poniedziałek, 26 stycznia 2026

Step by step 2

 17 lipca (czwartek) - Ałmaty

Czekujemy się w hostelu skrytym w osiedlu bloków, szybkie spojrzenie na siebie z Justą i wiadomo, lecimy na zimne piwo i jakieś do niego żarło (w tej kolejności). Znajdujemy knajpę, do której będziemy wracały za każdym razem w Ałmacie, blisko naszego noclegu, z pysznym jedzeniem i sympatyczną obsługą. Shipudim, tak się nazywa, na wypadek, gdybyście kiedyś przyturlali się głodni  do Ałmaty.  To miasto czuję bardzo przyjemnie, jest jakieś takie pogodne, nieśpieszne, przyjazne swoją zielenią i ludźmi, wszędzie spotykamy się z dowodami życzliwości, ciekawości i takie mam odczucie, jak w Kirgistanie, że tutaj jeszcze jesteśmy gośćmi, nie dojnymi krowami. Po repasie ruszamy metrem na zwiad. 

W dającym leczniczy cień Parku Panfiłowa  Sobór Wstąpienia Pańskiego, podobno to najwyższa drewniana cerkiew, ale gdzie najwyższa, trzepnijcie mnie, nie pamiętam, w Azji może? W świecie? Cerkiew jest piernikowa,  polukrowana i nie chcą nas do niej wpuścić - siejczias turisty niet. Trochę szemra nasza gromadka, ja oddalam się, pobożnie okrywam głowę chustą i przyjmując najbardziej uduchowiony wyraz twarzy staję w przedsionku i żegnam się wedle zwyczaju prawosławnego, - z prawej na lewo, trzy razy, pokornie chylę głowę, uśmiecham nieśmiało, a cerber w wejściu uśmiecha się i ani mrugnie okiem - wchodzę, trudno srogi Bóg może wybaczy to bezczelne łgarstwo, które przecież jest tylko zewnętrzne, w głębi jest we mnie prawdziwa nabożność dla duchowości ludzi, zapachu woskowych świec i kadzideł, piękna sztuki. 

Ruszamy do monumentalnego Memorial of Glory, pomnika, a właściwie kompleksu pomnikowego postawionego na chwałę zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Socrealizm i monumentalność przygniata, ale i wciąga. Jest to jedno z  tych wrażeń we mnie, kiedy coś, mimo braku konkretnych argumentów, pociąga mnie. Może topornie ciosane olbrzymy zawisające nad kruchą mną, może majestat surowca, a może wszystko razem, z wiecznym zniczem płonącym na środku alei. 







Kolejką ruszamy na Kok Tobe - najwyższy szczyt Ałmaty, na którym miasto zorganizowało wielki festyn mydła i powidła, a więc turyści, miejscowi, spacerowicze, knajpy, knajpeczki, lunaparki, kino plenerowe, park i Diabelskie Koło, na które się pakujemy z dziewczynami, bo Hania kolekcjonuje przejażdżki (kocha diabelskie młyny). Więc z tego koła oglądamy panoramę gór i miasta, powoli zapada zmierzch, widok spowijają śliwkowo-różowe pasma, słoneczna mandarynka turla się za horyzont. Tu wysiada mi bateria w aparatku.





Do pomnika Beatlesów w parku docieramy już o zmroku, robimy sobie obowiązkową fotkę i lecimy na piwko w zawieszonej na zboczu restauracji. A później powrót kolejką. Siadamy na placu pod Pałacem Republiki, oddychamy ciepłym nocnym powietrzem, słuchamy ludzi. 


[ Tu będą zdjęcia, kiedy je dostanę ]


Na placu tłumek, młody człowiek przygotował romantyczne oświadczyny swojej dziewczynie, jest złota ramka z balonami, są przyjaciele, szampan, kwiaty, wiwaty... W pewnym momencie ona opuszcza gromadkę i tnie sprintem przez plac. Za nią w pogoń rzuca się niedoszły (?) narzeczony. Siedzą daleko, pod krzewami żywo o czymś dyskutują, ich przyjaciele mają na twarzach konsternację, powoli zaczynają się rozchodzić. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyła się ta historia, wracamy, bo jutro góry.

*

18 lipca (piątek)  Ałtyn Emel

Ha! Rano niespodzianka, przesiadamy się z busa i lokalnych środków w luksusowo wygodne dżipy. Hanka ciągnie nas za rękaw i tym samym obejmujemy we władanie największego. No kto jest królem, no kto? Trzy terenówki pod wodzą Kuny (to nasz), Jurija i Ajdyna wiozą nas do gesthausu, który znajduje się w wioseczce z cudowną lodowato zimną rzeczką, która będzie w tych upałach naszym wielkim przyjacielem. Zostawiamy bety i jedziemy w góry. 






Na początek miejsce, w którym odpoczywał Czyngis-chan, zapewne jedno z setek wskazywanych turystom, ale co tam, przecież mógł i tu! Pustynnie, piaskowo, sucho. W trasie naszą swobodą i entuzjazmem oraz znajomością popularnych rosyjskich oraz kirgiskich utworów rozluźniamy naszego kierowcę i zadzierzgamy kumplostwo, co przyczyni się w przyszłości do powiększenia puli atrakcji o ważne i piękne, ale o tym później.



Lądujemy u stóp śpiewającej wydmy, zanim jeszcze się na nią wdrapiemy, odwiedzamy źródło Czkoana Ualikhanova  nazwane na cześć kazachskiego  badacza i odkrywcy. Źródło skryte jest w małym jarze wypełnionym roślinnością, ale jego woda ku naszemu smutkowi nie wypełnia zbudowanej niecki. O jej obecności pod ziemią świadczą tylko zielone, choć wypłowiałe liście tamaryszków i innych krzaczorów. Niektóre z drzew już tej wody nie sięgają.





Jest wściekły żar i gryzie jak pies, a my wspinamy się na wydmę, kawałek pustyni w górskim stepie. Wiatr kręcący w kotle młynka kruszy skałę i porzuca ją na środku tworząc klasyczny barchan. Żeby zaś jej nie zmarnować, wygrywa na ziarenkach swoje wietrzne melodie - od wysokiego piskliwego tonu, po basowe buczenie. Vibramowe podeszwy moich trekkingowych, wysłużonych butów palą ogniem, a ich producenci  idą prosto do piekła, a może czas już zmienić buty? 






Zalewając się potem stawiam stopy w cieniutkiej warstewce cienia tuż pod grzywką barchanu. Mozolnie pełznę po grzbiecie śpiewaczki. Na górze sympatyczne międzynarodowe towarzystwo- Czech Daniel, Anglik, Austriak i Bułgarka, siadamy i gawędzimy z nimi. Przy okazji nagrywamy międzynarodowe życzenia dla syna Hani, który akurat tego dnia ma urodziny, sympatyczny prezent. Byczymy się na tej wydmie, tymczasem cienie się wydłużają i czas wracać. 



W tumanach kurzu i nostalgicznym wieczornym świetle wracamy do domu. A ponieważ nasze przełamanie lodów z Kuną (naszym kierowcą) już za nami, dzięki temu urządzamy imprezę ze śpiewem, morzem alkoholu i cudowną, a wręcz zbawczą kąpielą w lodowatej górskiej rzeczce. Podczas imprezy ostatnie kruche ściany pękają i już od tej pory jesteśmy z naszymi kazachskimi chłopakami kamraty.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz