niedziela, 13 września 2026

Prawo Pascala

 Komentarz Czerwonej filiżanki pobudził moje poranne myśli . Odpisałam - na szczęście lubię wszystkie miesiące i poszłam parzyć herbatę (zbieżność naczyń przypadkowa). I tak się sobie przyglądałam przy tej absorbującej czynności i pytanie sobie zadałam, dlaczego i jak mogę te wszystkie miesiące lubić i jaki jest tego mechanizm.
To znaczy dlaczego, to i ja, i literatura, i wszelakie sztuki, mamy wiele objaśnień, ale jak działa owo  utrzymywanie stanu.
I tak sobie to wymyśliłam, że chyba działa to tak, jak przy wyrównywaniu ciśnienia w uszach. W zależności od rodzaju i stanu miesiąca, przeciwstawiam mu swój własny stan, ale w wersji dla mnie najprzyjemniejszej. Dla przykładu, taki listopad deszczowy i z płytą pilśniową w miejscu nieba, naciska na mnie, więc wyrównuję to ciśnienie wykładając się od środka nostalgią, chęciami podkocykowania, objadania się skrycie czekoladą i budowaniem schronów z książek. Oczywiście, można by też wyrównać to ciśnienie czarną rozpaczą, niemocą, czy niechęcią, ale mamy tak szeroką gamę odczuć i reakcji, że z tych dorównujących listopadowi jest możliwość wyboru najmniej inwazyjnych, a najbardziej przyjaznych mojemu życiu. To sprawia, że listopad nie jest w stanie mnie wklęsnąć (wklęść? wpuczyć?) i dzięki temu niepogięta mogę oglądać różne jego cuda i dziwy w innym przypadku niewidoczne.
W grudniu po południu ogacam się wełnianymi skarpetami, wzorem Muminków wypycham brzuszek świerkowym igliwiem, pasę się herbatą i nalewkami uwalniającymi zapach świąt albo lata. Lipce we mnie z kolei  potrzebują dużej ilości wody oraz  lenistwa, które ze względu na jego niezwykłą płynność, można skierować do akurat potrzebujących części ciała.
A taki na przykład entuzjastycznie balonowy maj, generuje potrzebę napompowania się vis vitalis i  dryfowania w zapachu lilaków i jaśminów, więc wypełnieniam się majem aż po pięty. 

I tak to, proszę jaśnie państwa, mniej więcej wygląda. 



przeprosiłam się z Nikonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz