wtorek, 13 listopada 2018

Miłośc z Biedronki

Czasami z wielkiej miłości należy i trzeba zrezygnować. Trzeba puścić ją wolno, żeby mogła swobodnie wybierać, czy nas chce, czy nie chce. Często nie chce, ale chyba też na tym polega kochanie, że chociaż wiesz i czujesz od początku, że nie zechce, to i tak trzeba ją puścić wolno z szacunku do niej, w jej własne imię. Bo na miłości miłości wymusić nie sposób.

Ponieważ mnie akurat miłość nie zechciała, wiedziona wewnętrznym kompasem, w sklepie powszechnie znanym jako Biedra, odciągana przez Zinka od koszyka z książkami, jeszcze zdążyłam chwycić Miłość i inne nieszczęścia Oliviera Bourdeaut w przekładzie Katarzyny Marczewskiej spodziewając się znaleźć w niej kompana, który mi już tym razem dobitnie powie, że miłość to nieszczęśliwy i feralny zbieg okoliczności życiowych. A tu nie, zupełnie niespodziewanie, w dość brzydkich okładkach, całkiem ładna, napisana lekko, z nutką baśni, historia życia ze schizofrenią i piękna tego życia powstającego dzięki magii miłości, czasem dość obłędnej. Formuła książki nieco przypomina mi film  Roberto Benigniego "Życie jest piękne"
I ładnie, bo pomimo tego, że nie mam do niej szczęścia, to wierzę w miłość i już.

"Ojciec powiedział mi kiedyś, że zanim się urodziłem, trudnił się polowaniem na muchy za pomocą harpuna. Pokazał mi maleńki harpun i rozgniecioną muchę.
- Rzuciłem to, bo praca była ciężka i bardzo kiepsko płacili - stwierdził, chowając swoje dawne narzędzie pracy do szkatułki pokrytej laką.-
Teraz otwieram warsztaty samochodowe. Trzeba się przy tym napracować, ale płacą dobrze.".

(Miłość i inne nieszczęścia, Olivier Bourdeaut, tłum K.Marczewska)

*

Od Miłości i innych nieszczęść byłam już odciągana nie ze względu na tytuł, a dlatego, że wcześniej wrzuciłam do koszyka inne okładki i stałam się np posiadaczką I tomu Dzikusów - Francuskie wesele Sabri Louatah'a w przekładzie Beaty Geppert. Książka pełna gwaru i niepokoju związanego z wyborami prezydenckimi we Francji, w których kandyduje mający spore szanse imigrant z Algierii, a także harmidru związanego z algierskim weselem. Zycie imigrantów, ich codzienne sprawy, charaktery, poglądy oplatują się wokół tych dwóch wydarzeń. Oprócz miłości, codziennych spraw, w świecie młodego Karima pojawiają się problemy i niebezpieczeństwa. Książka tyleż niepokojąca, co wciągająca, więc zakupię pozostałe trzy części.

*

Nabyłam tam jeszcze Kolekcję nietypowych zdarzeń Toma Hanksa (tłum Patryk Gołębiowski), barzo miłe,a niektóre dobre, opowiadania z przewijającym się motywem maszyny do pisania. I fajnie.

*
Resume: Jedyna miłość na którą mnie stać to ta z Biedry

*
a później obejrzałam sobie w końcu Blade Runnera 2045 i o



Żegoty, listopad 2018


poniedziałek, 12 listopada 2018

zapiski znalezione pod głową rzymskiego legionisty

 Korzystając z trzech dni wolnego, zachorowałam, bo jak można lepiej wykorzystać czas, no przecież! Wczoraj przeleżałam plackiem, dziś nadrobię trochę zaległości.

Tydzień temu, gdy tylko hordy Hunów i złowrogich Wandalów opuściły przybytek mój, porzucając domostwo i gumno w stanie smętnego pobojowiska, trąciłam stopą dopalające się krokwie, ponuro dymiące zgliszcza i z dzikim okrzykiem juhu! pokłusowałam do legowiska między telewizorem a fotelem mamci, w którym to leżu sypiam od jakiegoś czasu, po czem  barykadując się nagromadzonymi tomami, z obłędem w oczach i pianą na ustach, tonąc w oparach kisnącej kapusty*, oddałam kompletnie aspołecznej czynności, jaką jest czytanie..

*kto kisił kapustę w domu, ten zrozumie czar

Najpierw przyjemna wyelce pozycja Richarda Feynmana (tego od wykładów z fizyki), Pan raczy żartować panie Feynman, opracowana przez Edwarda Hutchingsa, przełożona przez Tomasza Bieronia. Zbiór opowiastek, anegdotek i historyjek charakteryzujących znakomitego acz dość kontrowersyjnego fizyka. Sam autor tychże gawęd przedstawia nam się jako trefniś oraz szutnik zawołany, jednak wyłazi spod tego obraz człowieka ogarniętego potrzebą poznawania, niestrudzonego badacza stawiającego nieszablonowe pytania i pilnego poszukiwacza odpowiedzi. Niektóre opowiastki są pewnie mocno rozciągnięte, ale sam też Feynman z autoironią karci się co jakiś czas za egocentryzm, młodzieńczą butę i zarozumialstwo. Zastanawiałam się w trakcie czytania, jak to by było spotkać Richarda Feynmana, bo to, co wygląda świetnie i wesoło na kartach książki, z daleka, mogłoby się przecież okazać w życiu stuknięciem z rozpędzoną lokomotywą i to już wcale niekoniecznie zawsze jest do śmiechu, jeśli się nie jest masą równoważną, a i nawet jak się jest, to ten, też nie do śmiechu raczej. Zresztą i tak nie znam angielskiego, więc po kij rozważać, ale gdybym znała...
Miłośnicy fizyki znajdą w tej książce, podejrzewam, przyjemność. Moja kumpela niemiłosniczka poinformowała mnie, że ona w ogóle się nie śmiała, a ja z kolei chichotałam momentami w głos, a poczucie humoru mamy podobne, zatem to może o fizykę właśnie idzie.

"Kolację jadłem codziennie ubrany w akademicką togę. Pierwszego wieczoru byłem śmiertelnie przerażony, ponieważ nie znosiłem wszelkiej celebry. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że togi mają jedną wielką zaletę. Jeśli dopiero co grałeś w tenisa, mogłeś pobiec do pokoju, wziąć togę i włożyć ją na siebie jak leci. Nie musiałeś tracić czasu na przebieranie się czy prysznic. Togi skrywały nagie ramiona, podkoszulki, najgorsze łachmany. Ponadto istniał przepis, że tog się nie pierze, więc pierwszoroczniaka można było łatwo odróżnić od drugoroczniaka, od trzecioroczniaka, od kloszarda! Tog nie prało się i nie zaszywało w nich dziur, więc pierwszoroczniacy nosili ładne, stosunkowo czyste togi, lecz gdy dotrwałeś do trzeciego roku, wyglądało to, jakbyś miał na ramionach coś w rodzaju tektury, do której przyklejone są strzępy materiału."

Pan raczy żartować panie Feynman, Richard Feynman (tłum T.Bieroń)

*

Później poleciały Jakuba Zieliny Wierzenia prasłowian, które to dość zwarte opracowanie przyjaźnie i myślę, że  w miarę sensownie zgarnia wierzenia słowiańskie do kupy, systematyzuje je i nieboleśnie nam przybliża. Dobra rzecz, żeby nie zapiłować czytacza naukowym językiem, gmatwaniną wierzeń, mitów i rytów.
Coraz częściej widzę tę chęć badaczy mitologii słowiańskiej, żeby uczynić jakąś jedność z poszarpanych skrawków, to marzenie mania czegoś na kształt mitologii greckiej, żeby dajmy na to, jakaś statystyczna lewandowska ze wsi warmijskiej mogła bez rwania włosia na brodzie oraz szarpania pazurów do krwi naumieć się jakiegoś choćby mgliście narysowanego korzenia tkwiącego w świadomości mitycznej.

*

Ponieważ w końcu zakupiłam brakującą mi na półce część Różoukrzyżowania, ciumnęłam Sexusa Henryego Millera (tłum Lesław Ludwig). Ciumnęłam z ochotą i tak z rozbiegu tego,  lecąc z pyskiem pełnym śliny już w połowie się zmęczyłam.  Tak po prostu, zaniemogłam utrudzona dłużyzną pomnażanych (p)opisów seksualnych z nakładanymi na nie albo odwrotnie, wynurzeniami natury filozoficznej gnającej momentami w mistycyzm. To, co jakoś uwiodło mnie na studiach (ach ta dziewczęca niewinność) teraz zamęczyło mnie, może nie do cna, bo przecież są świetne fragmenty, ale tak połowy to pozbyłabym się bez żalu.

*
 Mój przyjaciel Zinek nie przepada za Muminkami, ja zaś je wielbię, kocham miłoscią niesłabnącą, a to, co wyszło z literatury, dotknęło mnie i oplątało we wczesnym dziecięctwie, rośnie, rozwija się i zmienia razem ze mną, jak magiczna sieć. Po Muminkach przyszedł czas na kolejne książki Jansson. Ostatnio nabyłam Uczciwą oszustkę, Tove Jansson (tłum Halina Thylwe)
Dobrzeczytająca się opowieść o prawdziwym i nieprawdziwym, przyczynach i skutkach, szczerej nieszczerości i nieszczerej szczerości. 
Surowa, wilcza kobieta Katri chce wkraść się w łaski miłej i przyjaznej ludziom mieszkanki "Króliczego domu", Anny, ilustratorki książek dla dzieci. Zeby  dowiedzieć się po co,  proponuję zajrzeć między kartki, bo rzecz napisana po janssonowsku z tą jej mroczną, magiczną aurą, która wisi w powietrzu Zimy w Dolinie Muminków, czy w Komecie nad Doliną...

*

nach nach i już stosik książek oczekujących na notatkę się trochę zmniejszył, jestem wielka oraz przepracowita!

święty Jan w paździerrniku 2018, żegoty

czwartek, 1 listopada 2018

wyładowania stratygraficzne, czyli ze sprzętactwa rzeczy robaczywie roboczych

Szybki notatek ze spiętrzenia biurkowego

Isaac Bashevis Singer "Seans i inne opowiadania", "Śmierć Matuzalema i inne opowiadania', tłum Maria Olejniczak-Skarsgard; Jak to Singer (młoda damo nie zaczynaj zdania od jak) (młoda?),  miesza świat duchów w świat żywy, pociąga za płaszcze znużonych przechodniów, do czyśćca wejściem nieformalnym:

*"Gdy zapalono kryształowe żyrandole, w ich świetle twarz Maksa Steina przybrała żółty odcień, a włosy zbielały. Poprawił krawat i powiedział:
- po co łazić na deszczu i nabawić się przeziębienia? Nie mamy zon ani dzieci. Ponieważ chcesz zostać pisarzem, mogę ci opowiedzieć więcej historii niż Szeherezada opowiedziała swojemu sułtanowi. Sam bym je napisał, ale od pióra wolę pędzel. Poza tym wielu bohaterów tych opowieści jeszcze żyje i zapewne by siebie rozpoznali. Niepotrzebne mi skandale. Doszedłem do następującego wniosku: w życiu nie ma żadnych reguł. Piękne kobiety wiodą samotne życie, aż posiwieją i zwiędną. Brzydule zaś łapią bogatych mężów i mają jeszcze kochanków. Przez wiele lat byłem przekonany, że kobieta może uciec albo od męża, albo od kochanka, ale nie ucieknie od obu. Myliłem się. Gdy zobaczyłem, że właśnie tak się stało, uprzytomniłem sobie, że człowiek niczego nie może być pewny."

(I.B Singer, Przyjaciel domu (Śmierć Matuzalema i inne opowiadania), tłum Maria Olejniczak-Skarsgard)

*dedykowane moim pięknym przyjaciółkom, jako wsparcie bibliograficzne  w naszym  ciągnącym się leniwie dyskursie

*

Szachinszach Ryszarda Kapuścińskiego nie poprawia humoru, co jest krwa blaszana w tym naszym rodzaju, co za gen au.


z smsu: "Drogi Zinku, skoro już niejako jako sekretarz twój czytam Twoje książki i Ci je opowiadam, powinnam mieć możliwość po ludzku zaginania im oślich rogów i smarowania ołówkiem notatek, a tak to te piekielne skrawki papieru..."

odpowiedź Ziny:  [okrzyk bólu]

poniedziałek, 22 października 2018

kartka z kociokwiku

Mam tu całe biurko naskładanych, nazaznaczanych notatkami i oślimi uszami (moje) i karteczkami (cudze) książek, które chciałabym polecić, mam nawet trochę czasu na to, ale w cholerę nie idzie mi to pisanie, bo jako zadeklarowany i certyfikowany nienapoleon, muszę mieć wielopasmową autostradę czasu przed sobą i to na odcinku nicnierobienie 500km.
Wpadam z pracy w pracę, zawodowo i domowo, mało czytam, nie wyjeżdżam, nie śpię w swoim łóżku, nie dysponuję swoim czasem (w ogóle cholera nie dysponuję). Codziennie boli mnie głowa, w której mam kaszankę, groch z kapusta i zakalec, kłębią się luźne fragmenty lekcji od klasy 0 po III gim, przedmioty, których próbuje nauczać, dziennik elektroniczny z papierowym, dziesiątki przydzielanych mi zadań, nerwy związane z klasa niemal integracyjną (niemal, bo nie ma takiego statusu) - niedowidzenie, upośledzenie w st lekkim i asperger + kilka jeszcze przypadków. Jeśli miałabym wyrazić moją opinię na temat stanu mojego zdrowia psychicznego, to jestem bliska zwariowania, albo morderstwa, albo zapisania się do jakiejś grupy folklorystycznej o trudnej nazwie.

tak, czy siak, postanowiłam dziś zapisać cokolwiek, zatem inspiracje z książki: Lejb Fogelman. Warto żyć. z którym to Lejbem Fogelmanem  prawnikiem i świetnym gawędziarzem, rozmawia Michał Komar. Książka ogromnie sympatyczna, pozytywna i z różnymi sznureczkami do pociągnięcia. Ja sobie pociągnęłam za kilka z nich, z czego 4 tutaj zapisuję ku pamięci, mięcikupa...

*

"Van Mergeren chciał zostać wybitnym malarzem. Krytycy go wyśmiewali, więc postanowił się na nich zemścić. Po długich studiach nad siedemnastowiecznymi technikami malarskimi namalował obraz Uczniowie w Emaus, który zaprezentował jako dzieło Vermeera. Większość znawców uznała to za oryginał. Malował więc kolejne. W czasie II wojny światowej niektóre z tych obrazów znalazły się w kolekcji Hermanna Goeringa, a to spowodowało, że w 1945 roku van Meergeren został oskarżony o kolaborację. Oświadczył, że owszem, obrazy zostały sprzedane Niemcom, ale przecież on jest ich autorem, a nie Vermeer. By to udowodnić, pod kontrolą policji namalował kolejny obraz, Młody Chrystus w świątyni, który posiadał wszystkie cechy dzieła Vermeera. Komisja złożona ze znawców - po części tych samych, którzy zachwycali się przed paru laty Uczniami w Emaus - zaczęła się wahać...

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Okazało się bowiem, że obraz namalowany przy świadkach był dla komisji bardziej autentycznym Vermeerem niż ten sprzed dziesięciu lat...
Danto wyjaśniał problem tak: rzeczywistość z czasu, kiedy artysta coś tworzy, zawsze przenika w jego dzieło. Ale w czasie tworzenia jest niewidoczna, przejrzysta jak powietrze, którego nie zauważamy, dopóki nam go nie zabraknie. Lecz kiedy po latach patrzymy na ten obraz, poprzednia rzeczywistość jest już w nim zauważalna. I dlatego w podróbce obrazu Vermeera, zrobionej trzydzieści lat temu, dzisiaj widać tę rzeczywistość sprzed trzydziestu lat. Z drugiej strony, czy chcemy, czy nie, przerzucamy na przeszłość dzisiejszą rzeczywistość, która jest dla nas przeźroczysta jak powietrze."

*
"Chodziłem też na wykłady Rawlsa i Nozicka. Profesor John Rawls był autorem Teorii sprawiedliwości.
Wywodził zasady umowy społecznej z kantowskiego imperatywu kategorycznego. "Postępuj tylko wedle takiej maksymy, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym"
Najprościej rzecz ujmując: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Dobre 1700 lat przed Kantem to samo powiedział Gamaliel. Ten, który uratował od śmierci chrześcijańskich apostołów, mówiąc do sędziów: "Odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich! Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeśli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się z czasem okazać, że walczycie z Bogiem.

*
"No właśnie a propos dandyzmu. Dużo na ten temat czytałem. Pamiętam "Człowieka zbuntowanego" Camusa. Tam jest taki fragment, który mi utkwił w pamięci: "Dandys zbiera się w sobie i stwarza w sobie jedność już dzięki samej sile odmowy. Jest koherentny jako postać. Ale postać musi mieć publiczność: dandys upewnia się o swoim istnieniu jedynie wówczas, gdy odczytuje je z twarzy innych. Inni to lustro. (...) Tę uwagę trzeba budzić nieustannie, podniecać prowokacją. Dandys musi więc stale zdumiewać."    " 

(Lejb Fogelman. Warto żyć. Rozmawia Michał Komar)

i Borysa Pasternaka noc zimowa

З
З
Зимняя ночь
имняя ночь

Мело, мело по всей земле
Во все пределы.
Свеча горела на столе,
Свеча горела.

Как летом роем мошкара
Летит на пламя,
Слетались хлопья со двора
К оконной раме.

Метель лепила на стекле
Кружки и стрелы.
Свеча горела на столе,
Свеча горела.

На озаренный потолок
Ложились тени,
Скрещенья рук, скрещенья ног,
Судьбы скрещенья.

И падали два башмачка
Со стуком на пол.
И воск слезами с ночника
На платье капал.

И все терялось в снежной мгле
Седой и белой.
Свеча горела на столе,
Свеча горела.

На свечку дуло из угла,
И жар соблазна
Вздымал, как ангел, два крыла
Крестообразно.

Мело весь месяц в феврале,
И то и дело
Свеча горела на столе,
Свеча горела.


(i w przekładzie Seweryna Pollak)

Noc zimowa


Po całej ziemi wciąż śnieżyło,
Wszędzie śnieg leciał,
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

Jak gęste roje muszek w lecie
Lecą na płomień,
Tak płatków rój ze dworu leciał
Ku ramie w oknie.

Do szyby zamieć się lepiła
W kręgach i krezach,
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

Na sufit cały rozświetlony
Kładły się cienie
Skrzyżowań nóg, skrzyżowań dłoni
I przeznaczenie.

I dwa trzewiki upadały
Na ziemię z stukiem.
I wosk z lichtarza kapał łzami,
Spadał na suknię.

Wszystko w mgle śnieżnej się gubiło
Płatków, co lecą.
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

Na świecę dmuchał z kąta przeciąg.
Pokusa płonąc
Jak anioł skrzydła wzniosła lecąc
Na krzyż złożone.

Przez cały luty wciąż śnieżyło
I blask się wzniecał:
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

a na koniuszek jezień 


żegoty 20.10.18 

czwartek, 6 września 2018

Z rozmów rodzinnych - O stabilności

 Mamci po udarze zmieniło się wiele rzeczy, smaki, lubienie kolorów (ulubionego niegdyś niebieskiego w ogóle nie rozpoznaje, a ceni żółć i fiolet), upodobania.

Rysujemy; mamcia smaruje, a to domek, a to drzewo, a to płot...
- narysuj konia! mówię znienacka.
Mamcia dostaje ataku histerycznego śmiechu.





 



Okazuje się, że po udarze rysuje konia dokładnie tak samo, jak przed nim : ]

piątek, 24 sierpnia 2018

Pracownia Na Rzecz Istoty Szarej

Sytuacja po drugim (po 13 dniach od pierwszego) udarze mamci; 
do południa czytamy o księdzu Janie Kaczkowskim, w południe Życie na gorąco, w wolnych chwilach i wieczorem czytam wywiady i rozmowy z Charlesem Bukowskim, jeśli zwariuję, powiedzcie mojemu przyszłemu psychiatrze o możliwych przyczynach...

Ps: Jeśli zwariuję wyraźniej...

Ps2: Jeśli jakiś psychiatra będzie chciał w ogóle z wami o tym rozmawiać...

Ps3: Możliwe, ze to już jest wytwór mojej wyobraźni i pisze mój psychiatra....

Ps4: Albo mój kot...

 a tak poważniej, to obecnie mam robotę siedzącą, czyli siedzę z mamą, a to oznacza, że ciężko mi zajrzeć na bloba i uzupełnić chociażby braki und zapisać coś o Albanii. statystyka to okrutna nauka, która za dobre nagradza, a za złe karze, czy jakoś tak; i tą statystyką nas medicus pozamiatał szachmat. niemniej wobec statystyki istnieją środki zaradcze w postaci wiary, nadziei i miłości (jeśli są na sali wierzący w nią jeszcze ludzie) i tychże imion  się trzymiemy. 
mama uczy się rozumieć, rozróżniać pojęcia, mówić, stara się uprawniać rękę mimikę, chodzenie oraz przede wszystkim stara się usprawniać swoją cierpliwość, bo wolę walki ma, a z cierpliwością to różnie. 
na razie najlepiej wychodzą jej "kurwa mać", "skurwysyn" (to o pewnym człeku znanym w bliższych tu kręgach) i alternatywnie "o Jezu", żeby nie było. poza tym czasami mam wiele ubawu z nauki "tak" i "nie",a czasami mam ochotę strzelić się zadnim kopytem w czoło. 
nie muszę chyba dodawać, ze cały czas umieram ze strachu, że coś się znowu wydarzy i opanowywanie tego strachu muszę z kolei ćwiczyć ja.
 żeby nie zwariować. odśpiewujemy różne rzeczy, mówimy wiersze, a niedawno podsłuchałam dobiegający z pokoju mamci hymn nasz narodowy odśpiewany z zachowaniem bisu refrenu i oczywiście 4 zwrotki, a zatem mamcia, jakkolwiek lewak, to silna patriotka jest. 
poza tym to co było do tej pory smaczne i dobre, teraz jest ble, jest siąkanie nosem na temat diety z ograniczoną ilością mięsa i zdecydowany bunt na picie wody w stosownej ilości. ale nie jest źle, no może poza przypadkiem, kiedy moja siostra Jola usiłuje mówić do mnie przez telefon wersalikami bardzo głośno i wyraźnie, mam nadzieję, że nie wejdzie nam to w nawyk i nie będziemy tak mówić do ludzi na ulicy.








zapustosłowie

To szczególne okołowrześniowe odczucie, niepowtarzalne w innych porach roku, wiąże się nie tylko ze specyficznym światłem, miękkim i przesączającym się przez już jesienne powietrze, ale także z temperaturą. Powietrze jest jeszcze ciepłe, zachowuje łagodność, pieszczotę popołudnia, ale dzień jest zbyt już krótki, słońce zbyt nisko góruje, by nadać wieczornemu  powietrzu, cechy upalnej pogodnej letniej pory. Pomiędzy miodowe pasma sączą się już rześkie strumyki  chłodu niosące zapowiedź zimnej rosy. To powietrze, ta aura, zatrzymują dźwięki, tłumią je i szlifują, zaokrąglają, rozmywają kształty i obrazy.
Pora, która ma połączenie z wszystkimi przeżytymi wrześniami, pora, w której jestem we wszystkich swoich wspomnieniach, chwila, w której bez względu na okoliczności, jestem szczęśliwa.