O tak się burzy ostatnio u nas. wały szkwałowe przecudowne przetaczają się nad moim podwórzem, tylko gapić się w górę i podziwiać majestaty, draperie, piekielne kotły i kowadła, groza zdejmuje pięknem, a piękno grozą
Czytam kwitowania, komentarze na Fb, przyglądam się światu i tak mi wychodzi, że rzeczy rozbijają się często o pewną ogólną paranoję, jaka ogarnia
populację w kwestiach tytułowanych w porządku obrad jako "sprawy różne".
Ostatnio w kwestii tolerancji. Przyglądam się wpisom, reakcjom "dyskusjom" i zdaje mi się, że każdy problem i zjawisko
natychmiast wywołują efekt panicznego skoku na drugi biegun, nazwałabym to
jakoś tak - dwubiegunową chorobą ludzkości. Gdyby ów efekt nie zachodził, w
ogóle prawdopodobnie nie przeszkadzałyby żadne nazwy, czy żarty, nie ciskalibyśmy w siebie pecynami gliny i możliwe, że każden żył sobie po swojemu. Wykwita na tych bojach o tolerancję, kwiatek nietolerancji, który jest hybrydą z nietolerancyjnych i nietolerujących nietolerancyjnych, a także nietolerujących tolerancyjnych ale nie tak jak "my" i wszelkich innych odcieni. Bardzo kolorowy kwiatek.
Mam na przykład kolegę, który jest tak bardzo uwrażliwiony na brak tolerancji w kościele, że czuje wewnętrzny obowiązek wystawiać środkowy palec każdemu mijanemu w drodze do pracy kościołowi. Przestałam go już zapytywać, czym mu zawinił gotyk
W zachowaniach histerycznych, jest niestety
coś takiego, że pociągają reakcję nie pozytywną, a nakręcają sprężynkę dalszej
paniki i histerii, nawet jeśli tematyką zgodne są z naszym osądem.
Oczywiście nie oznacza to, że godzę się z brakiem tolerancji, czy
zostawiam, bo tak było, jest i ...
Nie, przeciwnie, uważam, że każdy z nas
powinien dbać o tolerancję. Specjalnie używam słowa dbać, nie walczyć, bo dbanie, to słowo nieagresywne, spokojniejsze, pilniejsze, pracowitsze i gdybyśmy dbali o
swoją tolerancję, może łatwiej by było? i obywało się bez walki?
Jest jeszcze drugie słowo - "starać się", ja na
przykład staram się tolerować ludzi i rzeczy, którzy/które mnie wk..., irytują, a
przebuk, wcale nie jest to łatwe.
Ale staram się, naprawdę.
Dziś przynoszę liza książki Wiedeńskie koło Dusana Sawicia w przekładzie Agnieszki Żuchowskiej-Arendt.
Jest to rzecz, która mogłaby w moim odczuciu być naprawdę dobrą książką, bo kiedy pozbawić ją opisów rodem z Harlequinów, tych wszystkich "migdałowych oczu, naprawdę przystojnych rysów i dobrze zbudowanych sylwetek", kiedy pozbawić ją ledwie wyczuwalnego (a jednak) posmaku ethosu Bałkańczyka i dodatkowo prób polerowania tegoż, zostaje ciekawa historia z odpowiednią dynamiką, bo jest migracja będąca na poły własnym wyborem, na poły przymusem, jest cykl przypadkowych zdarzeń, które zazębiają się i tworzą większy mechanizm, jest szczęście i dramat, tylko wszystko się jakoś rozpełza, tleje w palcach, jak zleżałe płótno. Może po Serbsku brzmi inaczej, nie wiem, po polsku własnie tak ją odczułam, ale to już każdy sobię rzepkę skrobię.
a tu gawroństwo i czereśnie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz