Skończyła się błękitno-skrzysta pogoda, światło przyszarzało, śnieg oklapł, pokrył się lodowym szkiełkiem, ale za to, jakby na pociechę, pojawiły się koronkowe poranki, mgliste światło nocy, ach, czego tu nie kochać?
Doprawdy pławię się w nieróbstwie bardziej jeszcze, z powodu bolących stawów, do których sama przed sobą nie chcę się przyznać, że oto parafrazując słowa socjalistycznego szlagieru z cudownego filmu Przygoda na Mariensztacie: To idzie starość, starość, starość i rzęzi..., no cóż, trudno się z tym nie zgodzić i trudniej pogodzić jeszcze.
Zbieżność chyba przypadkowa, a może nie, bo słowo koronkowy przyszło mi dziś rano, a chciałam o książce napisać, Wojciecha Koronkiewicza, Z Matką Boską na rowerze.
I tu moje nieodparte skojarzenie wędruje od razu do komiksu Vaclav Drakulicz jedzie do urzędu, o którym pisałam wcześniej.
*
Spędzam te ferie naprawdę leniwie, najfantastyczniejszą częścią tego czasu jest stałe uświadamianie sobie - nie musisz. Odruch nadal działa, już zrywam się, bo trzeba sprzątać/jechać/obejrzeć/przeczytać/iść na spacer/odwiedzić/sporządzić/zajrzeć i za każdym razem wtedy mówię sobie - usiądź, naprawdę nie musisz, zrób to jeśli chcesz, ale tylko wtedy. Całe dwa tygodnie degrengolady, juhu!
*
Obejrzałam pierwszy raz w całości Dźwięki Muzyki, lubię stare filmy, ale chyba za często widziałam urywki i jakoś mnie znużył, choć przecież cenię sobie cukierkowość starych filmowych historii, może to dlatego.
No i od wczorej powróciłam sobie do Harry'ego Pottera, miałam chęć zanurzyć się w jakimś dobrym czarodziejskim świecie i po przeglądzie i kręceniu nosem w platformach streamingowych, pomyślałam sobie - pierwsza część! No, a jak obejrzałam pierwszą, wiadomo, nałóg działa.
*
Od czasu do czasu porządkuję jakąś szafkę i wyszperałam kartkę do gry w kalambury, inicjowaną zawsze przez małą (już teraz niemałą) Polcię, rozbawiły i rozrzewniły mnie nazwy drużyn.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz