piątek, 30 lipca 2021

kiedy konie kołaczą

uporczywy ból w części głowy znów mnie gnębi 24h na dobę i tylko zupełne unieruchomienie puszki pozwala mi od niego na chwilę się oderwać. a przestrzeń tej wsi wesołej niestety jest pełna hałasu. ludzie uwielbiają hałasowo, ciągle coś koszą, kopią, budują, piłują, uprawiają maszynami, a  kiedy na przykład niedzielą nie robią tego, umilają sobie czas wozidłami, żeby odpocząć.
marzy mi się dzień zupełnej ciszy, jak w  pierwszym lokdałnie, to było jak jakaś obłędna wygrana na loterii, ale to już było.

 
książeczka poszła do druku, czekam, żeby zobaczyć jak wyjrzy na żywo, jak się spisze i oczywiście mam wątpliwości, czy to będzie porządny tomik. jak zawsze zresztą pełna jestem wątpliwości, których nie jest w stanie rozproszyć nikt.

 
tymczasem przeczytałam kolejny tom Dzienników Agnieszki Osieckiej i jakże się pięknie zagląda do życia osób niezwykłych ze zwykłymi człeczymi przypadłościami, potknięciami i niezgrabnościami. a przy tym robiących rzeczy wymykające się szarzyźnie codzienności i tę codzienność stwarzające. czytam życie artystki i odruchowo porównuję je ze swoją biedą szarą, z ubożyzną własnych działań, gnuśnością i prokrastynacją wszystkiego. nie napawa mnie optymizmem, zresztą nawet o optymizmie nie mam jak pomyśleć, bo ten łeb zakuty mnie boli, pulsująco, tętni mi w nim galopada przynajmniej zetrzech koni. i to takich bardziej prawych, gdybym miała zorientować strony.


Michał przysłał mi swój tomtom Za lasem. Fajne, socjologiczne pisanie, bardzo współczesne w języku, bardzo osobiste, ale nie wsobne. trochę z gorzkim przekąsem, trochę z żalem za niedostatecznościa korzeni, ale też z przyznaniem racji bytu sadzonkom ludzkim. taka próba spojrzenia i rozumienia po obu stronach rzeczy na granicy nowe osiedle- stara wieś.
 o poszukiwaniach, koczownictwie współczesnym i że się świat przemienia na naszych oczach, w  naszych rękach, pod naszymi nogami, a jest to proces nieunikniony, choć jednocześnie budzi w nas widma obaw, ksenofobii, poczucie starzenia się.
tak, dobra książka z fajnie zgrywającymi się obrazkami, właściwie nawet traktat.

no to wierszyk z tegoż

Czasy niby nowe, przynajmniej niczym duże, większe,
największe ekrany telewizorów - mniejszych
od aut, których duma uniemożliwia
mieszczenie się na parkingach,
jakby czas przerósł przestrzeń. Ludzie
mieszczą się w  pozorach domów
i domach pozorów. Poglądy prezentują wyraźne
dzięki ekranom dotykowym.

(Michał Domagalski z tomu Zalasewo)

Ku uciesze mych ócz lazuru i niezżartej ponurością części ducha, nabyłam sobie barzo piękny album, do posiąścia którego zachęcywuję, bo zacne reprodukcje i o święci aniołowie, niewiele z nich jest przepołowionych na dwoje przez szew, a wiemy wszyscy jakie to jest ważne. i kartki nie świecą. tylko sporo waży więc raczej stolik na dłuższe oglądanie jest potrzebny


i jeszcze cudowna waza od cudownej artystki, którą wypatrzyłam, a jakże, na fb i znowu się nie zawiodłam (dlatego nie mogę porzucić fb). Właściwie wazy mam dwie, bo jedna się nadtłukła w transporcie i pani Kasia zrobiła mi drugą absolutnie za darmo i nie chciała nawet słyszeć o zapłacie. polecam tę artystkę zarówno z obejścia cudną, jak i z tego co wytwarza.


autor: Katarzyna Snela

aa i z ładnych rzeczy mam nowe pidełko/kapielidełko dla ptasząt, gdyż poprzednie wylądowało na moim stole w roli misy i nie umiem już bez niego w  domostwie być. A zatem piękne pidełko w  towarzystwie pelargoniów.  no i jak wam się podoba?





piątek, 23 lipca 2021

brzydko i serio

 Długo się do niego zbierałam i nadal nie jestem przekonana, czy umiem go napisać. Otóż w tym poście będzie o tym, jak wygląda świat zza niewidzialnych krat, więc będzie długi i nieładny.
Już trzy lata minęły od ciężkiego udaru mamy. Wiadomo, dostałam mieszkanie od rodziców, więc oczywistym jest, że mieszkam z mamą. To jest taka kolejność, nie mama ze mną, tylko ja z mamą, bo dom rodzinny oznacza, że niemal każdy przejaw poczucia bycia gospodarzem, trzeba sobie wywalczyć zarówno u mamy, jak i u rodzeństwa. Choć starają się zaakceptować fakt mojego w  domu gospodarowania, to i tak odruchowo pouczają mnie, komentują moje zaniechania albo robią po swojemu, bo nikt nie wpada na to, że kiedy jesteś w domu innego gospodarza, warto pytać go nawet o drobiazgi, zanim się je zacznie zmieniać. To dom rodzinny, należy do wszystkich, a więc nigdy nad nim nie zapanuję do końca, czuję się więc jakbym miała nadal naście lat.  A w dodatku mój styl życia i działania kompletnie odbiega od przyjętego w naszej rodzinie, więc prędzej, czy później pojawi się płaszczyzna zgrzytu. Takie drobiazgi rzucone teoretycznie wesołym głosem "A co tu tak nieposprzątane", "oj zapuściłaś ogród", "a co to jeszcze nie podlane", "to żart przecież" choć nie wiem w jakiej konkurencji miałby występować ten żart, na końcu zaś sakramentalne "ty to się zupełnie na żartach nie znasz". No i nie muszę. Nie muszę znać się na cudzych żartach opartych na krytyce, wolałabym może grę słowną lub nawiązanie do literatury. Mam tego świadomość, ale i tak wewnętrznie robi mi się za każdym razem niedobrze. Ciężko znoszę ten stan ciągłej walki o prawa do bycia sobą. 
Mamcia i jej udar. Wyobraźmy sobie posiadanie kapryśnego i smutnego dziecka, z tym, że wychowując dziecko masz świadomość światła w tunelu, że to dziecko się rozwija, że w końcu usamodzielni. Na końcu mojego tunelu jest rozpad i smutek. Mama jest wiecznie smutna, osuwa się powoli po zboczu, a  ja po tych trzech latach spędzonych niemal w całości w tym stanie, osuwam się razem z nią. Pierwszy rok to była wytężona praca, były jeszcze siły, gimnastyka, dietetyka, ćwiczenia logopedyczne, gry i zabawy. Spędzałam całe wieczory wymyślając i rysując mamie obrazki, zadania, kolejny rok zapał nieco słabł, ale był jeszcze, ten rok przyniósł mi bezsilność. Nie mam siły wesprzeć mamy w walce, bo nie mam siły dla siebie. Mama się mało uśmiecha, często płacze, wciąż jest przerażona swoją niesprawnością, przybita, i pomimo antydepresantów kompletnie depresyjna.
A więc, choć zabrzmi to okrutnie, spędzam czas z załamaną, przewrażliwioną staruszką, w alternatywie mam wiekowe wujowstwo po sąsiedzku no i pracę, choć ten rok zdalny zabrał mi również to.
Spędzam czas w otoczeniu starości, smutku i przemijania. Mama jest pesymistką, więc dodatkowo również w minorowej aurze. Moja radość z roku na rok stopniała, przestałam się serdecznie śmiać, nie pamiętam już nawet kiedy to robiłam. Z radości życia zostało życie, z poczucia humoru obronił się jedynie sarkazm, jedynie on potrafi utrzymać się w tych warunkach.
Mama ma trudności z mową, mówi niezrozumiale, odwraca pojęcia, nie pamięta słów. Mama niedosłyszy, niedowidzi, próby komunikacji, ciągłe wsłuchiwanie się i praca nad tym, co mama chce powiedzieć nicują mi korę mózgową. Nie mam siły już jej słuchać, mam wyrzuty sumienia, że umykam przed własną mamą. Budzę się i zasypiam z wyrzutami sumienia, Uciekam od niej do swojego pokoju  i jestem na siebie wściekła, że to robię, ale robię, bo brak mi sił. Nie wiem czego chce, co chce powiedzieć, każde zdanie powtarzam po kilka razy z różną głośnością, każde, nawet te rzucone do siebie. To irytuje. Zamiana pojęć przeciwstawnych nigdy nie daje pewności, ze o to właśnie mamie chodzi. Prosi mnie żebym coś zrobiła, wiedząc, że zamienia antonimy dopytuję wielokrotnie, czy na pewno dobrze zrozumiałam, czy o to chodzi. tak, o to. Robię więc to, mama wpada w złość, nie to, zupełnie inaczej miało być, coś zupełnie innego. Płaczę w poduszkę, a mam ochotę rozpieprzyć wszystko, zrobić wielkie bum, wysadzić ścianę, zrzucić z dachu fotel.
Mama nie chce, nie lubi się kąpać, upiera się żeby nie zmieniać ubrań, pościeli, kończy się to kłótniami, czasem płaczem. Mama brudzi, wiadomo, starszy schorowany człowiek, jest niedołężna, niesprawna, a mnie się już nie chce sprzątać. Posprzątana kuchnia, czy łazienka, za chwilę wygląda tak samo, tracę motywację do tego, zwłaszcza, że sprzątanie nie jest moją ulubioną rozrywką.   
Mama załamana jest swoją starością i niesprawnością, płacze, nie umiem jej pomóc, nie mam siły już pajacować, mam ochotę wyskoczyć przez okno, wybić dziurę w ścianie i wiać gdzie pieprz rośnie, w  pola, nigdy się już nie zatrzymywać. Niedołężność ruchów mamy w połączeniu z jej otyłością sprawia, ze ciągle drżę o jej bezpieczeństwo. Dodatkowo jest uparta, nie zapala światła idąc w nocy do łazienki, ścierkę kładzie przy zapalonym gazie, obiecuje, ale obietnica trwa jeden dzień. Nawet kiedy coś się stanie, pamięta o tym tylko przez chwilę. Nie jej wina. Mam omamy słuchowe, wciąż słyszę, że mnie woła, biegnę, mama śpi. Zrywam się ze snu, bo słyszę, ze czegoś ode mnie chce, nie, to tylko sen. Mój mózg jest  wyprany. A w dodatku co jakiś czas naprawdę coś się dzieje, jestem wtedy przerażona. Jestem też przerażona tym, że to ja dźwignę pierwszą odpowiedzialność za to, co się zdarzy, że to jest tu, na miejscu, za progiem, to mnie pierwszą obleje ten wrzątek, bezpośrednio, prosto w twarz.
  Wiem, że nie jestem w  stanie zapobiec każdemu mamy wypadkowi, choćbym była ciągle przy niej, Chciałabym przez jakiś czas nie czuć tej pierwszej odpowiedzialności, ona mnie obezwładnia. Wmawiam sobie, że daję radę, że to tylko przejściowy spadek mojej energii, że jutro obudzę się i poczuję się lepiej. Ale jutro nie jest lepiej, jest coraz gorzej, jest nieuchronnie kurwa gorzej.
Jedzenie z mamą jest jak wyrafinowana tortura, mama się nie cieszy, na twarzy ma zniechęcenie, posiłek kwituje smętnym głosem, za każdym razem mam wrażenie, że przygotowałam jej coś obrzydliwego, pomijam dźwięki, które wprawiają mnie w irytację, mlaskanie, kłapanie szczęką. Wiem, to też okrutne z mojej strony, ale jeśli jakiś dźwięk kogokolwiek irytuje, to wie, ze nie da się tego racjonalnie powstrzymać, zwłaszcza kiedy powtarza się dzień po dniu, posiłek po posiłku, rok po roku. Unikam więc części posiłków z mamą, najłatwiej jest jeszcze jeść z nią przed telewizorem, wówczas nie siedzę naprzeciwko, nie widzę jej miny, nie słyszę irytujących dźwięków. 
Mam wyrzuty sumienia z powodu świadomości mamy, że jest mi ciężko. Ona to wszystko rozumie, ale tylko na poziomie teoretycznym, w praktyce nie umie nad tym zapanować, nie może. Mam wyrzuty sumienia, że nie umiem wykrzesać dla niej tej energii, czuję się uwięziona.
Nie utrzymuję już niemal kontaktu z przyjaciółmi, bo nie mam na to siły, nie chce mi się odbierać telefonów, spotykać, zmęczona wsłuchiwaniem się w  mamę i staraniem o zrozumienie jej, nie mam już sił na porozumienie z drugim człowiekiem, oddaliłam się. Ponadto zdaje sobie sprawę, że zmiana tej energii i zanik radości we mnie jest uciążliwy dla przyjaciół, nie chcę ich tym obarczać, męczę się widząc kiedy się męczą ze mną. Próbują mi jakoś na swój sposób pomóc, doradzić, zrób to, tamto, powinnaś, tylko, że nie mam siły. W dobrej wierze chcą mnie wyrwać z domu, zapraszają, a ja blednę. Każdy wyjazd musi być zaplanowany, opieka dla mamy, zero spontanu, odechciewa się, więc mgliście coś tam odpowiadam, że tak, że przemyślę, że się zastanowię. Nie mam energii, żeby wyjechać, pytać rodzeństwa, czy posiedzą z mamą, spakować się, przełamać do tego wyjazdu. Czasem mogłabym to zrobić znienacka, zawsze nie cierpiałam planować takich wyjazdowych rzeczy, wolałam postawić na stan ducha, wyjazdowy, wtedy mi się chce, ale teraz niezaplanowany wyjazd nie wchodzi w  rachubę, nie powiem przecież rodzeństwu - hej zostawiam mamę dziś i wybywam, niech ktoś ją przejmie, mają swoje życie, swoje obowiązki, swoje sprawy. Nawet wyjazd w obrębie jednego dnia buduje we mnie lęk, czy mama sobie poradzi, czy nic się nie stanie.  
Dotarłam do miejsca, gdzie potrzebuję czegoś dużego. Nie ratuje mnie już to, że siostra przyjeżdża co jakiś czas pomóc, posiedzieć z mamą, bo mama wtedy nadal jest przy mnie.  Klatka się zatrzasnęła. Mama nie chce pojechać do siostry, to zrozumiałe, woli swój dom, swoje łóżko, a więc nawet kiedy jest siostra, jest też i mama, klatka tylko bardziej błyszczy.
Szukam wolności w książkach, a najlepiej w filmach, bo na książkach coraz trudniej mi się skupić, myśli wirują jak opętane, film angażuje zmysły inaczej, wytłumia, przenosi mnie przynajmniej na chwilę w świat wolny od tego napięcia, od lęku, widzę cudze niebo, wyobrażam je sobie jako swoje, przezywam wolność tam. Tu poczucie winy mnie zjada i paraliżuje, kocham mamę, a jestem niedobrą córką, krzyczę na mamę, unikam mamy, unikam siebie, przestaję się lubić, przestaję lubić cokolwiek, mam poczucie klęski.
Takie są moje codzienne uczucia.

A teraz rozsądek i uczucia odświętne:
Pozytywna rzecz jest taka, że pomimo tego co ją spotkało (wojna, strata bliskich, wypadki, choroby, udary), mama jest chyba największym fajterem, jakiego znam i wyszła z takich opałów, że naprawdę nie mam pojęcia skąd w sobie tyle tej siły znalazła.  Muszę i ja. Kiedyś będzie dobrze.








środa, 21 lipca 2021

pungapia y spagares

 gdyby ktoś zastanawiał się, co oznacza zwrot tytułowy, to już spieszę z wyjaśnieniem, że wyciągnęłam go z bezdennej spodszafy i wpisałam bezrefleksyjnie, a znaczy - jeśli jesteś głodny, a masz jakieś pół godziny i właśnie obgotowałeś fasolkę szparagową, to możesz sobie przy znikomych czynnościach zrobić zupę. Post dzisiaj będzie przepisowy, bo właśnie wróciłam z kuchni i trochę z ogrodu, w którym, kiedym szła po ogórki, zlało mnie od stóp do głów, czy jakoś odwrotnie.

A zatem dziś będzie zupa fasolkoszparagowa. Kto chce niech robi jak chce, ja czyniłam tak:

1 marchewka
1 pietruszka (korzeń)
2 liście pora
1 cebula
porządne 3 garście fasolki szparagowej
2l wody z obgotowywania pozostałej fasolki do mrożenia
1 łyżka masła
1 łyżka oliwy (swoją drogą ciekawe z czego jeszcze robi się oliwę, bo piszą często - oliwa z oliwek, jakby jeszcze z czegoś się ją robiło)
ok 100g śmietany 18
ząbek czosnku
kostka bulionowa warzywna
curry
sól
pieprz
nać pietruszana, koperek zielony

1. Do wody z obgotowywania fasolki szparagowej (oszczędzamy wodę) dodałam kostkę bulionową

2. Posiekałam czosnek, żeby się enzymił

3. W garnku na łyżce masła i oliwy podsmażyłam leciutko pokrojoną w kostkę cebulę z curry i solą

4. Do tegoż garnka wrzuciłam pokrojone w talarki marchewkę i pietruszkę, osoliłam i podsmażałam jakieś 5 minut

5. Wlałam do tego wodę z bulionem, liście pora,  opieprzyłam i gotowałam pod przykryciem jakieś 8 minut

6. Dorzuciłam pokrojoną na połówki fasolkę szparagową i gotowałam aż uzyskałam pożądaną jej miękkość (to już każdy wedle uznania), u mnie wyszło jakieś 10 minut, bo mamcia już wiekowa, więc nie lubi chrupać.

7. Na to dorzuciłam posiekany czosnek, chwilę jeszcze potrzymałam na małym ogieńku

8. Dodałam zahartowaną (czyli wymieszaną z kilkoma łyżkami gorącej zupy)*  śmietanę i poczekałam aż zabulga

9. Dodałam natkę pieruszaną i posiekany koperek

10. i włala

*tak, wiem, większość wie, ale kiedyś pisałam, że nie wszyscy jednak a może ktoś wpisując hasło fasolka szparagowa trafi na ten post i zażyczy sobie zrobić tę zupę, a pierwsza to będzie w życiu jego?

Tak wyglądała przed śmietaną


tak wygląda po śmietanie

A tak wygląda dowód, że nie umiem ładnie gotować do bloga i moja kuchnia jest stosownym pierdolnikiem życia i substratów. 


Ale nie rzecz w tym, żeby było do bloga, tylko w tym, żeby było smacznego




wtorek, 20 lipca 2021

refluksja w kolorze kukułki

 ociepieron, właśnie sprawdziłam, wytrwałam w tym blobie 13 lat, aniechto! świadkiem jest paru moich wzlotów i paru rozpłaszczeń mordy o grunt (szanowna pani, proszę łaskawie rozpłaszczyć swą mordę w kuluarze), wzmagacielem był mojej chęci trenowania słowa i srogim oprawcą. wisiał nade mną jak posępny sęp, jak sęp miłości, jak orłacień złowieszczy i wywoływał poczucie winy, kiedym bujała się na najulubieńszej porze umysłu - zaniechaniu. i kiedym zaniechiwała nazbyt beztrosko wzywał mnie z daleka hejże ha i karuzela mać, śpieszyłam jak chłopc i dziewczę do niego, drapiąc się po drodze i po głowie, co by tu z siebie, z tej pały zakutej w  puszkę po konserwie, wydusić. jak zastosować rękoczyn heimlicha, żeby rzeczy przepływały przez gardło, choćby to miał być nawet womit. taki dobry wierny pies blogser przyczepiony jednym końcem do hipokampu. i fajnie. i nie jest dziś rocznica jego, bo on w końcu grudnia rocznicuje, ale tak mię to zadziwiło znienackiem, że czas posuwa nas. i trudno. i chciałam uczcić



poniedziałek, 19 lipca 2021

przetańczyć całą noc

 No i wew łikend przetańczyłam. W Sieradzu. Salsą. Na czterdziestce kumpla. Ach, było gorąco (bo było gorąco jak cholera) i było ogniście. W ostatnich czasach bardzo brakuje mi tańca i choć tańczę sama w domu, na tej imprezie przypomniałam sobie, że taniec ze świetnym partnerem to jest jednak zupełnie inna para lakierków. Poczucie w tańcu nie ma sobie równych, to jest jak romans z całym światem, podróż przez najróżniejsze opowieści i przyjemność dotyku i piękno pracy mięśni i w ogóle ach och ojeju.
Od rana dodatkowo dorwałam się do Netflixa i na ogromnym tivizorze obejrzałam czwarty sezon Lucypera, do którego w domu nie mam dostępu. Naigrywania chłopców i dogryzki wsiąkały tuż za oparciem kanapy, więc ignorując je z kamienną twarzą, obejrząłam Lucypera od A do Z, co w pewien sposób uratowało mi jakąś część zdrowia w pierwszej połowie doby. Co prawda fragmenty fabuły trochę mi znikały, kiedy chłopcy przychodzili się ze mnie natrząsać lub usiłowali mnie ściągnąć z kanapy i zaciągnąć do obszaru alfa, ale zasadniczą opowieść wyłapałam, czyli barzo dobrze.
Łikend był przedni, Grzech wytwarzał jakieś srogie rzeczy z wyrafinowanych mięs, mieliśmy w pokoju lodówkę napełnioną rzemieślniczym piwskiem i prezentację jak się je tworzy, mieliśmy dobrą muzykę, dużo przestrzeni, mieliśmy poczciwe towarzystwo przyjaciół i nowych znajomych, mieliśmy wiele durnowatych rozmów i tych poważniejszych też i oderwałam się trochę od domowej rutyny. No i przetańczyłam całą noc, uch! 

(Piękni czterdziestoletni. Sieradz 19.07.21)

Dziś zaś skanując artykuły, wypowiedzi i opinie oraz wpatrując się tępo w obraz na ścianie, znalazłam taką myśl, że z wyglądem naprawdę nie trzeba się aż tak wiele starać, jeśli ma się dostatecznie dużo cirzpliwości (wyraz jest warmijski). I oto wszechświecie, (werble, kastaniety i jeden tamburynek) nadchodzi mój czas! Gwiazdy nie malują się, gwiazdy nie farbują włosów pozwalając sobie na siwiznę, a Gillian Anderson przestała się interesować dokąd sięgają jej piersi i rezygnuje ze stanika. Ha, wystarczyło poczekać aż moda dotoczy się do tego miejsca, a w poczekaniu i zobaczaniu co będzie jestem znakomita. (równie dobrze rozwiniętą mam jeszcze funkcję zaniechania). Śmichy chichy, ale to dobrze, że świat trochę odpuszcza tej części, że lżeje nacisk na perfekcyjny dostosowany do kreskówkowych standardów wygląd, że daje trochę oddechu przede wszystkim młodym dziewczynom, że nie muszą aż tak bardzo, że mogą zaoszczędzony czas poświęcić na inne atrakcje (diabolicznie przychodzą mi na myśl atrakcje z mojego czasu młodzięctwa, które to nie wszystkie są do polecenia młodym osobom i starym też nie, a których i tak wcale a wcale nie żałuję), a starym dziewczynom niesie niejaką pociechę w tym i tak dostatecznie trudnym procesie obserwacji i akceptacji swojego starzejącego się ciała. Co prawda młodość uwielbia kontestować, więc z drugiej strony może wywindować  oćwiczanie swojej urodziwości  na taki poziom, że będzie można z niego zjeść śniadanie w jonosferze, ale to już niech tam, ważne, żeby było miejsce dla wszystkich, poziomych i pionowych, a także ukośnych, żeby świat obejmował swą łagodną łapą i pozwalał ludziom patrzeć w lustro bez smutku, a w szczytowym nastroju z radością i  zachwytem.


I wiem już jak wyglądać będzie mój tomik Kreaturia. Kolaże Ósmego są ekstra, wiedziałam, że to on powinien zrobić obrrazki do tegoż

środa, 14 lipca 2021

i co z tobą kabaczku?

 Dawno nie było żadnej kulinarjanny, a zatem coś z resztek rodzinnego spotkania łikendowego przy goryllu.

to będzie a la gulasz

z resztek poinprezowych zostały zużyte:

1 mały kabaczek
1 duży pomidor
1 mała papryka świeża
garść szczypioru
1 mała cebula
2 kiełbaski meksykańskie
1 buteleczka soku pomidorowego (stała w naszej lodówce od ostatniej wizyty Piterów)
i z ogrodu bukiet świeżych ziół: liść (choć nie wiem, czy mogę tak szumnie nazwać smętne próby wzrostu) pora, liść selera, estragon, oregano,  pietruszka, koper i lubczyk
curry, pieprz, sól, papryka mielona
oliwa
mąka do zaklepki

i było tak:

  • pokroiłam paprykę i cebulę w kostkę, a kiełbaski w półtalarki
  • do rondla wlałam oliwę na której przesmażyłam te rzeczy z odrobiną curry i solą - jakieś 10 minut
  • w tym czasie pokroiłam kabaczka w kostkę (ja robię to razem ze skórką, bo w młodym kabaczku nie przeszkadza mi jej chrupkość) i takoż pomidora (nie obieram ze skórki)
  • i posiekałam czosnek (odłożyłam, żeby uaktywnić enzymy)
  • do rondla wlałam sok pomidorowy, opapryczyłam, opieprzyłam i dosoliłam stosownie, dodałam też pół łyżeczki ksylitolu, żeby podbić nieco słodycz.
  • pogotowałam jakieś 5 minut, żeby sok zaczął bulgać
  • wrzuciłam kabaczka oraz pomidora i pod przykryciem gotowąłam jakieś 15 minut i jeszcze z 5 w celu lekkiego odparowania wody z sosu
  • na koniec dodałam czosnek, zrobiłam zaklepkę z mąki żeby zagęścić sos i dorzuciłam świeże posiekane zioła i szczypiorek (nie lubię wygotowanych wiórów), no i jeszcze potrzymałam jakieś 3-4 minuty na ogniu


i zaprawdę powiadam wam, było to dobre



Po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania, rój zdaje się zdecydował, że mieszkanie pod przerdzewiałą rynną nie jest chyba jego ulubionym i wyniósł się. teoretycznie odzyskałam spokój w eterze, ale tylko teoretycznie, bo codziennie przynajmniej  jedna dusza na tym spłachetku wszechświata uznaje, że koniecznie trzeba kosić trawę. 

Oczywiście sezon owocowy wymusza na mnie wykorzystywanie darów, a co jest świetnym konserwantem? alkohol, rzecz jasna! A więc zrobiłam miętówkę, melisowo-miętową, a w słojach robią się - warmiński świt truskawkowy, wiśniówka i czereśniowy zachód. Fascynuje mnie, co się dzieje, kiedy umieszczę te rzeczy w  słojach, dyfuzja koloru, zmiany barw i ich nasycenia, ogrzewanie promieniami słonecznymi albo wręcz przeciwnie, krycie delikatnej materii nalewki w najgłębszej chłodnej ciemności, ekstrahujący się powolutku zapach roślin przejmujący we władanie ostrą woń spirytusu, cierpkość i słodycz, kwaśny posmak cytryny, nuty korzennych lub liściowych dodatków, cała ta alchemia sprawia, że robię nalewki, zamykam w nich radość i gorycz dni, zamykam w nich tęsknotę i miłość, złamane serce i ciszę spokoju. Właściwie każda z nich jest niepowtarzalna, przepis nie niesie w sobie tego, co przepływa przez palce w konkretnym dniu i godzinie, nie podaje składu chwili, rezonansu rzeczywistości. Kto wie, może to dlatego krewni i znajomi królika tak je lubią. 




niedziela, 11 lipca 2021

dzieląc ścianę z rojem

 Rapatapa, mam nowy sprzęt, nie mam starych danych. mam nadzieję, że to stan przejściowy wszakże, bo właśnie mostek okazał się dziwnym zrządzeniem losu niedopasowany, a więc czekam na nowy. I z jednej strony to uwalniające, z drugiej byłoby mi szkoda zdjęć i wierszy, nie tylko moich, rzeczy, na przykład tych z nieistniejącego już digartu, a także głupotek pisanych wspólnie z przyjaciółmi. Na razie jednak działam na carte blanche. W międzyczasie tak zwanym zdarzyło się kilka anegdotek, na przykład taka, ze w mojej ścianie zamieszkał rój. To żadna metafora, rój jest prawdziwy, pszczeli, wlatuje przez mały zewnętrzny otworek po śrubie  i dzieli ze mną ścianę mego pokoju bucząc i brzęcząc 24 godziny bez przerwy, na szczęście ze zmienną intensywnością. Najbardziej niepokoją się w dni deszczowe i przy spadającym ciśnieniu. Nocą zdecydowanie najlepiej da się wyodrębnić królową, która z mojej ludzkiej perspektywy brzmi jak pewien przywódca rzeszy szczekający swoje przemówienia na wiecach. 

Zakończyłam tez rok szkolny i od uczniów otrzymałam nagrodę, która jest mi cenniejsza niż wszystkie inne - a taka właśnie





A na skutek zgłoszonej do dyrekcji zdecydowanej opinii, że powinien nauczycielowi przysługiwać deputat w postaci miski do moczenia stóp pod biurkiem (w mojej klasie było, bagatela, trzydziestu czterech celsjuszów), zastałam o poranku taką oto instalację przy moim stanowisku w pokoju kaźni.





Kolejna anegdotka jest taka, że   mój punkt szczepień według informacji mapy gugla, znajdował się pod adresem domu pogrzebowego, a że pojechałam tam prosto z pogrzebu sąsiada, byłam nawet stosownie na te okoliczność ubrana.

Sporo w tym czasie nie czytałam, bo aura i koniec roku, ale ładną książeczkę jedną pożyczyłam od Ziny  i zalałam deszczem, właściwie on ją zalał, bo zostawił na huśtawce w połowie imprezy (Zina nie deszcz) i nie pamiętaliśmy, że tam jest (książka, nie Zina), dopiero rano. Książka Mariany Leki, Sen o okapi (tłum. A. Walczy) to taka ładna książka na zimowe popołudnie, ciepła, wzruszająca, czuła i z humorem. Koniecznie trzeba mieć do niej herbatę i koc, i przynajmniej deszcz za oknem, i krążek światła ze starej metalowej lampki. Kiedy Selmie śni się okapi, ktoś umrze.

Arcymistrza pióra  Otę Pavela znacie i ja znam i nadal kocham się w jego pisaniu, i nadal nie mogę się nim nazachwycać, jak on to robi, a także, wiadome, jak pięknie robi to też jego tłumaczka Justyna Wodzisławska. Tym razem przepiękna poezja opowiadań z Bajki o Rašce i innych reportaży sportowych.

Przepełzłam przez komiks Trawa autorstwa Keum Suk Gendry-Kim (tłum. Łukasz Janik), który to komiks na pewno jest ważną rzeczą, bo mówi o strasznych rzeczach dotykających ludzi pozostających pod okupacją Japonii w pierwszej połowie XXw, ale jakoś przeszedł tak ponad moim czuciem, nie zagłębił się w skórę.

A jeszcze Jakubek  wydał znakomity tom Ilha Formosa z wierszami dotkliwymi, złapanymi w  kadr kartki mikrobańkami obejmującymi swoistą perysferą cały świat, z dykcją typowo jakubową, coraz to z każdym tomem dojrzalszą, bez zbędnych doobrazeczków, fintifluszek. Wiersze Kuby odciskają osobowość świata na wilgotnej jeszcze kartce, wypowiadają zdanie, wypowiadają cichą wojnę, wypowiadają ciepłe posady rzeczywistości. I jeszcze świetne ilustracje. Jeśli nie czytaliście, poszukajcie tomu

tymczasem z niego wierszyk, z którego  zrobiony został taki ciekawy klip:


A jak już przy tomikach, to ten, chyba już mogę powiedzieć, bo mój najlepszy i najcierpliwszy z redaktorów Janek Baron rzekł to był publicznie, że Kreaturia już na wyjściu z  progu

https://www.facebook.com/105633704239778/photos/a.105729500896865/353945576075255/

i to na razie tyle

poniedziałek, 5 lipca 2021

awaryjny

 Aloha, mam trochę wpisów uwięzionych na dysku, ale nie mogę dostać się do bloba, gdyż mój komp awaryjnie działa pod XP, a zatem dopuszcza mnie tylko do Librusa, FB i maila. Ale już niedługo, już wkrótce będę miała sprzęt nowy. Tymczasem awaryjny post przejazdem od siostry, wtedy pohulam. Chyba. Może. Całkiem prawdopodobne. Zaczęłam wakacje, juhu!