wtorek, 27 stycznia 2026

Nie mglej mi tu!

 Skończyła się błękitno-skrzysta pogoda, światło przyszarzało, śnieg oklapł, pokrył się lodowym szkiełkiem, ale za to, jakby na pociechę, pojawiły się koronkowe poranki, mgliste światło nocy, ach, czego tu nie kochać?

Doprawdy pławię się w nieróbstwie bardziej jeszcze, z powodu bolących stawów, do których sama przed sobą nie chcę się przyznać, że oto parafrazując słowa socjalistycznego szlagieru z cudownego filmu Przygoda na MariensztacieTo idzie starość, starość, starość i rzęzi..., no cóż, trudno się z tym nie zgodzić i trudniej pogodzić jeszcze.

Zbieżność chyba przypadkowa, a może nie, bo słowo koronkowy przyszło mi dziś rano, a chciałam o książce napisać, Wojciecha Koronkiewicza, Z Matką Boską na rowerze.


"W kościele narewskim obraz pojawił się w 1630r. z okazji budowy nowego ołtarza głównego. Jego przybycie do Narwi było wyrazem przeciwstawiania się reformacji, która w drugiej połowie XVI w. dotarła na Podlasie. Aż do dnia dzisiejszego Pani Narewska, czczona jest w tajemnicy Matki Boskiej Szkaplerznej, cieszy się wielką czcią wiernych".
Czczona w tajemnicy? Jak to rozumieć?
(Czczona w Tajemnicy z książki Wojciecha Koronkiewicza Z Matką Boską na rowerze)

Autor nie daje odpowiedzi, jego książka to zbiór opowiastek o rowerowych wycieczkach do podlaskich  świętych wizerunków, a właściwie do ducha miejsc. Wojciech Koronkiewicz zagląda (w przenośni) za święte obrazy i w głąb cudownych studni, stara się przeniknąć mgłę czasu, nawet tylko po to, by cieszyć się samą baśnią, a kto wie, może i prawdą? Bo jak to w naszych warmijskich baśniach mówiono - to je richticzno praudo, nie bojka. Warto się z nim w tę podróż wybrać. 
Autor mówi do nas językiem prostym, ale przecież nie prostackim, to język osoby wykształconej polonistycznie, ale swojsko szczerej, bez zadęcia, bez trąb i pouczeń. Opowiastki noszą znamiona rozmowy, którą mógłby przecież, akurat z nami, prowadzić. Mam na półce inne jeszcze tytuły Koronkiewicza, więc na pewno z czasem się pojawią. Chyba, ze mi palce zwisną, bo pierwszy już wszak zaczął. 

I jeszcze cytat cudownej, błyskotliwej myśli autora: "(...)  Patrzyłem. Ludzie odchodzili potulnie od okienka. Odszedłem i ja. Nikt się nie awanturował. Może tak ma być? Może w urzędzie człowiek musi czuć strach i szacunek? Jak w kościele. Stawać wobec spraw wielkich i niezrozumiałych. Więc dlatego wszyscy są cicho. Dlatego przyjmują wyroki bez szemrania. Przepisy i paragrafy. Taki urząd wie przecież wszystko.
I może się zemścić"
(W.Koronkiewicz, Krynki, z książki Z Matką Boską na rowerze)

I tu moje nieodparte skojarzenie wędruje od razu do komiksu Vaclav Drakulicz jedzie do urzędu, o którym pisałam wcześniej.

*

Spędzam te ferie naprawdę leniwie, najfantastyczniejszą częścią tego czasu jest stałe uświadamianie sobie - nie musisz. Odruch nadal działa, już zrywam się, bo trzeba sprzątać/jechać/obejrzeć/przeczytać/iść na spacer/odwiedzić/sporządzić/zajrzeć i za każdym razem wtedy mówię sobie - usiądź, naprawdę nie musisz, zrób to jeśli chcesz, ale tylko wtedy. Całe dwa tygodnie degrengolady, juhu!

*

Obejrzałam pierwszy raz w całości Dźwięki Muzyki, lubię stare filmy, ale chyba za często widziałam urywki i jakoś mnie znużył, choć przecież cenię sobie cukierkowość starych filmowych historii, może to dlatego.

No i od wczorej powróciłam sobie do Harry'ego Pottera, miałam chęć zanurzyć się w jakimś dobrym czarodziejskim świecie i po przeglądzie i kręceniu nosem w platformach streamingowych, pomyślałam sobie - pierwsza część! No, a jak obejrzałam pierwszą, wiadomo, nałóg działa.

*

Od czasu do czasu porządkuję jakąś szafkę i wyszperałam kartkę do gry w kalambury, inicjowaną zawsze przez małą (już teraz niemałą) Polcię, rozbawiły i rozrzewniły mnie nazwy drużyn.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz