czwartek, 29 sierpnia 2013

Summa summarum

Mamy 20 kur. Codziennie kury znoszą nam 5 jajek. Wychodzi mi na to, że cztery kury znoszą jedno jajo.

bigle w deszczu

Zanim dorzucę do ognia i pisknę parę zdań na temat ostatków wakacyjnych, na dziś mój ukochany Snoopy


Jak zacznie porządnie padać, też spróbuję tej sztuczki, bo czasami bogate damy zabierają małe, przemoczone, żałośnie wyglądające dziewuszki do domu

acz



środa, 28 sierpnia 2013

przez mysią dziurę

Bęc, wpadła mi ciągotka do okienka, no to cóż, otwieram. Nieszksypczrze, kapela mi nie znana, choć ze znanym mi głosem w niektórych kawałkach. Muzyka pociągająca, nieodparcie kojarzy mi się z flecistą (choć nie ma tu fletu, a jeno struny) z Hameln, dlaczego? Bo jest coś w tej muzyce, w tym drażniącym hipokamp poskrzypywaniu, choć zespół jednym głosem fuka - nie skrzypże ;), w niepokojącej nucie która ciągnie się przez ucho, głowę, drugie ucho, nawija na palce, by następnie wysnuć się przez próg i podążyć w jakieś zahoryzontalne rejony. Coś, co sprawia, ze można za nią ruszyć, węsząc za jej ledwie widocznym torem.  Struny wytwarzają dziwny, czasami aż dysonansowy klimat z leciutko wyczuwalnymi pod spodem bałkanami, trochę rosją, trochę celtami, ale tak w sam raz, by nie móc powiedzieć oto ludowość wpisana w muzykę, wyczuwalnymi na tyle, by tę muzykę delikatnie ukorzenić i to raczej nie w stronie świata, a w strefie naszego ja, w dziedziczeniu po przodkach. Może się więc tu wpasować i nostalgiczny ton nocnego ognia (Zimowy wieczór)  i biblijny w smaku ton utworu I Pan ukarał pismo, i np dymny  momentami lekko jazzujący smak Nie każda róża ma kolce.
Nie będę ukrywać prywaty, bo ja lubię sławkowe teksty, że trzy utwory mają sławkowe teksty właśnie (Sławomir Płatek), melorecytowane ciepłym sławkowym głosem  i z wielką przyjemnością wysłuchałam ich w takim towarzystwie i tle, i zarazem stają się te teksty również tłem dla muzyki, stosownie do poczucia z czasem nutką patosu,  a czasem z nutką wycofania. No i rzecz jasna, ale tego już chyba nie muszę objaśniać ze znaczeniem słów.

a fachowo  o samej płycie powiedzą wam tu


a tu ciągotka do jutupia


krzywa gęba

 "Po tych wszystkich Majach, Inkach, Aztekach pozostały jakieś kamienie, po nas zostaną co najmniej trociny, z trocin powstaliśmy i w trociny naszych trumien się obrócimy"

 (Krzysztof Varga, Trociny)

Książkę otworzyłam wracając z Znkami z Gór Słonnych, bo tym razem źle wycyrklowałam i moje książki podróżne pokończyły się zbyt szybko.. Trociny Krzysztofa Vargi zaczęła czytać Anieta, ale już nie dałam jej dokończyć bo sama skończyć ją musiałam.
Książka świetna, choć pewnie znajdą sie tacy, którzy nazbyt szybko zarzucą jej jednostronność obserwacji i oceny. Rezecz o świecie bliskim/najbliższym i najdalszym snuje się przez głowę bohatera, zatem ta "jednostronność" jest pozorna, ponieważ na  zderzeniu tegoż bohatera ze światem, w przyłożeniu jego mysli do obrazu, budują się polemiki, iskrzą niepogodzenia, zarzuty, ale też dostrzega się naprawdę wnikliwe obserwacje z ziarnem, które tkwi w każdym z nas.
Obserwacje codziennego świata, życia i bycia w tym świecie, związków międzyludzkich są rzecz jasna, wytapetowane szarym przetłuszczonym papierem, są wybrukowane twardą niechęcią, ale tak właśnie ubiera się świat w poczuciu samotności, rozstrojenia, sposępnienia i odrzucenia (przez świat i od tego autoodrzucenia)

Mamy tu wiele dotkniętych miejsc z naszego ludzieńkowego życia, ot ciało:
"
Po raz pierwszy byłem zupełnie nagi, wyjąwszy sytuację, gdy brałem prysznic, ponieważ moje starzejące się ciało wprawiało mnie w zażenowanie, nie wstydziłem się go, ale nie lubiłem i nie chciałem oglądać, zwierzęta też przecież nie kontemplują swoich ciał, my zaś zbudowaliśmy wokół ciała całą naszą cywilizację..."

z jego magiczną mocą zamienioną na balast, który obciąża tak wiele naszych myśli - waga, gładkość skóry, kolor i kształt włosów, paznokci, kampanie kosmetyczne i myśli stojące wstydliwie i ze smutkiem pdod prysznicem, już nawet nie przed lustrem, myśli nas wmawiających sobie jednocześnie, ze ciało nie jest aż tak  ważne.

Wynikająca z tego ludziejstwa próba kontaktu i zaspokojenia w różnych wymiarach, np w seksie:

 "(...) być może po prostu byliśmy dwojgiem brzydkich ludzi  usiłujących uprawiać miłość w świecie ludzi ładnych, po kryjomu, nie przyznając się do tego przed nikim."

Bardzo pięknie zresztą zapisana, z ogromną czułością traktująca ludzi w ich brzydkim świecie własnych głów, świecie stworzonym i wypełnionym przez trwożliwe rozglądanie się dookoła i sączenie własnej niepewności.


Przepiękny, ironiczny, sarkastyczny nawet obraz, który znowu ujawnia w sobie pokłady niechęci, frustracji, zazdrości jakiejś, a jednocześnie w tle końca złagodzony nutą współczucia, nie litości, a współodczuwania,

"Okolice te były prawdziwą Częstochową biegaczy, Licheniem uprawiających jogging, osobliwie rano i wieczorem, szczególnie zaś w weekendy, gdy szedłem odwiedzić rodziców, zawsze natykałem się na biegaczy, w parach lub pojedynczo, drepczących wzdłuż kanałku niezbyt żwawo, ponieważ wszyscy byli neofitami i na prawdziwe bieganie nie mieli siły, dopiero niedawno nawrócili się na bieganie, od kiedy bieganie stało się zarówno modne, jak i zdrowe, a dokładniej od kiedy wyjątkowo modne stało się bycie zdrowym, a bardzo niemodne bycie chorym, bycie za grubym, bycie niedoskonałym, cóż za wspaniała eugenika, myślałem mijając spoconych zdrowych ludzi, którym udało się wyeliminować wszelkie cielesne niedoskonałości, ludzie chorujący,, cierpiący; ludzie z nadwagą, z nadciśnieniem, z trądzikiem stawali się powoli pariasami pośród ludzi doskonałych, wśród tych obrzydliwych, wstrętnych Elojów, którzy biegali nie tylko po to, by być zdrowszymi i chudszymi, ale także po to, by epatować swoją lepszością, piękniejszością, życiową mądrością, (...)Tak, z pewnością gdybym biegał, słuchałbym Tenebrae Gesualda. Oni oczywiście nie chcieli umrzeć i dlatego biegali, nieporadnie uciekali przed śmiercią, przebierając rozpaczliwie nogami, a śmierć spokojnie sobie za nimi szła, bez pośpiechu, ale nieuchronnie, podziwiając ładną pogodę i nowoczesny, właśnie przebudowany stadion Legii, przystając być może na chwilę, ale na tyle krótko, by nie stracić ich z oczu, by mieć w zasięgu wzroku i kosy ich opięte w lycrowe legginsy zadki, w które już niebawem im tę kosę wsadzi i przekręci dwa razy w prawo, tak jak zamyka się kluczem drzwi.

 Błyskotliwa, niemalże dowcipna obserwacja ról, rodziców, małżonków, koleżeństw z pracy, kochanków. z szerokim spektrum emocji i uczuć

"Wiedziałem bowiem przecież, że spotykają się czasami, z tym, że moja była żona jest już czyjąś inną żoną, zaraz po rozwodzie ponownie wyszła za mąż, ponieważ była wręcz stworzona do małżeństwa, tak jak moi rodzice byli stworzeni do wieloletniego trzymania się siebie, które nic nie ma wspólnego z miłością. Moja żona nie została stworzona do miłości, czułości, do wspólnoty, została za to stworzona do małżeństwa, oto cała, w gruncie rzeczy bardzo prosta, prawda o mojej żonie."

Język Trocin jest świetny, na granicy volgare i poezji, doskonałe obrazy momentami wzbudzające u mnie dreszcze zbrzydzenia. Co tu znalazłam? Sporo swoich myśli, sporo z mojego (nieciągłego) patrzenia, moich obaw i zniechęceń. No i trociny, które w sobie już kiedyś znalazłam o tututu klik :)
Tak, to świetna książka, acz jedno jej zarzucam i jest to dla mnie słaby jej punkt. Wszystko zmierza do  łatwo przewidywalnego końca i pokazanie tego końca w sposób, jakby miałby on być uczyniony na sposób aktu, pozostawia mi mdłe wrażenie w ustach. Gdyby książka skończyła się banalnie, bez tego aktu strzelistego, jej treść sama w sobie byłaby smakiem, a właściwie złożeniem wielu smaków, jakie znajdujemy obracając w ustach ziemniak. Przy zakończeniu, na jakie zdecydował się autor, smak ten blednie, a ponieważ pamięta się końce, to nagle wieje jakąś brukową sensacją po tylokroć już wyżętą. Szkoda mi tego zakończenia


sobota, 10 sierpnia 2013

Kocie poranki

To koci leniwy poranek w Żegotach, z Reteską, później leniwe czytanie wierszy, później leniwe jezioro, później szybkie ognisko ;)
A dziś Juchnowiec Wielki, a w poniedziałek Lublin, a we wtorek Bieszczady, a w sobotę żagle na Mazurach






wtorek, 6 sierpnia 2013

Gorzki smak lata

Jezi baba! Łażę jak Don Kichot za obracającym się wiatrakiem. Udało mi się puszki ugnieść w koszu i odkurzyć kuchnię. Upał kąsa plecy!

Zapomniałam podesłać Annie przepis na piołunówkę, a ponieważ za  niespełna dwa tygodnie tnę na Wielkie Mazurskie pod żagiel i przywiozę tuturu znowu piołun, to mi się przypomniało.

  • Weźnij garść piołunu i włóż do gąsiorka
  • Poł litra spirytusu zmieszaj 1:1 z wodą przegotowaną i wystudzoną  (najlepiej źródlaną)
  • Zalej roztworem piołun, zawrzyj szczelnie i tydzień w ciepłym, a ciemnym miejscu go maceruj. Bacz, by się maceracja dłużej niż tydzień nie czyniła, bo wodka barwę swoję rychle utraci
  • Po tem czasie zlej nalew
  • Z ćwierci cukru i szklanki źródlanej wody przygotuj syrop, gotując go i odszumowując. 
  • Kiedy przestygnie syrop, zmięszaj go z nalewem, a dobrze zawarty gąsior ostaw na tygodni trzy bacząc nadal, by światło się do niego nie dostawało, gdyż jego promienie zielonym nalewom szkodę czynią.
  • Po czasie leżakowania, nalewkę zlej, przefiltruj, rozlej do butelek dobrze zakorkuj i w ciemnym miejscu trzymaj. Dobrze jest butelki z ciemnego szkła mieć i dodatkowo dla ochrony w szary papier owinąć

Nalewka owa doskonałym jest remedium na wszelkie niestrawności i dolegliwości żołądkowe




Z rozmów rodzinnych - atak Aurora domestica

Scena: Mama ucina sobie pogawędkę z Dosią i Piterem. O sprzedawcach fury i komóry, "prezentantach" pościeli, garnków i innych nieruchomości, naciągaczach, którzy przychodzą do domu. Ja siedzę na kiblu i podsłuchuję

Mamcia (gromko):  Bo oni się nawet tak nazywają... KRĄŻOWNIKI DOMOWE !

:]