17 lipca (czwartek) - Ałmaty
Czekujemy się w hostelu skrytym w osiedlu bloków, szybkie spojrzenie na siebie z Justą i wiadomo, lecimy na zimne piwo i jakieś do niego żarło (w tej kolejności). Znajdujemy knajpę, do której będziemy wracały za każdym razem w Ałmacie, blisko naszego noclegu, z pysznym jedzeniem i sympatyczną obsługą. Shipudim, tak się nazywa, na wypadek, gdybyście kiedyś przyturlali się głodni do Ałmaty. To miasto czuję bardzo przyjemnie, jest jakieś takie pogodne, nieśpieszne, przyjazne swoją zielenią i ludźmi, wszędzie spotykamy się z dowodami życzliwości, ciekawości i takie mam odczucie, jak w Kirgistanie, że tutaj jeszcze jesteśmy gośćmi, nie dojnymi krowami. Po repasie ruszamy metrem na zwiad.
W dającym leczniczy cień Parku Panfiłowa Sobór Wstąpienia Pańskiego, podobno to najwyższa drewniana cerkiew, ale gdzie najwyższa, trzepnijcie mnie, nie pamiętam, w Azji może? W świecie? Cerkiew jest piernikowa, polukrowana i nie chcą nas do niej wpuścić - siejczias turisty niet. Trochę szemra nasza gromadka, ja oddalam się, pobożnie okrywam głowę chustą i przyjmując najbardziej uduchowiony wyraz twarzy staję w przedsionku i żegnam się wedle zwyczaju prawosławnego, - z prawej na lewo, trzy razy, pokornie chylę głowę, uśmiecham nieśmiało, a cerber w wejściu uśmiecha się i ani mrugnie okiem - wchodzę, trudno srogi Bóg może wybaczy to bezczelne łgarstwo, które przecież jest tylko zewnętrzne, w głębi jest we mnie prawdziwa nabożność dla duchowości ludzi, zapachu woskowych świec i kadzideł, piękna sztuki.
Ruszamy do monumentalnego Memorial of Glory, pomnika, a właściwie kompleksu pomnikowego postawionego na chwałę zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Socrealizm i monumentalność przygniata, ale i wciąga. Jest to jedno z tych wrażeń we mnie, kiedy coś, mimo braku konkretnych argumentów, pociąga mnie. Może topornie ciosane olbrzymy zawisające nad kruchą mną, może majestat surowca, a może wszystko razem, z wiecznym zniczem płonącym na środku alei.
Kolejką ruszamy na Kok Tobe - najwyższy szczyt Ałmaty, na którym miasto zorganizowało wielki festyn mydła i powidła, a więc turyści, miejscowi, spacerowicze, knajpy, knajpeczki, lunaparki, kino plenerowe, park i Diabelskie Koło, na które się pakujemy z dziewczynami, bo Hania kolekcjonuje przejażdżki (kocha diabelskie młyny). Więc z tego koła oglądamy panoramę gór i miasta, powoli zapada zmierzch, widok spowijają śliwkowo-różowe pasma, słoneczna mandarynka turla się za horyzont. Tu wysiada mi bateria w aparatku.
Do pomnika Beatlesów w parku docieramy już o zmroku, robimy sobie obowiązkową fotkę i lecimy na piwko w zawieszonej na zboczu restauracji. A później powrót kolejką. Siadamy na placu pod Pałacem Republiki, oddychamy ciepłym nocnym powietrzem, słuchamy ludzi.
[ Tu będą zdjęcia, kiedy je dostanę ]
Na placu tłumek, młody człowiek przygotował romantyczne oświadczyny swojej dziewczynie, jest złota ramka z balonami, są przyjaciele, szampan, kwiaty, wiwaty... W pewnym momencie ona opuszcza gromadkę i tnie sprintem przez plac. Za nią w pogoń rzuca się niedoszły (?) narzeczony. Siedzą daleko, pod krzewami żywo o czymś dyskutują, ich przyjaciele mają na twarzach konsternację, powoli zaczynają się rozchodzić. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyła się ta historia, wracamy, bo jutro góry.
*
18 lipca (piątek) Ałtyn Emel
Ha! Rano niespodzianka, przesiadamy się z busa i lokalnych środków w luksusowo wygodne dżipy. Hanka ciągnie nas za rękaw i tym samym obejmujemy we władanie największego. No kto jest królem, no kto? Trzy terenówki pod wodzą Kuny (to nasz), Jurija i Ajdyna wiozą nas do gesthausu, który znajduje się w wioseczce z cudowną lodowato zimną rzeczką, która będzie w tych upałach naszym wielkim przyjacielem. Zostawiamy bety i jedziemy w góry.

Na początek miejsce, w którym odpoczywał Czyngis-chan, zapewne jedno z setek wskazywanych turystom, ale co tam, przecież mógł i tu! Pustynnie, piaskowo, sucho. W trasie naszą swobodą i entuzjazmem oraz znajomością popularnych rosyjskich oraz kirgiskich utworów rozluźniamy naszego kierowcę i zadzierzgamy kumplostwo, co przyczyni się w przyszłości do powiększenia puli atrakcji o ważne i piękne, ale o tym później.






























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz