niedziela, 8 listopada 2026

"Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono..."

 Dobra, uległam chuci i wrzuciłam czatom prompt: "uzupełnij ten pokój tym, co o mnie wiesz". Jak możemy zauważyć, GPT ma o mnie cieplejsze zdanie, niż Gemini, ale fakt, że parę razy naurągałam dżeminajowi mówiąc mu, że GPT poradził sobie z zadaniem znacznie lepiej. Możliwe też, że przynajmniej raz w trudnej nocnej porze nazwałam go baranem, kiedy fantazjował na temat grafik do pracy. I niby mi odpowiedział, że ok ok, że bardzo się cieszy, ale jak widać...


Gemini


GPT


niedziela, 18 października 2026

Industria

Czy piszę, pyta Sławek Płatek, no trochę tak, rzadko, ale jednak. I to jest przezacne, że o mnie pamiętają i Janek Baron polecił mnie jakiś czas temu Chorzowskim Zeszytom i wkrótce znajdą się tam moje dwa wierszyki, a zapowiedź tu

Tymczasem smarkamy z kotem na przemian i tak jakoś nam czas zlatuje. 

sobota, 3 października 2026

Cilp - calp

 Och, zamknęłam się w enklawie porannego pokoju i jeszcze dryfuję w jasnożółtym świetle poranka, jeszcze do robót koniecznych nie idę. Gdzie się podziewają te wszystkie niewykorzystane minuty, których nie sposób zaprząc do świadomego spędzania? Dokąd skapują, gdzie łączą się w strumyczki, którymi korytami odpływają te rzeki traconego czasu? Gdyby znaleźć owo morze, do którego dążą, o ileż dni by tam było! Tymczasem, zanurzona w październikowej sobocie, pozwalam im ściekać z biurka na podłogę, wsiąkać w szpary i przesączać się sufitem do piwnicy, a potem dalej...

Powoli dojrzewam do jesiennego ogrodnictwa i żeby nie poruszyć wrażliwej tkanki "o nie", po kawałeczku przemycam jakąś drobną robótkę, a to marchew wyrwę, a to oczyszczę inspekt. Wiem, że czas goni, goni niemiłosiernie i pod domem płyną całe rzeki, które chętnie zasysają marnotrawione godziny, ale cóż ja poradzę, że moje czujniki "o nie" są przewrażliwione tej jesieni.

Zwłaszcza gdy w lustrze nieba odbija się całe to piękno, że tylko uwięznąć w wiklinie fotela, wbić wzrok w połyskliwy błękit i śledzić jak się o ten wzrok drapią przepływające chmury. Od czasu do czasu strzepnąć blady brzozowy list z ramienia na stos pod nogami, do przeczytania na później. Jesień do nas pisze, na szorstkich pergaminach stawia koralowe kropki kalin, toczy wieloznaczność jarzębinami, pokrzykuje jałowcem. A na gałęzi, tuż pod okiem oburzonej rzekotki,  pierwiosnek liczy pieniążki - cilp calp, cilp calp. 



I żeby nie było tak ckliwie, choć nastrój mam jesiennie nostalgiczny, co skądinąd jest przyjemne bardzo, dorzucam zdjęcia z innego świata, czyli prezentacji pierwszego tegorocznego STEAMu fizycznego u ósmej - obliczanie pracy i mocy modelu windy. Jedna grupa zrobiła nawet napęd elektryczny!






niedziela, 20 września 2026

Historie obrazkowe

 Mam taki w sobie mechanizm, który nakazuje mi stronić od dyskursów ogólnie podejmowanych. Trochę to źle, a trochę może i dobrze, bo mi oszczędza czasu. Rozważam sobie tedy rzeczy w duchu, sama ze sobą dyskurs prowadzę i dopiero w kameralnych warunkach, w  zaciszu spotkania wyjmuję, odwiązuję wstążeczkę, rozwijam z papierka i rozkładam. Dlatego, choć obejrzałam grzejącą obecnie rumieńce na twarzy Internetu netflixową Lalkę w reżyserii Pawła Maślony, to oprócz tego, że podobała mi się, nie napiszę więcej, tym bardziej dlaczego.

Napiszę natomiast o kilku rzeczach, które z trudem, bo z trudem (z powodu dziurawego jak rzeszoto czasu), udało mi się przeczytać. Albo i się nie udało.

Marcello Quintanilha, Modlitewnik narodowy, świetnie narysowany, oszczędny w fabule i dość brutalny w myślach komiks.
W szczelinach między gorącym słońcem i brazylijską sambą, dzieją się historie zwykłe, ponure, straszne, ale i ciepłe, czasami zabawne. Kilka takich historii zgromadził autor w swoim komiksowym niewielkim tomie. Każda historia trwa zaledwie parę kartek, jak to w życiu.

Goliat Toma Gaulda (tłum. Hubert Brychczyński) to jakiś komiksowy obłęd, bo jak na niemal pustych kadrach z dwiema, czasami trzema postaciami, zmieścić bezwzględność historii i dramat człowieka. Bohaterem jest biblijny Goliat, który z wojaczki najbardziej kocha siedzenie za biurkiem. Okrutna natura wyposażyła go jednak w nieprzeciętny wzrost i siłę, a choć wiecie jak to się skończyło, nie wiecie co się działo pomiędzy. Naprawdę warto to sprawdzić.  Udał się komiks Gauldowi i to w rysunku prostym, a chwytającym za serce.

Vincenta Mallie i Huberta Ciemność (przekład Maria Mosiewicz) jest przepięknie narysowaną i pokolorowaną historią darc fantasy. Tu rycerz uwalniający księżniczkę nie jest bez skazy, a i księżniczka nie spełnia baśniowych wymagań. Opowieść mroczna w pięknych, klasycznych rysunkowych ramach. Co do zakończenia, to jak to w życiu,  bywa różnie... 

Na koniec zaznaczę tylko że czytam Tęczę grawitacji Pynchona (tak, tak, dopiero) i kurna idzie mi opornie. Jest coś co mnie do niej ciągnie, ale jakoś i męczy. Uwielbiam Pynchona we wszystkich jego książkach, które przeczytałam, a  tej, sztandarowej przecież, jakoś trawić mi niełatwo. No, ale może tak ma być właśnie. *W dodatku, jak widzicie, wymaga ona ode mnie wielu "jakosiów"

Na obrazek wklejam herbatę z maciupciej arabskiej filiżaneczki, bo od czasu do czasu palma w mej głowie domaga się dziwnych naczyń.




niedziela, 13 września 2026

Prawo Pascala

 Komentarz Czerwonej filiżanki pobudził moje poranne myśli . Odpisałam - na szczęście lubię wszystkie miesiące i poszłam parzyć herbatę (zbieżność naczyń przypadkowa). I tak się sobie przyglądałam przy tej absorbującej czynności i pytanie sobie zadałam, dlaczego i jak mogę te wszystkie miesiące lubić i jaki jest tego mechanizm.
To znaczy dlaczego, to i ja, i literatura, i wszelakie sztuki, mamy wiele objaśnień, ale jak działa owo  utrzymywanie stanu.
I tak sobie to wymyśliłam, że chyba działa to tak, jak przy wyrównywaniu ciśnienia w uszach. W zależności od rodzaju i stanu miesiąca, przeciwstawiam mu swój własny stan, ale w wersji dla mnie najprzyjemniejszej. Dla przykładu, taki listopad deszczowy i z płytą pilśniową w miejscu nieba, naciska na mnie, więc wyrównuję to ciśnienie wykładając się od środka nostalgią, chęciami podkocykowania, objadania się skrycie czekoladą i budowaniem schronów z książek. Oczywiście, można by też wyrównać to ciśnienie czarną rozpaczą, niemocą, czy niechęcią, ale mamy tak szeroką gamę odczuć i reakcji, że z tych dorównujących listopadowi jest możliwość wyboru najmniej inwazyjnych, a najbardziej przyjaznych mojemu życiu. To sprawia, że listopad nie jest w stanie mnie wklęsnąć (wklęść? wpuczyć?) i dzięki temu niepogięta mogę oglądać różne jego cuda i dziwy w innym przypadku niewidoczne.
W grudniu po południu ogacam się wełnianymi skarpetami, wzorem Muminków wypycham brzuszek świerkowym igliwiem, pasę się herbatą i nalewkami uwalniającymi zapach świąt albo lata. Lipce we mnie z kolei  potrzebują dużej ilości wody oraz  lenistwa, które ze względu na jego niezwykłą płynność, można skierować do akurat potrzebujących części ciała.
A taki na przykład entuzjastycznie balonowy maj, generuje potrzebę napompowania się vis vitalis i  dryfowania w zapachu lilaków i jaśminów, więc wypełnieniam się majem aż po pięty. 

I tak to, proszę jaśnie państwa, mniej więcej wygląda. 



przeprosiłam się z Nikonem.

sobota, 12 września 2026

Akuku!

 I o cholera! Czyli miałam, ach jak ja miałam pisać, postować i w ogóle. Wyszło jak zawsze, czyli, panie tego, znaczy się wrzesień. A choć mój wewnętrzny adwokat diabła natychmiast usiłuje postponować to co za chwilę napiszę, to jednak chyba najulubieńszy poczuciowo miesiąc. Dobra, jeden z, jeden z...!

We wrześniach, podobnie jak w pozostałych miesiącach, znosimy rzeczy miłe i niemiłe,. Dla przykładu:
światło - miłe
roboty - niemiłe
spotkania - miłe
brak czasu na czytanie/pisanie - niemiłe?
ogrody - miłe
wschody słońca - miłe
wilgoć w chałupie - niech ją szlag!
szkoła - szkoła
i tak dalej.
Przykłady można by mnożyć bez widocznego końca i w zasadzie to byłby już cały mój post.. 

Wychodząc na przeciw wszechświatowi, otwieram się na miłe-niemiłe, żongluję nimi usiłując wygrać tę wrześniową partię. Dziś znienackowa wizyta rodziny - miłe, ale miałam zrobić coś innego - niemi..., a zaraz, to ja miałam sprzątać - niemiłe, więc nie będę - miłe choć groźne, ale to później się jakoś, coś - trochę niepokojące, choć przyjemne. Więc może to tak z grubsza - uspakajające, zatem siadam do bloga - miłe. Wyszło na miłe, jak widać, więc chyba dobrze. Z bałaganem ukrytym za plecami i pod kocem - niepokojące w tle, ale nieniemiłe Poza tym mam okna od wschodu, biurko pod otwartym oknem i właśnie pada na mnie światło, więc miłe jak cholera! W dodatku za oknem pola i cmentarz więc przyroda żywa i martwa, więc jesień na mnie woła akuku! I to też jest miłe. No to chyba stąd już otwarta droga do cudowności nie?

Ps: zdjęć na blogu będzie znikomo, bo w myśl porzekadła: Gobi wszędzie ci narobi, mechanizm mojego lumisia zasypał piasek. Mam lustrzankę, ale czy mnie się będzie chciało ją wytargiwać... - niemiłe. Ale robi dobre zdjęcia - miłe, tylko że czy będzie mi się chciało...? Dlatego zdjęcie jest lipcowe, a zrobiła je Aga w Chwalęcinie.

czwartek, 30 lipca 2026

Zapychacz sumieniowy

 Zaprawdę postaram się wpisać 4 i ostatnią część kazaskiego dziennika podróży, ale naprawdę nie wiem, czy mię się to uda, gdyż robię wszystko inne, tylko nie to. Może nocą uda się popchnąć.


Jasne, że będę tęsknić. Lipiec dał mi wielki odpoczynek i mnóstwo wewnętrznej radości. Kiedy było słonecznie, ogród cieszył mnie swoją pychotą, a lipcowy deszcz (dla przypomnienia w naszym klimacie lipiec jest najbardziej opadowym miesiącem w roku) zwalniał z robót ogrodowych i rozgrzeszał z błogiej kasacji połączeń neuronowych pod wpływem platform streamingowych. Nacieszyłam się serialozą, przypomniałam kilka (naprawdę tylko kilka) książek, przeczytałam kilka nowych (naprawdę tylko kilka) i przede wszystkim pławiłam się w niemuszeniu, nawet wobec siebie. Po roku prac kopalnianych wiem, że było mi to potrzebne i tak właśnie wykorzystałam ten czas.
Mieszkała u mnie też Agnes i kiedy miałyśmy ochotę, to pogaduchiwałyśmy, a kiedy nie to niepogaduchiwałyśmy. Były wycieczki, storytelling w tegorocznej  Wiosce Teatralnej Wegajtów, smaczne żarło, zakupy, obżeranie się owocami, śmiechy i ćwiczenia cielesne, a także rozmowy po-ważne i mniej i jak tu nie kochać  życia sytego sybaryty!

Teraz czas na Mongolię, więc rozpierducha na podłodze i tradycyjnie pewnie spakuję się wieczorem zamykając oczy.



A na smaczek dykteryjka

No więc tak, Aga przyjechała do mnie drugiego dnia obchodu "symbolicznych urodzin koleżanki" i gościła czas jakiś. No widziałam tę piękną torbę prezentową w koty i plecak z Muminkami w niej, ale byłam święcie przekonana, że to Agi rzeczy. Dopiero pod koniec jej bytności odważyłam się na wścibstwo i spytałam co to za ładny plecak tam ma, na co robiła baranią minę i rzekła, że jaki, jakie tam ma i dzie, bo to stoi od początku i jest moje prawdopodobnie. Jako, że jestem psychofanem Muminków uznałam, że moje na mur, ale od kogo. Zez godzinę rozważałyśmy gości odrzucając tych, od których wiedziałam, że nie i od których najprawdopodobniej nie. Wyświetlałam sobie w głowie urodzinowe zdjęcia i ni cholery. Dopiero sister ma niezastąpiona telefonicznie mi mówi, a to nie od Zinka?
I przebóg, Zinku, za rzadko się spotykamy!
W każdym razie Zinek spakował mnie do szkoły w Muminki (wiem, wieeem i Balum Balum) , a zanim się o tym dowiedziałam minęło trzy tygodnie. 
Muminkowy prezent od Ostrej i Piotra <3