niedziela, 22 stycznia 2023

nie deptać trawników

 "Nigdy nie przechodź po pisarzu, jeśli nie masz pewności, że się nie podniesie za twoimi plecami. Jeśli spalisz go na stosie, sprawdź, czy rzeczywiście nie żyje. Bo jeśli przeżyje, przemówi. Przemówi w formie pisemnej, na zadrukowanej stronie, którą niełatwo zniszczyć."

(P.K. Dick, Radio Wolne Albemuth)


W jakimś netowym artykule przeczytałam, że: "o inteligencji danej osoby świadczy fakt, że w danej chwili potrafi podjąć najbardziej racjonalną i zarazem najrozsądniejszą decyzję. " i spadłam z planszy, bo pomimo usilnych i wielce skomplikowanych starań oraz prób okiełznań tego huculskiego konika zwanego moim życiem, nadal z okrzykiem juppi pakuję się w tarapaty nawet nie zatykając nosa. I kolejne rozkwaszanie mordy o beton niczego, ale to niczego mnie nie naucza, może tylko, że powierzchnia betonu jest szorstka. A niczego nie chcę przecież bardziejszego, niż wszyscy, ot mieć na ząb, do pieca, dla przyjemności, i żeby kochać i być kochaną, a  z tym to chyba najtrudniej niestety i nawet tak dokładnie nie wiem czemu. Obarczam winą siebie, swój charakter, ale kiedy usiłuję znaleźć precyzyjną przyczynę, to nie umiem. A może po prostu mam pecha? Znaczy mam pecha na mur i jak to określił Zina, jestem w  naszej grupie przyjaciół Jonaszem. No nic to, nie ma co labiedzić nad rzeczami, które są niewydarzone. Właśnie, dzięki uprzejmości ministerstwa oświaty i prania, przeczytałam Radio Wolne Albemuth Philipa K. Dicka (tłum. Tomasz Bieroń) z absolutnie świetną przedmową Wojciecha Manna, do której to przedmowy nie mogli wybrać nikogo innego, jako, że sytuacja opresyjnego państwa bardzo mocno dotknęła radiową Trójkę, więc Mann dokładnie wie, co trzeba powiedzieć. Z Dickiem to jest tak, że uwielbiam jego książki bez względu na to, czy są genialne, czy słabsze, ta nie jest jakoś szczególnie genialna, ale patrz powyżej. Powiedzmy, że to takie dickowskie didaskalia do sposobu myślenia w jego książkach, rozmaite drobiazgi składające się na inwigilację naszego życia, bo wcale nie jest to takie sf, to się dzieje niestety każdego dnia, patyczek po patyczku, szaszłyczek po szaszłyczku. I coś nie bardzo wygląda na to, że umiemy to budowanie klatki zatrzymać, a nie ma przecież nic niżejbudżetowego, jak trzoda budująca sobie samodzielnie wybieg i dojarkę. No więc w książce pewien człowiek odbiera sygnały od, albo nie, jak chcecie, czytnijcie sami. W książce występuje też sam Dick, który miał obsesję inwigilacji, a więc w pewien sposób przygląda się swojej głowie. Zresztą pisarze zawsze przyglądają się swoim głowom i mam nadzieję, że wybierają racjonalnie i rozsądnie. Fajnie, że są u mnie ferie, trochę podpasę blożyszcze i potrenuję literki.


sobota, 14 stycznia 2023

trąbić wsiadanego!

 Zgroza, żeby w styczniu do roboty chadzać w lnianych letnich porciętach i jesionce. Zgroza, żeby wiatr i pochmura, choć z dwojga złego wolę, żeby padało, to przynajmniej pożytek glebie, gorzej, ze wiatr wysusza zaraz i jeden ch... yyy..  na to samo wychodzi. Zgroza, żeby obawiać się uczuć, które spały, a przedziwnym i nieco okrutnym, a także deko histerycznym losu palcem, zostały trącone, kichnęły, zasapały i przecierają ślipka. Co my możemy wobec biochemii naszych mózgów, żadna przysięga ani klątwa na to nie pomoże, a strach i tak trzyma za gardło. Przeglądam stare listy, zdjęcia, które uśpiłam w szufladzie, myślę sobie, jakaż ja wtedy byłam odważna, albo głupia, albo i  drugie, i pierwsze, bo jeszcze zdawało mi się, że nie mam nic do stracenia. Teraz z kolei zdaje mi się, że do stracenia mam wszystko, a przecież tak naprawdę nic nie mam. Bo niby co miałabym tracić? Ten hołubiony wyimaginowany święty spokój? Twarz jakąś, czy tam inną pojmowaną w swoisty sposób godność? Co miałabym stracić, czego nie posiałam już wcześniej, jakie kurew mać szczęście i jaką historię. Chyba trzeba dobudzić się z tej puchowej kołderki, którą sobie wywatowałam kostkę mieszkalną, otrząsnąć zaspaną mordkę i ruszać żyć, nie książkami, filmami, cudzymi historiami, w  których można wszystko, tylko tym własnym, nieudolnym, denerwującym, a przecież jedynym i niepowtarzalnym sposobem, w  którego urodę  czyny głupie, czyny nierozsądne są wpisane nienaruszalnie, a przecież jak pięknie. 

dzikaśka. AI&Jakub Jankowski


niedziela, 8 stycznia 2023

"Być bliżej ciebie chcę"

No i po świątkach obrządkach, nie powiem, jestem zadowolona, bo znalazłam czas i na czytelnictwo, i na wannę, i przyjaciele znaleźli czas dla mnie. Nawet wydarzyły się dwa świąteczne cuda, za co tu i teraz wszechświatowi dziękuję, bo takie cuda, panie, to ja lubię. Oczywiście nurkowałam głównie w komiksach Gaimana, ale już mi się skończyły, więc teraz nowy Dick, dziki jak dzik, acz nie o tym dziś.

Bo bujając się w swojej przedziwnej wannie, która mocno zaburza mi poczucie realności (chyba przez ten kształt), popłynęłam na całego z książką tow. Radwańskiego, niejakiego Janusza z Ziemi Lasowiackiej, która to książeczka jest według mnie najpiękniejszą jego rzeczą pisaną z wydanych przezeń, a nosi tytuł Śpiewnik Szantowy, zatem do wanny pasował jak ulał.

Aura tomu przywodzi mi letni dzień z wiszącą ciemną, burzową chmurą, opadającym kłębami pomarańczowym światłem, drapaniem uczuć w gardle i dzikimi wyprawami tratwą po stawie. Płynę w tej książce  każdą łodzią i każdą chwilą, których doświadczyłam. O mały włos, a napisałabym, że Radwański świetnie operuje słowem, ale jakie tam operuje, ta formuła kompletnie nie przystaje do tego, co słowem czyni światu Radwański. On omiata czułością swojego słowa cały najszerszy widnokrąg, na jaki nas stać i jeszcze dalszy,  i  głębszy jeszcze, a na tej głębokości czegoś trzeba nabrać w to serce, Jakiej trzeba być wnikliwości autorem, żeby tak udatnie zrobić przysiadłą na dłoni chwilę, tę najważniejszą, najuważniejszą. Jakiej trzeba być urody człowiekiem, żeby nie płosząc, dotknąć serca tej chwili przypiętej do serca czytającego. Robi to Janusz Radwański swoimi szantami dla śpiących wśród trawy, dla idących wzdłuż horyzontu, podróżujących z grabiami na ramieniu,  dla przesiadających się w metrze, majtających nogami z nadbrzeża.  Nie obędzie się nigdy radwańskie pisanie bez humoru, za co dozgonnie Janusza wielbię, bo obywa się bez pomponów i cokołów, a sprawach ważkich, mówi swojsko, jak chłop, tfu, marynarz, choć gwoli ścisłości, z  nas dwojga, to ja klnę udatniej. Dostrzega rzeczy z przeróżnych, nieraz ukrytych stron i znajduje te, które składają się na skomplikowany wzór czucia. Dostrzega nitkę radochy w śmiertelności, błysk irracjonalnej hucpy w żalu. A stateczek na spodzie kartki płynie z lewej do prawej, z powrotem, a  przecież naprzód. Razem z nami. Jakiś czas temu poczyniłam Januszowi uwagę, że się słabo ów stateczek animuje, gdy mechanicznie, widząc tę możliwość, przekartkowałam tomik. Pomyliłam się, nie należy go animować, on płynie w miarę przesuwania się tych wierszy, płynie odruchowo, poza ogniskiem skupienia wzroku. I jak chyba w większości wierszy Janusza stateczek ten płynie przeciwko trwodze, naprzeciw wielkiemu światłu i w swobodę powietrza. Przeciwstawia się grozie, pokonuje niemoc, śmiałym wzrokiem patrzy przed siebie, a w żaglach ma nadzieję, a na pokładzie sklarowany szary miękki smutek, a pod pokładem nostalgię, tęsknotę, a za sobą wlecze kilka słów złożonych w ciągi. Niby nic

Nic

Mówię ci, bo nic ładniejszego już dziś nie zobaczysz,
wracają ze szkoły i już są po przeciwnych stronach ulicy
ale gadają i się śmieją
i nie mogą przestać gadać,
i nie mogą przestać się śmiać.

(Nic, Janusz Radwański z tomiku Śpiewnik Szantowy)


Co innego

Tu stoimy i gdzie indziej nie możemy.
Mamy literki i uniesione piąstki jako odpowiedź
albo alibi. Co bardziej, o to strach pytać,
ale chcę ci opowiedzieć, jak kazali mi
zabrać szczeniaka na uśpienie.
Żal mi go było i z tego żalu chciałem
dać mu ostatni, najlepszy posiłek w życiu.
jadł pięknie i tak długo, że odłożyłem to do jutra,
w końcu odkarmił się, wydobrzał
i ostatecznie umarł kiedy indziej i na coś zupełnie innego.

(Co innego, Janusz Radwański, z tomiku Śpiewnik Szantowy)




czwartek, 22 grudnia 2022

Chwilka chwalątki

No ten, jest rzecz, że chcecie cegiełką złotych polskich powiedzieć, że hej, nie zgadzam się na strach, śmierć i zło? No to możecie zamówić w Fundacji Pogranicze  zestaw tłumaczeń wierszy ukraińskich poetów. W tłumaczeniach mam tez i ja skromny udział.

Alija Gulijewa, Kość w gardle, przeł. J. Lewandowska


a tu nazwisko me dotarło na Słowację, no kurka wodna! tadaaaa link


a tu znalazłam w Nowym Napisie

niedziela, 11 grudnia 2022

czytanie wdzięczności

 No bo wiecie, ponieważ jest łikend i jeszcze św. Mikołaj był tak łaskawy, że zaczerpnąwszy garścią z mojego osobistego konta, przysłał mi w zamian książeczki, to spędzam znowu czas z Sandmanem. Czytam od deski do deski, zawsze czytam książki od deski do deski, przedmowy, posłowia, przypisy, stopki redakcyjne, podziękowania. I właśnie o tych podziękowaniach dziś, bo uznaję, że skoro autor lub autorzy umieszczają podziękowania w książce, to czynią tak, gdyż ludziom z podziękowań, w odczuciu autorów należy się wdzięczność, a skoro należy się im wdzięczność, to powinniśmy przeczytać nazwiska tych osób i dowiedzieć się, co ważnego dla autora uczynili. Nie wiem, jak wam, ale mnie sprawia to ogromną frajdę, jakbym stawała się na chwilę częścią procesu, uczestniczyła. Czytajcie podziękowania, a ja zagrzebuję się w zwałach kołdry, otaczam krążkiem lampczanego światła i zabieram do kolejnego tomu.




sobota, 10 grudnia 2022

rozwiązanie schroedingera

Podobno nie mam problemu z wyrażaniem się: Asia, ty tak fajnie potrafisz powiedzieć, Asia weź ty napisz, bo ty umiesz.
Podobno mam wielkie problemy z wyrażaniem się: Nie życzę sobie następnym razem takich bezczelnych i chamskich komentarzy z twojej strony, Jest mi strasznie przykro, ze gdy upominam xxx i Ty kpisz…
Słowa mają wielką moc, mocno trafiają do tego ośrodka, który zamienia je w obrazy własne nazywane rozumieniem. Komunikacja jest najtrudniejszą sztuką świata. Samo posiadania klucza nie załatwia sprawy, ten klucz trzeba wciąż aktualizować, wciąż odciskać swoje kody w glinie rozpoznania. Możliwe, że liczba Dunbara jest z tym związana.
Nigdy nie wiem, czy umiem używać słów, nigdy nie jestem przekonana  jak użyć słów, nigdy nie mam pewności, czy użyte przeze mnie słowa zostaną odczytane zgodnie z moją funkcją falową bycia, czy kogoś nie skrzywdzą. Jest różnie. To jedno

Drugie jest weselsze

A rzeczy wydarzają się w najdziwniejszy sposób. Wszechświat zachęcał do wycieczki do radia Olsztyn, poprzez religijną Jolę, która ma tam koleżankę. Od razu przyklasnęłam, bo nigdy nie byłam stopą namacalną w radio (ta niechęć do odmiany w  niektórych przypadkach wynika z przyzwyczajenia). I tak to planowałyśmy od początku roku, aż dzień przed wycieczką bęcnął mnie wszechświat, że ej, ty też kogoś tam znasz, kogoś, z kim się już tyle razy umawiałaś na spotkanie realne, kogoś, kogo blog ratowania lalek śledziłaś i kogoś, kto jest silną częścią twojego fb świata. I o, poznałam na żywo Magdę. Całkiem niespodziewanie prawdopodobnie dla nas obu. I ojejku, jak to fajnie, że żywa osoba jest taka, jak ją sobie wyobrażałam!


A zatem tak na marginesie,

 moi drodzy, czasami, kiedy podskakujecie, pamiętąjcie, że Ziemia w tym czasie obraca się o ciut i  wcześniej czy później, znajdziecie się w tym samym, a zupełnie innym miejscu. 




niedziela, 4 grudnia 2022

domek z kartek

Niemal spokojny łikend. Śnieg, który nas wczoraj zasypał, przykrył naprawdę wszystkie hałasy. Nie dźwięki, ale hałasy właśnie. Po południu ludzie przestali jeździć, piłować i zgrzytać, został tylko szmer padających kropek, narzekanie awifauny i tajemnicze niezidentyfikowane szelesty. Samozadowolenie z powodu uprzątnięcia i spilingowania skóry domostwa, skutecznie podniosło mi punkty apgar, a i żywe istoty domostwa tego, nie popadały wczoraj w jakieś szczególne dramaty. Nie bardziej niż zwykle. I w tej na poły uśpionej atmosferze, a później dodatkowo w fioletowym świetle zachodu, unurzałam się, utaplałam w słowach i obrazkach.

Najpierw Neil Gaiman, tym razem cykl Śnienia, o którym nie będę się rozpisywać, bo jest to nadal universum Sandmana, tylko skupiony na samej krainie i jej mieszkańcach. Sen opuszcza Śnienie i, doczytajcie to sobie sami, rzecz jasna. Jasna sprawa, że uczta obrazkowa i opowiastna.

Noce Nieskończone (z tegoż universum), które traktują o Nieskończonych, a więc Śmierci, Śnie, Zniszczeniu, Pożądaniu, Rozpaczy, Malignie, Losie. Każda postać, to osobna historia z innym rysownikiem i inną formułą, które to formuły znakomicie zgadzają się ze specyfiką postaci.

Wczoraj pisałam o mocy opowieści. Dzieła Gaimana, zarówno te pełnosłowne, jak i tworzone wespół z rysownikami komiksy, to jest przykład prawdziwej mocy, która chcesz, czy nie chcesz wsysa cię jak wir aż na samo swoje dno. Kiedy książka się kończy, mrugasz oślepiony światłem codzienności i naprawdę nie wierzysz, że cały czas twoje ciało tu było. I na tym realnym (czyżby?) ciele, nosisz wszelkie znamiona przebytej przygody, ból nadwerężonych mięśni, ukruszony ząb, mokre od łez policzki. Każdy, kto zacznie od zaprzeczenia, niech najpierw sam sprawdzi, później pogodzę się z jego zdaniem.

A nocą obejrzałam na Netflixie serię Wednesday Tima Burtona. Ładny, timowy taki, ale czuć już jego łagodnienie. Wednesday, to, a jakże, miniatura Johnego Deepa (Burton taką właśnie postać uwielbia, nawet w swoich animowanych), acz to nie zarzut. Zresztą myśl o łagodnieniu to też nie zarzut, bo serial jest bardzo burtonowski (uwielbiam), tylko wcześniejsze rzeczy miały jakiś wyjątkowy pazur, dozę szaleństwa intuicyjnie rozpoznawaną przez dzieci, a ekscytującą dorosłych (albo odwrotnie może), cienki, niemal niedostrzegalny włos, który leży pomiędzy futryną, a drzwiami i nie do końca pozwala się im zamknąć. Wednesday jest już "nowa", bardziej uporządkowana, przewidywalna, na szczęście nic nie traci ze swego malarskiego, baśniowego czaru burtonowego umysłu. I dobrze, bo to frajda.

Zaś w ubiegły łikend przeczytałam książkę, która dodała mi myśl, jakiej nie miałam - W domu snów, autorstwa Carmen Marii Machado w przekładzie Łukasza Błaszczyka. 
Nową myśl, w sensie, że wcześniej jakoś w ogóle nie przychodziła mi do głowy temat przemocy w związkach nieheteronormatywnych. Z powodu przesączania się z mediów standardowych problemów, tolerancji, nietolerancji, protestów i manifestów, mój mózg zaczął w którymś momencie generować myśli zabarwione propagandą i wyszedł ze stanu zwykłyświat. Więc ta książka dała mi po grzywce i potrząsnęła za ramiona i przypomniałam sobie, że świat działa tak samo dla wszystkich i żadna tęcza nie ochroni nas przed katastrofą. Tylko my sami. Książka jest odważnym zapisem związku autorki, w którym była przemoc, groźna, niszcząca, pozbawiająca jakiegokolwiek poczucia siły. To, że związek był queer w niczym nie przeszkadza tej książce być o związku przemocowym każdym, ale dodatkowo mnie jakoś to ocuciło z haseł. Bardzo polecam, bo jest świetnie napisana, bez mazgajstwa żadnego, czy grania na emocjach, miejscami cholernie poetycko, miejscami onirycznie, wręcz malignowo, a czasem pragmatycznie jak sól na stole. Machado znakomicie wyjęła i dała nam siebie, tak po prostu, bez żadnego wdzięczenia, czy żebrania o uwagę. Jak już skończycie Gaimana, przeczytajcie W domu snów.