niedziela, 12 sierpnia 2018

w kwintę nosem

Właśnie ukańczam 42 rok pelrinażu po tymłezpadole, moja mama w szpitalu dochodzi do siebie po drugim, w ciągu 3 tygodni,  udarze , moja wielka trudna miłość tkwi od dwóch dni w połowie drogi do mnie z rozpieprzoną skrzynią biegów, skurwesenem mechanikiem i kończącym się czasem (tadaaa, jasne czas jest kolisty), siedzę w chałupie na tak zwanej do rymu i rytmu rzyci i nawet na los nie chce mi się złorzeczyć. Przez moment zatrzymałam się pod perseidowym (dziś max radiant) niebem i zapytałam - za co, cholera? Wszechświat odpowiedział mi, że tak naprawdę to za nic, bo z  jednej strony tak wypadło, a z drugiej mnie po prostu nie bardzo lubi i nie ma w tym mojej winy, czasem nie polubia się kogoś i już. A miało być tak pięknie i nie wiać. No to Albania piękna i cudowna, gdyby nie pierwszy udar mamci, a wakacje piękne i cudowne, gdyby nie to, że zlikwidowali moją szkołę, a dzień dzisiejszy miał być cudowny z najcudowniejszym facetem świata, który właśnie w tej chwili musi tkwić w polu kiedy czas spotkania (rzadki niesłychanie) nam się kurczy, więc jeśli do 13 sierpnia nie uda mu się wykrzesać z mechanika współpracy, to już kto wie kiedy się zobaczymy, miał być też dzień z przyjaciółmi, którzy z Bretanii i Włoch i Sieradza na me urodziny naprzybyli, a się wykrzaczyło,  i jak tak się przyglądam swemu jonaszowemu jestestwu, to się straszliwie cieszę, że przynajmniej  mamcia wędruje maleńkimi kroczkami do przodu, bo to przynajmniej jakiś ważny progres jest i optymistyczny. 
Chodzę sobie na tatowy kamień na smentarzu (taki ma pomnik-niepomnik kamień zwykły nieobrobiony, na którym lubię siadać) i tam sobie myślę: "opsiamaćniechtocholerazarazamórfrancaitrądkurwawmordęjeża Tatku!" I tatko mówi mi - asik, no co ja ci martwy poradzę więcej, niż poradziłem za życia - jeśli chcesz coś komuś dać, dawaj zawsze najlepsze co masz, inaczej nie ma sensu i nie poddawaj się kiedy ci się wydaje, że nie masz szans ani siły, bo zawsze gdzieś tam jest schowany jest zapas na czarną godzinę" .  Cholera wie, jak wygląda czarna godzina, więc kto mnie kurew przytuli dziś?




wtorek, 31 lipca 2018

bążur de gąkur

Miseczka postawiona w stanie pustym, w dodatku mająca w zamyśle pierwotnym, w tym stanie pozostać, zaczyna się napełniać, gdyż podobnoż natura nie znosi próżni. Jest na sali ktoś, kto nie doświadczył napełniania się postawionego dla ozdoby, dizajnu, tudzież przypadku, naczynka? Uwielbiam ceramikę dla samej jej ceramiczności, barw, ornamentyki, linii i takichtam, ale gdy tylko zwiedziona krągłością uszka, czy obłością brzuszka, nabędę kolejną miseczkę i cmokając, kręcąc głową po zasięgnięciu opinii trzynastu fengszujów, księgi iczing oraz książki telefonicznej, wystawię rzecz na półce, zanim zdążę się napawić jej idealną harmonią z miejscem, już w miseczce są: agrafki, szpilki, guziki, koraliki, kawałek mydła (przebóg), ołowiane pecyny, grosiwo, zapałki, ucho od śledzia, szton. Zawsze.
To tak tytułem marginesu (sic!)

Myślałam od wczorej o agroturystyce, to znaczy do wczorej też od czasu do czasu myślałam, ale głównie w pozycjach pozytywnych, a wczorej coś mnie tkło. Bo idzie o to, że chociaż racjonalna część wusz docenia i mówi, hej, to naprawdę dobre, to wsiowa wusz, co we wsi mieszka od zygoty, wykazuje się jakąś nieufnością. Po kolei (żeby nie było, sama sobie we łbie tym postem próbuję układać, jak zawsze zresztą)

alfa: człowiek na wsi mieszkały, robi wszystkie te rzeczy, co mają być wywszystkowane, ogóry, pomidory, japki, śliwki i wszelkie mecyje, bo tak robił i tez po to, żeby nie kupować (oczywista obecnie różnie z tym bywa, ale mówię o prawdziwych wsiokach)
agroturystyka wymaga reklamy, zatem się z tego zwykłego robienia czyni rytuały alchemiczne, co paradoksalnie, odziera one czynności z właściwej im, naturalnej magii, a przydaje sztuczna gębę, pazłotko i tetam "duchowość" (sic!)

beta: u nas na Warniji, to agroturystowskie są głównie przyjezdne, co kupują obejścia, zachwycają się, achają, ochają i puszczają achy i ochy w świat. No i wiem, dziwaczę, bo we mnie jest tez ten zachwyt i achy i ochy bo uważam, że drugiej takiej Warmii nie ma na żadnym ze światów, ale ten mój zachwyt wyrasta z każdego kamienia i wądołu, bo tu upłynęło moje dzieciństwo, krzaki noszą ślady krwi z naszych kolan, kamienie leżą tam, gdzie je przetoczyły nasze łapy, a w rowach odciśnięte na wieki zostaną ślady naszych (rysich?) pazurów. Ten nasz krajobraz jest naprawdę przepiękny, a jakoś wkurza mnie, kiedy się nim acha i ocha na sztandarach. Może tez dlatego, że nie chcę za bardzo tu turystów, bo turyści niosą pieniądze, cywilizację i śmierć piękna, niestety

delta: No i to nagłe uduchowienie i krajobrazu i warzyw w ogrodzie i nagle te drzewa takie magiczne (a żebyście wy chociaż zawalczyli o te drzewa) i to zachwalanie "magii i sielskości", a kiedy nie jest się gościem posesji, to psy, ogrodzenia i pohukiwania, ze teren prywatny! tu ludzie przybywają odpocząć od ludzi!

gamma: i nie ufam tym wszystkim artystowskim uduchowieniom. Chyba przez alfa, bo ja jestem wsiowa, tutejsza, a z naszymi tu ludźmi, często robiącymi piękne rzeczy, gada się normalnie, bez żadnych tam uduchowień. natomiast w miejscach "uduchowionych" agroturystycznie, jest specyficzne grono "uduchowieńców" oderwanych od tej ziemi. i to jest chyba to - jakkolwiek podoba im się ta ziemia, są od niej oderwani, unoszą się nad nią, takie pięknoduchy

poniedziałek, 16 lipca 2018

wewnetrzny smutek, który "psuje" krew

Są takie popołudnia, z których nie da się wykrzesać iskry. Napada szarówka, smutek, melancholia, dźwięki turkocącego obok życia drażnią, tivi wkurwia, radio nie wchodzi w rachubę, książka jest brunatną plamą w której mażą się i bełtają słowa, spać się nie chce, tylko się siedzi i gapi. Na nic. Są to popołudnia męczybuły, popołudnia wampiryczne, popołudnia upiory. I zupełnie inaczej te popołudnia się planowało, inaczej, radośniej, pełniej, a wyszło kompletnie inaczej. Siedzi się więc teraz, nie czyta, nie patrzy, nie pisze i z nadzieją odlicza kolejne minuty zmęczenia, które być może w końcu przyniosą długi, głęboki sen. a sen nie przychodzi, jak na złość. Kto nie zna takiego popołudnia,  ręka w górę, nawet płakać nie da się, nawet pić. Wtedy trzeba opowiedzieć. Cokolwiek.

Sporo zrobiło się zaległości w pisaniu bloba, robieniu różnych rzeczy, jeszcze więcej zaległości w pracy nad swoim szaleństwem.

To tak choć trochę nadrabiając: Na ótce rodzaju sasanka, przeczytałam sobie przewodnik Izabeli Lewandowskiej i Edwarda Cyfusa "Magiczne wsie południowej Warmii. Przewodnik historyczno-kulturowy" i byłaby to nawet fajna pozycja, gdyby nie słabe gawędziarskie pióro obojga autorów. O ile gładko poszła mi część wstępna typowo naukowa (p. Izabela Lewandowska), o tyle reszta, która z założenia miała być nieco osobistym rysem warmijskicgh wsi, trąciła ckliwym banałem właśnie w tej przestrzeni. Ale informacji trochę jest, nawet sobie ośle uszy założyłam na jakiś wolniejszy czas do rowerowania, więc bogać tam!

*

Nabyłam tez kilka ładnie wydanych zeszytów z cyklu Miniatury mazurskie i stwierdzam, że w gwarze rzeczy brzmią zabawniej, nie tyle, że zabawne są wyrazy gwarowe, ile, że jakoś tak w gwarze bliżej kości, rubaszniej.
 na przykład:

"A baba od nowa mu wykłada, a gada jak pytel. Zmiarkował (wraz) ze, jek ji nie da, to dostanie po kłembzie, ze ani jeden kudeł nie zostanie na jego ryju."

Emilia Sukertowa-Biedrawina, Diabeł na Mazurach w baśniach i podaniach. Miniatury Mazurskie nr 1

*

Agata Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci, to rzecz nie tylko o samym nobliście, ale podejmująca kwestię Żydów ogólnie. Czyta się, chociaż po lekturze tej książki mam mieszane o Singerze zdanie, pewien mętlik, który stworzył się z porozrzucanych, przemieszanych lekturą tej książki we mnie odczuć wcześniejszych wyrosłych na samej tylko Singera literaturze. Całkiem przypadkowo i losowo sięgam po biografie, tę dostałam od Reteski (Teresy Radziewicz) i myślę sobie o Singerze  jak dawniej, ciepło, z podziwem, ale już też dźwięczą mi myśli pejoratywne, na temat jego skąpstwa, osobowości gburowatej,   nieromantycznej. 
Jeszcze sobie myślę o tych skrawkach, z jakich zbudowała autorka tę książkę, ładnie zbudowała dodam, udatnie, a jak sądzę zadanie było trudne, bo wiele rzeczy zgubionych, zagubionych, niejasnych. Wypełniła więc te dziury obrazami pasującymi, mówiącymi o świecie, tamtym świecie, znikającym, a właściwie już znikłym. I naszym dzisiejszym też

"Jak rodzi się opowiadanie?", zapytał kiedyś syn.
"Na początku potrzebny jest jakiś wątek" - odpowiedział.
- Jeśli już mamy akcję, dobrze, żeby była w nią wpleciona miłosna historia. Wskazane, by w miłosnej powieści uczestniczyło więcej niż dwoje. W uczuciach małżeńskiej pary nie ma tyle siły, co w  miłości tajemnej.
Czasem zdarza się, że mam pomysł, ale nie udaje mi się posunąć wątku do przodu, cała historia ulega zablokowaniu. Nieraz śnię albo mam widzenia na jawie i w kilku scenach zagadka zostaje rozwiązana. mam w swoim dorobku niejedna powieść liczącą kilkaset stron, która utknęła w ślepym zaułku. W takich przypadkach opowieść przypomina zepsutą maszynerię. lepiej posłać ja od razu na złom, niż spróbować naprawić. To będzie wspaniały materiał dla studentów literatury po mojej śmierci.
"To wszystko?" , zapytał syn.
Ojciec wskazał palcem na sufit i dodał " Oprócz żydowskiej głowy potrzeba tez łaski niebios".

(Agata Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci)

*
i niestety najlepsze i najstraszliwsze opowiadania pisze życie

*

Czytam w końcu Niedokończone opowieści Tolkiena w przekładzie Radosława Kota i wkurza mnie ich niedokończoność jednak. zgodnie z zapowiedzią synowską w przedmowie, czyli wszystko gra.
A poza tym to pakuję się do Albanii i dobrze. Czas wyjechać i to już. 


* Tytuł posta jest zagadką dla tow. Janusza Radwańskiego

zdjęcie wybrane na chybiłtrafił i nieilustrujące:



czwartek, 17 maja 2018

Post coitum cada animalis triste

 W miarę jak Vincent pokonywał kolejne kilometry i zdzierał buty, coraz bardziej prześladowało go wyobrażenie tej postaci. 'Chodzi i chodzi ten handlarz starzyzną, niczym Żyd Wieczny Tułacz. Nikt go nie lubi' - napisał
  (Van Gogh Życie, Steven Naifen, Gregory White Smith, tłum. Bożena Stokłosa, Marcin Stopa)


Noszę się jak kura z jajem od jakiegoś czasu, żeby napisać, bo już mi książęta kurz stołowy chłoną, a to literaturze, choć pisane, to jednak nie na płask leżąc. Robót miałam sporo, oczywiście wymówka stała, acz niepozbawiona atrybutów szczerości oraz konfesji, choć prawdą jej nazwać nie mogę, bo jak się chce, to się zamiast spać czy czytać biografię van Gogha, może napisać cośtam.


Dziś  po robocie uległam kusicielskiemu urokowi katatonii fb i tak sobie teraz siedzę i myślę znowu, że ja jakaś tępa i zupełnie nieproduktywna jestem. To znaczy organicznie i indywidualnie wiem, że nie, że jestem i produktywna i niegłupia, na co nawet papiery (w rzyć ich mać) mam, ale jak się tak rozglądam, przepatruję kreatywność, energię, pomysły ludzi i ich twórcze korzystanie z umiejętności (o talencie nie wspomne, bo ja akurat talentów mam mało, gdyż nie mylmy z umiejętnościami), to właściwie robię nic. Trochę piszę, trochę bazgrzę, trochę coś tam coś tam i to ani jest na tyle złe, żeby wyciepnaąć, poniechać, ani na tyle dobre, żeby to jakoś pokazywać. Tu blob pomijam, bo to akurat jest przestrzeń moja ekshibicjonistyczna i dobrowolna dla czytaczy, oraz na tyle poboczna, że się nie stresuję szczególnie jakością. Co oczywiście nie oznacza, że się nie stresuję w ogóle (wszak jestem upierdliwą jak mucha  perfekcjonistką). Oczywiście, że chcę; Pisać dobrze, składnie, sensownie, o czymś, pretensje mieć do pisania ważko, malować udatnie, rysować znacznie, śpiewać niefałszywie, gotować smacznie  i takie tam


Kupiłam w Biedrze książkę: Van Gogh Życie, Stevena Naifeh, Gregory'ego White Smith, tłum Bożena Stokłosa i Marcin Stopa.
1056 stron drukiem niewielkim (nie napiszę drobnym, gdyż to jest zarezerwowane dla urzędniczych narzędzi tortur). Dwie wkładki kolorowe, choć kupując w ogóle ich nie zauważyłam, a czytając dopiero po tygodniu. 




Rzecz barzo dobrze napisana. naprawdę barzo. Przez pierwsze 500 stron   (co wysłałam w smsach do KiZK o dziwnych porach, bo ja zwykle im wysyłam na bieżąco, kiedy czytam, więc pory są dziwne i są przyczynkiem nierzadko lekkiej irytacji krewnych i znajomych królika  w sobotę o czwartej nad ranem), tak  myślałam: "Tak jak uwiódł mnie ten łajdak Modigliani, wzruszył nieszczęśnik Goya, tak Goghowi mam ochotę spuścić solidne manto". Takem pisała nie przeczuwając, że u schyłku książki smarkać będę i szlochać nad małym smętnym kopczykiem. Jak do tego doszło, to już sobie sami przebiegnijcie tę książkę. Polecam, wodziła moje uczucia od najróżniejszych przez najróżniejsze, życzę, niech i Wam* się to wydarzy

*forma "Wam" jest zasadna o tyle, o ile jeszcze ktoś czyta ten blob


*

W przerwach goghowskich czytłam kolejną część Jeżycjady, pani Małgorzaty Musierowicz, Ciotka Zgryzotka. ja tam lubię, choć Janurz odłożył po pierwszym, rozdziale  (a on też jest fanem Musierowicz). Ale ja lubię, a jako biolog jestem nieskomplikowana, gdy Janurz jako poeta, jest niestety powalony (nie w sensie goliatowskim, tylko eneduerabe w głowie, te  poety!)

*

Krzysztofa Mroziewicza zaś Mity indyjskie, to,  uważam, nieco frywolne spojrzenie autora na ostro pokieraną mitologię hinduską. Powiem tak - nie wszystko jest dla mnie jasne w tym opracowaniu, ale autor sam zastrzegł na początku (chytre posunięcie), że taka jest specyfika tej mitologii (to akurat racja).  Warto przeczytać, jest wiele smaczków też, a żeby zachęcić, cytuję:

Teraz przyszła kolej na zwierzęta, które miały poziome kręgosłupy - czworonogi. Krowy bardziej kojarzą się z mrokiem niż z wiedzą. Włażą w szkodę sądząc, że idą dobrą drogą, a tymczasem idą złą. Ich cechami są egoizm, buta i dwadzieścia osiem rodzajów braku zdolności. Mimo, że posiadają pewną wiedzę wewnętrzną, nie znają siebie nawzajem.
 (Krzysztof Mroziewicz, Mity indyjskie)

*(pada tu na ryj koncepcja liczby Dunbara)


No i w tle Dywan wschodni. Antoni Lange (przekład zbiorowy)



wtorek, 1 maja 2018

natura znosi próżnię

Z okna płynie wilgotny zapach zieleni, wałkonię się pozwalając stłumionemu, rozproszonemu światłu nasycać powoli moje ciało, mój pokój. Nie zazna raju ten, który nie umie się wałkonić, leżeć odłogiem, być świętym ugorem tego najszybszego ze światów. Nie jest to próżnowanie, chociaż, to nie prawda, że przyroda nie znosi próżni, bo znosi ją w ilości oszałamiającej, weźmy odległości subatomowe, czy, oczywista, przestrzeń kosmiczną. Nie jest próżnowaniem sycenie się spokojem, nieprzebieranie nóżkami, niemachanie bacikiem, nie jest próżnowaniem cieszenie się i słuchanie w bezruchu, bez wyrzutów sumienia, bez budzika.
Chwalimy się wypracowanymi sukcesami, a przecież nie jest to powód do dumy, tylko najzwyklejsza droga osiągania. Dla mnie powodem do dumy jest umiejętność odpoczynku, czerpania radości z zatrzymania się w biegu, głębokiej przyjemności z zaniechania, wyłączenia kosiarki, zostawienia telefonu i komputera w spokoju albo wykorzystania ich do zupełnie niecnych i niepracowniczych celów, a, i niepowodem do dumy jest najpierwsza, w dzisiejszym świecie, konieczność. 
A tu u nas za chwilę przybędą liczni członkowie drużyny - krewni i znajomi królika, będzie ciepło, będzie światło, będzie uśmiech, serce...



wtorek, 17 kwietnia 2018

Przyglądają się nam sny

Spadł deszcz i zazieleniło się i trochę ochłodło, ale to dobrze, niech mnie kule biją! gdyż przyroda wstrzymywana niższą temperaturą, mniej dozna uszczerbku na początku, a nawet w połowie maja. Niestety liczyć można w tym przypadku już tylko na przypadek lub łaskębożą, bo klimat się zmienił, czegokolwiek by nie mamrotali pod nosem zwolennicy udawania, że jest jak być powinno.

Wiosna, zdaje się, tylko zakochanym dostarcza pokładów niespożytej energii, bo ja to bym spała i spała. Doszłam do takiej wprawy w śnieniu, że mam prawie stuprocentową sterowność snem, zgrabnie omijam największe koszmary, moderuję treść, żeby wygrzebać się z wyśnionych opałów, w najtrudniejszych wypadkach nakazuję sobie się zbudzić. Śnię nawet przy piętnastominutowej drzemce, a zasypiając wiem kiedy zaczyna się senna nakładka. Oto do jakiej perfekcji doprowadzić może nieufny stosunek do obecnej rzeczywistości! 

 Ostatnio w bezsenności śródnocnej przypominałam sobie wszystkie miejsca fantastyczne z moich snów i okazuje się, że spokojnie pamiętam jakieś kilkadziesiąt, a przypominanie kolejnych pociąga za sobą następne i następne. łatwo to zrobić, wystarczy po prostu wyłączyć się ze światła i dźwięku i pogrzebać pod kopułką - samo podpływa.

A a niedawno doświadczyłam po raz drugi w życiu sennego paraliżu. Pierwszy, parę lat temu miał nakładkę z aniołem śmierci, który przechodzi przez mój pokój, zatrzymuje się nade mną i wiem, że mnie widzi. Ten sprzed kilku dni zawierał błękitną postać, która stanęła mi nad głową. Nie byłam w  stanie się ruszyć, dopiero myśl, że to nakładka rzeczywistości śnionej na rzeczywistość fizyczną, pozwoliła mi ruszyć palcem, za palcem poszła ręka i ciało się dobudziło. Rzecz dziwna, choć nieco przerażająca kiedy tak się ruszyć nie można i widzi się te dwie rzeczywistości zmieszane, nałożone na siebie, nierozdzielone, pomimo otwartych oczu i działających zmysłów. 

 Przyglądamy się snom, a sny przyglądają się nam. Oglądamy się z różnych stron, przetwarzamy pod różnym kątem, bo może sen-mara, jest naszym własnym gapieniem się od  tyłu głowy...


A jeśli nie mogę spać, to czytałabym i czytała, bo jeśli nie można w sen, to trzeba zatrzasnąć się przed tym  najponurniejszym ze światów pomiędzy okładkami.

Nabywszy sobie ostatnio kilka czcigodnych pozycji, pozwoliłam sobie niektóre z nich przeczytać i zezwalam sobie polecić

Jerzy Tulisow, Legendy ludów Mandżurii, tom 2 - jak sugeruje numeracja, kontynuacja tomu pierwszego, o którym wzmiankowałam tutej.

Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona, Mitologia słowiańska - Jak zaznaczają autorzy w przedmowie, historie ukute na potrzeby książki, ale oparte na wierzeniach i kulturze dawnych Słowian, z językiem lekko zarchaizowanym, ale też nieprzesadnie, więc zrozumiale i potoczyście pisana. I polecam te pozycję zwłaszcza młodzieży, bo mitologii słowiańskiej, jako konkretnego spójnego kompendium, nie uświadczy się, należy szperać po różnych źródłach, leksykonach, wyszperywać skrawki i z nich jakoś tam składać stos. A tutaj autorzy podjęli próbę rekonstrukcji fabularnej mitu kosmogonicznego, teogonicznego oraz antropogenicznego, złożyli na swój sposób wciągające historyjki dotykające demonologii słowiańskiej i opowiastki bohaterskie. Całość ilustrowana barzo udatnie, uważam, przez panią Magdalenę Boffito. Przeczytałam z wielką przyjemnością.

a propos poszukiwań w źródłach, bardzo rada jestem z nabycia leksykonu Barbary i Adama Podgórskich, Wielka Księga Demonów Polskich, który to tytuł nieco  jest wąski, bo autorzy sięgają po rzeczy ogólnosłowiańskie, jako, że demony z natury latawce, w rzyci mają granice i przenikają się mocno. Typowe opracowanie naukowe z bogatym piśmiennictwem i ilustracjami. Kto się interesuje, rzecz warta nabycia. A właściwie to nawet, jeśli się nie interesuje, to warto mieć.



Craig Cabell, Terry Pratchett, życie i praca z magią w tle, przeł. Edyta Gepfert - zestaw esejów dziennikarskich dotyczących książek pana Pratchetta. Co prawda spodziewałam się większego wow i jakoś specjalnie nie urwało mi dupy, ale jako, że kocham Pratchetta, chętnie przeczytałam.

P.K. Dick, Ray Nelson,  Inwazja z Ganimedesa, przeł Maciej Szymański - historia tocząca się na Ziemi będącej pod okupacją ganimedejskich robaków, a dokładniej w parceli Tenesee, która jako jedyna tętni buntem. Taka rzecz już trochę zwiastująca dickowskie jazdy na temat świadomości, rzeczywistości i teorii spiskowych. Nie jest na pewno najwyższych autorskich lotów, ale ja tam lubię wszystko jego, więc dla mnie must-have.

ot i tyle



sobota, 14 kwietnia 2018

najsmutniejszy cytat świata

"My, mężczyźni, jesteśmy biednymi niewolnikami przesądów - powiedział jej przy jakiejś okazji. - Za to kiedy kobieta postanawia się przespać z jakimś mężczyzną, nie ma takiego parkanu, którego by nie przeskoczyła, fortecy, której by nie zdobyła, ani jakiejkolwiek normy moralnej, której nie byłaby gotowa złamać: i nie ma takiego Boga, który by ją powstrzymał."\

(G.G.Marquez, Miłość w czasach zarazy, tłum.  Carlos Marrodan Casas)