosycha na nim werniks i jedzie do mnie, juhu!




niedziela, 28 marca 2021

niedziela, 14 marca 2021

Gotujmy się na lepsze

 Bardzo późno zaczęłam gotować, w ogóle oprócz myślenia, chodzenia, mówienia i czytania, to chyba większość rzeczy robiłam późno, dlaczego? bo jak z tym kompocikiem, nie było takiej konieczności, a należę do tego rodzaju dziwadeł, które jak koty, nie trwonią energii, jeśli nie ma w tym konkretnego celu. Jako cel rozumiem również samą przyjemność z robienia, bo inaczej odpadłby z teorii seks, a tego byśmy nie chcieli. Ale ja nie o tym. 
Sposobiąc do pozalekcyjnego spotkania kulinarnego online z gawiedzią szkolną (spokojnie, gotować będą lepsze fachury), myślałam o książce kucharskiej dla początkujących (spokojnie, nie ja miałabym ja napisać).
Książka kucharska dla początkujących zawierałaby proste dania, podstawowe wręcz. Dobra, w  każdej książce kucharskiej to można znaleźć, ale czy kiedykolwiek znaleźliście opis lub zdjęcie - cebulki zrumienionej, zeszklonej, podsmażonej na złoto? Który odcień cebuli jest już złoty, a kiedy zaczyna się spalać? Ach, oczywiście, tego trzeba nabyć, ale czyż opis tegoż na początku waszego pierwszego gotowania nie ująłby stresu?
Kiedy zaczynałam gotować w ogóle, sformułowanie - zeszklisz cebulę przyprawiało mnie o słabość, a kiedy dopytywałam o to, to wszyscy ryczeli ze śmiechu, no co!?
Czy w ciasteczkach maślanych jest napisane, że mają być blade jak zimowa łydka rudowłosego Skandynawa? Czy jest tam napisane - bezwzględnie piecz 10 minut i wyjmuj i jak zobaczysz w środku dźgając patyczkiem i przełamując kolejne ciastko i psując tym sposobem całą blachę, że są dalej surowe, to nie wpychaj ich z powrotem do piekarnika i nie dopiekaj na kamień? Otóż nigdzie nie było. Dobrze, ze Zinek, mój przyjaciel technolog piekarniczy mi wyjaśnił - nawet jak ci się będzie wydawać, to wyjmuj, mają być takie trochę surowe, dojdą sobie później. Oczywiście drobiazgów można by mnożyć, nawet zwykłe rozprowadzenie śmietany w  zupie dla żółtodzioba poziomu 0.0.
I właśnie o takiej książki, myślę, potrzebowałby rynek zaczynających gotować samodzielnie, jeśli nie mają na podorędziu sztabu matek, cioć, sióstr, braci, bratowych i przyjaciół, co ja miałam i mam szczęście mieć. Taka książka nie musiałaby mieć wiele dań, ale potrzebowałaby dań takich, które nauczą człeczynę tego żargonu. Wiadome, tekst pisany przy gotowaniu jest kaleki, ale jednak...

A tymczasem zupa pomidorowa wyższej potrzeby, czyli szybko i gdy cię na ten przykład dopadł feldkurat Katz 

trzeba  w zanadrzu posiadać:

- przecier pomidorowy własnej roboty, myślę jednak, że nadałby się kupny sok pomidorowy, tylko zupina będzie wtedy rzadsza - 0,5 litra
- słoik suszonych pomidorów w oliwie
-  pół litra bulionu (może być kostkowy, nie łudźmy się, we wszystkim drzemie zło, a feldkurat może powalić nas bardziej)
-1. cebulę - jeśli lubicie cebulę to dużą, jeśli nie bardzo, to małą, jeśli jest wam wszystko jedno, to jakąkolwiek
- zielone listki przyprawy - bazylia lub pietruszka lub jedno i drugie
- lub przyprawy suszone - bazylia, pietruszka
- ząbek czosnku (albo 2 , albo 3 jeśli przepadacie za czosnkiem)
- śmietana 18 (2-3 łyżki)
- pieprz, sól,  odrobina cukru lub ksylitolu
- makaron
- blender
- i 2 garnki oraz durszlak* (jeśli się potrzebuje makaronu)
- oraz łyżkę

i tak:

1. Makaron gotujemy i odcedzamy wykorzystując wodę z niego do wykonania bulionu (bo wodę trzeba szanować, a w wodzie  z makaronu mamy tylko rzeczy zjadalne i smak, który pojawi się w zupie, no to po co marnować?)


2. Robimy bulion. Może nam przestygnąć, może być gorący do zupy.


3. Siekamy czosnek, chyba że macie taką praskę, która wam zużyje cały, jeśli nie, to po co zapychać praskę i zużywać wodę do jej mycia, skoro można ząbek posiekać nożem, a  później go płazem rozgnieść. Płazem, ale nie żabą czy kumakiem nizinnym, tylko płaską powierzchnią brzeszczotu
Ważne jest, żeby czosnek posiekać około 10 minut przed wrzuceniem do zupy, ponieważ aktywujemy wówczas stosowny enzym (allinaza) który rozkłada nam alliinę o właściwościach nieantybiotycznych do allicyny o stosownym zapachu i właściwościach antybiotycznych. Robimy to wcześniej, żeby aktywować enzym, ale nie podsmażajmy czosnku, dodamy go dopiero na koniec, bo allicyna jest wrażliwa na wysokie temperatury i szkoda by nam jej było, skoro już tak się starannie nasiekaliśmy i narozgniataliśmy.

4. W garnku od makaronu (oskrobanym z przywartych do dna resztek) na oliwie ze słoiczka z suszonymi pomidorami podsmażamy posiekaną cebulę (obojętne jak ją posiekamy bo i tak będzie zblendowana), wrzucamy też suszone pomidory ze słoika. Ilość oliwy zależnie od cebuli, ja zwykle daję jakieś 4 łyżki na dużą cebulę.

Ja podsmażam cebulę na brązowawo, bo lubię ten lekko przepalony już smak.

5. Zalewamy to bulionem, doprawiamy odrobiną cukru (ja ksylitolu), solą, pieprzem, papryką słodką, a jak ktoś lubi to i ostrą, tylko ja osobiście nie mogę szaleć, bo społeczność domostwa wtedy kwiczy.
Dodajemy przecier pomidorowy (lub sok).  I gotujemy jakieś 15 minut.

6. Blendujemy(u mnie wychodzi zwykle gęste że ohohoho), dorzucamy czosnek i suszone zioła (jeśli nie użyjemy zielonych), śmietanę - czekamy aż zabulga parę razy

7. Wrzucamy świeże zioła (lub mrożone, ale zielone)

8. Z makaronem jemy uch!

Zdjęcie nie jest zachęcającym pokazem potrawy, bo trzasnęłam je kiedy już zupa się kończyła, wołając aaaa poczekajta poczekajta, ale coś tam widać w kolorze. 




niedziela, 7 marca 2021

deprywacja pościelowa

 W związku z chronicznym zmęczeniem wynikającym najprawdopodobniej z tego, że ten świat jest dla mojej osobowości zbyt pospieszny, aby dokonać swoistego resetu i przymusić jestestwo do chcenia czegokolwiek, potrzebuję strwonić przynajmniej jeden dzień. Ponieważ okoliczności ustawiają rzeczy tak, a nie inaczej, wypada najczęściej, że tym dniem jest sobota, którą, gdyby nie wzmiankowana powyżej potrzeba, poświęciłbym na rozwój własny i stosowne do niego przyjemności.
A tak, zmuszona konstrukcją psychiczną i fizyczną, poświęcam cały dzionek boży na absolutnie bezproduktywne gnicie w legowisku, aż do bólu kości, aż do przykurczu mięśni, i to wszystko po to tylko, by mnie nazajutrz paląca potrzeba z tego legowiska katapultowała z dzikim banzai do spraw codziennych, obrządków i sztafażu ogólnego. Ot, błędne koło, które powoli, acz nieuchronnie wiedzie mnie w strony gbura, nie mającego tym razem nic wspólnego z gwarowym gospodarzem.



Być może w ramach odruchu ratunkowego, a może po prostu dlatego, że darzę Umberto Eco miłością niezmienną, bezwzględną i bezwstydną, polecam na dzień dzisiejszy, deszczowy u nas i stosownie wietrzny, Sześć przechadzek po lesie fikcji w przekładzie Jerzego Jarniewicza. Jest to 6 esejów, wykładów właściwie, w których Eco, ze swoją naturalną swadą i poczuciem humoru, rozbiera na śrubki i kółka zębate maszynę literatury. I jak to u niego, nie da się nudzić nawet w warsztacie.


A kiedy mam przypływ obowiązku łamane przez entuzjazmu, żmudnie dziergam zaległy album dla mamy, który zaplanowaliśmy zrobić z rodzeństwem na 85. urodziny i jakoś tak zeszło parę latek




piątek, 5 marca 2021

a gdybyż tak zaufać tropom?

 Ten stan, kiedy szukasz tytułu przez długo czas, i nigdzie nie znajdujesz, ani na allegro, ani w antykwariatach, ani w sieci, i wtedy ktoś, dajmy na to Konrad Góra podrzuca link do antykwariatu nawet nie tobie, tylko z jakimś pytaniem do całego ludu znajomych, a ty w ten link klikasz, bo co prawda przyrzekłaś sobie nie kupić żadnej książki już przynajmniej do końca lutego, ale klikasz, żeby sobie zajrzeć co tam w swym tezaurusie ten Tezeusz ma, i tak sobie mimochodem wpisujesz nazwisko autora, i zupełnym mimochodem okazuje się, że poszukiwanego przez ciebie wcholerę czasu tytułu jest sztuk chyba zetrzy, to ten stan, moi drodzy, nazywa się piątek 

tak było,

*

a tak jest


Nie znalazłam jeszcze książki Toma Robbinsa, która by mnie znudziła. Wszystkie, które posiadłam (na stałe lub jako przelotnych kochanków) są absolutnie przepiękne, zachwycające i odleciane. To tyle, więcej powiedzieć się nie da. Nie przeze mnie w każdym razie.


*

Ale za to mam słowo krytyczne do Baśni o wężowym sercu albo słowa wtórego o Jakóbie Szeli* Radka Raka, która to książka najpierw mnie oczarowała, ale autor skopał ją według mnie jedną sprawą. Chęć bycia interlekturowym zamiast podbić walory opowieści, podkopuje je, a później skacze po ich grobach, bo nawiązania są tak nietrafione i tak usilnie próbują włączyć w splot narracji te, które są  z innej uczynione przędzy, że wychodzi z tego cerowana skarpeta, a ta ma jeszcze swój urok, natomiast w lekturze nie.  

* dwie zagwozdki mam zawsze - 1 - czy dobrze odmieniam takie długie tytuły i 2 - jeśli wszystkie litery w tytule książki są drukowanymi wersalikami, to nigdy nie wiem, gdzie dać wielką, jeśli zamierzam użyć minuskuły


*

No i niezastąpiony Umberto Eco, tym razem Sześć przechadzek po lesie fikcji w przekładzie Jerzego Jarniewicza. Stadko esejów dotyczących mechanizmu pisania, czyli coś, co tygryski czują. A ponieważ Eco to jest (mówimy o nim w czasie teraźniejszym, bo choć gryzie glebę, a robaki gryzą jego, my nadal gryziemy jego ducha i umysł i tu akurat (...no właśnie co, materia, energia, fluid?...) zmienia swoją postać bezustannie, napędza, nawraca, stanowi perpetuum mobile. Chcielibyście poczytać o czytaniu, a może popiszczeć o pisaniu? To u Eco właśnie jest portal


(przy okazji jeszcze weźnijcie Borgesa wykłady, ale to już pisałam wszak, Eco też go wspomina w swoich przechadzkach, czyli jest dobry trop)