niedziela, 31 maja 2026

Z paszczy Lewiatana

 Lubię sobie grzebnąć w lewiatańskim koszyku "książka za naście złotych", gdyż co jakiś czas dryfują tam całkiem niezłe owoce morza i tak właśnie stało się w zimny majowy dzień, że wyciągnęłam na powierzchnię szare okładki, które zajęły mnie obrazkiem. No i dzięki temu przeczytałam Nawróconego, autorstwa Alego Eteraza (przekład Radosława Madejskiego). Pierwsze odczucie po odłożeniu (choć przebóg, było to jakiś czas temu), taki trochę Buszujący w zbożu, ale w dobrym znaczeniu. Co się dzieje, kiedy dopada nas bóg? Nie tak rzetelnie, palcem swym dopada, tylko przez świat, który uważa, że bogiem trąci ci z pyska. Jak się bronić, a może się nie bronić, a może coś w tym jest? Na takie i inne pytania odpowiedzieć musi sobie bohater książki, idiotycznym (a może nie) zbiegiem okoliczności, wciągnięty pod ziemię filadelfijskiego życia. A miało być tak amerykańsko.
O tym, jak rozszczepia się kolor amerykańskiej flagi, gdzie powstają i nikną wąskie strumyki różnorodności, jak targa nami nasze urodzenie i co chcemy z tym robić, próbuje nam z subtelnym humorem opowiedzieć autor. Polecam.

Wyciągnęłam z kosza jeszcze jedną, ale okazała się poczekalnianym romansidłem, które, oczywiście, że przeczytałam, bo kimże ja jestem by potępiać romance, ale nie mam właściwie na jej temat nic do powiedzenia. A, dobra, mam, strasznie małe litery.

W ubiegłą niedzielę trochę na przekór temperaturom maja, napadli mnie Bretończycy i Giżyczanie i na przekór nawałnicy roboty, czyli wiecie, że papiery spadają ci na łeb pod każdym możliwym kątem, spędziłam z nimi absolutnie krwamacki dzień! Wszechświecie bądź błogosławion za cudownych przyjaciół!




sobota, 23 maja 2026

Skrupiło się na czereśni

Ze względu i bez względu na brak czasu uruchamiam post roboczy, który napisałam miesiąc temu.  Miałam nad nim popracować, ale wicie, końce roku, ogrody, domostwa, przyjaciele, wino, śpiew i taniec i braklo czasu, by nad nim popracować, ale chciałam żeby poszedł, więc idzie 


Wiele lat starań, żeby pracowicie zepsuć klimat i o. Nie pisze tu, że kiedyś tak nie było, ale nie było wczesnomarcowych ociepleń, suchych wiatrów, o tym mówię. A jeszcze durna czereśnia uwierzyła i akurat kwitnie, kiedy przymraża i pizga krupą . Jedyny ostały kwiat magnolii pokazał kawałek bladoróżowego płatka. To by było na tyle. Nie boleję nad tymi drobiazgami, one są tylko kroplą w mojej boleści nad zepsutym przez nas, umierającym światem jakim znamy. Tym bardziej cieszmy się chwilą. Ja na ten przykład spędziłam chwile łikendu na słodkim marazmie, naprawdę, trochę pogawędziłam ze znajomymi, trochę wymyśliłam zawodowych rzeczy, a trochę przekwitałam (piekło i szatyni na ten proceder ponury!). 

Co robię, żeby być szczęśliwą? Odpowiedź brzmi - wszystko co mogę! A w zasadzie to nic, po prostu staram się wprowadzać w czyn to, czego się uczę, z filozofii, z praktyki, z rozmów, z doświadczeń. Moim pierwszym krokiem było rozpoczęcie nauki brania się za pysk, sama z siebie to zaczęłam. Nie nie chodzi o przymuszanie się do działania, czy zmiany spojrzenia, jak dziś pamiętam spacer w pola, kiedy po raz pierwszy wykonałam "mordobranie".  Polegało ono na przyznaniu się przed samą sobą do uczuć. Nieważne, czego one dotyczyły (znaczy wiem, czego, ale to nieważne), ważne, że choć sama przed sobą próbowałam tłumaczyć się z tego, czy śmego, unikać i kluczyć, chwyciłam się za pysk i przyznałam do uczuć wstydliwych. Później już szło łatwiej, krok po kroku, a później weszło w  nawyk, odruch, choć próby wewnętrznych uników, kluczenia wcale nie znikły, tylko teraz umiem je  rozpoznać. Co się zmieniło? Chyba mam lepszy kontakt ze sobą, z tą ciemną stroną, bo jasną chętnie się eksponuje, więc z nią się łatwiej jest, a trudniej z tą stroną marudy, zołzy, zazdrośnicy. Dzięki temu kontaktowi mogę unieważnić "podłe" plany mojej ciemnej strony, otoczyć je czułą opieką lub zneutralizować. Nie, nie oszukujmy się, że wszystkie. Patrząc na ludzi, staram się "zaglądać" od dupy strony, nie przez pryzmat ich działań, czy opinii, a tego, że są mną, albo moją kumpelą, albo moją rodziną, czyli kiedy bym ich znała osobiście, widziałabym ich zalety, nie tylko wady wynikające z często pochopnych wypowiedzi w mediach społecznościowych,. Co mi to daje? Przestrzeń na dostrzeganie ładnych rzeczy, bo mniej pochłaniają mnie te "negatywne", dostrzeganie jasności rzeczy, kiedy nie fiksuję się na ich cieniu. Czas, rzeczywiście mam więcej czasu w  głowie, który prawda, poświęcam na swoją pracę, ale moja praca jest moją pasją, więc choć mnie często męczy, to też uskrzydla i nakręca do dalej. No więc właśnie robię to. 


Na zdjęciu widzimy zegarek z dużej biblioteczki, który z przyczyn dla mnie niepojętych stał się artefaktem w przedziwnej grze, jaką uprawiają krewni i znajomi królika. Po wizycie rzeczonych znajduję zegarek w przedziwnych miejscach na przykład upchnięty na samym dnie koszyka z zabawkami i przyciśnięty poduchami, pomiędzy ubraniami  w szafie, a po niedawnej wizycie B. znalazłam go na lodówce w kuchni. Skaranie boskie!