środa, 23 listopada 2016

sto lat listopada

sacrebleu! nie cierpię zmian w strategii poruszania się po narzędziach i ja rozumiem, że pracownicy muszą się czymś wykazać, ale czy nie mogą oni dziergać czapek na drutach!? grah!


w drugim tomie Dzienników Osieckiej znalazłam ładne miejsce, które śpieszę okazać:

"Ziemia czeka. Jesień zrobiła już swoje - wyzłociła, upiększyła, przeleciała i zmiotła to, co sama stworzyła. Zaświstał wiatr, zawyła kuma-zawierucha, posypały się ostatnie brunatne liście w czarne listopadowe kałuże. A potem spadł jeszcze większy listopadowy deszcz i zmył całą krasę jesiennej ziemi. I teraz na próżno naga, biedna, szara ziemia czeka na zimową puchową pierzynkę. Na próżno...
W grudniowe noce, pod grudniowym lśniącym niebem, pod Mleczną Drogą, którą prosto, prościutko zejdzie za dziesięć dni Święty Mikołaj, leży naga, zmarznięta, listopadowa ziemia."

(Osiecka, Dzienniki 1951)

i drugi jeszcze

"I nie zmiatajcie zwiędłych liści,
Co spadają z drzew jesienią,
Bo sami kiedyś tak złociście
Spadniecie w otchłań nieistnienia."

 (Osiecka, Dzienniki 1951)

ładne, a delikatną egzaltację kładę na karb lat piętnastu autorki, zresztą któż nie czuje pokusy ulegania egzaltacji... 



Się chwalę się, że nabyłam w końcu Lód Dukaja, moiściewy, co to za tomiszcze! Nawet cisnąć tym nie sposób, chyba, żebym miała podręczną i w miarę poręczną katapultę! Gdyby mnie nie było do wielkiejnocy lub innego wielkiego dzwonu, to pewnie jeszcze czytam!



środa, 16 listopada 2016

pogrom rzeczy wszelakich

trochę ożyciu. dzieci rdzennie plemiennych nikt nie karci, jak przywołują czytywane przeze mnie w ramach obowiązku dokształtu artykuły dzielnego pedagoga. nie przywołują jednak ważkiej rzeczy -  że po osiągnięciu pewnego (według nas mizernego) wieku, dzieciaki pracuja na rzecz rodziny i społeczności, uczą się wszystkich ważnych i mniej ważnych  prac i nikt za nich łóżeczka nie ściele. a szkoda, że o tym pedagogika nie wspomina, barzo szkoda, tak sobie myślę za każdym razem, gdy pokazuję uczniowi starszej klasy, jak się myje kubek, trzyma miotłę, ściera podłogę... gwoli szczerości w tym roku mam klasę szóstą śpiącą na książkach, ale dzierżącą gracko łopaty i kilofy.


dziś czyhaliśmy w kopalni na żądnych kontaktu ze szkołą rodziców. jednego upolowałam własnoręcznie, na część kumpela zastawiła  pułapkę w postaci zebrania rodzicielskiego, ale i tak większość czasu pracowałyśmy we własnym kółku zainteresowań. to nic, to nic...


w ramach odpoczynku biernego czynnego po 17, obejrzałam dzisiej "Nieustraszonych pogromców wampirów" Polańskiego i dopiero mnie olśniło, że zdjęcia są idealnie szancerowskie. Uwielbiam Marcina Szancera. znaczy uwielbiam go platonicznie za jego rękę złota i magiczną.
Z wielką przyjemnością zawsze oglądam tych pogromców.

a ponieważ na czuwanie przynosimy kosze piknikowe, jestem opchana wszystkim. i tyle z odchudzania na dziś.



Kłobuk często pojawia się w postaci czarnej kury


wtorek, 15 listopada 2016

a to ci kabała

Pewien Chasyd wysłuchał kiedyś przekonywającej nauki o tym, jak żydowska mistyka kabalistyczna zaprzecza rzeczywistości. Wróciwszy do domu, podrapał się w głowę i mruknął:
- To prawda, tutaj nic nie ma.
Szukając po ciemku zapałek, żeby zapalić świeczkę, mocno uderzył się kolanem o kant pieca.
- Hm... ale piec jest.

(Daniel Lifschitz, O rabinach, oszustach i żebrakach, przeł. Barbara Durbajło, Anna Kowalewska)

*

Chyba wywołałam śnieżycę z hopsasu i właśnie zmienia nam krajobraz. Ale ja lubię. Poza tym Janurzowi umarła owca (żeby nie brzmiało dziwnie, to owca była przyjaciółką konia) nie lubię (umierania owiec, nie koni, koni się tylko boję),  pogryzłam się nieco z kapitanem Sparrowem, nie lubię, ale trudno się mówi i idzie do swych jakże ważkich zajęć, jak oglądanie Przyjaciół w tivisie i unikanie uczniowskich sprawdzianów.

*

a książeczka ma ładną okładkę
  http://ocdn.eu/images/skapiec/Zjg7MDA_/3b3c31ca6c89496cfef8fbccb26987ea.jpg


a skoro Emi (klik klak) , jedna z przyjaznych memu umysłu ałtorek blogowych nadmieniła rzecz o nalewkach, to dziś dam otototo. węgierska śliwka





poniedziałek, 14 listopada 2016

rozrywki bohemiańskie

Tak sobie myślałam brnąc przez to, co jeszcze niedawno było pierwszym śniegiem, teoretycznie wychowuje się dzieci w poczuciu, że pokój jest ważny i dobry, i że wojna jest straszna i boli, ale chyba jakoś to wychowanie nie idzie. Tyle lat i nadal pośniegowa breja.

Wróciłam przed chwilą z "Tetaru przy stoliku", jaraczowskiego projektu już okazuje się 20letniego. Sztuka czeskiego pisarza Mirko Stiebera: "Blaha i Vrhlicka" (czytają Artur Steranko i Katarzyna Kropidłowska). 
Czesi to mają jednak serca leżące nisko przy ziemi, słyszące puls. Bez zadęcia, bez patosu, uniesień i siąkania ukradkiem w chusteczkę, a jest żywo, lirycznie w ciepłym, zabawnym, a przecież wcale nie wesołym świecie zaścianka. Iście po czesku - w zadupiu skonstruował autor ciepły kąt z kawałków rzeczywistości i kilku obskurnych sprzętów domowych; i z serca właśnie. Przypadkowe zderzenie się (sensu stricto) niedowidzącej pani Vrhlicki i pijanego pana Blahy owocuje historią codzienności, której pierwszym słowem, swoistym fiat lux, jest, a w zasadzie są: "proszę, zrób mi dziecko". Przeszłam przez to czytanie z łagodnym uśmiechem i naprawdę serdecznym rozbawieniem, co nie oznacza, że nie widać było pod spodem tego naszego durnego, pięknego i absurdalnego życia. Będziecie mieli okazję - iść, a jakże, iść.
I może to właśnie Czesi powinni kierować tym światem?

aha, zmartwiło mnie, że spotkanie było w naszym zadupiu, czyli wsi gminnej, za darmo, w sensownej porze, bo o 17, a nie było na nim ani jednego młodego człowieka. A nie, pardąsik, ja byłam (sic!)


*

na obrazek wstawiłabym zdjęcie superpełni, ale jeden z moich pstryków marudzi,a  drugi chwilowo nie ma możliwości zrzucenia się na kompiszon. zresztą i tak na fb jest ta pełnia w srylionie odsłon. o ja wrzucę śnieg zez czwartku. na św. Janie w oleju i moim ogrodzie.

sobota, 5 listopada 2016

Z rozmów z przyjaciółmi - O morzu

 opowiadam Kapitanowi Sparrowowi o rozmowie z mamcią i anonsach gazecianych

ja: patrz mamuś, po 40ce - spokojny, bez nałogów, z poczuciem humoru, wysportowany,  z własnym mieszkaniem, lubi podróże, sztukę, kocha literaturę...*

mamcia: no, w sam raz dla ciebie, idealnie, zobacz jaki dobry!

ja: mamuś, a kto taki doskonały po 40tce zmuszony jest dawać anons do gazety...?

*

Kapitan Sparrow (z właściwą sobie barwą głosu, której nie sposób przytoczyć): może jest tylko brzydki...


* przymioty wybrane losowo z artykułu

piątek, 4 listopada 2016

wytwarzanie grubości

wczoraj wydobywając swe ciało pedagogiczne z szybu kopalni czułam smak śniegu w powietrzu. w nocy padał. rano zostały po nim białe fartuszki na trawach

*

a dziś jest łikent już i się walam z Dziennikami Osieckiej (fakty są taki, że walam się od wtorku i irytują mnie ludzie, którzy czegoś ode mnie chcą, np żebym uczyła i w ogóle żebym szła do kopalni i przeszkadzają w czytaniu). lubięu to, książkę, nie irytację,  ale masakrują mnie przypisy. objaśniają od A do Z wszystkie hasła występujące w tym serialu, przypisy na pół strony (większe pół!), przypisy, do których bieżę, zostawiając urokliwy dziewczyński świat podlotkowatej Agnieszki, szuram kapciami po kartce z myślą, ze istotne będzie tam doomówienie, a tu bęc, objaśniają mię kto zacz Tuwim, Stalin, co to jest adapter. i ja rozumiem, że współczesny telewidz, który na pewno z dziką rozkoszą zanurzy się w sążnistą lekturę dzienników, może nie wiedzieć, co zacz szaflik, szpargał, czy Józef Stalin, ale kurnamaćiwszyscypomagierzyczarta! jest granica! (Nałkowska wyjaśniona tamże). i dzie później upchać te tomiszcza!

przypis: "Parlamentarność - przen. przyzwoitość, kulturalność, obyczajność" howgh!


i tak, jem końską paszę na śniadanie. 

Przypisy * końska pasza- obrok

środa, 2 listopada 2016

światełki pies ścieżka i owca

 "- Wyżyje pan - zaszeptała. - Na pewno pan wyzdrowieje. Człowiek umiera dopiero wtedy, kiedy nie chce." (T.Konwicki, Sennik współczesny)

Wczorej wszystkich świecących i świeconych, i te znicze kominkowe poprzykrywane już nie mają takiej mocy, jak za dzieciackich czasów miały moc gliniane miseczki z woskiem i knotem, które to miseczki światłem strzelały na boki, pryskały woskiem, syczały i skwierczały i na cmentarzu ciepło było od nich i rudo, tak jasno. teraz to są bardziej osobne ogniki, kuleczki światła zamknięte w kolorowych bombkach, też urocze, ale już i rękawicy woskowej nie zrobisz i nie ogrzejesz się tego listopadzianego pierwszego dnia, signum temporis.
już przepłakałam z grubsza nieobecność siostry, taty, przepłakałam, chociaż jeszcze nie przywykłam. jeszcze nie.

ale: "- Przejdzie. Wszystko przechodzi. Inaczej dawno popękałyby nam serca i ziemia kręciłaby się pusta jak bałwan śnieżny." (T.Konwicki, Sennik współczesny)











o, a tu okna mojej chałupy nad światełkami smentarza



a ponieważ na smentarzu jak sam skrewesyn lało i wiajało chłodem, to w domu, w ramach unikania sprawdzania kartkówek, obejrzałam sobie (bo nie muzom przecież) dwa filmy:

Tima Burtona - "Frankenweenie", któren nie jest przecie najlepszym filmem reżysera ani nawet wśród jego naj nie myśli stawać, ale ja uwielbiam Burtona więc obowiązkowo i na tym uroniłam łzę z   czułością, bo postać Sparky'ego chwytała za serce i już. taki miły serdel pozszywany w paczłork ze szpiczastym nosem.

na drugie z polecenia telefonicznego kapitana Sparrowa obejrzałam "Królewnę Śnieżkę i Łowcę", Ruperta Sandersa i mię się podobał, bo udatnie zrobiona baśń i w odpowiednich miejscach z biglem i mrocznie, ale irytował mnie lekki przodozgryz Śnieżki i jej stale półotwarta buzia. no nie poradzę

o chlebie i wodzie

 znów się odchudzam i jest mi smutno, gdyż jestem głodna. to czytam, żeby  zabić głód.


"Nie otwierałem oczu i nie wiedziałem, jak rozbudzony z przedwieczornego snu, gdzie jestem i kim jestem. W ustach piekł jadowity smak żółci, po skroniach przebiegały łaskotliwe stonogi pulsu. Leżałem w ciężkim worku z bólu i potu.
- Patrzajcie, on rucha się! - krzyknął kobiecy głos.
- Oj, nie smakuje jemu, nie smakuje - przyświadczył mężczyzna. - Namarszczył się jak ten kiernoz pod obuchem.
- Wydali ł z siebie całą substancję, panie Korsak - odezwał się znajomy baryton. - Jak nie pomagało prawą ręką, to użyłem protezy. Do łokcia mu wsadziłem w paszczękę. Tylko nikiel dzwonił o zęby. Mogłem mu popieścić trzustkę.
- Ach, u nas, panie, na wschodzie, to ludzie byli nerwowi - westchnęła kobieta. - Pamiętam, jeden taki urzędnik państwowy na Śnipiszkach, świeć panie nad jego duszą, bardzo delikatne miał usposobienie. Rozgniewał się raz, panie, w pracy u siebie czy może w domu na żonę paskudną, dość że napił się denaturatu czystego, a potem, panie, jeszcze sobie w łeb strzelił z państwowego rewolweru. I myśli pan - koniec? Taki był znerwowany, że poleciał na stację, a do kolei było ze cztery kilometry, i rzucił się pod pociąg. W tamtych czasach, panie, u nas na wschodzie ludzie spokojnie żyli i pociąg jechał może dwa albo trzy razy na dzień, trzeba było jeszcze szczęścia, żeby tak trafić."

(Tadeusz Konwicki, Sennik współczesny)

no i tak się zaczyna, jak to u Konwickiego, maligna, gorączka, uciekanie, wracanie, szukanie, kręcenie się w koło, przenikanie czasów i światów. o powszedniości i czynieniu chleba ze światła i ciemności, o mocy i obecności wody.
i ten, nie chce mię się dziergać myśli w słowa, leniwa jestem jak pierogi ot : ]

bo: "- Nie wolno, panie pisać słowami, co ich używamy w budny dzień. One są zwyczajne, panie, i żadnej w nich siły nie ma. A jakie brzydkie, krzywe niby walący się płot i w słuchaniu przeciwne. Napisane musi być pięknie, same, panie, niezwykłe wyrazy i tak zestawione, żeby jak wiersz wyglądało. Ja to wiem, panie."

(T.Konwicki, Sennik współczesny)