czwartek, 22 stycznia 2026

Confetti konfesji

 Och, lubię niedzianie! Ponieważ na co dzień żyję w ciągłym i dynamicznym dzianiu, czas niedziania jest mi bardzo pożądany. Mój mózg, który przymuszony codziennością robi rzeczy wielopasmowo, lubi tak naprawdę pasma pojedyncze. Więc cisza, więc brak pośpiechu, więc uregulowany rytm dnia, więc oddalenie się o długość łopaty od obowiązkowych obowiązków, więc, wybaczcie, wiem wiem, śnieg. Ten śnieg sprawia, że odrzuciłam precz myślenie o wyjeździe feryjnym z przyjaciółmi do Barcelony, choć nie byłam i kocham być z nimi, ale rozumiecie, nie mogę opuścić śniegu! Bo niedługo może go nie być, tak naprawdę naprawdę w ogóle. Teoria fejsbukowa zbiera rzesze wyznawców, że ocieplenie klimatu nie istnieje bo nagle mamy jakąś liczbę mroźnych śnieżnych dni i nie rzucam się już z motyką w paszczę temu zwodniczemu słońcu i nie próbuję nawracać, wyjaśniać mechanizmów klimatycznych, bo żeby je zrozumieć, trzeba by posiadać jakiś zakres informacji podstawowych, jakąś nomenklaturę ugruntowaną, jakąś chęć zgłębienia tematu jeśli się tego wcześniej zapomniało. A gawiedź, jak to gawiedź (to nie osąd a posiłkowe nazwanie zjawiska) działa stadnie, ktoś krzyknie do ataku i lecimy, albo w jedną, albo w drugą stronę.


Kurna, ale nie o tym chciałam napisać! Miałam napisać, że posiadanie większego zakresu czasu zwanego "wolnym" jest mojego pisania warunkiem, ze względu na te pasma w mózgu właśnie. Stąd nawalne pojawy na blogu, a później słodka cisza. Właściwie, do czego mi ten blog, co jakiś czas stawiam sobie to pytanie i najłatwiej mi zawsze odpowiedzieć opracowaną już jakiś czas temu tezą, że trenuję tu sobie pisaninę, choć przecież nie mam zamiaru zostać pisarzem (a może podświadomie mam, ale jeszcze o tym nie wiem?).
Nie może być to zatem powód jedyny, więc wydłubałam jeszcze z siebie oczywisty, że pisanie na blogu to rodzaj autoterapii (klasyka) poza tętniącym nurtem mediów społecznościowych, co jest mniej obciążające, mniej straszne, ale oznacza, że niestraszne wcale. To też klasyczna odpowiedź.



Pisanie na blogu to również moje lustro, dość bezpieczne, bo mogę je kształtować, deformować obiekty zgodnie z moimi potrzebami (patrz teza - trening pisania), co nie oznacza, że zakłamuję fakty, oznacza raczej, że mogę przemilczeć rangę wydarzeń, ukryć lub wyciągnąć emocje, zbagatelizować, czy obśmiać coś co jest we mnie trudne, wydostać to na zewnątrz i przyjrzeć się temu na moich warunkach, w  miarę bezpiecznych ramach. Piszę w miarę, bo to przecież przestrzeń publiczna i nie ma gwarancji, że ktoś nie pociągnie za nitkę, nie spruje kawałka rękawa.



 I to jest kolejny powód pisania bloga -  interakcja, spokojniejsza niż w dyskusjach socialmediów (dobra, to żadne nie są dyskusje tylko pyskówki). W tym miejscu ogromnie dziękuję wszystkim osobom zostawiającym komentarz, ślad czytania, a przede wszystkim pobudzającym mnie do szerszego przemyślenia, często na inny sposób, ciągnącym za język. To bywa dla mnie niekomfortowe, bo choć mam wielu przyjaciół, jestem raczej skryta, raczej trudno mi coś komuś wyjaśnić (o ironio, prawda?) i te interakcje wyrywają mnie z  mojej strefy wygody, co sobie bardzo cenię i znajduję w tym wielkie dobro dla budowania siebie. 



Ten blog jest także dla "głasków"* (to słowo zaczerpnęłam z książki Bernego i ma tam inne znaczenie niż potoczne, jest rodzajem "psychowaluty" i niekoniecznie oznacza chwalenie kogoś) i te "głaski" są informacją, że moje pisanie jest osadzone w jakimś świecie, do którego pewnie chciałabym należeć, a którego na pewno się boję, czyli pisarskim (tu spójrzmy na nawias tam dzieś u góry). No i na koniec blog jest zaspokojeniem mojej natury opowiadacza, a ponieważ na co dzień jestem sama, okazji storytellingu* na żywo mam znacznie mniej, bo szkolny jest przystosowany na potrzeby młodego widza. Ach, no i ten blog jest też po to, żeby czasem się czymś pochwalić, bo kto podniesie kotu ogon, jak nie on sam, jak mawiała moja kumpela ze studiów. 

O kurna, ale długie wyszło, a w drodze z łazienki do biurka wyglądało na krótsze!


* podczas redakcji tego tekstu, dopiero za trzecim czytaniem zauważyłam, że pierwotnym wyrazem, jaki wpisałam był "storypetting", chrystepanie! Choć hm..., może właśnie to udatniejsze słowo?


Ps: Zapomniałam o naczelnym zadaniu tego bloga - są to przypisy do moich wierszy, do tego, jak nad nimi pracuję, co mnie warunkuje, co porusza, co stanowi przestrzeń, w  której później powstają. A może cholera, ta funkcja jest dopiero na szarym końcu? Tak naprawdę, wszystkie są razem, ani warstwowo, ani liniowo, kwantowo raczej. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz