środa, 17 grudnia 2014

Z rozmów pedagogicznych - Sceny z życia świętej rodziny

Dziś szkolne spotkanie opłatkowe i jasełka.
Na dyżurze drugopauzowym widzę świętego Józefa szarpiącego za włosy Matkę Boską, ta zaś wyczesuje świętemu Józefowi sążnistego kopa.

- Mario, co czynisz! wołam.
- Nienawidzę go! wrzeszczy Matka Boska. Nienawidzę, bo on zawsze mi musi opowiadać to, co mnie zupełnie nie interesuje!

piątek, 12 grudnia 2014

z opowieści do okienka

instytucja świąt psuje mi reputację, zaczynam gotować, sprzątać, łatwiej się wzruszam, jeszcze trochę, a zacznę patrzeć z czułością na ludzi...

dopiero zjarzyłam (na dnie szklanki) ze nie pomieszałam herbaty.
posłodziłam ale nie pomieszałam, tzn trzymałam łyżeczkę w niej ale nic z nią nie zrobiłam, wyjęłam ją z zadumą spoglądając na kawałek białej kiełbasy pływającej w pobliskim równie białym barszczu


 

tłuczenie poduchy

o tym, że mój biały kot, którego używam do liczenia baranów, zamiast chodzić w kółko, zwinął się w precel i śpi, a ja znowu zostałam sam na sam z łysym i zestalającą się mgłą. mgła resublimuje i opada na rzeczy wydając ledwie słyszalny dźwięk szklanych dzwonków. do rana będę wałkować się po łóżku używając złowrogich i skomplikowanych przekleństw, a rano, kiedy zbudzi mnie rozkoszny dźwięk odjeżdżającej śmieciarki (zapomniałam wystawić worki segregujące) , zapłaczę. i to będzie znak, że czas karmić koty, kury i czas do szkoły, gdzie kolejny dzień będziemy kleić wołka, osiołka i grotę panojezuskową na wiosełka. i wycinać gwiazdy, dziesiątki białych gwiazd

wtorek, 9 grudnia 2014

Z pedagogickich - Proste pytania, jasne odpowiedzi

Ze sprawdzianu klasy IV

"Cechy mapy samochodowej: gdzie jesteś, gdzie jest droga, gdzie jest dom"

tada!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

pozytywy negatywów

 działania anihilacyjne w moim pokoju dają już pierwsze drobne efekty. Aniet: "o rany, ale masz tu wyczyszczone..." ha! chaosie giń!

poniedziałek, 1 grudnia 2014

przewrót łazienkowy

szlafrok coś knuje...



dyniowy szezlong

mimo, żem biolog, niezupełnie rozumiem proces (partenogenetycznego?) rozmnażania się owoców dyni w naszym garażu. tak, czy siak, coś trzeba z tym robić - część upchnęłyśmy w  zamrażarce, część oczekuje w lodówce na stanie się zupą, a dziś z towarzyszeniem religijnej Joli, która przyszła wyleczyć swe przeziębienie nalewką, udziergałam kacze żarcie

trochę dyni (jakąś 1/5)
dwie duże cebule
pół kila pieczarków
jedna papryka
makaron świderki
10dag sera zółtego (odliczając dziury)

wino japkowe - pół szklanki (HA!) - wino wytwarzamy same swe, jest to spuścizna rodowa
pół kubka śmietany
trochę masła

rozmaryn
majeranek
kłącze imbiru
pieprz kolorowy
sól
papryka słodka
chili
curry

właściwie to już wszystko jasne - udusić podsmażyć, doprawić i zmieszać z makaronem.
no więc ja w takiej kolejności:

1. Dynię pokrojoną w plasterki, paprykę w kostkę i cebulę w piórka duszę pod przykryciem na maśle z dodatkiem wody. Posypuję to solą i curry (curry niewiele)

2. dorzucam pieczarki i duszę dalej doprawiając wskazanymi wyżej rzeczami. pieprz świezo mielony, imbir starty na tarce o grubych oczkach

3. Wlewam wino, chwilę pozwalam się pobulgocić, dolewam śmietanę, dorzucam starkowany żółty ser, próbuję i doprawiam wedle uznania odatkowo

przydaje się zielona piertruszka, ale tej dzisiaj zapomniałam, bo gadałam w trakcie z mamą i religijną jolą.

wygląda jak kacze żarcie, ale jest dobre i zużywa dynię