niedziela, 19 kwietnia 2026

Między kartkami

 Mus zgarnąć trochę papieru z przestrzeni roboczej, więc korzystając z okazji że bardziej mi się nie chce niż chce, oraz mrocznego postanowienia, że kiedy będę miała możliwość i ochotę nierobić, to nierobiła będę, bo odpoczynek obecnie w moim życiu jest jakby luksusem, zapiszę dzielnie na blobie kilka wyrazów na temat.

Nie zbiera się jabłek z tego sadu, to jedna z książek Wojciecha Koronkiewicza, białostockiego dziennikarza, zapalonego rowerzysty i świetnego gawędziarza, który dostrzega i nowe i stare, a rzeczy ogląda z czułością i z tą samą czułością próbuje chronić przed zapomnieniem. Jego "rowerowe" książki zabierają w świat duchów Podlasia, w cień wilgotnych murów starych kościołów i drewniane deski cerkwi, w leśne uroczyska. Pan Wojciech doskonale przekazuje emocje, nie wzbrania się przed odczuwaniem strachu, czy respektu nawet tam, gdzie jego pragmatyczny umysł próbuje mówić - to niepoważne. Odwiedza miejsca związane z podaniami, wierzeniami, cudami, rozmawia z ludźmi, splata z opowieściami refleksje o własnym życiu, a wszystko to w krótkich opowiadaniach, minifelietonach napisanych lekko, ciekawie i z uczuciem. Inne jego książki to Z Matką Boską na rowerze, Podlasie zdrowo zakręcone, czy Życie seksualne kajakarzy. Polecam.

Książki Marcina Mortki poznałam przypadkowo, dość późno, dzięki mojej chrześnicy, a właściwie bratu, który mi je polecił. Dla miłośników mistrza Sapkowskiego to gratka, bo Mortka pięknie czerpie ze wzoru. Piszę - pięknie, bo nie jest to żadne rżnięcie, czy wzorowanie, choć oczywiście nie można uniknąć odczucia inspiracji. Ale jest to inspiracja w dobrym stylu. Przesympatyczna banda Kociołka, karczmarza z talentem do pakowania się w przygody i jego drużyny do "zadań specjalnych", w której skład wchodzą krasnolud, elf, goblin, świątobliwy rycerz i kapłan-mag naprawdę zdobyła moje serce. Tym samym zrobił to autor. Cykl Drużyna do zadań specjalnych, Marcin Mortka

Wraz z pojawieniem się serialu Rycerz siedmiu królestw, przeczytałam książkę Geoge R.R. Martina i choć mam mu za złe i uważam, że powinien zapłacić nam, wiernym czytelnikom sroga karę za niedokończenie cyklu smoczego, to Rycerz jest zacną fantasy, spokojną, bez fajerwerków fabularnych, a  przecież wciągającą. Jasne, że smoczy cykl na wstępie się do tego przyczynia, ale Martin jest dobrym pisarzem, wiec książka napisana jest dobrze, a  serial świetny.

Po książkę Karoliny Sulej, Rzeczy osobiste sięgnęłam z powodu jakiegoś kiedyś komentarza na FB. Komentarz, dość agresywny,  wyrażał oburzenie związane z tym, że osoba w kryzysie bezdomności prosiła o ładną sukienkę. Nie jest tu istotne, co w tym komentarzu dokładnie było, ale istotna jest myśl o tym, co utrzymuje nasze głowy nad powierzchnią wody. Przywołałam wtedy w odpowiedzi na ten komentarz słynny już moment, kiedy kobiety po wyjściu z obozu zagłady przede wszystkim prosiły o szminkę i szukając w sieci linku do artykułu na poparcie tej mojej wypowiedzi, natknęłam się na tytuł książki. Trochę się wahałam, bo jako osoba mocno przeżywająca rzeczy, raczej nie sięgam po literaturę martyrologiczną, czy wojenną, ale pomyślałam, że ta książka pokaże temat nieco inaczej. Nie myliłam się, Karolina Sulej przepięknie, z niezwykłą delikatnością, zrozumieniem i empatią zgłębia temat mody obozowej, dotyka punktów czułych i wrażliwych. Emocje prowadzi tak, że moje własne budowały się niepostrzeżenie i rozsypałam je dopiero na koniec książki. Rozładowałam płacząc jak bóbr, kiedy autorka opowiada już o uwolnieniu, kiedy wszystko się kończy. Niezwykła książka, ważna dla nas także dzisiaj, choćby w rozumieniu osób, które w społecznej opinii powinny być wdzięczne za "bylejakość",a  nie są.


To tyle



sobota, 18 kwietnia 2026

Ból mojej dupy

 Udostępniam na FB post kobiety, która mówi o wycinkach planowanych na przepięknych i charakterystycznych dla Warmii drogach-alejach ze starodrzewem. Te drogi to od wielu lat już nasza wizytówka z achami, ochami i mnóstwem fotek przesyłanych przez gości, że cudowne tunele, że jakie to wspaniałe... Natalia pisze pięknie i jest odważna, dzwoni, dopytuje, "pyskuje".
Nie, nie znam jej, dopiero trafiłam na jej post, to nikt znajomy, ale podziwiam ją od tego momentu, bo umie więcej niż ja, która wyrażenie opinii o ochronie środowiska, starcie z ludźmi znajomymi, kiedy chodzi o wycinanie drzew, okupuję stratą sił, na co nie bardzo mogę sobie obecnie pozwalać. 

Kiedy udostępniam post, FB mnie pyta: "o czym myślisz Joanna?" - myślę, że ludzie tego nie rozumieją, mają swoje "szybkie" argumenty, które maskują inne, bardziej przyziemne. Mam taką tezę, że to także z powodu spłycania wrażliwości, sprowadzania jej do podstawowych, makroskopowych "podniet". To lata braku przywiązywania wagi do edukacji artystycznej (pamiętamy nasze lekcje muzyki plastyki, które, owszem miały fajnych nauczycieli, ale nie oszukujmy się, były i są traktowane w edukacji, jako tzw "michałki"), to brak uwrażliwiania na sztukę i piękno w domach, gdzie często walczymy o tzw "lepszy byt", który wiążemy ze statusem majątkowym, nie posiadaniem na ścianie obrazu lokalnego artysty lub choćby obrazka namalowanego przez własne dziecko. Nie mogę oczekiwać, że ludzie głęboko zaczną czuć więź z pięknem i naturą, kiedy swój dobrostan wiążą z basenem na podwórku, ładnym i szybkim samochodem i sprawami, do których trzeba pędzić "jak najszybciej", nawet, jeśli to tylko parę kilometrów. Nie mogę oczekiwać, ze przy braku, czy uciekaniu od refleksji nad własnym życiem i swoim wnętrzem, będą w stanie wygenerować refleksję o długoterminowych zaletach alei drzew. "Bycie tu i teraz" wygina się na kształtkach cywilizacji w sposób kaleki. Myślę i boli mnie świat.


Zdjęcie ze świąt z kolejnym superherosem, a właściwie superheroską w naszej rodzinie 




sobota, 21 marca 2026

A niech to!

...  prawda? Gdybym miała zarabiać swoim blogiem, mieszkałabym w zwiniętej gazecie i lizała żwir, acz po prawdzie, moja prawdziwa praca  hm...

Żeby nie zgubić wielu tematów hulających mi po głowie, jak to ja na blobie opiszę, ach jakże ja je wysmaruję, tradycyjnie notowałam sumiennie i równie sumiennie kartkę wyrzuciłam w ubiegły łikend podczas trzepania biurka. Chciałoby się rzec Bóg dał, Bóg wziął. Na zewnątrz aura woła mnie wyjdź, wyyyyjdź, a zatem, żeby nie ulegać aurze, siadłam do biurka, żeby spędzić czas przed ekranem. Dobra, wcale nie, zaraz wyjdę i do aury, ale za chwilę, bo ona nie kusi mnie po nic, ona mi każe popiłować wycięte przedwczorej gałęzie rozłażącego się wierzbowiska i sumaków, a że robię to piłką ręczną, to mi się nie śpieszy. Zanim jednak poczujecie dla mnie współczucie, nadmienię, że lubię ten sport (piłowanie piłką ręczną, nie że wycinanie, bo robię to w ostateczności), ale traktuję, no właśnie, jako sport, więc jak nie chce mię się na stok, to nie idę. Albo idę później. 

Zmienia nam się znowu diametralnie podstawa programowa, miłosiernym milczeniem pominę wszystkie trudne słowa, w których o tym zabiegu myślę, bo co jakoś okopię się w starej, obuduję dydaktycznie i położę dach, sowa przynosi pismo że przeprowadzamy się do innego lasu. Kuj tam z tym!

Tak czy siak śledzę różne inspire na fajtbuku i wreszcie sprecyzowała się w mózgoczaszcze myśl, która pływała tam kraulem. Czego brakuje nam nauczycielom w kwestii pomysłów, scenariuszy, świetnych lekcji. Brakuje nam podręcznika porażki.

Już wyjaśniam, wspaniałych pomysłów, inspiracji, scenariuszy projektów jest mnóstwo, bo mnóstwo jest wspaniałych i zaangażowanych nauczycieli, jednak, jak to przy prezentacjach, nie wybierasz tego, co ci nie idzie, tylko to, co wyszło. Zatem każdy z tych pomysłów jest świetny i komuś wyszedł. Matką jednak sukcesu jest nie tylko wspaniały, zaangażowany nauczyciel i świetny pomysł, ale także beneficjenci i warunki, wiadomka, to każdy rozumie.

Są klasy samograje i są klasy, przy których człowiek czasem ma ochotę i zaszczyt tłuc głową w ścianę, nie to, że słabe, po prostu tak jest i już, coś nie bangla choćbyś żonglował piłką na nosie.
Pracuję metodą projektową od początku kariery zawodowej i raz było tak że władowaną energię uczniowie ponieśli, pomnożyli swoją i wszyscy wybuchliśmy w kaskadach confetti, a  bywało tak, że choć leciałam na stację dotankować energii, wszystko poszło w komin. 

Do rzeczy, szkolenia, profile inspiratorskie, dydaktycy ofiarowują nam pomysły, kołczing i pozytywną motywację, jacha, każdy z nas tego potrzebuje, jednak rozbijamy sobie mordę, kiedy nie wychodzi. Rodzi się frustracja, jakieś poczucie żalu i niesprawiedliwości - dlaczego mi nie, na pewno to ściema, kurdę, jestem do dupy że nie umiem tego doprowadzić do takiej jakości

Do czego dążę, otóż brakuje mi aneksu z twardą rzeczywistością, podręcznika porażki, który powie - może ci nie wyjść to, to i to, gdyby nie wyszło, zrób to, albo tamto, stuknij młotkiem, wyrzuć, zawiń to sznurkiem, pomiń, odpukaj, zapomnij. Konkretnie, nie niejasne: spróbuj następnym razem, za pierwszym razem się nie uda, ale już następnym poprawisz, a  kolejne wyjdą perfekcyjnie, zmień podejście, zmodyfikuj, dostosuj do klasy, czyli dydaktyczne mglistości, które podstępnie niby się troszczą, niby wspierają, ale tak naprawdę zrzucają ci na barki odpowiedzialność za to, że nie wyszło i czujesz się jak bałwan nieumiejąc dostosować, zmodyfikować, czy dajboże spróbować następny raz. 

A gdyby takie narzędzie, taką stronę porażek stworzyć, z bazą błędów, trudności i konkretnymi sposobami, jak ludzie sobie z tym poradzili, kurczę, myślę, że miałaby wzięcie, bo wbrew pozorom świadomość twardej rzeczywistości, świadomość tej właśnie porażki, potrafi przynieść ulgę głębszą, niż ciągła jazda na oparach tęczy. To dotyczy również dzieciaków.

Tak, czy inaczej darzbór! Podrzucam Wam kilka fotek z ubiegłych dwóch tygodni mojego królestwa

Wegetatywne rozmnażanie fiołka afrykańskiego 


Przygotowania do kiermaszu ogrodniczego (zaczynamy już we wrześniu)






"Pajęczaki - stawonogi, które mają 4 pary odnóży"





Biblioteczka i nasza hodowla


Pierdolnik

Żeby ukryć pierdolnik kupiłam sobie parawan


Tablica po zaledwie 3 godzinach

Demografia w kl 7




Nasz społeczny projekt klasowy (kl 5)


Stacja Migracja kl 7


Dzieciństwo Frycka (kl 4)




sobota, 14 lutego 2026

Miłość nie istnieje

Przynajmniej tak mówi tytuł książki Tomasza Szlendaka i jest to podsumowanie chyba wielu naszych intuicyjnych obserwacji. Zanim spadnie namnie eskadra świętego oburzenia wyjaśniam, że nie idzie o zaprzeczenie miłości, jako wartości. Książka raczej ogląda zmiany modelu związków, bierze pod lupę przeszłość, teraźniejszość i trochę przyszłości., próbuje przepracować mity i utrwalone klisze, które już w dzisiejszym świecie nie funkcjonują. Trochę śmieszno, trochę straszno, trochę grustno, ale tak czy siak, jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się nad jednorożcem, warto przeczytać.

Miałam ten wpis zrobić już tydzień temu, a  patrzcie, wyszło akurat w walentynki i przyrzekam, że to zbieg z okoliczności, gdyż wcześniej przypadki skutecznie odciągały mnie od bloga. Rozpaczliwymi uderzeniami ramion pokonałam fale nieoznaczoności i chwyciłam się pachoła na kei i oto z poświęceniem przynoszę garść pierdół

Pierwsza jest taka, że w środę rozebrałam choinkę, więc mamy chyba nowy rekord



Druga jest taka, że sprawdziłam, jak będę wyglądać w posiwiałości i do tego celu użyłam anielskiego włosia z choinki




Trzecia jest taka, że wchodząc po drabce do pawlacza, stłukłam pół pudełka zabytkowych bombek o wartości sentymentalnej, bo były wśród nich też moje ulubione

Czwarta jest taka że napisał do mnie kochany Janek B., redaktor moich trzech książeczek i wyciągnął mnie  z dziury niepisania pytając czy mam coś dlań, gdyż chciałby. Świecie błogosław ludzi, którzy nadal wierzą w moje pisanie, ale teraz przeszukuję bloga pod kątem.

Piąta jest taka, że podczas nieudanych prób włożenia wypadniętej uszczelki do odkurzacza (wiem jak to zrobić, ale mam zbyt gruby śrubstak płaski, żeby go wcisnąć pod pierścień, a zbyt cienką odwagę, żeby zrobić to tym, który mam, w wielkim  wzburzeniu objawiającym się nieparlamentarnym  zachowaniem i słownictwem, pomyślałam sobie  znienacka (niezbadane są ścieżki pomysłów, że ciekawe, czy udałoby mi się skłonić AI do wygenerowania muzyki do piosenki, którą kiedyś napisałam (2009). I wiecie co, choć ucięła mi jedną strofę, to muzykę zrobiła bardzo blisko tej, która gra w mojej głowie.




Dobrych walentynek!

a tu jest srebrnej wuszki wersja Kuby Gornowicza



niedziela, 1 lutego 2026

Jest zima, to musi być zimno!

Pani kierowniczko! I tak sobie myślę, jakie ja mam szczęście, że należę do tego nikłego odsetka, który uwielbia zimę! Bo spójrzcie, budzę się rano w radosnym nastroju, że jest śnieg i mróz, budzę się rano z grzeszną przyjemnością wyskoczenia spod ciepłej kołdry w chłodne powietrze i po zimnym prysznicu czuję, jak przepływa przeze mnie energia świata. Budzę się rano i oszałamia mnie uroda czystego białego, a  jednocześnie delikatnie barwionego światłem piękna, wracają baśnie dzieciństwa i cudowne odczucia z tamtego czasu. Budzę się rano i cieszę się w imieniu przyrody naszej strefy klimatycznej, która potrzebuje grubej warstwy śniegu i niskich temperatur. To uczucie lubienia zimy to nie jest tylko tak, że się ma nadane od Zeusa czy innego Mitry, je też trzeba w sobie, tak jak wszystko co się wiąże z poczuciem szczęścia, wyhodować i czule pielęgnować zwracając uwagę na pozytywne aspekty. Nasz gadzi mózg zdecydowanie woli narzekać, krótkotrwale obniża to poziom kortyzolu i redukuje uczucie frustracji, kluczowe jest tu słowo "krótkotrwale". Częste narzekanie, podobnie jak każda powtarzana czynność utrwala szlaki nerwowe, które później mózg wykorzystuje do, no cóż dalszego narzekania, a stąd prowadzi udeptana mózgowa ścieżka do dostrzegania rzeczy "trudnych, przykrych, niedobrych". To dostrzeganie "przykrego" to też mechanizm gadziego, który pozwalał w dawnych czasach stosować postawę czujną i obronną. I niestety tak nam w mózgu zostało, choć obecnie to tylko my jesteśmy swoim największym zagrożeniem. Widzenie dobrych rzeczy jest znacznie trudniejsze, zwłaszcza tam, gdzie odruchowo nie lubimy bo np nasze ciało nie przywykło do niższej temperatury co jest w czasach skutecznego CO, polarów i podgrzewanych foteli, jasne. No więc można przyzwyczaić i ciało i mózg do dostrzegania tych aspektów pozytywnych, choć będą się oboje przed tą pracą opierali. Warto jest jednak tę pracę wykonywać, bo badania dowodzą, że narzekanie (nawet to wewnętrzne, czyli myślenie o nieprzyjemnych aspektach rzeczy) wpływa negatywnie na nasz hipokamp, który ma ważne zadanie w pamiętaniu, inteligencji i umiejętności rozwiązywania problemów. Tak więc jeśli jesteś osobą, która zimy nie lubi, zacznij od małych kroków - dziś obejrzyj i nazwij głośno wszystkie piękne rzeczy na podwórku, jakie widzisz, sztachnij się tym pięknem. Później przypomnij sobie z lekcji biologii o tym, jak wdzięczne będą rośliny za pokrywę śnieżną i obniżenie temperatury hamujące zbyt szybką wegetację, która przesuwa okres kwitnienia na terminy przymrozków. Pomyśl, że ta okrywa śnieżna powoli uwalniająca zasoby wody pod spodem jest ważna dla zasobów wody podczas okresu wegetacji, a roślinami karmią się też zwierzęta. Tak te słabsze zimą nie dadzą rady, to też jest naturalne inaczej ekosystemy, zwłaszcza tak okrojone, nie dałyby rady ich wykarmić. Pomyśl o tym, że część szkodników roślin  wyginie. Pomyśl o tym, że możesz wyłożyć poduszki i kołdry na parapet i wymrozić żyjące w nich żyjątka. Pomyśl o tym, że mięso nie bez przyczyny trzymamy w zamrażarce, że zimno opóźnia procesy starzenia, a ruch w niskich temperaturach zwiększa efektywność spalania tłuszczu i znakomicie dotlenia organizm. I zrób pierwszy krok ku polubieniu prawdziwej zimy, a twój hipokamp odwdzięczy ci się z godnością i wdziękiem, jakie tylko hipokamp może nam zaserwować. No i w bonusie być może nabędziesz to, co mam ja, poczucie szczęścia, którego w tym świecie jest mało. Ono nie jest całościowe, dlatego trzeba je zszywać z codziennych małych skrawków.

A dla zmarźlaków przyniosłam przepis autorski na forszmak. Zrobiłam go na przybycie Dosi, ale stary ford wczoraj odmówił współpracy i niestety mogę tylko podzielić się z nią zdjęciami. Forszmak, to takie danie, które może być gulaszem, a może być zawiesistą zupą z resztek z lodówki. Kicia jest chora i rozmroziłam jej pierś z indyka w nadziei, że zje, nie chciała, ponadto wyszperałam z czeluści zamrażarki kubek zamrożonego bulionu, więc trzeba było coś z tym zrobić. Można modyfikować sobie dowolnie składniki, ja użyłam tego co miałam, a zatem:

Użyte przeze mnie produkty:

- 2 cebule
- 3 duże marchwie
- 5 małych pietruszek
- 3 kawałki korzenia selera
- 3 łodygi selera naciowego
- 1 świeża papryka
- 2 zamrożone liście pora
- 2 ogórki konserwowe
- 1 pierś z indyka
- 2 listki laurowe
- 6 ziaren ziela angielskiego
- przyprawa do kurczaka (marokańska, ale zrobiłam zdjęcie składu)
- pieprz, sól, papryka słodka
- 2 łyżki cukiniupu (ketchup z cukinii)
- 2 łyżki mąki
- natka pietruszki mrożona
- bulion mrożony  (lub kostki bulionowe)
- olej do smażenia
- ok 3-4l wody

1. Na oleju podsmażyłam pierś z indyka doprawiając solą, pieprzem, przyprawą marokańską




2. Dorzuciłam pokrojoną w piórka cebulę, a później pokrojone w kosteczkę świeżą paprykę i ogórek konserwowy. Odstawiłam do wystygnięcia. To wystygnięcie jednej części dania sprawia, ze przy połączeniu zupa będzie nieco bardziej zawiesista, a zupom zimowym o to chodzi.

3. W garnku ugotowałam pokrojone w plasterki i kawałki: marchew, selery, pietruszkę, liście pora z dodatkiem bulionu liścia laurowego i ziela angielskiego. Kiedy warzywa zmiękły, dodałam 2 łyżki cukiniupu, pogotowałam jakieś jeszcze 5 minut

4. Dorzuciłam rzeczy z patelni do garnka i gotowałam razem jeszcze jakieś 15 minut

5. Z dwóch łyżek mąki i zimnej wody zrobiłam zaklepkę, żeby zupa była zawiesista i dłużej trzymała ciepło, kiedy wrócimy zmarznięte i szczęśliwe z łyżew. Dosypałam mrożoną natkę pietruszki (nie gotuję jej wcześniej, bo lubię bardziej surową). Pogotowałam zupę z zaklepką i pietruszką jeszcze jakieś 3 minuty


Wyszła wspaniała, nieskromnie napiszę. Można dodać śmietany, można zmieniać warzywa, można dodać pieczarki, jednak forszmak zawsze powinien zawierać jakieś mięso, najlepiej drobiowe. Smacznego i kochajcie zimę! 


A tu moje poboczne stanowisko podczas gotowania, czyli rzeczy, którymi zajmuję się w trakcie

Zrobiłam nawet deser. To tylko zwykła galaretka z mrożonymi z lata jeżynami, a tyle uciechy. Poczęstowałam wujostwo, którzy mieszkają po drugiej stronie korytarza i byli zachwyceni.



sobota, 31 stycznia 2026

Od zajebistości dzieli nas 8 cm

 Kiedy byłam dzieciakiem dostałam od siostry łyżwy. Nie, nie były nowe, wtedy niełatwo było kupić,  nawet jeśli się miało pieniądze. Nie mieliśmy. No więc po siostrze dostałam te łyżwy rozmiar 37, do wypełnienia którego potrzebowałam aż dwóch par grubych wełnianych skarpet. Jakaż ja z tych łyżew byłam dumna, białe znoszone figurówki stały się pantofelkami Kopciuszka. Gdzie tam brzydkim kozakom do subtelnej linii łyżew! A jeszcze umieszczona w nich moja niskopienność otrzymywała jakieś 8cm wspaniałości. Istna modelka!  Zawody łyżwiarstwa figurowego oglądane w telewizorze nagle przeniosły się do realu. Nie byłam jakoś specjalnie biegła jeździe, ale w swojej wyobraźni byłam mistrzynią biorącą same pierwsze miejsca na wszystkich prestiżowych zawodach i zimowych olimpiadach. Pod zmierzchającym niebem kręciłam na pobliskim bagienku piruety wyobrażając sobie, że skaczę te wszystkie axle i tulupy, jechałam na chwiejącej się pajęczo jednej nodze w tych za dużych łyżwach wzbudzając dziki aplauz publiczności licznie zgromadzonej na brzegach. Trzcina poruszana wiatrem dawała odpowiedni efekt.  W chwilach, kiedy zawody na bagienku się nie odbywały, spotykałam się z kumplami na stawku, żeby wygiętymi kijami i kamieniem grać w hokeja albo ganiać się w labiryntach powstałych w wyniku odpowiedniego odśnieżenia tafli. Te łyżwy to był mój skarb, a właściwie nadal jest, bo nadal je mam. Ostatni raz jeździłam na nich z pięć lat temu, a tak naprawdę to dziś po południu. Wyciągnęłam je  z szafki z drżącym sercem, czy ja w ogóle jeszcze pamiętam, jak się jeździ. Pamiętałam, ale po przebyciu jakichś stu metrów zarejestrowałam obecność przedziwnych mięśni, których, przyrzekam, jeszcze rano tam nie było. Co prawda nadal czułam się w nich piękna i elegancka, przede wszystkim wysoka, powróciły wszystkie fantazje dzieciństwa, o wzroście i figurze modelki, o łabędziej linii , klasie i szyku.  Tylko że gdzieżby tam piruety, żadne tam  na jednej nodze, w trakcie jazdy moje kostki spojrzały na mnie z dołu tak jakoś smutno, że przecież musimy jeszcze wrócić, a 15 stopni to nie jest dobra temperatura, żeby wracać boso. 



Tu pozuję dla was w ogrodzie w stroju fińskiego spawacza. 


*

a niedawno ćwiczyłam w ramach tych moich aplikacyjnych brewerii coś, co się nazywa Rutyną Dumnej Postawy, no ja nie wiem...


*

A tu nasz dziącioł. Dziadygi całe lato próbowały wykuć dziuplę w ścianie domu tuż pod moim oknem





Znowu zaczęły się dni obłędne jak żyleta, z niebem electric blue i kilkoma pasącymi się barankami. A Bryły śnieżne powleczone lodem skrzą aż boli.


więc kilka marnych jakościowo bo kartoflem zrobionych zdjęć z wczorajszego obłędnego popołudnia.