Dziś napisałam skróconą instrukcję obsługi domostwa dla brata, który przyjeżdża, by mnie zastąpić. Zaskakujące, jak na pozór proste codzienne rzeczy, które wykonuję, po zapisaniu okazują się skomplikowane i pełne niuansów. To wyjęcie myśli o moich przyjaciołach też mi pokazało, jak są dla mnie ważni i jak wiele miejsca zajmują w moim świecie. Złe słowo - zajmują, raczej wypełniają. Niby się to na co dzień czuje, ale jednak inaczej jest, kiedy się to napisze i obejrzy..
piątek, 22 lipca 2022
wiejskie centrum temperatur
Dziś napisałam skróconą instrukcję obsługi domostwa dla brata, który przyjeżdża, by mnie zastąpić. Zaskakujące, jak na pozór proste codzienne rzeczy, które wykonuję, po zapisaniu okazują się skomplikowane i pełne niuansów. To wyjęcie myśli o moich przyjaciołach też mi pokazało, jak są dla mnie ważni i jak wiele miejsca zajmują w moim świecie. Złe słowo - zajmują, raczej wypełniają. Niby się to na co dzień czuje, ale jednak inaczej jest, kiedy się to napisze i obejrzy..
środa, 20 lipca 2022
babka z piasku
na Fejsbukach tym razem ludzie ustalają, kto czuje się oburzony i dlaczego powinien/nie powinien. Sama nawet wzięłam rozkosznie udział, ale to w jakiejś marginalnej wypowiedzi i nawet nie o meritum tylko zapisałam, jaki widzę mechanizm dziania, bo to jest dla mnie znacznie bardziej interesujące, niż odkrycie niepodważalnej twardej racji potykając się o zwały argumentów, które są powtarzalne, więc teraz tylko prześlizguję się wzrokiem po rzeczach. Omijając argumenty własne tylko sobie tu zapisuję, że ja do Pani Olgi Tokarczuk nie mam zarzutów, a wypowiedź rozumiem po swojemu.
Powróciły upały, a ja miałam dziś pustynny sen. Z moimi siostrzenicami weszłyśmy do megakompleksu kinowego i wybrałyśmy kino, w którym we wnętrzu znajdowała się pustynia (ani chybi Borges maczał w tym snie swoje argentyńskie palce) . Miejsce nr 51, które otrzymałyśmy (stolik), znajdowało się gdzieś pośród rozległych, łagodnych i bezwzględnie piaszczystych wydm, poznaczonych tropami zwierząt bez śladu ludzkiej stopy. Na horyzoncie dominował przeolbrzymi lekko zakrzywiony ekran widoczny z każdego miejsca tej pustyni. Na początku, szukając tego stolika 51, napotykałyśmy jakieś na wpół zasypane chatynki w rodzaju hobbickich norek, ale w miarę zagłębiania się w owe rozległe kino, robiło się coraz puściej, pustynniej. Ostatnim zdaniem, które padło w śnie, było zdanie Alicji - no ja nie wiem, czy my znajdziemy to swoje miejsce, te wydmy są zbyt łagodne. A później całkiem prawdziwa (choć też zależy, jak na to spojrzeć) mucha usiadała mi upierdliwie na głowie, więc nawet nie dowiedziałam się, na jaki film przyszłyśmy i czy przyszłyśmy w ogóle.
A jeśli już o obrazkach, to polecam Pieśni grozy. Straszne mordercze i tajemnicze polskie pieśni ludowe. Rzecz zrobiona na tekstach zebranych i opracowanych przez Oskara Kolberga, a opracowana i umajona grafiką przez Kamilę i Jakuba Sobczaków. Drzeworyty i linoryty znakomicie podbijają ludowość i swoistą demoniczność kultury wiejskiej w owych pieśniach dziadowskich. Pamiętacie takie pieśni, które funkcjonowały jeszcze w podstawówce? Na przykład tę o rozbójniku, za którego wyszła niewinna dziewczyna, bo nie wiedziała kim on jest, a później "prała i płakała bo tę chustę rozpoznała...", albo tę o drugim, równie niefortunnym związku, co to w nim "był to zwykły włamywacz co roboty robił złe". Albo może tę o trzech bramach: "gdzie są furtki trzy miał tam staruszek córki trzy..." czyli o tym, że rodzice popełniają sporo błędów wychowawczych na początku, ale w końcu udaje im się osiągnąć względny sukces w postaci ostatniego dziecka, które podejmuje swój święty obowiązek wobec rodziciela. Się te pieśni śpiewało i wzruszało nad nimi gdzieś w klasie pierwszej. No to właśnie Pieśni grozy, to taki zbiór pieśni dziadowskich i warto tę książkę mieć, nie tylko, jako ślad i pamiętanie wiejskiej kultury i prostego ducha poezji, ale też dla jej przepięknej oprawy i jako dzieło sztuki wydawniczej.
Tymczasem moje domostwo jest metodycznie dekonstruuowane przez Hunów i jeśli moje wpisy zaczną zdradzać rozstrój nerwowy lub srogie powalenie nawet, to to może być właśnie przyczyna.
I mam w biblioteczce to...
sobota, 16 lipca 2022
krótkie sny o rozstroju
Czyż można byłoby wymyślić sobie piękniejszy tytuł serii? Miłość śmierć i roboty to projekt, który szczęśliwym zbiegiem z okoliczności połączył Davida Finchera wespół w zespół z Timem Millerem i Netflix akurat w chwili, gdy chłopaki szukali jakiejś wytwórni. Dałam się Netflixowi namówić na niego dopiero wczorej i wpadłam po uszy. Dałam się namówić nawet nie wiedząc, że to ich, dopiero, kiedy mi dolna część gębusi spadała w dół z zachwytu, oczy śledząc napisy wyłapały, że o kuren, że oja. Trzy serie (przynajmniej na ten moment) animacji krótkometrażowych, bardzo różnych, wszystkich cudownych. Łączą je tytułowe elementy i sf. Znajdziemy tu grozę, cyberpunk, zawadiacki, acz czarny humor, sporo curev oraz trochę nagości, a poza tym maszyny, kosmos, szczury, zombiacze, potwory, gwiazdy i olosiedrogi, sami obejrzyjcie. Największą grozę we mnie obudził Jibaro, film z cudowną, przepiękną animacją, z przerażającą granicą świata słyszalnego i niesłyszalnego. Alberto Mielgo tak udanie zaprzągł do pługa chaos, dźwięk, ciszę, kolor, grafikę, choreografię i opowieść, że zostanie we mnie już na zawsze, jestem o tym przekonana. Reszta rzeczy też wspaniała, ale ten mnie pokonał szastprast.
A z rzeczy przeczytanych, o których nosiłam się napisać, to chciałabym podrzucić rzecz Łukasza Pietruczuka, Niski obrót. To taki tomik, w którym mamy zatrzymaną chwilę z życia, nazwałabym to dokumentem tej chwili, ale nie poprowadzonym klasyczną narracją. Łukasz używa ekwilibrystyki słów, co oczywiście od razu narzuca skojarzenie lingwizmu poetyckiego i można by powiedzieć, e to już było, no ale przecież było już wszystko, a tu ów lingwizm jest tylko narzędziem do stworzenia czegoś własnego i ciekawego. Łukasz nie sili się na zadziwienie widza, że- jak oto udatnie żongluję, tylko korzysta z mocy zabiegu, żeby stworzyć własny swoisty panoptikon, w którym zamyka (a może własnie otwiera) jakiś względny moment. Niski obrót zachowuje bardzo fajny balans między grami słownymi, neologizmami, a opowieścią w takim sensie, że nie wchodzą sobie w paradę, a współtworzą się i dopełniają. Możliwe, że to tylko moja kompatybilność z tymi tekstami, ale na krótkich tekstach budują się całe obrazy zarówno dekorujące przestrzeń, jak i nasycające ją emocją, przeżyciem, uczuciem. Pl próbuje, obracając słowami, dopasowując ich kształty, co nieodparcie kojarzy mi się z układankami/łamigłówkami, gdzie się klocek przymierza i tak, i siak, i do góry nogami, pojąć, zrozumieć jedno z najważniejszych dla nas zjawisk - co ja do cholery czuję. Mankamentem tomiku jest szata graficzna, która jest mocno nachalna i niestety zabiera wierszom przestrzeń, a osobiście czuję, że one potrzebują wydźwięczeć bardzo prostym, niewielkim fontem w pustej płaszczyźnie kartki, ale możliwe, że to mocno subiektywne moje, bo przywiązuję dużą wagę do wyglądu rzeczy. No to polecam.
a tu podrzucam wiersz, który uważam, genialnie pokazuje zarówno mnogość poczuć i emocji po obu stronach, ale buduje tez obraz takiego uroczo, ale i tragicznie pijanego smsa, który przecież może być równie dobrze pijany, pardon, literówka, pisany w pośpiechu.
ps. nie wiem, czy autor o tym myślał, ale w wierszach pojawia się sporo takiego lekko ironicznego poczucia humoru, a to lubię, rzekłem...
Łukasz Pietruczuk
Literówki
kicham cię
czkam
pospisano
Łkasz
czwartek, 14 lipca 2022
Rampą do świata
Och, niewątpliwie mnie, pańci kota kota wydaje się, że tłum za oknem tylko czeka na wieści, jak poszło, co dalej, jak się czuje... Świadczą o tym setki pudełek z myszami w czekoladzie zostawianych pod drzwiami i karty z życzeniami powrotu do zdrowia. Nawet jeśli tak nie jest, to i tak wam napiszę, że wczoraj pocmokaliśmy, poobracaliśmy i jeszcze się operacja przesunęła o tydzień, bo a nuż się zagoi, choć pewnie nie. Czekaliście na ten post, prawda? Nie odpowiadajcie na wszelki wypadek.
*
Dobra, nie powinnam była tego pisać. Właśnie wyszłam przed chałupinę, żeby zanieść plastik, bo śmieciowy czwartek i znalazłam na schodach gryzonia, takiego wycharkanego. Zgubił go prawdopodobnie bocian, który mieszka nad moim oknem. na kominie. Wzięłam więc go za ogonek i wysłałam nieco dalej (gryzonia, nie bociana).
*
I nie, że ja jestem przeciwko krytyce, jestem w cholerę krytyczna, w dodatku zdaję sobie sprawę, że mój wewnętrzny As czasem nie potrafi dobrać udatnie słów, żeby nie zabolało, choć bardzo się staram (bywa często, że im bardziej się staram, tym bardziej cholerny puchatek nie jest w domu), ja jestem przeciwko krytyce w złości, krytyce z zazdrości, krytyce w zawiści.
Ale miało być o tym, że dobrze, więc ostatnio Roberuto (Robert Rutkowski, mam nadzieję, że jeszcze o nim się usłyszy), który jest znakomitym pisarzem (dodałam na marginesie, bo mus, żeby miało reklamę jego pisanie), znalazł ogłoszenie chłopca, który zbierając na kolonie podczas tych wakacji, oferuje usługi wyprowadzania psów. Za grosze. No i Roberuto wymyślił zrzutkę w 4 dni, żeby temu dzieciakowi uzbierać dwa patyki, ale szła jakoś mozolnie i nie uzbierało się, a szkoda. W każdym razie gest przepiękny, choć drobny. Wzruszył mnie bardzo. A, o czym to ja miałam? Miałam napisać, że tylu ludzi robi dobre rzeczy, przyłączmy się do nich.
a na koniec, żeby nie było, że taka nieoczytana jestem, taka oto cytata: Wszystkie triumfy i katastrofy tego świata ludzie powodują nie dlatego, ze są z gruntu źli, lecz dlatego, że są z gruntu ludźmi (Terry Pratchett, Dobry Omen)
i jeszcze opowiastka, którą znalazłam wczorej na schodach:
wtorek, 12 lipca 2022
koci koci łapki
Mój dom trochę przypominać zaczął dom osoby wyprowadzonej. Meble ponakrywane prześcieradłami, kocami, pościągane chodniki, walające się talerzyki. A to wszystko za sprawą niespełna trzech kilogramów futerka, które zwane jest Globusem. Globus, bo ma na sobie mapę świata, może nieprecyzyjną, ale na pewno mogłaby się zmierzyć z LOTowską w Tallinie (jak sobie wpiszecie, tak sobie obejrzycie). Globus, jak już wzmiankowałam w poprzednich pościdłach, jest chory na nowotwór, taki odpowiednik naszego czerniaka, bo kocie uszy białe także są wrażliwe na promieniowanie UV, zatem smarujcie swoim kotom białe uszy kremem z filtrem (nie hecam, tak mi wetka przykazała). No i te uszy globusowe, a właściwie ucho, wciąż krwawi w czym dopomaga mu sam kot, gdyż narastający strup zdrapuje i w związku z tym mam obryzgane krwią domostwo. Zatem niemal codziennie szoruję ściany, podłogi, obicia. A Globus, jako, że wprowadził się z podwórza do domostwa niedawno, testuje wszystkie możliwe miejsca, w których warto spać dobrze wychowanym kotom. Wybrnywam z sytuacji pokrywając koci obszar roboczy osłonami w postaci wyżej wymienionych. I czuję się jakbym mieszkała przejściowo.
W dodatku łaciaty drań znalazł szmacianą myszkę po Pannie Łaskotce i poluje ją dzień i noc, noc zwłaszcza. Zwłaszcza środek tej nocy, wiecie, akurat ten środek (bez względu na godzinę), w którym się jest na progu krain morfejańskich. Poluje ją bez końca, tak to przynajmniej nocą wygląda, a później sapie. Bo ma katar. I kicha. A jeszcze później kiedy chcę składać łóżko, bo bez sensu, już nie zasnę, wtedy układa się na kocyku rozłożonym dla niego na pościeli i zasypia. W związku tym do ogólnego bajzlu dochodzi jeszcze pół dnia stojące w stanie rozbebeszonym łóżko.
Jutro zabieg usunięcia tych niegojących się fragmentów uszu. Żeby przestały krwawić. Trzymajcie kciuki.
A tutaj cudowny film, który mi dziś pokazała Iza Fietkiewicz-Paszek. Autorka filmu, Natalia Brożyńska, to osoba zjawiskowa, jak klepniecie dodatkowo link, to sami zobaczycie
https://www.youtube.com/watch?v=ox6iYYqJlMQ
poniedziałek, 11 lipca 2022
potyczki z podagrycznikiem
Teoretycznie w ogrodzie miałam dziś wypielić sektor kwiatowy, ale teoretycznie, bo najpierw pół dnia zajęło mi znalezienie onego pod kłębami powojnika i wyki osłoniętych szczelnie kwitnącymi baldachami podagrycznika. Znakomite to ziele wsławia się nie tylko działaniem na tzw pelagrę, z powodu której królowie oraz cezarzy w książkach i komiksach maczali paluch w cebrzyku, ziele to słynie ze swej cholernej i nieubłaganej żywotności, wściekle zahaczonych w glebie i rozgałęzionych na wszystkie strony wszechświata kłączy oraz nieumieralnością zupełną. Zatem przez pół dnia odszukiwałam ogród pod tym kłębowiskiem, znalazłam jakieś rachityczne i smętne resztki orlików, ospałe piwonie, wymiętolone irysy i stado zdziwionych ślimaków. Dopiero po tym bohaterskim czynie, uzbrojona w dziabkę, usiłuję przywrócić tej części ogrodu szczątkowo ucywilizowany wizerunek. Niestety nie jestem fanką robót ogrodowych, w których umorusana glebą, pokryta kurzem, zalewająca się potem i solą, oblepiona truchłami much, komarów i gzów, kichająca i drapiąca się, bo alergia na zielsko, bo alergia na wszystko, tarzam się w przestrzeni klnąc pod nosem i śpiewając pieśni pogrzebowe na skoczną melodię. Poczytuję sobie zatem za wielkie bohaterstwo, że to zrobiłam i jestem z siebie niemalże dumna, niemalże, gdyż udało mi się obrąbać zaledwie spłachetek, a jeszcze musze wziąć taczkę i wywieźć wielkie pagóry pokonanego przeciwnika. Tymczasem w domostwie mym mam już na tapecie kolejny tom Malazańskiej Księgi Poległych. Domostwo też ciągle czegoś ode mnie chce, a podobno wakacje to taki czas, w którym się nie musi.
Dziś w nocy, bo są wakacje, w których się nie musi i wcale a wcale nie muszę chodzić spać kiedy trzeba, tylko chodzę spać kiedy se chcę (za to wstawać muszę o świcie, bo ziwerzyniec) , przeczytałam nabytą w Biedrze książkę o Grze o tron pióra Jamesa Hibberda w przekładzie Marcina Mortki pt. Ogień nie zabije smoka. Lubię oglądać rzeczy o tym, jak robi się inne rzeczy, zawsze lubiłam.
A na kanapie mam motyle, o takie.
czwartek, 7 lipca 2022
Nikt tak pięknie nie mówił...
dziś bez pitolenia, ładna wersja piosenki, którą cholernie lubię. Świetnie zaśpiewali ją Zawiałow i Podsiadło, choć nie mogę opędzić się od skojarzenia duetu Koteluk-Mozil






