piątek, 20 marca 2020

Szalom w szalu - 1

Nadrabiam zaległości, to dziś z wakacji


21.06.19 niedziela
Jedziemy do Doroty, kimniemy się i rano zium. U Doroty trochę śmichów, trochę chichów, część timu się pakuje i lulu.

22.06.19 (poniedziałek)

Wylot, skrupulatna kontrola izraelska, z wszelkimi szykanami, karabinami i  odpytką kto co gdzie i po co, ale nie jakoś tam dramatycznie.
Tel Aviv, trochę kitraszenia się z wypożyczeniem samochodu, trochę skrzynia biegów nie taka, jak chciała nasza kierowca Sylwia, trochę problemów z ruszeniem na automacie i jedziemy przez Palestynę do Jerozolimy.
Dzięki gpsowi trafiamy do lokum, ale problemem jest zaparkowanie auta. Wąska ulica i zero miejsca, jednak bogi nam sprzyjają i znajdujemy pod samym nosem, jest jednak ale, są godziny bezpłatne, reszta płatna cholera wie jak, bo żadnego parkometru.. Miejscówka mieszkalna fajna, wysoko, ładnie, przytulnie, tarabanimy się, rozsnuwamy po kątach, a później z Sylwią idziemy szukać pomocy, którą znajdujemy w dość ujaranej garażoknajpce w postaci młodych Żydów, z których jeden jest Izrael. Grzeczni są, gościnni, przynoszą nam szoty, a w kwestii parkowania okazuje się, że trzeba mieć aplikację na smartfonie, której to aplikacji nie możemy odpalić, więc Izrael znajduje nam miejsce na innej ulicy z innymi godzinami wolnymi od opłat. Przeparkowujemy. Wieczorem trochę snujemy się po mieście, trochę w domostwie.
























23.06.19 (wtorek)



Stara Jerozolima, absolutnie cudowna, szał arabskich bazarów z pachnidłem, mydłem i powidłem, a wszystko kusi rozgardiaszem barw, kształtów i pozłoty, ech my sroczki, trwonimy tam sporo czasu. Absolutną mistrzynią sprawunków jest Jola "Aaaa how much  ten portfelik?"





Ściana Płaczu, a później Wzgórze Golgoty, gdzie głównie się czeka. Fakt, że ornamentyka piękna, ale to czekanie jest ponad moje siły, więc umykam sobie przed bazylikę, żeby wypisać kartki, bo kartki z podróży są obowiązkowe.





Spacer po murze Jerozolimy, aa później snujemy się gubiąc i odnajdując w zaułkach tego pięknego starego miasta. 



Falafel jemy w obskurnym barze na bazarze i nie ma pyszniejszego nad ten, choć podany w warunkach, jakie przyprawiłyby o dezynterię cały sanepid naszego kraju, a kiedy wychodzimy z baru, dziupli w ścianie, właściwie, na przeciwko odkrywamy bardzo sympatycznego sprzedawcę falafeli i napis pana Cejrowskiego nad nim.



Co uwielbiam w tych okolicznościach ciepłych, to świeżo wyciskane soki i lemoniada, nie ma nic lepszego na świecie. czy wspominałam że jest ponad 40 stopni? Nie, no to wspominam i tak już se będzie do końca.















Wracamy wieczorem w cudownych nastrojach, w cudownym nastroju wyjmujemy zza wycieraczki mandat, w jeszcze cudowniejszym nastroju kombinujemy a) gdzie się go u licha spłaca, zwłaszcza, że jest po izraelsku b) dlaczego!? (to odkryjemy nieco później).

Z Sylwią szukamy pociechy i ratunku u Izraela, który przekłada nam hebrajskie ślimaki na pogański oraz zabiera nas w długa podróż po Jerozolimie w poszukiwaniu parkingu. Jeździmy, i jeździmy, i jeździmy, i jest ciasno, i nie ma miejsc, wreszcie znajdujemy jakieś miejsce, z tym, że parę km od chałupy i z takim oto obostrzeniem, że za 3 godziny trzeba go przestawić. Tak więc tej nocy kierowca, czyli Sylwia i tym razem Jola, towarzysząca jej dyżurna (idą jeszcze raz a) znaleźć ten samochód gdzieś tam w ulicach miasta, b) znaleźć kolejne wolne miejsce do zaparkowania.


24.06.19 (środa)

Sylwia idzie znaleźć samochód i przeparkowuje go. Znaczy na wyrost powiedziany, długo, długo jeździ, żeby znaleźć jakieś miejsce. W końcu udaje się.

Dziś Wzgórze Świątynne, zanim tam docieramy, zaprzyjaźniam się ze starszymi babeczkami pod Ścianą Płaczu. Zaśmiewają się widząc jak smaruję twarz blokerem, więc zaczynam śmiać się z nimi. Co prawda nasze języki różnią się bardzo mocno, ale czujemy babskie, radosne porozumienie, uściskujemy się serdecznie i w kanarkowym nastroju, okutana od stóp do głów w chustę i szatę, sunę na dalej. Okutana bynajmniej nie z powodu tradycji i ortodoksyjnego podejścia, tylko słońce tak smali, że nie sposób wytrzymać jesli ubranie nie jest wszędzie, na twarzy też.
W otoczeniu kamieni, pod palącym słońcem pustynnym to jest prawdziwe piekło.
Pod Meczetem Kopułą na skale, Izka z powodu swoich czerwonych włosów zostaje oblężona przez arabskie kobiety (zwyczajowo modlące się w tym meczecie, podczas gdy mężczyźni głównie w meczecie Al-Aksa) i dzieci, które robią sobie z nią pamiątkowe zdjęcia (a  później przychodzi czas modlitwy, więc turyści musza zmykać ze wzgórza.





Azymut na Górę Oliwną i uważajcie, choć na planie najbliżej jest przez Złotą Bramę, to jest ona zamurowana, tak na wypadek gdyby Mesjasz zechciał przez nią przejść (jak zapowiedziano), na wszelki wypadek też pod bramą znajduje się muzułmański cmentarz, bo Mesjasz nie bardzo będzie chciał postawić tam stopę, więc skoro nie jesteście Mesjaszami, to tym bardziej przez tę bramę nie przejdziecie, więc raczej kierujcie się do Bramy Lwów.

Po drugiej stronie drogi Góra Oliwna, dysząca tak wściekłym upałem, że aż wrzeszczy nam do uszu. Dzielnie jednak czołgamy się dalej Po kolei zachodzimy do położonego na dnie Doliny Cedronu Kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z grobem Marii Panny. Robi na mnie wrażenie zejście w chłodny, grafitowy mrok. Przepiękne wykute w skale schody i  sufit obwieszony lampkami.


Zachodzimy do Groty Getsemani, w której według legendy spali apostołowie, gdy Chrystus modlił się w Ogrójcu, a następnie oglądamy Kościół Wszystkich Narodów i sam Ogród Oliwny, który jest malutki, niepozorny i trochę niestety bez klimatu, bo chciałabym widzieć taki prawdziwy gaj oliwny, jak w Czarnogórze na przykład, a tutaj ogrodzona żelaznym parkanem, malutka enklawka zieleni.

Zatrzymujemy się w barze na kawę i herbatę. Uwielbiam tę modłę arabską herbaty z miętą i kardamonem, a później pniemy się schodami do góry, pracowicie i skrupulatnie pomijając to, co miałyśmy zobaczyć, bo, prosz państwa, jeśli człowiek jest otępiały z upału, wystarczy, że tylko raz wybierze ścieżkę na lewo. 
Za to na schodach pusto i nie jeżdżą ani nie chodzą wycieczki i pięknie słychać muezzinów i tak sobie wspinamy się i wspinamy do samej świątynki Meczetu Wniebowstąpienia, z którego to tym razem Jezus Chrystus, jakby na złość  wniebowstępującemu po drugiej stronie Cedronu, Mahometowi, wstąpił był w niebiosa i zostawił odcisk swej stopy w skale, tez jakby na złość Mahometowi, który z kolei odcisk swojej stopy zostawił pod Kopułą. Meczecik niewielki, bardziej kapliczka, a tyle przez nią przelało się historii. 
Zanim znalazłyśmy Meczet Wniebowstąpienia, nabijałyśmy się z  wycieczki przyklejonej do muru, zbitej w stadko, którego granice wyznaczał maluńki spłachetek cienia. za niecałe pół godziny, doklejamy się do tej wycieczki wciągając brzuchy, żeby nic broń losie nie wystawić na światło słoneczne. Czekamy na otwarcie Kościoła Pater Noster, stojącym w miejscu, gdzie podobno Chrystus nauczył apostołów modlitwy "Ojcze nasz". Kiedy tak sobie czekamy, podchodzi do nas brzydki, a jakże piękny człowiek i ofiarowuje gałązki rozmarynu i oliwki, nic za to nie chce, wkłada nam je do rąk i uśmiecha się. I ten uśmiech ma przepiękny, znika pod nim cała jego karłowatość, krzywość, niedoskonałość. Siedzę w kucki, przyklejona do muru i myślę, że takim pięknym być człowiekiem...
Kościół Pater Noster i jego otoczenie wypełniają ceramiczne tablice z zapisaną w najróżniejszych językach świata, modlitwą. Spacerujemy, grzebiemy w kamykach w ogrodzie, coraz bardziej opadamy z sił.




Schodząc znajdujemy drogowskaz do Groty Proroków. Znajduje się ona w prywatnym ogrodzie i jest fantastyczna. Po pierwsze przecudowny przewodnik, który ma dar opowieści, tworzy magię z dreszczem, wręcza nam świeczki i zaprasza do wędrowania po beświetlnych korytarzach wśród krypt grobowych. Wrażenie niezwykłe, chłód, cisza, dziwna, brzęcząca, odczucie odcięcia, wycięcia się ze słonecznego obrazka, powrót do czasu mroku i baśni gdzieś na dnie mózgu. Miejsce jest niewielkie, ale warte dotknięcia.

Po wyjściu zalewa nas żar. Teraz jesteśmy już porządnie sponiewierane. pod Kościołem Dominus Flevit siedzimy otępiałe na murku, gapiąc się na panoramę Doliny Cedronu, na mury Starej Jerozolimy, na groby największego żydowskiego cmentarza na świecie, nie ruszamy się ze słońca, choć obok drzewo oferuje nam cień, nie ruszamy się ani na jotę, ani drgniemy, siedzimy tak i lada chwila zaczniemy brzęczeć.



Nie pamiętam która z nas uruchomiła w sobie alarm i podniosła nas z tego murka, wyślizganą stromą drogą suniemy (bo nie idziemy) do cerkwi św Marii Magdaleny, której klamkę całujemy (to ta z pierwszego rozdroża), a później jak 5 zombie maszerujemy z powrotem do Jeruzalem i ani kawałka cienia. Ani ciut. Dopiero w murach nieco ulgi. Po drodze gawędzimy z zakonnicą, która opowiada nam o cudownościach Izraela, o tym, co warto zobaczyć, wędrujemy Via Dolorosa, jemy falafele, pijemy lemoniadę, wracamy do domu by... przeparkować samochód.




Jakieś winko, jakieś pogaduchy i siup, jest już późna noc,a  rano znowu pobudka.



wtorek, 3 marca 2020

Ziemia się dalej kręci i gajmany wracają z ciepłych krajów

No tak, wiosna, znowu się zakochałam, trudno, mówi w pogańskim języku, mieszka na innym kontynencie, ma żonę, zniosę, nie takie rzeczy się znaszało... a najgorsze to, że jest artystą, w dodatku nie tylko prozaikiem, ale, psiamać, poeta też! a przecz wiadomo, żadnych artystów a zwłaszcza poetów, ale co robić, ach ten Neil Gaiman, jeden z cudowniejszych pisarzy baśni fantasy, a właściwie po prostu baśni. Magia, dowcip, swoboda i swada, wszystko na swoim miejscu. Nie będę opisywać każdej książeczki, tylko je wymienię

Neil Gaiman:
Księga Cmentarna (przeł. Paulina Braiter)
Gwiezdny pył (przeł. P.Braiter)
Ocean na końcu drogi (przeł. P.Braiter)
Dym i lustra (przeł. P.Braiter)
Nigdziebądź (przeł. P.Braiter)

a, Gwiezdny pył jest też świetnie zekranizowany pod tym samym tytułem (Reżyseria Matthew Vaughn). Film też jest dowcipny i magiczny, choć oczywiście nie dosięga dowcipowi i magii książki, ale nie próbuje jej podbijać i robi to na swój, filmowy, widowiskowy sposób.  .

a za Gaimanem poleciał P.K. Dick,
Możemy cię zbudować (przeł. Tomasz Hornowski) 
i
Moi przyjaciele z Frolixa 8 (przeł Zbigniew A. Królicki).

Nie są to z najwyższej jego półki, ale jako rzekłam Ósmemu, kiedy obczaił u mnie tego Dicka i zrzędził, że słabe, kiedy się jakiegoś pisarza lubi, to naprawdę nie ma znaczenia  takie rozdzielanie, bo nie piszę analizy porównawczej ani recenzji. Po prostu czyta się kolejną rzecz jego pióra, dotyka kolejnego aspektu jego przestrzeni pisania i uzupełnia nadprzestrzeń.

a przede mną kolejne zakupione gaimany, Amerykańscy bogowie, Chłopaki Anansiego, Rzeczy ulotne  ( wszystkie w przekładzie Pauliny Braiter) 
oraz luksusowe wydanie komiksowe Śmierć. 

Ps: aha aha, Koralinę i książkę i świetny animowany film to zapewne znacie, jo?

*

tylko, że teraz wdepłam z własnej i nieprzymuszonej woli w projekt Tradycyjny sad i zakładamy z dzieciakami sad przy szkole, zatem nie bardzo mam kiedy czytać, najgłówniej to w busie jadącym do pracy. o

*

a to mam na biurku, że niby od sryliona lat pracuję. choć przyznam, że zrobiłam mu ze ośm białych ciapków, żeby nie było, ostatnio.



a tutaj przedstawiciel producentów w łańcuchu pokarmowym (autor X, kl IV)




niedziela, 16 lutego 2020

O tym, dlaczego niezupełnie się wysypiam

Ramowy Plan Dnia Panny Łaskotki

Ramowy Plan Dnia Panny Łaskotki 
3.40 – mycie futra i sapanie
4.15 – robienie rrrrrr
4.20 – siadanie na głowie joanny
4.25 – bieg do kuchni ponieważ joanna się podnosi z łóżka
4.26 – powrót, gdyż jednak tylko się przekręciła na drugi bok
4.27 - siadanie na głowie joanny i robienie rrrrr
4.30 – wpatrywanie się w joannę
4.35 – otwieranie oczu joannie, mycie futra obok twarzy joanny
4.40 – zrzucanie przedmiotów z półek, siadanie na drukarce, turlanie kamieni
4.50 - dzikie wrzaski
4.51 – śniadanie
5.00 – mycie futra i sapanie
5.15 – robienie rrrrrr
5.20 – siadanie na głowie joanny
5.25 – dziki pęd do drzwi
5.27 – patrol podwórzowy
6.00 – powrót do domu, jedzenie
6.10 – narzekanie, asysta podczas przygotowań porannych, okłaczanie joanny ubrania do pracy, robienie rrrrr
6.40 – mycie futra
7.00 – 15.00 – sen z kilkoma przerywnikami na jedzenie i mycie futra, czasem wyjście na podwórze stłuc inne koty
15.10 – czekanie, robienie rrrr, jęczenie, żebranie przy garach, mycie futra
15.40 – prawdziwy posiłek (bo te wcześniejsze nie liczą się jako prawdziwe), mycie futra, mizianie
16.00 – wyjście na dwór, bicie podwórzowych kotów
17.00 – powrót, jęczenie, mycie futra, jęczenie, przeraźliwe wrzaski, mizianie, mycie futra, jęczenie
17.30 – jęczenie i kolacja
17.35 – jęczenie, narzekanie, mizianie, okłaczanie wszystkiego, włażenie na kolana joanny, mycie futra, próby namówienia na ponowny posiłek, darcie japy, błaganie żeby w takim razie, skoro w domostwie panuje głód, wyjść na dwór, robienie rrrrrr
18.00 – mycie futra
18.20 – drzemka
19.00 – mycie futra, jęczenie, robienie rrrrr, marudne wrzaski, deptanie po Joannie, wpatrywanie się, robienie kostki na podłodze
19.30 – posiłek
20.00 – mycie futra, sen
22.00 – mycie futra, przejście do łóżka właściwego
22.01 – mycie futra, moszczenie się sapanie
23.00 – ofuknięcie i opierdziel, że joanna śmiała zmienić pozycję i wyjąć zdrętwiałą rękę spod głowy kota
23.01 – mycie futra, moszczenie się w innej pozycji
24.30 – przypomnienie sobie, że jeść, próby negocjacji, jęczenie, wpatrywanie się
24..40 – dąs i wymarsz na drugi tapczan, mycie futra
01.00 – powrót na łóżko właściwe, mycie futra, moszczenie się
01.40 - sen
...






czwartek, 13 lutego 2020

przed Walentynkami

Napisałam dziewiętnaście, moim uczniom. Nie mogłam ich zawieść, zwłaszcza po tym, kiedy mi koleżanka doniosła, że: "no to co że nie dostanę walentynki, i tak dostaniemy wszyscy od naszej pani", tonem lekceważącym było to wypowiedziane, że niby trochę siara, trochę po co, ale jednak, zauważone, te moje dzieciaki-kwiaty nie zostaną bez kartki w tym dniu. I oczywista, woleliby dostać od niej/niego, wiadomo, ale skoro nie, to choć tyle, na łapkę, na serce, w zasadzie nic, ale jednak trochę.
Pomstuje się czasem na to święto, że obce, że owakie, że niechrześcijańskie, aleć po pirsze primo zastanawiamy się po a) co to za święto  po b) skąd się wzięło i po c) na czym polega? [to już łatwe do odszukania odpowiedzi na te podpunkty, zatem nie nadpisuję]
i co z tym podłym świętem miłowania zrobić?
Ech, gdyby tak klasycznie i odruchowo przyjąć, to chciałabym mieć z kim je spędzać, uczciwie napiszę, chciałabym mieć kogoś, do kogo te specjalne słowa powiem, napiszę, pomyślę, pewnie, że chciałabym. Ale nie mam, niefortunnie układały się historyjki w żywocie mym, więc tego wyznania przynależnego memu etapowi życia, uczynic nie mogę, ale
napiszę jutro mojej rodzinie i przyjaciołom
i poślę pocztą szkolną moim uczniom

joho
i też fajowo



czwartek, 6 lutego 2020

mówić do siebie





To jest tak, pewnie każdy to zna, że zawsze jest na świecie ktoś, o kim pierwszym się myśli, kiedy się coś interesującego, łamane przez pięknego, łamane przez obrzydliwego, łamane przez itd, zobaczy, łamane przez przeczyta, łamane przez usłyszy, łamane przez pomyśli. Są takie ktosie. To taki ktoś, z kim się człowiek tak rozumie, że gdyby nie bariera skóry, to prawdopodobnie przeniknęlibyście się, a to przecież nawet nie znaczy, że się zgadza, czy ma takie samo zdanie, tylko jest coś, wrażliwość, zaufanie, przedział poczucia humoru i wszystkie te szykany, które splatają się na to szczególne coś, że własnie temu ktosiu chcesz powiedzieć pierwszemu. I zdarza się, że z takich czy innych powodów tego ktosia nie ma, chociaż gdzieś tam przecież pewnie  jest, ale tu nie ma i już. I będą inne ktosie przecież i będzie się z nimi mówić, ale tak to już nie, już nigdy tak.
W związku z  powyższym to o nabytym w Supraślu albumie napiszę na blobie, zamiast. 
Album Krystyny Czerni nosi tytuł "Nowosielski - sztuka sakralna. Podlasie, Warmia i Mazury, Lublin". Jest barzo ładnie wydany, z barzo dobrej jakości ilustracjami, dobrym papierem i jeszcze w dodatku z dobrą ceną. Dziś przeczytałam od A do Zet, a kolejny dzień już oglądam i smakuję. Ładnie napisany, z cytatami, fragmentami wypowiedzi i listów Jerzego Nowosielskiego oraz osób, które z nim w tym okresie pracowały, współpracowały, czy po prostu uczestniczyły w jego świecie. Właściwie po raz pierwszy dotarło do mnie, jak artysta był rozdarty, jak osamotniony, jak świat sakralny nie był jeszcze na niego wówczas  gotowy. Miałam okazję kilkukrotnie kontemplować dzieło profesora w cerkwi w naszym Górowie Iławeckim, dzieło doskonale zważone, łączące tradycję i nowoczesność w sposób genialny. Książka dobitnie mi pokazała, że miał Nowosielski niezwykłą umiejętność ogarniania i komponowania całości, aranżował przestrzeń sakralną właściwie w każdych warunkach, na swój niepodrabialny sposób i to w taki, w którym czuć, i kontemplację, i przeżycie, i głębokie korzenie kościoła wschodniego w nim, a jednocześnie doświadczamy współczesnego kształtu, oczyszczenia tego kształtu, fantastycznej operacji na barwie. Album jest przepiękny czego i temu światu życzę

*

i jeszcze nabyłam piękny album z ikonami podróżnymi. metalowymi. uwielbiam metal


*

Przeczytałam też w pociągu z Podlasia  Pod powierzchnią Daisy Johnson (tłumacza nie pomnę, gdyż książka była Zinka i mu już ją zwróciłam). Antyczna tragedia w malignowym świecie na pograniczu jawy i snu, na krawędzi świadomości i podświadomości, w aurze dusznych oparów rzecznych, pod napięciem czającej się tuż poza polem widzenia grozy. Rodzinne sekrety, historie kilku osób splatają się ze sobą, by w sposób niekontrolowany jak strumienie połączyć się w rzekę i podążyć wspólnie w dół, do oceanu. 
Czytałam już taką formułę w książkach, ale przecież i tę przeczytałam z wielką przyjemnością. 

*

I dziś jeszcze po powrocie z kopalni, chociaż jem mało mięsa, przeczytałam Jem mięso Rafała Gawina. Bardzo, cholernie smutna książka poetycka. Dużo obserwacji, wiele drwiny, sporo czułości, czasem buntowniczo, czasem z wielką rezygnacją, to  punktująca rzeczywistość, to od niej stroniąca, można powiedzieć, że Rafał zrobił wielki rachunek swojego wycinka świata i obrachunek świata widzianego ze swojego wycinka i zrobił to na sposób mantryczny, transowy, ale też mający coś z tabloidowych haseł, błysków ekranów telewizyjnych, kiedy przeskakujemy po stacjach. Mający coś z krzyku słyszanego w podziemiach metra, z pisku opon na ulicy, dźwięku elektrycznej golarki zza drzwi łazienki, odgłosów dochodzących od sąsiadów. 
Jest mnóstwo nawiązań do twórstwa najróżniejszego, jest dużo błyskotliwych parafraz, zwrotów ukutych na zwrotach, autor splata je, jak się plecie z różnokolorowych szmatek jarmarczny chodnik, którego prawdziwą, acz nieoczywistą urodę oglądamy, kiedy jest już utkany, w całości, kiedy rozwiniemy go na podłodze i rozejrzymy się po nim z góry. Dobra książka, bardzo cholernie smutna książka.




wtorek, 4 lutego 2020

Gdy nie kręci cię w Mombasie, ruszaj brachu na Podlasie, czy jakoś tak

A kiedy była u mnie Retes, to robiłyśmy sobie z lieniem w Dobrym Mieście o tak



i obejrzałyśmy skansen miejski, czyli całkiem przyjemną uliczeczkę z zakładami rzemieślniczymi (ale tylko z zewnątrz, bo było późno, ciemno i padało)

a jeszcze nasamkoniec później, udałyśmy się do hotelu na kawę i lody, ach, jak hrabianki

a nasampóźniej kazałam Retes oglądać te mroczne materie

a na kolejny dzień to już jechałyśmy do Juchnowca w opadach jedynego śniegu tej zimy.

*

Juchnowiec jest na Podlasiu i korzystając z bycia tam, u Reteski, zawsze udaje mi się coś ładnego i bardzo podlaskiego zobaczyć, jak na przykład Supraśl.


W Supraślu byłyśmy, a  jakże, tradycyjnie późno, gdyż musiałyśmy się wyspać przecież, bo ferie są po to, wysypiać się żeby, a jeszcze zanim to, zanim tamto i zanim siamto, to zlądowałyśmy w miasteczku srodze po południu, ale to nie szkodzi.

Muzeum ikon jest znakomite, a znajduje się w Monastyrze Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Jana Teologa. Sale wystawowe zaaranżowane są jako wnętrza groty, cerkiewki, przydroża obok starej chaty, które to wnętrza przydają, dzięki stłumionemu światłu i prawosławnym pieśniom, aury tajemniczości, modlitewnej zadumy. W takim entourageu mogłam do woli naprzyglądać się prezentowanym tam ikonom, a do woli, bo byłyśmy z Retes i panią kustosz samotrzeć, więc był luksus oglądania nieśpiesznego i w wielkim skupieniu. W samotności niemalże, bo przesympatyczna pani kustosz zupełnie nie bała się, że będziemy lizać ikony, czy pisać na nich HWDP i pozwalała nam na zaszywanie się w zakamarkach z ikonami sam na sam. Od czasu do czasu wymieniałyśmy zdania i informacje.
Ikona to jest światło absolutne, to ludzka dyscyplina i kontemplacja, to okno na zupełnie inny świat i niekoniecznie musi to być świat z wyobrażeń religijnych, to dziura w artyście, przez którą patrzymy mu do duszy i przez tę duszę widzimy inne rzeczy. 
Ekspozycja nie jest jakaś ogromna, ale naprawdę warta obejrzenia i życzę wam, żebyście mieli na to takie jak my warunki. 















Jest też kilka barzo ciekawych ikon współczesnych artystów




I ocalałe fragmenty polichromii z oryginalnej cerkwi, która została wysadzona



No i nie obyło się bez wyniesienia drobnych zakupów z muzealnej księgarenki, z czego przezacnym nabytkiem, jest świetnie wydany album o Nowosielskim (to ten czerwony).



Po muzeum była ziemniaczana babka i zupa z kiszonych opieniek 




i obowiązkowe połażenie pomiędzy chatami tkaczy. Jako, że padało, było wieczornie, to i ludzi katulało się niewielu, zatem miałyśmy ulice też głównie dla siebie  i tak się szwendałyśmy chłonąc opary czasu z drewnianych domostw, z płynącej nieopodal rzeki.










A w drodze powrotnej zajechałyśmy do reteskowych przyjaciół, których też już znam od którychś wakacjuszy i tam się uśmiałyśmy po korzonki włosów przy niesamowitej, jak zawsze z nimi, rozmowie pełnej cytatów, myśli, rozważań, durnych żartów i żartobliwych durnot. Oraz psa i kota.

W domu reteskowym kontynuacja gadania do późnych godzin wieczornych



A na dzień trzeci byłam na spektaklu retesowej grupy Trylobit, którą tworzą mieszkańcy Juchnowca, w tym osobisty retesowy brat oraz osobista brata żona. 
Spektakl mana imię "Moja babka urodziła się w Taszkiencie" (reż. Teresa Radziewicz) i jest opowieścią osnutą na wątkach babcinych opowieści z historii rodzinnych członków grupy. Mają Trylobici cudowne babki, trzeba przyznać i jak sami mówią w spektaklu, wszystkie one były twardymi kobietami.
Spektakl, przyznam szczerze, zajął mnie ogromnie, nie spodziewałam się, że grupa entuzjastycznie nastawionych amatorów, robi coś aż tak profesjonalnie. Przedstawienie jest kompilacją żartu, rubaszności, romantyzmu, dramatów życiowych w pięknej poetyckiej odsłonie, z bardzo wysmakowaną, oszczędną, a przecież przebogatą dekoracją,  ze świetnie dobraną muzyką i czułą grą aktorów. 
Cudowna jest na przykład scena, kiedy nagle, zupełnie znikąd, tuż przed nami, widzami, pośród świeżo utkanego płótna pojawia się młoda panna w welonie i kwietnym wianku. Nie widzimy jej twarzy, panna idzie powoli w głąb sceny i znika tak samo niesamowicie, jak się pojawiła.
Mamy w spektaklu, obok klasycznego teatru aktorskiego, teatr przedmiotu z zajmującą i przykuwającą oko historią z niemieckim snajperem, mamy teatr cieni z wzruszającymi historiami miłosnymi, jest jak osnowa historii podróż pociągiem, a wszystko pięknie, wszystko wciągająco. Obejrzałam dwa razy pod rząd i nie znudziłam się ani razu. Więc gdyby ktoś był akurat w pobliżu i zupełnie przypadkiem grali znów, idzie niech tam do nich, do tego świata, który został odciśnięty w pamięci na na płótnie


a później dyskutowaliśmy z aktorami o sztuce, o jej roli w życiu, o potrzebie kultury...



a na ostatni dzień było jak w tym dowcipie z budzeniem. Zebrałyśmy się z retes z dyskusji trochę wcześniej (sic!), gdyż raniutko na pociąg (o 7 mam). Leżę sobie rano i czekam aż zadzwoni budzik, ale dziwnie jestem wyspana, wchodzi Retes
ja: już? która godzina/
Retes: dziesiąta

tada!

poniedziałek, 3 lutego 2020

czasem słońce, czasem deszcz

Powrót do roboty jest bolesny, zwłaszcza o poranku, więc pozwoliłam sobie na szaleństwo i rano przestawiłam budzik z 5.40 na 5.50, ach jakiż był w łóżku bal !

a w internetach w podsumowaniu poezji 2019, pióra pana Jakuba Skurtysa, znalazła się również wzmianka o mym Trachu następującej treści:
"Joanna Lewandowska i Trach (tu mamy kilka ciekawostek; monolog bywa celowo histeryczny, momentami przypominając ataki egzaltacji i paniki w poezji Witkowskiej, z tą różnicą, że debiutująca autorka ma tendencję do rozwijania swoich obrazów, (d)opowiadania wierszy, a nie kondensowania ich w  jednym momencie)"
cała podsuma w linku

a ja dostałam dziś pocztą Polską od Ósmego koszulkę, bo ón wie, że jestem absolutnym fanem Tadeusza Baranowskiego, zresztą ón też jest.



I to był taki ładny promyk w smutnym dniu, w którym na moim ukochanym cmentarzu zaczęli ścinać piękne, stare drzewa...


Joanna Lewandowska i „Trach” (tu mamy kilka ciekawostek; monolog bywa celowo histeryczny, momentami przypominając ataki egzaltacji i paniki z poezji Witkowskiej, z tą różnicą, że debiutująca autorka ma tendencję do rozwijania swoich obrazów, (d)opowiadania wierszy, a nie kondensowania ich w jednym momencie),