sobota, 3 grudnia 2022

wir słów

 Zaczynam opowiadać i natychmiast kąsają mnie myśli, wyłażą z kątów, żeby mnie szarpać, czy moja opowieść będzie dostatecznie mądra? czy będzie dostatecznie ciekawa albo przynajmniej dostatecznie piękna? Żeby opowiadać, trzeba mieć mężne serce, nie tylko przeciw światu, ale także przeciw własnym wątpliwościom. Trzeba też istnieć w wielkiej równowadze. Opowieści, które do mnie docierają, budują lepszy świat, w którym żyję tysiącami żyć. Żyję w całości, zostawiając swoją organiczną powłokę zwiniętą w fotelu lub zapakowaną w fraktale kołdry. Śmieję się, cierpię i płaczę w rytm pływów krwiobiegu opowieści. Przekraczam światy i wracam odmieniona, kompletnie nieswoja. Na razie wracam.
Kochamy opowieści. Właściwie kochamy, to niedobre słowo, nieoddające gruntu rzeczy. Potrzebujemy opowieści i wchodzimy z nimi w szczególny rodzaj koegzystencji opartej na wzajemnej wymianie, choć nie do końca jest to symbioza. Każda dobra opowieść nas zmienia, zabiera kawałek mnie takiej, zostawiając fragment nowy, niewbudowany jeszcze w całość. Czasami nie wiadomo nawet, co z tym fragmentem zrobić, tak wydaje się niepasujący lub zaskakujący albo jeszcze bardziej, dziwny.  Opowieść potrzebuje tych skrawków nas do trwania, do rozmnażania się, jest więc szczególnym rodzajem istnienia, które, można by spekulować, jest rodzajem życia. Karmi się, rośnie, przemieszcza, namnaża... Bywa, kiedy nasz umysł jest wyjątkowo podatny lub nie znajduje właściwego balansu między ową szczególną wymianą, a twardym pragmatyzmem rzeczywistości, opowieść uzjadliwia się, pokazuje swoją pasożytniczą twarz i przejmuje kontrolę. Człowiek, nad którym opowieść przejęła kontrolę ma krótko mówiąc,  przekichane,  bo zmienia strukturę, kawałek po kawałku z zawrotną szybkością (opowieść jest żarłoczna) i w tym tempie nie potrafi wybudować zmian dostatecznie szybko, przyswoić ich i zsynchronizować całości. To właśnie wtedy pojawiają się maligny, obłędy, omamy. Opowieść to ważna część naszego życia, poważny partner i groźny przeciwnik. Strzeżcie się opowieści.



niedziela, 27 listopada 2022

Cztery mile za piec

 Szczątkowo trzymam się dyscypliny blonotki, żeby nie popaść w zupełna bezblożność. Nie że byłoby to uszczerbkiem dla wszechświata, tylko dla mnie. Ważne jest dla mnie to zapiskowanie na tyłach rzeczywistości, zapiskowanie przeciw niej i jej na przeciw. Dziś wyjątkowo w moim środku panuje słoma, żadne prądy nie znoszą domostwa na mieliznę, domostwo dryfuje sobie jeszcze w przedpołudniowym śnie przedzimia, które możliwe, będzie jedyną zimą tego roku. I sen dziś, pomimo wpadania w skraje chorobowe (znacie ten stan, kiedy obowiązek tak ściśle trzyma was za gardło, że, kiedy tylko na chwilę lżeje, natychmiast układacie się w łóżku żeby się nie przewrócić razem z kaszlem, zatokami i bogowie wiedzą czym jeszcze), no więc sen dziś miałam wielce przyjemny, romantycki, możliwe, że wykwitły na fali doraźnych paramedykamentów, którymi naszprycowałam się nocą w nadziei cudownego oczyszczenia rano (droga niezupełnie błędna, choć też nie doprowadziła mnie do zamku i połowy ręki księżniczki). Kurczę, teraz się zastanowiłam, co robiono później z druga połową, no bo że król ojciec sobie zostawiał póki żył, to jasna, ale co później i czy nie mógł na rzecz ukochanej córki i wspaniałego szlachetnego księcia (lub głuptasa) wycofać się na słodką królewską emeryturę. No, ale to na marginesie marginesu, bo przecież sama notatka dzisiejsza jest manifestacją raczej potrzeby dyscypliny, niż koniecznością opisywania świata, który jaki jest, każdy widzi. Wczorajszy świat, przedryfował u mnie w kształcie znikających galaretek, które odkryłam w postaci gierki online w schemacie blocks. Nie same galaretki, czy ulubienie różnego rodzaju klocków sprawiło, że poświęciłam na nie potężny wycinek dnia, który równie dobrze, a nawet lepiej mogłabym poświęcić na rzeczy piękne, ważne oraz straszne, ale dźwięk. Znikanie kolorowych galaretek, trącanie potworków oraz ropuszek, a także bzebzebze wysłanników chaosu, przykuły mnie do tego otumaniającego zajęcia. Przez ucho do serca, bo od zawsze kocham się w dźwiękach, nie tyle, że musze słuchać muzyki. Na co dzień żyję ciszą, bo srogość wielu dźwięków wyżyma mój monotaskingowy mózg, ale kocham dźwięk jako taki. Pojedynczy lub z niewielu komponentów złożony. To dlatego zbieram dzwoneczki albo terkoczę kabestanem na łódce, czym doprowadzam moją siostrę do białej gorączki. A pamiętacie klikane metalowe żabki? Pokrywki od słoików, szklane kulki, sople, wietrzne dzwonki,  szmer przesuwającego się między palcami ziarna, pluskanie deszczu w rynnie, pojedyncze bulgoty w rurach, gliniane wodne kogutki, są to dźwięki, które mnie absolutnie uwodzą. Są też dźwięki, które kaleczą mi mózg, piły, kosiarki, silniki, ogłuszające dzwonienie wrzucanych do kosza butelek. Dźwięku mojego głosu też nie lubię, mam okropną żabią barwę i o ile przywykłam do niej w puszcze czaski, to wydobyty i odsłuchany, brzmi dla mnie samej wysoce nieznośnie. Nie dziwuję się zatem moim bliskim, kiedy na niego wołają, och, zamknij się już (nie jestem przekonana, czy chodzi im tylko o samo brzmienie głosu). Ale przecież tyle rzeczy jeszcze chciałabym powiedzieć.

Tak, czy siak, uraczę zapędzających się tu w jakiejś srogiej malignie czytaczy, wierszykiem z mojego tomiku Baśnienie, w moim własnym wykonaniu, którego musiałam dokonać na potrzeby mojego wydawnictwa, które z kolei realizuje potrzeby moje, a więc jest to symbiotyczne posunięcie, choć właściwie to ze strony wydawnictwa mocno altruistyczne, zważywszy, ze pozycja moja w świecie poezji jest żadna.
Biblioteka Śląska to odważna instytucja jednak, za co jestem jej bardzo wdzięczna.

A ponieważ jest śnieg za oknem, to będzie Baśń z pieca, czyta Joanna Lewandowska

czyli ja.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Czytane ukradkiem

 A bo nie mam ciągle czasu, więc na szybkasa. Wiekszość brakuczasu poświęcam na dokończenie Malazańczyków, ale pomiędzy wkradły się takie dysonanse:

Pod tęczą, Celia Laskey (przekład Doroty Maliny) to taka lekko napisana książka o nielekkich rzeczach, które składają się na tolerancję. Najnudniejsze najbardziej homofobiczne miasteczko Ameryki dostaje w prezencie queerową grupę zadaniową i wszystko, co z tego wynika. Ludzie zaglądają sobie do głów i znajdują tam to, co zwykle, trochę siana, jakieś rybki, jakieś akwarium. Dobrze się czyta, ale jakoś mocno nie jest dla mnie zapamiętywalna.


Ta druga książka tak _ Niebezpieczeństwa palenia w łóżku Mariany Enriquez (przeł. Marta Jordan). Zestaw opowiadań w sam raz na ciemne wieczorry. Historie spoza głowy, spod łóżka i z kąta pokoju, miejska groza stojąca tuż za światłem latarni, ludzkie słabości, przywary i okrutne pragnienia. W jednym tomie. 

- Gaucho jest dobry - stwierdził. - Ale ten drugi nie.
Powiedział to cicho, wpatrując się w świece.
- Jaki drugi? - zapytałam.
- Szkielet - odparł. - Tam na tyłach są szkielety.

(Mariana Enriquez, Brudny dzieciak (Niebezpieczeństwa palenia w łóżku), tłum. Marta Jordan) 

A tu proszę, chwalę się, posprzątałam zaplecze gabinetu fizyki. szkoda, że nie zrobiłam zdjęć przed. Ale gdy wyobrazicie sobie kilkunastoletnie pokłady i  zwały kurzu, pająków, much, papierów i żelastwa plastiku oraz drewna zaścielające półki i podłogę, to mniej więcej będzie to





niedziela, 6 listopada 2022

Krzysztof Kleszcz (Prod. Ryini Beats) - Złe

 Jedna z moich małych marzonek się spełniła, bo oto, całkiem niespodziewanie Krzyś Kleszcz pisze do mnie, że wiersz go łupnął i czy może go zrobić. Mało tego, zrobił wyłom w swoim projekcie, bo projekt dotyczy tylko jego własnych wierszy. No to ja sobie myślę, kurczę, lewandoska, siedzisz w tym swoim kaczym dołku, a ci się marzonki same spełniają, no to ekstra, nie? No pewnie, że ekstra, odmyślam sobie i wrzucam linkuszkę do utworu




A tutaj post Wydawnictwa Biblioteki Śląskiej z wierszem



niedziela, 30 października 2022

pomiędzy wczorajem a dzisiejem

Poranek, najbezpieczniejsza pora dnia, wszystko jeszcze przed nami, niewydarzone. A więc może to o to chodzi, że lubię te świtania, kiedy koty znowu śpią po kocim pierwszym śniadaniu i mama śpi jeszcze przed owsianką, i u wujostwa zero poruszeń, i u sąsiadki. Wszystko mam pod kontrolą, kury rozlazłe po nocy leniwie spadają z grzędy do koryta, a słońce o tej porze kryje przydymioną pyzę w mgłach. Mam wszystko pod kontrolą, to jedyna chwila, kiedy wydarzone za mną, a jeszcze nic się nie stało i sen przewleka srebrną nitkę przez uszy śpiącego domostwa. Głębokie i lekkie posapywania upewniają mnie, że oto jeszcze panuje czas niemierzenia się, niebrania za barki z rzeczywistością. Świty są niemal wolne od mojej odpowiedzialności za wszechświat, a za chwilę już trzeba będzie rozniecać słońce, wyciągać trawy za kołnierz, szukać misek na smutek, na ból, na odchodzenie, zapisywać rachunki na ścianach, rozliczać koszty istnienia. 

W piątek do domu przywlekłam spuchnięte migdałki i zatoki, to oczywiste, że kiedy przede mną wolne, to organizm zasypia gruszki w  popiele i zamiast harcować, składa się, a po pobieżnej inwentaryzacji stwierdza, że to już by było na tyle, w kwestii dziury na pokładzie B oraz uszkodzeń kadłuba. No i wychodzi tak, że jest cudowna pogoda, a ja nie mam w sobie ani jednego łożyska kulkowego zdolnego mnie potoczyć. Pracownia fizyczna na rzecz istoty miękkiej.



czwartek, 20 października 2022

I butelka rumu!

 Jestem przekonana, że ktoś za karę wylał mi środek aglutynujący na czas tym samym pozbawiając mnie dowolnego go rozciągania. To dlatego jestem rozchełstana, rozwichrzona i nie wiem, które do czego. Dziś za to ogarnęłam ostatnie złomy z pracowni fizycznej, co się dało naprawiłam, co się da, a nie umiem naprawić, odłożyłam do lepszych czasów, a resztę z sapnięciem uf, umieściłam w skrzynkach odpisu.

A rano na FB znalazłam Grzegorza, idzie zima do morza Malechę, jak czyta moje Remedium pirackie

o i tak właśnie to robi - klik


Nowe Kawkowo 15X22

wtorek, 11 października 2022

a gdyby zajrzeć pod stół...

 No i jest, przyszedł dziś, tak jak powinien, po cichutku, bo to taka właśnie chyba książeczka> Cieszę się jak ze swej, a nie, czekajcie, jest moja...


Wydawnictwo Biblioteka Śląska z prof. Zbigniewem Kadłubkiem, która to instytucja barzo wiele dla mojego pisania uczyniła, za co wdzięczna jestem i za zaufanie połozone we mnie aż trzy razy, dziękuję niepomiernie i nie umiem wyrazić jak.

Mój ulubiony i jedyny redaktor, który wie czego ja chcę Janek Baron,

niedoceniany, a wcholerę ważny redaktor techniczny, co to wie, co gdzie i jak ma być Grzegorz Bociek

Okładka i ilustracje Grzegorz Chudy i rozwiewam wątpliwości, to zupełnie inny Grzegorz niż Ósmy, a przecież (możliwe, ze mają to do siebie grzegorze) równie utalentowany.

A śliczne posłówko abo i może przedsłówko napisał poeta  Jakub Sajkowski, prywatnie mój przyjaciel, choć tym razem mu nic nie zapłaciłam 


ament!