Mam taki w sobie mechanizm, który nakazuje mi stronić od dyskursów ogólnie podejmowanych. Trochę to źle, a trochę może i dobrze, bo mi oszczędza czasu. Rozważam sobie tedy rzeczy w duchu, sama ze sobą dyskurs prowadzę i dopiero w kameralnych warunkach, w zaciszu spotkania wyjmuję, odwiązuję wstążeczkę, rozwijam z papierka i rozkładam. Dlatego, choć obejrzałam grzejącą obecnie rumieńce na twarzy Internetu netflixową Lalkę w reżyserii Pawła Maślony, to oprócz tego, że podobała mi się, nie napiszę więcej, tym bardziej dlaczego.
Napiszę natomiast o kilku rzeczach, które z trudem, bo z trudem (z powodu dziurawego jak rzeszoto czasu), udało mi się przeczytać. Albo i się nie udało.
Marcello Quintanilha, Modlitewnik narodowy, świetnie narysowany, oszczędny w fabule i dość brutalny w myślach komiks.
W szczelinach między gorącym słońcem i brazylijską sambą, dzieją się historie zwykłe, ponure, straszne, ale i ciepłe, czasami zabawne. Kilka takich historii zgromadził autor w swoim komiksowym niewielkim tomie. Każda historia trwa zaledwie parę kartek, jak to w życiu.
Goliat Toma Gaulda (tłum. Hubert Brychczyński) to jakiś komiksowy obłęd, bo jak na niemal pustych kadrach z dwiema, czasami trzema postaciami, zmieścić bezwzględność historii i dramat człowieka. Bohaterem jest biblijny Goliat, który z wojaczki najbardziej kocha siedzenie za biurkiem. Okrutna natura wyposażyła go jednak w nieprzeciętny wzrost i siłę, a choć wiecie jak to się skończyło, nie wiecie co się działo pomiędzy. Naprawdę warto to sprawdzić. Udał się komiks Gauldowi i to w rysunku prostym, a chwytającym za serce.
Vincenta Mallie i Huberta Ciemność (przekład Maria Mosiewicz) jest przepięknie narysowaną i pokolorowaną historią darc fantasy. Tu rycerz uwalniający księżniczkę nie jest bez skazy, a i księżniczka nie spełnia baśniowych wymagań. Opowieść mroczna w pięknych, klasycznych rysunkowych ramach. Co do zakończenia, to jak to w życiu, bywa różnie...
Na koniec zaznaczę tylko że czytam Tęczę grawitacji Pynchona (tak, tak, dopiero) i kurna idzie mi opornie. Jest coś co mnie do niej ciągnie, ale jakoś i męczy. Uwielbiam Pynchona we wszystkich jego książkach, które przeczytałam, a tej, sztandarowej przecież, jakoś trawić mi niełatwo. No, ale może tak ma być właśnie. *W dodatku, jak widzicie, wymaga ona ode mnie wielu "jakosiów"
Na obrazek wklejam herbatę z maciupciej arabskiej filiżaneczki, bo od czasu do czasu palma w mej głowie domaga się dziwnych naczyń.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz