niedziela, 20 września 2026

Historie obrazkowe

 Mam taki w sobie mechanizm, który nakazuje mi stronić od dyskursów ogólnie podejmowanych. Trochę to źle, a trochę może i dobrze, bo mi oszczędza czasu. Rozważam sobie tedy rzeczy w duchu, sama ze sobą dyskurs prowadzę i dopiero w kameralnych warunkach, w  zaciszu spotkania wyjmuję, odwiązuję wstążeczkę, rozwijam z papierka i rozkładam. Dlatego, choć obejrzałam grzejącą obecnie rumieńce na twarzy Internetu netflixową Lalkę w reżyserii Pawła Maślony, to oprócz tego, że podobała mi się, nie napiszę więcej, tym bardziej dlaczego.

Napiszę natomiast o kilku rzeczach, które z trudem, bo z trudem (z powodu dziurawego jak rzeszoto czasu), udało mi się przeczytać. Albo i się nie udało.

Marcello Quintanilha, Modlitewnik narodowy, świetnie narysowany, oszczędny w fabule i dość brutalny w myślach komiks.
W szczelinach między gorącym słońcem i brazylijską sambą, dzieją się historie zwykłe, ponure, straszne, ale i ciepłe, czasami zabawne. Kilka takich historii zgromadził autor w swoim komiksowym niewielkim tomie. Każda historia trwa zaledwie parę kartek, jak to w życiu.

Goliat Toma Gaulda (tłum. Hubert Brychczyński) to jakiś komiksowy obłęd, bo jak na niemal pustych kadrach z dwiema, czasami trzema postaciami, zmieścić bezwzględność historii i dramat człowieka. Bohaterem jest biblijny Goliat, który z wojaczki najbardziej kocha siedzenie za biurkiem. Okrutna natura wyposażyła go jednak w nieprzeciętny wzrost i siłę, a choć wiecie jak to się skończyło, nie wiecie co się działo pomiędzy. Naprawdę warto to sprawdzić.  Udał się komiks Gauldowi i to w rysunku prostym, a chwytającym za serce.

Vincenta Mallie i Huberta Ciemność (przekład Maria Mosiewicz) jest przepięknie narysowaną i pokolorowaną historią darc fantasy. Tu rycerz uwalniający księżniczkę nie jest bez skazy, a i księżniczka nie spełnia baśniowych wymagań. Opowieść mroczna w pięknych, klasycznych rysunkowych ramach. Co do zakończenia, to jak to w życiu,  bywa różnie... 

Na koniec zaznaczę tylko że czytam Tęczę grawitacji Pynchona (tak, tak, dopiero) i kurna idzie mi opornie. Jest coś co mnie do niej ciągnie, ale jakoś i męczy. Uwielbiam Pynchona we wszystkich jego książkach, które przeczytałam, a  tej, sztandarowej przecież, jakoś trawić mi niełatwo. No, ale może tak ma być właśnie. *W dodatku, jak widzicie, wymaga ona ode mnie wielu "jakosiów"

Na obrazek wklejam herbatę z maciupciej arabskiej filiżaneczki, bo od czasu do czasu palma w mej głowie domaga się dziwnych naczyń.




10 komentarzy:

  1. Bardzo lubię ten Twój sposób opowiadania o książkach — bez pośpiechu, bez potrzeby wpisywania się w chóralny internetowy dyskurs, za to z własnym kawałkiem ciszy i namysłu. ❤️ I chyba właśnie dlatego tak dobrze się Ciebie czyta. Zatrzymuję się przy tych „kilku rzeczach”, które udało Ci się wyłuskać z dziurawego czasu, i oczywiście zapisuję Goliata na swoją listę. A „Tęczę grawitacji” rozumiem aż za dobrze — czasem książka jednocześnie przyciąga i stawia opór. Może niektóre historie po prostu potrzebują swoich własnych „jakosiów”. 😊 A ta maciupcia filiżaneczka jest absolutnie cudowna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba właśnie tak, z tymi jakosiami. Dzięki za czytanie :)

      Usuń
  2. Moja palma pozdrawia Twoją palmę :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. no filiżaneczka widzę i widzę słodkości widzę :-)
    Lalka tez mi sie podoba. amen.

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja w ogóle o niczym nie napiszę. Ha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dosyć długo nie miałam mózgu i dopiero zaczynam podnosić się z tego drobnoustrojowego Waterloo.

      Usuń