Pierwszy prawdziwy przymrozek, z cudownymi stłumionymi pastelami barw wschodu, z rozbłyskującym swoją mokrą mordą słońcem, aż się ryjek śmieje. Coraz lepiej w moim nastroju, coraz mnie więcej pomimo kompletnego braku czasu. Na ten przykład wczorajsze andrzejki spędziłam na pracy i śnie, bo już o 19 w łóżku. I dobrze, bo się wyspałam dziś do świtu i dzięki temu miałam calutki świt dla siebie. A mam taki obraz, nie mój wszakże, który codziennie i o każdej porze dnia jest inny. Na nim pierwszym dziś rozbłysło słońce.
A tak w ogóle to cieszę się i jednocześnie panikuję, bo za tydzień w Katowicach spotkanie poetyckie, na którym jestem, to ta ładna część. ta która jest powodem paniki jest taka, że ja tam siedzę jako poeta między samemi dochtorami i profesorami, i jak napisano w rozkładzie jazdy, uczestniczę w dyskusji o poezji. O-o. Modlę się już od dziś i na klęczkach pielgrzymuję wokół stołu, żebym czegoś nie pierdolnęła, jak to ja, z kontrowersyjnych myśli joanny. Drugi niepokój jest taki, że moge pójść w przeciwny zwrot i milczeć jak osioł. W jednym i drugim przypadku będę sie czerwienić, będę się czerwienić w każdym przypadku, bo ja się zawsze, w dodatku czuć się jakbym dopiero wysiadła z pociągu Warmia-Katowice, bo tak właśnie będzie, gdyż na styk przybywam, o ile PKP pozwoli. Na sali będą moi przyjaciele i sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo mogą być wiekuistymi świadkami mojej srogiej ignorancji, dobrze choć, że bardzo lubię mojego redaktora Janka Barona, chociaż i tak nie wiadomo, czy jak się zblamuję, to dobrze, że się lubimy i szanujemy. Tak czy siak, w mikołajkowy piątek gnam srebrną strzałą przez nasz piękny choć głupi kraj na przeciw swoim demonom.





