I o cholera! Czyli miałam, ach jak ja miałam pisać, postować i w ogóle. Wyszło jak zawsze, czyli, panie tego, znaczy się wrzesień. A choć mój wewnętrzny adwokat diabła natychmiast usiłuje postponować to co za chwilę napiszę, to jednak chyba najulubieńszy poczuciowo miesiąc. Dobra, jeden z, jeden z...!
Przykłady można by mnożyć bez widocznego końca i w zasadzie to byłby już cały mój post..
Wychodząc na przeciw wszechświatowi, otwieram się na miłe-niemiłe, żongluję nimi usiłując wygrać tę wrześniową partię. Dziś znienackowa wizyta rodziny - miłe, ale miałam zrobić coś innego - niemi..., a zaraz, to ja miałam sprzątać - niemiłe, więc nie będę - miłe choć groźne, ale to później się jakoś, coś - trochę niepokojące, choć przyjemne. Więc może to tak z grubsza - uspakajające, zatem siadam do bloga - miłe. Wyszło na miłe, jak widać, więc chyba dobrze. Z bałaganem ukrytym za plecami i pod kocem - niepokojące w tle, ale nieniemiłe Poza tym mam okna od wschodu, biurko pod otwartym oknem i właśnie pada na mnie światło, więc miłe jak cholera! W dodatku za oknem pola i cmentarz więc przyroda żywa i martwa, więc jesień na mnie woła akuku! I to też jest miłe. No to chyba stąd już otwarta droga do cudowności nie?
Ps: zdjęć na blogu będzie znikomo, bo w myśl porzekadła: Gobi wszędzie ci narobi, mechanizm mojego lumisia zasypał piasek. Mam lustrzankę, ale czy mnie się będzie chciało ją wytargiwać... - niemiłe. Ale robi dobre zdjęcia - miłe, tylko że czy będzie mi się chciało...? Dlatego zdjęcie jest lipcowe, a zrobiła je Aga w Chwalęcinie.