wtorek, 29 września 2020

O wpływie Verbeecka na pasmanterię

A taki dzień jakiś dziś, ni wiesień, ni grzesień. Trochę po dokonaniu wszystkich duchowych i materialnych rytuałów pracy i domostwa, poczytałam Boya krytyki literackie, a trochę zasnęłam z nosem w malarstwie holenderskim. Przyśniła mi się wstążka, w kolorze niderlandzkich fal, półprzeźroczysta, jak woal, atłasowa, połyskliwa, rozwijała się i falowała, właściwie nic więcej w tym śnie nie było, tylko ta wstążka,  a później za tę wstążkę pociągnął mój kot i ściągnął mnie po niej do fotela. I tak wyciągnięta z tego snu dziwnego, zawiana nim doczłapałam do teraz. Gdybyście potrzebowali dziwnych snów, malarstwo holenderskie jest doskonałym agarem na szalkę Petriego na której można wykonać posiew sennych dyrdymałów. Tylko należy uważać na koty, których pazurki mają moc zahaczania o rzeczy niematerialne, zupełnie jakby te były zrobione z najczystszego sera.



I unikając zwracania głowy w stronę Najwszechpotężniejszego Pana Obowiązku, rozmyślam sobie o różnych rzeczach, i wczoraj do śniadania i po drodze do robót wysoce publicznych, wynalazłam sobie ładny wiersz Andrzeja Babaryki. A otóż i on

 

Andrzej Babaryko
KTOŚ JESZCZE

                Ewie jaskólskiej

Ciało jest znów wrogiem dla
tej kobiety obok A przecież
zadbała
o każdy szczegół Czerwone
paznokcie Nowa
lekko niedopięta bluzka Zmienione
uczesanie
Szła do niego
przez najcieńszą z kładek
pomiędzy
niebem i piekłem myślę Sam
od dawna osadzony po ciemniejszej
stronie świata Cóż
mógłbym powiedzieć Może
należy otworzyć okno Niechaj
co piękne odejdzie Ciału
przywróci ciszę

*

i jeszcze jeden

*


NAJCZULSZA

Kiedy poruszyły się wnętrzności
ogarnął cię ból o którym mówimy
nie do wytrzymania
Zostałeś ocalony - albo
tylko zostałeś
jak ktoś na noc daleko od domu
Życie cię wybrało
Włóczysz je dniem Przesypiasz
nocą Prowadzony lub prowadzący
i nic
Jedna ze strun umilkła - zapewne
najczulsza
Chociaż instrument stroi Dźwięk
nawet pełniejszy zrównoważony
Tamto mija
mówią
Jak dzieciństwo zły sen
lub dziewictwo
Zostałeś ocalony Albo tylko
zostałeś


*

i jeszcze jeden

*


W CHWILI OSTATNIEJ

Myślę też o nich infantylnych
mistrzach piosenek
i ich najgłębszych racjach
O nich
którzy wiedzą że co by o wszechświecie
nie mówiono To jednak
być może w łazience zaśpiewamy
Dajmy na to "Przytul
uściśnij pocałuj"
I że wtedy dopadnie nas siła prawdy
nad tę
z bibliotek i muzeów
I
w owym westchnieniu W rozmarzonych
oczach fizyka odbije się
wszechbyt którego nie ogarnął
I myślę
O tej prawdzie która ujawni swą najwyższą
moc w chwili ostatniej
A chociażby poprzez dłoń
wnuka Na przykład
zdolnego kierowcy Którą uchwycisz
jak najcieplejszą z racji Jako myśl
życia

które właśnie zamiera




niedziela, 27 września 2020

muzyka liryki

 Nabyłam drugą płytę Art Déco i lubicielom poezji śpiewanej mogę znów polecić. Tym razem chłopaki pokazują Tuwima w bardzo lirycznej i czułej odsłonie, nie myślcie wszakże że smęcą, absolutnie nie, jest w  muzyce wiele radości, tuwimowskiej swady ze szczyptą zadziorności. Lubię to, co chłopaki robią, uważam, że znakomicie się spisują zarówno od strony tworzycieli, jak i wykonawców. Muzyka mnie dotyka, urzeka, a tekstów Tuwima nie trzeba nikomu raczej zachwalać.
A w dodatku płyta wydana bardzo ładnie z obrazami Bernarda Homziuka łączącymi specyficzną barwną naiwność z postimpresjonistyczną chwilą świetlną.

Posłuchać próbek można tu

zamówić płytę tu

a iść na koncert w Lublinie. 

 żałuję, że mnie się  to nigdy nie udało, mimo corocznej bytności w  tym pięknym mieście.

bo płyty słucham i nasłuchać się nie umiem 



Co jest wyciem do księżyca...

"- Ach, ten list. Przyznaję, że zadałem ci parę ciosów, nie dając szansy na zrobienie uniku. Wszystko to brzmiało ostrzej niż zamierzałem. Byłem zły z powodu reklamy, która cuchnęła tym starym syndromem zbawiania świata, ale nie chciałem mrozić naszych uczuć...

- Wyciem do księżyca?

- Co z nim?

- Według ciebie, tym właśnie była nasza miłość?

- Miłość zawsze jest tylko tym. Miłość to nie klawesynowy koncert w arystokratycznym salonie. I jest pewne, jak jasna cholera, że miłość to nie Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Laetryl, irlandzki totalizator i dyskoteka na wrotkach. Miłość jest bardzo prywatna i bardzo prymitywna, trochę cuchnie i trochę przeraża. Myślę o karcie Księżyca z talii tarota: jakiś wielki, dziwny skorupiak w błyszczącej zbroi z powykręcanymi kleszczami wychodzi z wody, a nad nią dzikie psy wyją do księżyca w pełni. Jeśli pominąć serduszka i kwiatki, miłość jest właśnie tak obłąkana. Gdy chcesz ją udomowić, wysublimować, przerobić jej kraby na gołębice i kazać im śpiewać sopranem, kończy się to zawsze rozlewem krwi. Parodią. Jest cała masa ładnych dźwięków opisujących "lubienie", lecz miłość jest jak wycie. Przykro mi z powodu tego listu. Napisałem do ciebie jeszcze raz, delikatniej, lecz zanim trafił mi się listonosz, ty wygalopowałaś z Seattle na najlepszym wielbłądzie sułtana. Może nie powinienem cię winić... ale mogę cierpieć.

 (Tom Robbins, Martwa natura z dzięciołem, przeł. Jerzy Polak)


Ach, upolowałam tego Robbinsa za jedyne 4zł + przesyłka! Niewiarygodne, zważywszy, że polowałam paręnaście ładnych latek i taki fart! Drżąc cała w środku pospiesznie wpisywałam mail do siostry, żeby mi nabyła na Allegro, żeby ktoś nie dostał w swoje łapy, bo Robbinsa upolować trudno, a jest po co.
Kocham każdą jego książkę, która przeczytałam, jego patrzenie na świat przez magiczne szkiełko ożywiające rzeczy, poruszające z ogromnym żartem dusze bohaterów, wytwarzające czary. Chyba wszyscy znają disneyowski znak firmowy z wróżką (Blaszanym Dzwoneczkiem chyba nawet), za której różdżką podąża magiczny pył. Tak właśnie pisze Robbins, za jego słowami skrzy się i wiruje smuga pyłu, podnosi się, rozprzestrzenia, zaczyna wdzierać w zakamarki rzeczywistości iście disneyowsko, acz wnika głęboko, wydobywa z rdzenia dotykanych spraw niesamowite tony, wrażliwe miejsca,  baśniowość włókna, którą być może przeczuwamy, ale na co dzień jej nie widzimy,  nerw główny. 
Robbins patrzy jednocześnie czule i pragmatycznie, choć ten jego pragmatyzm jest zarazem grą, w której ja, czytacz, chcę zawsze zajrzeć pod dywan, czy aby na pewno nie kryje się tam złoty pył. Martwa natura z dzięciołem tak właśnie bada sedno miłości

"Czy księżyc ma jakiś cel? - zapytała Zaczarowanego Księcia.
Zaczarowany Książę udał, że zadała głupie pytanie. Być może tak było w istocie. Na to samo pytanie Remington SL3 udzielił następującej odpowiedzi:
Albert Camus napisał, że jedynym poważnym pytaniem jest kwestia - zabić się czy też nie.
Tom Robbins napisał, że jedynym poważnym pytaniem jest kwestia, czy czas ma początek i koniec.
Camus bez wątpienia  wstał lewa nogą, a Robbins zapomniał nastawić budzik.
Jest tylko jedno poważne pytanie. Oto ono:
Kto wie jak zatrzymać miłość?
Odpowiedz mi na to, a ja powiem ci, czy masz się zabić, czy nie.
Odpowiedz mi na to, a ja ukoję twój umysł targany wątpliwościami na temat początku i końca czasu.
Odpowiedz mi na to, a ja objaśnię ci cel księżyca."

 (Tom Robbins, Martwa natura z dzięciołem, przeł. Jerzy Polak)

 

Wiele przynosi ukojenia Robbins, że ten świat być może pomimo bycia najponurniejszym, nie jest najgorszym ze światów, że miłość jest, że zdarza się, że potrafi być piękna pomimo całej swojej straszności. No i jest ta możliwość, że nawet jeśli nie ma się farta, zawsze można zanurkować w tę książkę.  Wszystkich namawiam mocno do czytania Robbinsa, ale przebóg, nie kupujcie wszystkich jego książek, które się pojawią, bo są jeszcze dwie przetłumaczone na polski, których nie mam  i  na nie poluję, więc nie wolno mi tego uczynić, ze ktoś znajdzie przede mną, chyba, że znajdzie je dla mnie. Tada


 

*

W Żegotach jest taki klon, który należy do Oólnego Systemu Aurowego i jak widać na załączonym obrazku, jesień załadowana jest już w 3/4

Ponadto przed sklepem od kilku dni tkwi tak nowa i lśniąca cysterna, że mam nieodpartą ochotę ją polizać (trzymajcie mnie bogowie, bo widok  oblizującej o 7 rano samochód wpłynąłby niezbyt pozytywnie na mój pedagogiczny wizerunek). (Dobra, o którejkolwiek godzinie też wpłynąłby niezbyt fortunnie)




No i poza tym praca, praca, praca i takie tam...


czwartek, 10 września 2020

operacja chaos

Lęki, wycofania, zacichnięcia, złość, zasłuchanie w siebie, irytacja, odchodzenie, wracanie, ostrożność, spłoszenie, chłód, zmęczenie, rezygnacja, nadzieja, beznadzieja, nieufność, utrata gruntu, obawa. Spada ze mnie maska błazna, obsuwa się wraz z wiotczejącą skórą spływającą nieuchronnie, posłusznie rozkazom pani grawitacji, czasowi. Nie żywię urazy, jestem organicznie do niej niezdolna, ale pamiętam rzeczy jak cholerny krzem, i wbudowuję  tworząc plątaninę nitek, sznurków i węzełków. Strzępki grzybni, grzybnia rozrasta się, wciska w szczeliny rozprzestrzenia. Na górze, wystawiona na działanie czynników zewnętrznych, pleśnieje, mutuje w chujnię, degeneruje. Staram się metodycznie oczyszczać sieć, ale blizny po usuniętych chorych lub martwych strzępkach zostają, system pamięta. Oddalają się sytuacje, ludzie, twarze. Miejsca o dziwo zostają. Niczemu nie zagrażają, w żaden sposób, są powinowate z pamięcią, z krzemowym zapisem, ślady w piasku, rezonans ziaren. Porozumienie zachowuje się jak przy dopplerowskim efekcie, później dochodzi coraz bardziej z głębi tunelu, skąd u licha nagle pojawia się jakiś tunel! Rozrastanie się zwiększa areał, pozwala ogarnąć ogromne, ale też implikuje nowe przeszkody, nowe bariery, nowe zerwania sieci, nowe twory, coraz więcej milczenia. Pamiętam, wbudowuję, wobec wyartykułowanej myśli zewnętrznej staję się okrutna, zimna, sukowata, ale to tylko inny poziom sieci. Nieostrożny ruch wszechświata, nazbyt ostre narzędzie użyte nieopatrznie rozcina, przebudowuje sieć, sieć nigdy nie wróci do stanu początkowego choć nadal pulsuje pierwotnym rytmem. Jestem zbyt słaba, nie odcięłam wszystkich cum, ze smutkiem wciągam maskę na maszt. Powiewa, hej ho, hej ho...

*supozycja chaosu nieprzypisana do żadnego znaczmika w tym tekście