niedziela, 28 marca 2021

niedziela, 14 marca 2021

Gotujmy się na lepsze

 Bardzo późno zaczęłam gotować, w ogóle oprócz myślenia, chodzenia, mówienia i czytania, to chyba większość rzeczy robiłam późno, dlaczego? bo jak z tym kompocikiem, nie było takiej konieczności, a należę do tego rodzaju dziwadeł, które jak koty, nie trwonią energii, jeśli nie ma w tym konkretnego celu. Jako cel rozumiem również samą przyjemność z robienia, bo inaczej odpadłby z teorii seks, a tego byśmy nie chcieli. Ale ja nie o tym. 
Sposobiąc do pozalekcyjnego spotkania kulinarnego online z gawiedzią szkolną (spokojnie, gotować będą lepsze fachury), myślałam o książce kucharskiej dla początkujących (spokojnie, nie ja miałabym ja napisać).
Książka kucharska dla początkujących zawierałaby proste dania, podstawowe wręcz. Dobra, w  każdej książce kucharskiej to można znaleźć, ale czy kiedykolwiek znaleźliście opis lub zdjęcie - cebulki zrumienionej, zeszklonej, podsmażonej na złoto? Który odcień cebuli jest już złoty, a kiedy zaczyna się spalać? Ach, oczywiście, tego trzeba nabyć, ale czyż opis tegoż na początku waszego pierwszego gotowania nie ująłby stresu?
Kiedy zaczynałam gotować w ogóle, sformułowanie - zeszklisz cebulę przyprawiało mnie o słabość, a kiedy dopytywałam o to, to wszyscy ryczeli ze śmiechu, no co!?
Czy w ciasteczkach maślanych jest napisane, że mają być blade jak zimowa łydka rudowłosego Skandynawa? Czy jest tam napisane - bezwzględnie piecz 10 minut i wyjmuj i jak zobaczysz w środku dźgając patyczkiem i przełamując kolejne ciastko i psując tym sposobem całą blachę, że są dalej surowe, to nie wpychaj ich z powrotem do piekarnika i nie dopiekaj na kamień? Otóż nigdzie nie było. Dobrze, ze Zinek, mój przyjaciel technolog piekarniczy mi wyjaśnił - nawet jak ci się będzie wydawać, to wyjmuj, mają być takie trochę surowe, dojdą sobie później. Oczywiście drobiazgów można by mnożyć, nawet zwykłe rozprowadzenie śmietany w  zupie dla żółtodzioba poziomu 0.0.
I właśnie o takiej książki, myślę, potrzebowałby rynek zaczynających gotować samodzielnie, jeśli nie mają na podorędziu sztabu matek, cioć, sióstr, braci, bratowych i przyjaciół, co ja miałam i mam szczęście mieć. Taka książka nie musiałaby mieć wiele dań, ale potrzebowałaby dań takich, które nauczą człeczynę tego żargonu. Wiadome, tekst pisany przy gotowaniu jest kaleki, ale jednak...

A tymczasem zupa pomidorowa wyższej potrzeby, czyli szybko i gdy cię na ten przykład dopadł feldkurat Katz 

trzeba  w zanadrzu posiadać:

- przecier pomidorowy własnej roboty, myślę jednak, że nadałby się kupny sok pomidorowy, tylko zupina będzie wtedy rzadsza - 0,5 litra
- słoik suszonych pomidorów w oliwie
-  pół litra bulionu (może być kostkowy, nie łudźmy się, we wszystkim drzemie zło, a feldkurat może powalić nas bardziej)
-1. cebulę - jeśli lubicie cebulę to dużą, jeśli nie bardzo, to małą, jeśli jest wam wszystko jedno, to jakąkolwiek
- zielone listki przyprawy - bazylia lub pietruszka lub jedno i drugie
- lub przyprawy suszone - bazylia, pietruszka
- ząbek czosnku (albo 2 , albo 3 jeśli przepadacie za czosnkiem)
- śmietana 18 (2-3 łyżki)
- pieprz, sól,  odrobina cukru lub ksylitolu
- makaron
- blender
- i 2 garnki oraz durszlak* (jeśli się potrzebuje makaronu)
- oraz łyżkę

i tak:

1. Makaron gotujemy i odcedzamy wykorzystując wodę z niego do wykonania bulionu (bo wodę trzeba szanować, a w wodzie  z makaronu mamy tylko rzeczy zjadalne i smak, który pojawi się w zupie, no to po co marnować?)


2. Robimy bulion. Może nam przestygnąć, może być gorący do zupy.


3. Siekamy czosnek, chyba że macie taką praskę, która wam zużyje cały, jeśli nie, to po co zapychać praskę i zużywać wodę do jej mycia, skoro można ząbek posiekać nożem, a  później go płazem rozgnieść. Płazem, ale nie żabą czy kumakiem nizinnym, tylko płaską powierzchnią brzeszczotu
Ważne jest, żeby czosnek posiekać około 10 minut przed wrzuceniem do zupy, ponieważ aktywujemy wówczas stosowny enzym (allinaza) który rozkłada nam alliinę o właściwościach nieantybiotycznych do allicyny o stosownym zapachu i właściwościach antybiotycznych. Robimy to wcześniej, żeby aktywować enzym, ale nie podsmażajmy czosnku, dodamy go dopiero na koniec, bo allicyna jest wrażliwa na wysokie temperatury i szkoda by nam jej było, skoro już tak się starannie nasiekaliśmy i narozgniataliśmy.

4. W garnku od makaronu (oskrobanym z przywartych do dna resztek) na oliwie ze słoiczka z suszonymi pomidorami podsmażamy posiekaną cebulę (obojętne jak ją posiekamy bo i tak będzie zblendowana), wrzucamy też suszone pomidory ze słoika. Ilość oliwy zależnie od cebuli, ja zwykle daję jakieś 4 łyżki na dużą cebulę.

Ja podsmażam cebulę na brązowawo, bo lubię ten lekko przepalony już smak.

5. Zalewamy to bulionem, doprawiamy odrobiną cukru (ja ksylitolu), solą, pieprzem, papryką słodką, a jak ktoś lubi to i ostrą, tylko ja osobiście nie mogę szaleć, bo społeczność domostwa wtedy kwiczy.
Dodajemy przecier pomidorowy (lub sok).  I gotujemy jakieś 15 minut.

6. Blendujemy(u mnie wychodzi zwykle gęste że ohohoho), dorzucamy czosnek i suszone zioła (jeśli nie użyjemy zielonych), śmietanę - czekamy aż zabulga parę razy

7. Wrzucamy świeże zioła (lub mrożone, ale zielone)

8. Z makaronem jemy uch!

Zdjęcie nie jest zachęcającym pokazem potrawy, bo trzasnęłam je kiedy już zupa się kończyła, wołając aaaa poczekajta poczekajta, ale coś tam widać w kolorze. 




niedziela, 7 marca 2021

deprywacja pościelowa

 W związku z chronicznym zmęczeniem wynikającym najprawdopodobniej z tego, że ten świat jest dla mojej osobowości zbyt pospieszny, aby dokonać swoistego resetu i przymusić jestestwo do chcenia czegokolwiek, potrzebuję strwonić przynajmniej jeden dzień. Ponieważ okoliczności ustawiają rzeczy tak, a nie inaczej, wypada najczęściej, że tym dniem jest sobota, którą, gdyby nie wzmiankowana powyżej potrzeba, poświęciłbym na rozwój własny i stosowne do niego przyjemności.
A tak, zmuszona konstrukcją psychiczną i fizyczną, poświęcam cały dzionek boży na absolutnie bezproduktywne gnicie w legowisku, aż do bólu kości, aż do przykurczu mięśni, i to wszystko po to tylko, by mnie nazajutrz paląca potrzeba z tego legowiska katapultowała z dzikim banzai do spraw codziennych, obrządków i sztafażu ogólnego. Ot, błędne koło, które powoli, acz nieuchronnie wiedzie mnie w strony gbura, nie mającego tym razem nic wspólnego z gwarowym gospodarzem.



Być może w ramach odruchu ratunkowego, a może po prostu dlatego, że darzę Umberto Eco miłością niezmienną, bezwzględną i bezwstydną, polecam na dzień dzisiejszy, deszczowy u nas i stosownie wietrzny, Sześć przechadzek po lesie fikcji w przekładzie Jerzego Jarniewicza. Jest to 6 esejów, wykładów właściwie, w których Eco, ze swoją naturalną swadą i poczuciem humoru, rozbiera na śrubki i kółka zębate maszynę literatury. I jak to u niego, nie da się nudzić nawet w warsztacie.


A kiedy mam przypływ obowiązku łamane przez entuzjazmu, żmudnie dziergam zaległy album dla mamy, który zaplanowaliśmy zrobić z rodzeństwem na 85. urodziny i jakoś tak zeszło parę latek




piątek, 5 marca 2021

a gdybyż tak zaufać tropom?

 Ten stan, kiedy szukasz tytułu przez długo czas, i nigdzie nie znajdujesz, ani na allegro, ani w antykwariatach, ani w sieci, i wtedy ktoś, dajmy na to Konrad Góra podrzuca link do antykwariatu nawet nie tobie, tylko z jakimś pytaniem do całego ludu znajomych, a ty w ten link klikasz, bo co prawda przyrzekłaś sobie nie kupić żadnej książki już przynajmniej do końca lutego, ale klikasz, żeby sobie zajrzeć co tam w swym tezaurusie ten Tezeusz ma, i tak sobie mimochodem wpisujesz nazwisko autora, i zupełnym mimochodem okazuje się, że poszukiwanego przez ciebie wcholerę czasu tytułu jest sztuk chyba zetrzy, to ten stan, moi drodzy, nazywa się piątek 

tak było,

*

a tak jest


Nie znalazłam jeszcze książki Toma Robbinsa, która by mnie znudziła. Wszystkie, które posiadłam (na stałe lub jako przelotnych kochanków) są absolutnie przepiękne, zachwycające i odleciane. To tyle, więcej powiedzieć się nie da. Nie przeze mnie w każdym razie.


*

Ale za to mam słowo krytyczne do Baśni o wężowym sercu albo słowa wtórego o Jakóbie Szeli* Radka Raka, która to książka najpierw mnie oczarowała, ale autor skopał ją według mnie jedną sprawą. Chęć bycia interlekturowym zamiast podbić walory opowieści, podkopuje je, a później skacze po ich grobach, bo nawiązania są tak nietrafione i tak usilnie próbują włączyć w splot narracji te, które są  z innej uczynione przędzy, że wychodzi z tego cerowana skarpeta, a ta ma jeszcze swój urok, natomiast w lekturze nie.  

* dwie zagwozdki mam zawsze - 1 - czy dobrze odmieniam takie długie tytuły i 2 - jeśli wszystkie litery w tytule książki są drukowanymi wersalikami, to nigdy nie wiem, gdzie dać wielką, jeśli zamierzam użyć minuskuły


*

No i niezastąpiony Umberto Eco, tym razem Sześć przechadzek po lesie fikcji w przekładzie Jerzego Jarniewicza. Stadko esejów dotyczących mechanizmu pisania, czyli coś, co tygryski czują. A ponieważ Eco to jest (mówimy o nim w czasie teraźniejszym, bo choć gryzie glebę, a robaki gryzą jego, my nadal gryziemy jego ducha i umysł i tu akurat (...no właśnie co, materia, energia, fluid?...) zmienia swoją postać bezustannie, napędza, nawraca, stanowi perpetuum mobile. Chcielibyście poczytać o czytaniu, a może popiszczeć o pisaniu? To u Eco właśnie jest portal


(przy okazji jeszcze weźnijcie Borgesa wykłady, ale to już pisałam wszak, Eco też go wspomina w swoich przechadzkach, czyli jest dobry trop)

niedziela, 21 lutego 2021

popiołkiem i obcesem

 Słyszałam, że człowiek piszący powinien mieć wiele pokory. Ja to sobie myślę, że pokory wiele powinien mieć człowiek myślący, człowiek piszący zaś powinien mieć w sobie porządną dawkę buty, bo wyrażenie opinii, sądu, zdania, koncepcji, wymaga zamaszystego wyłożenia na stół - to moje, tak widzę, tak to osądzam. Sterując pokornie wpadam w obawę, czasem strach - a może nie mam racji, a może komuś utrącę, no i nici z pisania. Właściwie większość rzeczy poszło tym sposobem w piach, ocalały tylko te, które w taki, czy innym stanie ducha, wypchnęłam i zatrzasnęłam drzwiczki. Żeby nie wróciły.  I chyba w zasadzie nie jest  istotne, czy się rację ma, czy  nie ma, ponieważ po człowieku piszącym w kolejce sterczy myślący człowiek, z tą całą swoją pokorą.


Chcąc od paru lat zwolnić mój telefon z funkcji budzika i tym samym móc go eksmitować nocą w rejony dalekie łóżkowym, zwłaszcza, że jego najlepszy dźwięk budzikowy jest straszliwym, poszukiwałam sprzętu budzącego w postaci normalnego zegarka.
Odkąd zdechł  budzik-miś, który co rano wyśpiewywał mi inną melodię, a wyłączany, burkliwym głosem mówił mi dzień dobry (kochałam ten naburmuszony ton), jakoś nie mogłam przyhołubić sobie żadnego innego. Fb, który podrzuca mi reklamy oszałamiających produktów, jak stringi w kształcie kota w kształcie litery c, dzianina w prążki z okrągłym dekoltem, czy rozpuszczalny w wodzie koronkowy wydłużony biustonosz , w końcu zaproponował mi budzik Djeko, której to firmy design barzo cenię, no i mam. No i dźwięk ma jeszcze straszliwszy niż mój komórek, ale za to wygląd jest o wiele ładniejszy i od razu widać na nim godzinę bez potrzeby ekspedycji poszukiwawczej wokół łóżka.




I ja chyba nigdy nie dorosnę i może się tak stać, że w końcu przerobię domostwo na sterówkę Syfonii Musz ze złotą rzeźbioną cebulastą gałką na szczycie



Ale na razie przerobię łazienkę i będę miała wannę na lwich łapach, ciabas!


niedziela, 14 lutego 2021

lizak cukrowy na patyku

Kiedyś nabywało się je pod kościołem, przybywał sprzedawca i po niedzielnej mszy rozstawiał swój malutki kramik. To było niezwykłe święto, a kiedy rodzice wręczyli szczeniarze te 50 groszy pozwalając nabyć owe cudo, to był wręcz raj - Et in Arcadia Ego. Smak tych lizaków nadal jest dostępny w puszce mojej czaszki, bo dzięki ci losie, mam dostęp do większości doznań sensorycznych ze swojego życia. Przywołuję w pamięci smaki, zapachy, a także odczucia i to mi ratuje nastrój utrzymując umysł nad powierzchnią przypływów stanów przygnębienia.
Taki niedzielny cukrowy lizak dostałam kiedyś od kolegi, kumpla po prostu, bez żadnych tam podtekstów, byliśmy jeszcze w  wieku, w którym "te rzeczy" były czymś brrr, nie do pomyślenia i fuj. Albo to mi się wtedy tak zdawało. Nigdy więcej nie dostałam już cukrowego lizaka, a jakoś tak jest, że dzisiejszego dnia podpłynął mi pod powierzchnię pamięci właśnie on i dopiero  pociągnął za sobą sznurek wspomnień już tych bezecnych, tfu bezcennych oczywiście, tych bezcennych.
 Od kilkunastu lat nie świętowałam walentynkowego dnia z żadnym mężczyzną, jakoś tak wyszło, seria niefortunnych zdarzeń, co roku wszakże czuję potrzebę wyrażenia wszem i wobec, że walentynki to miłe święto, a już zupełnie przeurocze kiedy ma się je z kim obchodzić.
Skoro jednak moje zasoby zew i wewnętrzne odstraszyły już większą część ludności, to żeby sobie umilić ten dzień, ubrałam swoje legowiszcze w absolutnie pocieszające Muminki, nażarłam się ciastem do granicy naciągu skóry i otumaniłam  komediami romantycznymi i jednym filmem Ridleya Scotta w tivi podczas klejenia albumu pamiątkowego dla mamci. 

A Tobie świecie, życzę cukrowego niedzielnego lizaka, miłości i jednak nieco więcej szczęścia niż u mnie, choć nie nie, nie narzekam, przecież mogłam wylądować nas grzbiecie.
Nie dajcie sobie wmówić, że to przereklamowane - happy Valentine's Day!  ;)





Jeszcze potrzebuję zimy



wtorek, 9 lutego 2021

utknięcia utkane bałwanem

Nadal nas zasypuje, ale cieszy bo i lubię zimę i widzę zasoby wody dla gleby, więc niech sypie. Odszukuję schody tylko kilka razy w ciągu dnia, bo nikomu i tak nie chce się wyściubiać nosa na śnieżycę, a więc rano dla wujka i kota, około południa dla pani listonosz, popołudniem dla wujka i kotów podwórzowych oraz dla pani Teresy, która przybywa na scrabble, a później czasem wieczorem, żeby nie przymarzło do cna. Zabytkowe drzwi mają takie wypaczenia, że z korytarza zwykle wyrzucam zaspę, kolejne należy wynieść ze strychu. Dziś utkałam drzwi główne  folią bąbelkową i dzięki temu wzrosła temperatura również w moim pokoju, zwykle otwartym na korytarz. Do  18 stopni Zdawać by się mogło, że to takie mankamenty, ale ja traktuję te rzeczy jako część mojego świata, zżyłam się z nimi, szanuję je i w szczególny sposób lubię. Ten świat czasem ludzie bardzo chcą ponaprawiać, połatać, zdrutować, wymienić mu części na nowsze, lepsze, paradniejsze i wtedy się mocno nie rozumiemy, bo ja cenię sobie ten mój niedoskonały świat, nawet z wynikającym z jego powodu katarem, ale i magią*.
Ale ojdiridi, za to w wakacje robię rewolucję i wielki przewrót łazienkowy, olala, będzie wanna na lwich łapkach i takietam.

 
A w łikend było rodzinnie, gościsto i jarmarcznie, tak


*pamięta ktoś tę książkę fantasy?