piątek, 15 sierpnia 2014

Z rozmów rodzinnych - O pazerności

Doniesień z Kółka Skrablowego część dalsza:


Mamcia (polonistka z wiecznym "Asia jak ty klniesz!") : Tu już tylko "chuj" mogę ułożyć.

(chwila refleksji) 

Mamcia: Ale to za krótkie...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Z rozmów rodzinnych - Cesarskie konsekwencje

 siedzimy na huśtawce sączymy poncze, ogólnie urodziny...

Mamcia: nie pij tego piwska!

ja: phi, mam urodziny!

Mamcia: ile czasu masz zamiar te urodziny obchodzić?!

ja: bo ja się tak długo rodziłam, że obchodzę kilka dni

Mamcia (z właściwą sobie refleksją):  ja cię tak krótko rodziłam, że wcale nie powinnaś mieć urodzin!

środa, 13 sierpnia 2014

śpiewogry i rój Perseusza

Zajęta byłam gośćmi i obchodzeniem urodzin. Na zdjęciu jest Zinek, ale ja siedzę po drugiej stronie aparatu.




To barzo przyjemne acz dewastujące dla zdrowia, nie da się zaprzeczyć. Nie da się też w moim przypadku tego zdrowia nie dewastować, bo nachodzi mnie piekielny pociąg do zabawy i poniekąd samozniszczenia przez zyg zyg, no i chuf! I lubię! A kawałki ducha, godności i moralnego pokoju będę sobie zbierać później, jak już post wygra z karnawałem.
Niebo tną Perseidy, wczoraj zaczął się był zmasowany ich atak i taki miałam plan, że wyjdę pod niebo bezchmurne (bo bezchmurne było) i zimne i zauważę sto meteorów i wypowiem sto życzeń, a zamiast tego poszłam spać i cała urodzinowa możliwość uczynienia sobie żywota pięknym i wspaniałym, poszła w pizdu i tyle ją widzieli. No więc świat nie okaże się najpewniej piękny i wspaniały, niemniej jednak mam plan by go trochę do tego przymusić. Dziś, siedząc na klopie (barzo dobre i twórcze miejsce) opracowałam strategię onego przymusy, aparat nacisku i ogólne ach och afirmacji, jak znam Czcigodną Panią Przypadek (na mur jest to baba, bo faceci nie są tak przemyślni), cały plan weźmie w łeb tuż za najbliższym płotem. No trudno, opracuję wtedy plan B, później C i będę się martwić, kiedy niebezpiecznie zacznie mi się kurczyć alfabet.
Aha, do urodzin (*nieprzypadkowo wspominam o nich w tym wpisie, gdyż jeżeli jeszcze nie złożyliście mi osobiście, pocztą dramatyczną lub elektroniczną, lub nie umieściliście stosownego kosza róż i małego kotka na fejsbuku, to teraz właśnie jest czas i miejsce, by rzecz naprawić), garść wypróbowanych przyjaciół i rodziny, kiełbasa nadziana wiechetkami estragonu, grillowane pieczarki z warzywami, piwsko, wińsko, śpiewy, świece i świerszcze, tradycyjnie rozdzielone sprawiedliwie wśród ludu poncha i kocyki, a później jeszcze degustacje nalewkowe, kolejni goście, dzionek w Jeziorańskiej pizzerii i Retro i mnożące się ilości alkoholu. Co go z utylizowaliśmy, jakimś dziwnym trafem pojawiał się w najdziwniejszych miejscach. No i tak, panie dzieju, mam 38 lat i moim życiem rządzi Entropia : ]







*

a tu link do drugiego listu Janurza

a tu matkaboska szydełkowa




 A bociany wkrótce odlecą. Odliczamy dni






poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Z rozmów rodzinnych - Kali formizm

z doniesień skrablowych.

mama (do brata mego) - ona oszukuje

ja: no jak oszukuję, jak mogłabym oszukiwać?

mama: ten co wygrywa, zawsze oszukuje

ja: ale jak ci na początku dobrze szło to nie protestowałaś jakoś

mama: bo to ja wygrywałam wtedy

niedziela, 3 sierpnia 2014

***

pęka mi łeb

sobota, 2 sierpnia 2014

śtaroświecczyzna

"Tak to już jest na świecie, że ludzie, którzy robią dokoła siebie wiele hałasu - jeżeli nie zawsze osiągają najwyższe zaszczyty i godności - to w każdym razie zwracają na siebie uwagę. Mogą również dyktować cenę na jedyną chyba na świecie rzecz, na którą nikt nie szczędzi kosztów - na ciszę.'  *


Upał wrócił. po dwóch dniach zachmurzenia i doskonałej temperatury, jest, uśmiecha się paskudnie i ma na imię Andżelika.
Wpadła mi w łapy maleńka książeczka, na której zapisane nazwisko autora, zdało mi się dziwnie bliskie. Nie mogłam sobie jednak przypomnieć skąd ja to nazwisko znam, a nazwiska pisarzy (podobnie jak tytuły, podobnie jak czasem fabułę) przechowuję w bardzo mrocznym i krętym zakątku  dna mojej świadomości, czyli prawdopodobieństwo trafienia do właściwego jest nikłe, sorry, taki mamy klimat. Tak, czy siak nazwisko Grahame w złożeniu z imieniem Keneth wydało mi się znajome i książeczkę (przeznaczoną dla dzieci) wzięłam do czytania. Bo ja bardzo lubię książki dla dzieci. 
Zatem dziś rano, po uprzednich ćwiczeniach cielesnych i trochę duchowych (bo było duszno) jęłam czytać. Im dalej w las, tym znajomsze zdało mi się tło, obraz, szczególna staroświecczyzna pejzażu i słowa. Skądeś już to znałam, gdzieś to widziałam, czułam, byłam już w tym świecie. Oczywista sprawa, że nie zajrzałam od razu do internetów, bo to ostatnia rzecz, o jakiej myślę spędzając przyjemny poranek, ale nie dające mi spokoju wrażenie w końcu zaciągnęło mnie za ucho do biurka. Dobra, kłamię, przylazłam zobaczyć pewien wiersz, ale przy okazji googlnęłam sobie autorskie miano i matkosłodka śniadaniowa, toż przecież - O czym szumią wierzby!

Książeczka, którą spożyłam to zbiór opowiadań Kenetha Grahame'a złożonych pod wspólny tytuł "Wspomnienia z krainy szczęścia". Jak już spiskałam wcześnie jest napisana w tej szczególnej staroangielskiej staroświeckiej aurze, jaką czuje się również w świecie Ropucha, choć tym razem opowiadania przebywają w świecie człowieczym. Czas opłynie tu nieśpiesznie, podobnie jak nieśpiesznie, mimo wyczuwalnej żywotności bohaterów, toczą się historie. Mimochodem naszkicowanych kilka problemów i sprawek z  dziecięcego pokoju, świata, ogarnia przestrzeń ogromniejszą niż parę kartek. Przestrzeń wyobraźni, fantazji, postrzegania i rozumienia rzeczy, mówienia o nich.   Jednocześnie historyjki narysowane są na tyle wyraźną kreską, że można nadal, mimo upływu czasu poprzykładać je do siebie. Z bohaterami (pięciorgiem dzieci) przekradamy się nocą przez pokój, idziemy do cyrku, tropimy smoka, przeżywamy wzruszenia i swoiste miłości. Odkrywamy na nowo pierwszy kształt uczuć, smak biszkoptów, kolor nieba w dzień kanikuły. A wszystko to zdałoby się tak banalnie prosto, łatwo i zarazem niesamowicie. Intensywność i podkorowość wspomnień ze świata, który był i naszym udziałem, wraca na kartach owej książeczki.   Ten kto lubi malowane puzderka, trąbki i nocne koszule, kto lubi bieg boso przez łąkę, wyprawy po śladach odciśniętych w śniegu, znajdzie przyjemność w owym drobiazgu podobno dla dzieci, choć niedzieci.




*
"Nazywaliśmy go Śmiesznym Człowiekiem, zeby odróżnić go od całej reszty nudnych dorosłych ludzi, którym wydawało się, że muszą się z nami od czasu do czasu  "trochę pobawić". Śmiertelnie nas nudzili tym swoim sztucznym humorem, wymuszonymi żarcikami, niby to zabawnymi minami; a wygłupiając się straszliwie, na pewno schlebiali sobie, że są bardzo śmieszni i dowcipni; ale my, którzy musieliśmy to wszystko wycierpieć i jeszcze udawać, ze nas to bawi - my wiedzieliśmy lepiej, kto jest naprawdę coś wart.
Gdy zobaczył nas, wstrzymał nieco konia, bryczka potoczyła się wolniej i zatrzymała przy nas. Potem oparł głowę na ręku i przyglądał nam się przez chwilę w milczeniu i z głębokim namysłem: a my podskakiwaliśmy radośnie, usmiechając się do niego niesmiało i wyczekująco. Nigdy nie można było przewidzieć, co zrobi albo co powie.
- Wyglądacie znudzeni - mruknął - straszliwie znudzeni. A może - powiedzcie mi - może jesteście żonaci?
Zapytał o to tak szczerze i z takim smutkiem, że natychmiast zaczeliśmy go pospiesznie zapewniać, że jak dotąd żaden z nas nie wstąpił jeszcze w związki małżeńskie, choć przecież - wydawałoby się - powinien o tym wiedzieć znając nas od dawna doskonale.
- A zatem to jedynie nuda - stwierdził - nuda, przesyt i obrzydzenie do świata. No dobrze! Jeśli, jak mnie zapewniacie, nie jesteście żonaci, to może macie ochotę na małą przejażdżkę? Ja też jestem śmiertelnie znudzony i pragnę dokonać czegoś wielkiego i niezwykłego.
Piszcząc z zachwytu, wskoczyliśmy do bryczki; Harold zapytał go, gdzie pojedziemy.
- Moja żona - powiedział - kazała mi jechać po proboszcza i przywieźć go na podwieczorek.
Czy waszym zdaniem jedzenie podwieczorku w towarzystwie proboszcza nie jest  zajęciem dostatecznie podniecającym?
Miny nam się wydłużyły. Proboszcz, który własnie świeżo objął  parafię, nie odniósł sukcesu towarzyskiego - przynajmniejw  naszych kołach.
- Ale ja nie pojadę na probostwo - dodał weselej - Wprawdzie żona kazała mi jeszcze wstąpić gdzieś tam po drodze i o coś tam zapytać - ale mniejsza z tym. Słuchajcie: oto jest nas trzech zgnębionych ludzi, którzy mają wszystkiego dosyć. Może byśmy tak pojechali do cyrku, co?
Nie jest łatwo mówić, a jeszcze trudniej pisać o chwilach uniesienia i radości. Rozmaite odcienie i różne napięcia uczuć, jakie się wtedy przeżywa, mogą być czasem nieźle wyrażone słowami przez tych, którzy mają specjalne w tym kierunku uzdolnienie. Ale to coś, co ma się w sobie, co zaczyna gdzieś w głębi radośnie podskakiwać, aż wskoczy do gardła i dławi tak, że oddychać nie można - kto by umiał to wszystko opisać i nie umrzeć po dokonaniu tego z zachwytu? Wiedziałem jedynie, że gotów jestem natychmiast i bez chwili wahania oddać radośnie i wesoło me życie za Śmiesznego Człowieka - nie bacząc na to, że mogłoby to grozić niepójściem do cyrku. Marzyłem aby natychmiast otoczyła nas gromada Indian i bym mógł pokazać, do jakiego bohaterstwa jestem zdolny, aby tylko jego ocalić; i czując to wszystko i nawet znacznie, znacznie więcej - nie umiałem znaleźć ani jednego, choćby maleńkiego słowa, żeby mu o tym wszystkim powiedzieć.
 Haroldowi te rzeczy łatwiej przychodziły. Przenikliwym, radosnym głosem odśpiewał wspaniałą, nieziemską pieśń cyrku. O tym, jak cyrk powstał z Kosmosu niby wspaniała błyszcząca gwiazda; o koniach cyrkowych, o ich wdzięku, sile, sprawności i tańcu; o klaunach, o żonglerach i trapezistach, o trupie liliputów i o wiecznotrwałej, niezniszczalnej chwale cyrku. I o niej śpiewał, o Królowej Areny - o harmonii jej ruchów, blasku jej oczu, i subtelności kształtów. A może wydawało mi się, ze Harold o tym wszystkim śpiewał? Bo słyszałem jedynie jego zachwycone, nabrzmiałe znaczeniem okrzyki: "Jedziemy do cyrku! Jedziemy do cyrku!""  *

*

i jeszcze przepis na słowo odmowy, bardzo chwytający za serce i uśmiechający człeka

"Tymczasem doszedłem do miejsca, gdzie spotkaliśmy się rano. Wspiąłem się na płot i przechyliłem. Stała niedaleko ode mnie odwrócona plecami i ... No cóż? Nigdy nie można dokładnie przewidzieć, co się stać może - rozmawiała z Innym Chłopcem. Oczywiście są chłopcy i chłopcy - a Bóg mi świadkiem, ze nigdy nie miałem ciasnych poglądów. Ale to był syn pastora - antypatyczna, złośliwa i płaczliwa bestia. Jedyną jego zaletą było to, że hodował łasice: i najwidoczniej tą swoją specjalnością właśnie się posłużył, aby zająć moje miejsce; oboje pochyleni byli nad czymś, co trzymał pieczołowicie w rękach. Drżąc z niepewności, zawołałem: "Hej!", ale jakoś słabo zabrzmiał mój okrzyk. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Więc znowu zawołałem: "Hej!" grubym, nieswoim głosem. Jednocześnie poczułem gorzki smak zawodu i ból odniesionej porażki. Odpowiedziała mi jedynie bardzo skomplikowanym gestem, który raczej trudno jest opisać; odrzuciła w tył głowę, wstrząsnęła lewym ramieniem i jakby kopiąc w tył, machnęła prawą nogą - a wszystko to wykonała jednocześnie. Wystarczyło, abym zrozumiał, co to znaczy.
Chłopak,z  którym rozmawiała, nawet nie spojrzał w moją stronę. Zszedłem z płotu i udałem się do domu szarą, nudną drogą.
W pierwszej chwili nie miałem nawet ochoty, żeby zboczyć do mojego ukochanego Czekoladowego Pałacu, który tak niedawno odwiedziłem w jej towarzystwie..."   *


* Wspomnienia z Krainy Szczęścia, Keneth Grahame (spolszczył Andrzej Nowicki)

piątek, 1 sierpnia 2014

W odpowiedzi na pismo Janusza Radwańskiego - słodka ułuda, a surogat




Wielce szacowny i drogi mi  Panie,

przyznaję, że sztuka epistolografii jest Panu tak, jak piórko bogini Maat, które i lekkim, i zarazem ważkim jest obiektem. Z przyjemnością zaznaczam, że wszelkie rzeczy wspólnego nam poczucia, któreś Pan raczył przedstawić  potwierdzam i za ich wyjęcie dziękuję, bo łagodnie mnie nastroiły i list Pański  uprzyjemniły niezwykle.Jednak do baranów;

Pisze mi Pan o słodkiej ułudzie, którym to zwrotem już lekko mamić usiłujesz i wkładać rzecz malarzy hiszpańskich (w tym jednego pomieszkującego w swoim czasie we Francji oraz jednego, który a la gitarra strzelał do złychniegodziwych) w przestrzeń zarezerwowaną nie dla oszustwa, a dla marzeń.

Owszem słodka ułuda jest i będzie potrzebna, tu się z Panem w tysiącu mil (albo ile tam do Kolbuszowej jest) zgadzam lecz wtedy, kiedy jej finał, czy rozwiązanie jest na tyle mgliste i niespodziewane, że ból dotykający nas po rozwianiu owego welonu trzymającego nas w lekkim zamgleniu i ciepłym rozmarzeniu, nie jest udziałem topornego oszustwa, a nieoznaczoności właśnie. Taką ułudą jest mrzonka miłosna, plany na przyszłość, wizje zagranicy/ zaświatu, że jest tam piękniej i nas to piękno, jak jasny szlag trafi, porazi i wypełni, kiedy już tam się dostaniemy. Taką ułudą jest też i religijne poczucie bytu za bytem, co przyprawiało niejednego ascetyka o dreszcz rozkoszy, a świętą Tereskę nawet o ekstazę. Tych ułud nie gromię, to są ułudy święte i potrzebne, bo bez nich życie płynęłoby nam jak po nieheblowanej desce, a to wiadome, posunąć się ledwo da i rzyć boli. Na to jest potrzeba znieczulenia, rozmglenia, rozkosznego popędu ku światłu.

Ułuda, którą mi Pan przedstawia jako potrzebną i słodką, nie jest jednak z tego gatunku. To najzwyczajniejsze w świecie kłamstwo i niespełniona obietnica. Wyobraźmy sobie grobowiec trackiego wojownika w Kazanłyk (Bułgaria), czy też wzmiankowane przez Pana w rozmowie naszej bezpośredniej malowidła z Lascaux, otóż zwiedzającym ze względu na wagę rzeczy i grożące im (malowidłom, nie zwiedzającym, chociaż kto tam wie) z tytułu zwiedzania niebezpieczeństwo dewastacji, a nawet zaniku, udostępnia się repliki. Czy to jest oszustwo? Nie, traktujemy to jako model 1:1, rozumiemy wagę argumentu zakazującego lizania oryginalnej n-letniej ochry na ścianie, omiatania wzrokiem oraz laserem aparatów. Dobrze, rzekłby ktoś, to dlaczego nie cieszyłaby nas replika w skali 1:1 wystawiona na dworcu w Bydgoszczy – to samo, a i Bydgoszcz wiele by skorzystała biorąc pod uwagę możliwość pojawienia się  rzeszy miłośników starego graffiti. Otóż nie, w Bydgoszczy nie jest już tak samo, ponieważ to, że dostępna jest zwiedzającym replika (na co się godzimy) to jedno, drugie zaś, to replika umieszczona w okolicznościach tych samych, w jakich znajduje się oryginał. Zatem można poczuć chłód tej samej skały, zapach tego samego powietrza, światło tych właśnie gwiazd, które nad oryginałem świecą. Cały ten entourage, który potęguje wrażenie poznania (chyba też po to Panoramie Racławickiej dorobiono podwórze).

Rysunki mistrzów, taka była zapowiedź wystawy wrocławskiej. Rysunki mistrzów, a nie kopie, kserówki i n-te odbitki, w dodatku za 40zł! Te 40 złotych, złociszy to już część naprawy mojego aparatu fotograficznego, miesięczny posiłek dla moich kotów, które miłośnikami sztuk są, ale tylko kulinarnych.  To 40 zł to cena chytrości, nie ułudy. W tym przypadku przychodzimy po prawdę i taką mamy nadzieję. Przychodzimy po aurę, po maźnięcie ręką mistrza i za tę rękę, gdy jej już ucałować nie można, za tę dłoń szacowną, gienijalną gotowi jesteśmy kotom swym miesiąc na chlebie wystawić, szkicować portrety rodziny długopisem, a kto wie, może nawet jedynie nosić je w pamięci! . Może mi Pan rzec, że dla laika czy dyletanta oryginał/kopia, to wszystko równa nóżka, że w ogólnym, większym rozrachunku to naprawdę nie ma znaczenia. A jednak jest coś, co może się wydać myśleniem nieco magicznym, a jednak obstaję przy nim opierając  na własnych doświadczeniach z oryginałami. Jest coś, specyficzna aura, która przechodzi po palcach mistrza. Nie musisz czytać nazwisk, czasem stajesz przed obrazem i niechby różniły się kładzeniem farby, a jednak czujesz różnicę, czujesz jak się światło układa z farbą, jak pracuje na fakturze, dostrzegasz genialność boszowskiego szczegółu (te obrazy w pierwszym odruchu są wręcz niepozorne i na wstępie czuje się coś na kształt zawiedzenia, by po chwili już wsiąknąć na długie godziny). Nie, nie przekona mnie Pan, że to żadna różnica – powiedzieć oryginał, a sprzedać erzac. To kłamstwo i niegodziwość, choć w przypadku Wrocławia to raczej zwykła głupota, niestety wyceniona nazbyt drogo. I choć psia kupa mogłaby być wielce pomocną, takoż plucie na klamkę, ja się jeno fuknięciem zaznaczę i życzę durniom, co pieniądze trwonią nie sprawdziwszy pierwej rzeczy, jaka ona w kształcie jest, żeby im miast mebli rattanowych do ogrodu przysłano zgrabnie spleciony chiński plastik, prawie jak prawdziwy, jak spojrzysz pod światło, naprawdę nie znać różnicy.

W tym to miejscu serdecznie Pana pozdrawiam i liczę na to, że ma Pan kosę porządną do wielokrotnego klepania, nie zaś przez domokrążnego akwizytora przyniesione składane cacko z dziurką.

Joanna