wtorek, 30 listopada 2010

soczewica

no więc o świtaniu pobudka. mirek marudzi, że trzeba wypuścić kota na dwór, gdyż kot jest nieszczęśliwy i zaraz prawdopodobnie pęknie. w korytarzu zaspa, drzwi przymarznięte. radzi nie radzi z tatkiem szuflujemy śnieg, gotujemy się, lejemy wodę, kując lód i kuląc się w piżamach (ja na boso, bo z pośpiechu zapomniałam kapci z góry). kot olewa sprawę - patrzy na nas, wykrzywia się i idzie odwiedzić kuwetę w piwnicy.

wieczorem na strychu katastrofa, cały strych tonie w śniegu, zapasy ziół dzieś w zaspach, z pora to chyba nic nie będzie o tej porze, a szkoda, bo bardzo na liczyłam, rada nie rada,a głownie nie rada, przekopuję się przez bałwankowie w poszukiwaniu straconej suszarni jak jakiś pieprzony karibu. tymczasem odmarzają mi nery, łapy i takie małe cuś, co robiło kiedyś ping, ale już nie robi.


jest zimawo, choć w kalendarzu jeszcze jesień

zatem do kuchni po coś na rozgrzewkę
jako, że wyszłam prosto z gara, podrzucam na gorąco przepis na kolejną zupę z gwoździa czyli drewnianej łyżki czyli z soczewicą. zupa jest na rychcika, więc doskonale nadaje się na przed filmem szybkie sporządzenie.


zupa z soczewicy z dębową łyżką

no to bierzemy sobie 1,5-2l wody
do wody, hyc - 2 kostki bulionowe (warzywne najlepiej)
i szu w to szklanę soczewicy, a może być nawet z 1,5 szklany
dorzucamy ziele angielskie (trzy czteryyy!)
listek laurowy (do kompletu, bo wiadome, że choć liść i ziele subtelnie się różnią, z tego samego krzaka wawrzyn zbierały)
curry - proponuję sporo, nie szczyptę, bynajmniej, choć może być importowane, dajcie z łyżeczkę a nawet i więcej, zresztą, zależy, jak kto lubi. acz pamiętać należy, że curry od-ważne jest
paprykę (ja dodaję powiórkowaną ususzoną zieloną ogrodową)
paprykę mieloną słodką (sporo)
pieprz kolorowy (czyly mięszanka) świeżo mielony we młynie, we młynie
sól
mieszamy za każdym składnikiem i oczywiście cały czas warzymy miksturę z dębową łyżką

(można dodać, co tam kto woli, ale ja lubię taką do kubka minimalną w treści)

i gotuje się

a tymczasem, za drzwiami...

podsmażamy jedną pokrojoną drobno cebulę na złoto i dwa ząbale czosnkowe posiekane ,
kiedy już się uczyni na rumiano
lu to do zupiny

kiedy soczewica zmięknie (to około 10-15 minut od startu), można się napawać

*
mh, właśnie przed chwilą zamiauczało za oknem i wewiało kota do domu, jak F16 przemknął po schodach i rzucił cielsko na kaloryfer.

voila, oto wieczór!
chyba naleję sobie wina czerwonego do lampki
:]

*
Ps: można wcisnąć do zupy cytrynę

poniedziałek, 29 listopada 2010

hu hu ha!



neee, to ne żart. mam w pokoju 10 stopni i hula wiatr,
zatem, zdaje się, nie powinnam mieć w nim zajęć i iść do domu, tylko dzie? cholera :|
strój, jak widać, inspirowany siczą zaporoską i londyńską gwardią królowej :]


i kotek

niedziela, 28 listopada 2010

z sms-ów czyli dogadaj się z poetą

Retes: Los wpadł pod pociąg :|

Ja: yyy aha

Ja (próba pojęcia metafory i bycia błyskotliwą): Taki totolotkowy los?

Retes: Los, zwierze. Cztery nogi, rogi!

*

a w ogóle to gratulujemy Retesowi nagrody pierwszego Ratatuja, czy tam innego Ratonia
:]

zima

No i zima na Warmii, mrozy mają galopować, śnieg pada cały czas. upiekłam wczoraj chleb i dziś raczę się jego smakiem patrząc jak śniegowe drobinki nieuchronnie zasypują widok.




wczoraj łaziłam po łąkach, kiedy się naciśnie nasączone wodą trawy i glebę, uruchamia się pod warstwą śniegu pełzający dźwięk poruszonego strumienia. dźwięk na poły bagnisty, na poły wodny. i tak chodziłam w kucki i słuchałam tego dźwięku.

piątek, 26 listopada 2010

pamiętnie

Wisława Szymborska

Gawęda o miłości ziemi ojczystej


Bez tej miłości można żyć,
mieć serce suche jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie uwić,
o blasku próchna mówić "dnieje",
o blasku Słońca nic nie mowić.

Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone,
które na płytko wrosło w ziemię,
któremu wyrwał wiatr korzenie
i jeszcze żyje cząstką czasu,
ale już traci swe zielenie
i już nie szumi w chórze lasu?

Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie będę powalonym drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radością, smutkiem, dumą, gniewem.
Nie będę jak zerwana nić,
Odrzucam pusto brzmiące słowa.
Można nie kochać cię - i żyć,
ale nie można owocować.

Ta dawność jej w głębokich warstwach...
Czasem pośrodku drogi stanę:
może nieznanych pieśni garstka
w skrzyni żelazem nabijanej,
a może dzban, a może łuk
jeszcze się w łonie ziemi grzeje,
może pradawny domu próg
ten, którym wkroczyliśmy w dzieje?

Stąd idę myślą w przyszle wieki,
wyobrażenia nowe składam.
Kamień leżący na dnie rzeki
oglądam i kształt jego badam.
Z kamienia tego rzeźbiarz przyszły
wyrzeźbi głowę rówieśnika.
Ten kamień leży w nurcie Wisły,
a w nim potomna twarz ukryta.

By na tej twarzy spokój był
i dobroć, i rozumny uśmiech,
naród mój nie żałuje sił,
walczy i tworzy, i nie uśnie.
Pierścienie świetlnych lat nad nami,
ziemia ojczysta pod stopami.
Nie będę ptakiem wypłoszonym
ani jak puste gniazdo po nim.

czwartek, 25 listopada 2010

śnik kuluarowy

śniły mi się dzisiaj przygotowania do operacji i straszny strach, który wcale mnie nie dziwi przecież.
i wąskie kamienne zaułki jakiegoś miasteczka, nieco podobne do Sigisoary w stylu, acz nie była to ona. było znacznie ciaśniej i odrapaniej. pchli targ pod jedną ze ścian i moneta z 188__ roku (zapamiętałam tylko trzy pierwsze liczby)

*

podwórze nam osypało, choć trawa jeszcze przeziera. wałkoń Mirek wałkuje mi biurko i zasłania monitor. zatem trzeba zamykać teatrzyk.



i przyszły dziś do nas do szkoły konie. było ich dziewięciu, a później sobie poszły

środa, 24 listopada 2010

z rozmów z poetą - o biernym witaliźmie

B - żyć mi się nie chce

Wu - no, ale co zrobisz, czas się przesuwa pod nogami i chcąc nie chcąc, przebierasz nimi. żyjesz