niedziela, 25 stycznia 2026

Step by step 1

 13 lipca 2025  (niedziela)

Wylatujemy z Szopinuszki, a na przesiadce w Stambule trwonimy czas ganiając się z pilotem naszej grupy. Serio, trochę to było zabawne, ale że przez 10 godzin prawie?

*

14 lipca (poniedziałek) - Astana, 

Hotel G-Imperior o nazwie szumnej i dumnej jak samo petromiasto świecące w słońcu jak, no tam, jak kto woli i w tym wrzącym słońcem powietrzu, przyrzekam, widać bąbelki! jakieś jeściu, później spacer główną promenadą aż do astańskiej kuli wznoszącej się na wysokościach, 


Miasto wyraźnie zbudowane dla glorii i pokazu, złoto, biele, błękity. Ostentacja fontann w tym suchym krajobrazie, drapacze chmur i tylko turyści. To lewobrzeżna Astana, która zaprosiła architektoniczne sławy światowe. (Na prawym brzegu Astana postsowiecka) Kwiatowe dywany we wzory inspirowane sztuką ludową, hektolitry wody aby podtrzymać świeżość barw. 
Dwie złote wieże strzegą Pałacu Prezydenckiego Ak Orda (biały zamek), wokół ogrody, a w pobliżu rzeka Ishim








Wieża widokowa Bajterek, którą naszkicował na serwetce(ponoć) sam Nazarbajew (prezydent Kazachstanu)






widok z wieży na Astanę



Centrum handlowe skrzy się w promieniach zachodu


Meczet wzniesiony na koszt Kataru czysty, wypolerowany pod linijkę, wewnątrz młoda para na fotosesji, stroje świeckie, (Kazachstan mimo dominującego Islamu, jest państwem świeckim) ale  mąż zasłania zazdrośnie młodą żonę przed oczami nas, intruzów.



Architektura wysmakowana, znać ręce mistrzowskie, a jednak tak daleka od ludzkiego ducha Kazachstanu, oddzielająca się od nich marmurową ścianą, kryształowym szkłem.




a później postanawiamy się powłóczyć wieczorem, obejrzeć iluminacje i zobaczyć, czy pojawią się mieszkańcy. Bo w tej wypasionej, pokazowej części Astany uświadczysz ich niewielu. Nocą taksę zamawia nam uczynny chłopiec, który akurat tego dnia kończy lat osiemnaście, zatem składamy mu życzenia. Ach, zapomniałam, my, to czasem Justyna i ja, a czasem kilka osób. 









*

15 lipca (wtorek) Park Korgalzhyn

No to jedziemy, podskakując na wybojach drogi przez step, tniemy płaszczyznę aż do pełnego przepięknych jezior parku narodowego Korgalzhyn.


Trzeba przywyknąć, że w Kazachstanie, kiedy na mapie coś jest obok, oznacza to w cholerę terenu do pokonania, a i sama mapa zajmuje pół łóżka i ma dwie strony. 

W rezerwacie flamingi, żurawie stepowe i co sprawia mi najwięcej uciechy - suhaki! 

Tak mało czasu, a chciałoby się przez tę trawiastą płaskość iść i iść, w tym ostrym słońcu. 


Ale trzeba wracać

W powrotnej drodze wyszukujemy małą rodzinną knajpkę w skleconej wydawałoby się naprędce wioseczce i zjadamy tam pyszne żarło wyciągając swoje skurzone osoby na tapczanach, gawędząc z miejscowymi dzieciakami. O 3 w nocy gnamy na pociąg, który ma nas zabrać do Karagandy



*

16 lipca (środa) Karaganda, karłag Dolinka

Jako, że jedziemy tzw obszczim (czyli każdy śpi na głowie kogoś innego), jest wściekle gorąco i megaciasno, ale nie aż tak źle, jak to pamiętam z powrotu z Syberii przez Moskwę i Katyń. W Karagandzie ładujemy plecaki do przechowalni i ruszamy autobusem lokalnym do Dolinki, a później pieszo do karłagu, jednego z największych stalinowskich obozów pracy przymusowej. 

Krajobraz górniczy, zdewastowany, sprawia wrażenie opuszczonego, dźgany ostrymi drutami słońca, nagrzewający się jak patelnia, ten upał nie opuści nas niemal przez cały pobyt. 

W oczekiwaniu na wejście rozmawiamy z chłopcem, który jest z pochodzenia Polakiem, bardzo dobrze mówi po polsku, opowiada o losach rodziny, o codzienności Polaków w Kazachstanie. Nie, nie mówi źle, raczej o tym, że wszyscy borykaja się z trudnościami, często wyjeżdżają do pracy za granicę, ale też że są zadowoleni z prezydenta, ot takie codzienne sprawki. Muzeum karłagu prześwietne, doskonale zrobione, bardzo poruszające. Co prawda na początku nie mamy przewodnika, bo trzeba było go chyba wcześniej jakoś bukować, czy sama nie wiem, co tam wyszło, ale od czego jest szczęście ofermy? Dostrzega nas starsza pani, więc rozpoczynamy z nią rozmowę, w którą chętnie wchodzi i zaczyna nas oprowadzać, wspaniale to robi i widać, ze bardzo cieszy się naszym zainteresowaniem, pytaniami (później okazuje się, że to dyrektor tego muzeum). 



Spędzamy w tym muzeum pół dnia, a później wracamy do Karagandy, zwiedzamy kościół polskiej parafii,  później pod teatrem zasiadamy coś zjeść i odpocząć w ulicznej knajpce, a nocą przez park idziemy na dworzec, żeby ruszyć dalej. 

W parku trafiamy na festyn. Teren jest wielki, pełen straganów, śmiejących się dzieci, zakątków z placami zabaw, wesołym miasteczkiem, mydłem i powidłem. Hałaśliwy, żywy po zmroku, kiedy słońce nareszcie daje odpust zupełny.


Na dworcu ucinamy sobie  z Justyną mały flircik z górnikami wracającymi z Karagandy do Tarazu, umawiamy się na spotkanie w Ałmaty oczywiście wszystko to jest na niby, przecież nikt nikomu nie daje żadnego namiaru ani numeru, taka zabawa i sporo informacji o ich codziennym, ciężkim życiu. Żegnamy się tekstem "zdzwonimy się" i ruszamy pociągiem w dal. Uf, tym razem kupiejny (czyli kuszetka przedziałowa)


l
* Chciałabym wytłumaczyć się, że zapiski z Dziennika Podróżnego nie mają zadania zachęcać, czy przedstawiać historii i geografii miejsc, bo od tego są przewodniki, czy strony internetowe. Moje Dzienniki Podróżne, to notatki mentalne, często dokumentujące rzeczy nieoczywiste, spostrzeżenia, myśli, a czasami tylko wrażenia. Podobnie z podparciem ich zdjęciami, bardzo często nie chce mi się wyciągać aparatu, wolę patrzeć, czasami nie fotografuję "obiektów turystycznych", a  przykuwa moją uwagę dziwna rura. Z niektórych miejsc nie mam zdjęć, bo robiłam co innego,  ale te, których potrzebuję na pewno kiedyś tam uzupełnię, jak tylko trafi w moje ręce pendrak z materiałem towarzyszy. Pendrak już jest, tylko muszę go przywołać z Gdańska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz