sobota, 3 lipca 2010

dzień świata

poranek

zapach kawy i chleba wewnątrz. za oknem jaskółki stawiają swoje pierwsze kroki w powietrzu. kręcisz się i mamroczesz przez sen, jeszcze nie wiedząc, że świat trwa już przynajmniej od godziny

*

popołudnie

słońce pławi nas w miriadach żarliwych fotonów. zanurzeni w koronie lipy, w tej pachnącej miodem ułudzie, zrywamy jej lecznicze kwiaty. podczas całej operacji trzeba uważać na pszczoły, które z kolei uważają to miejsce za swoje terytorium. kwiatu jednak wystarcza dla ludzi i dla owadów.

*

wieczór

huśtawka. odpychamy się, żeby za chwilę powrócić w to samo miejsce. pokazuję ci polujące nietoperze, jak zwinnie nurkują, zwiedzione hałasem podrzuconego w powietrze kamyka. kamyk tnie przestrzeń, a my zaczynamy śpiewać na całe gardło o tym, jak bielą się świty.

piątek, 2 lipca 2010

skandynawsko

"...Uważano mnie za bystrego i pomysłowego młodego człowieka, inaczej być nie mogło. Ci, z którymi rozmawiałem, byli ode mnie trochę starsi, a wśród nich znajdowało się wielu marzycieli i niebieskich ptaków. Większość miała artystyczne ambicje, a przynajmniej postrzegali siebie jako artystów. Ja uważałem ich za ludzi o ograniczonych horyzontach. Niektórzy wydali jakiś zbiorek wierszy albo powieść, inni twierdzili, że "piszą" albo "chcą pisać". Gdyby tego nie mówili, czuliby, że brak im usprawiedliwienia. Właśnie w tym środowisku rozpocząłem swoją działalność. Gdy któryś z kompanów od wina wspominał, że "pisze" lub "chce pisać", od czasu do czasu pytałem o czym. Najczęściej nie umieli odpowiedzieć. Wydawało mi się to dziwne. Już w owym czasie - a od tamntej pory w narastającym stopniu - dostrzegałem komizm w fakcie, że kultura rodzi ludzi, którzy umieją i chcą pisać, lecz nie mają niczego do powiedzenia. Dlaczego niektórzy "chcą pisać", skoro szczerze i otwarcie przyznają, ze nie mają nic doi przekazania innym? Nie mogą wymyślić sobie innego zajęcia?"

Jostein Gaarder "Córka dyrektora cyrku" tłum.Iwona Zimnicka

*

No i przeczytałam przedostatnią książkę, z tych, co miały być na podróż. nie mogłam się opanować, acz nie żałuję oczywiście.
nie jest mocno wredna, satyra jest na tyle wyważona, że pozwala na znalezienie furtek do zaparcia się (niby św Piotr) uczestnictwa w tym spektaklu, niemniej jednak pozostawia w głowie wyżłobione koryto, do którego pasować będzie myśl zwątpienia, nieufności wobec własnego myślenia i działania, swoistej podejrzliwości względem siebie. to dobrze.
ponadto jest na tyle dowcipna i wręcz kryminalnie wciągająca, że czyta się z ogromną przyjemnością i bez zwłoki na jeści, pici, spaci, tivi, no, ale o tym, jeśli idzie o Gaardera, już przecz wiemy.
w jakiś sposób jest pokrewna z 'Dojrzewaniem błazna' (J.Gardell), ale nie przez temat jaki porusza, tylko przez warstwę emocjonalną.
i coś, kurna jest w tych skandynawskich pisarzach, bo zaraz, jako trzecie nazwisko, przychodzi mi Enquist i usadawia się w tej przestrzeni przyjemności książki ze specyficznym poczuciem materii ducha.

**

tak na marginesie, kto wie, gdzie jest moja 'opowieść o Blanche i Marie"? Bo właśnie zajrzałam do biblioteki, żeby nie zrobić błędu w nazwiszku i dojrzałam brak jednego tytułu! psiamać!

***

a tak już tropami samych poczuć idąc, to nie mogłam się opędzić od myśli o delikatnej mgiełce Gaardera w Parnassusie Gillama. bardziej w obrazach i jakimś niejasnym odczuciu, niż w szlaku skojarzeniowym nawet. możliwe też że połączył ich po prostu circus.

aloha :)

Braciszkowie

Popatrzmy na ' Fra Angelico



i 'adorację' Fra Filippo Lippi



i na razie o tym poniemówmy

*

i esceo spoza braci klasztornej
Filippino Lippi

perska podróż przez czas

pulchna , takim słowem określiłabym książkę "Cud w Esfahanie" Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego.
to dobre słowo.

czwartek, 1 lipca 2010

poranki blaszanki

"W zimie budzi nas w tym mieście, zwłaszcza w niedzielę, dźwięk jego niezliczonych dzwonów, jak gdyby za tiulem firan w perłowoszarym niebie wibrował na srebrnej tacy gigantyczny porcelanowy serwis do herbaty. Otwieramy okno i pokój w jednej chwili zalewa ta kłębiąca się na zewnątrz, przesycona dzwonieniem mgiełka, która składa się po części z wilgotnego tlenu, po części z kawy i modlitw.
Niezależnie od tego, jakie pigułki i w jakiej liczbie musimy tego ranka połknąć, mamy poczucie, że nie jest to jeszcze nasz koniec. I podobnie niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy panami samych siebie, ilu doświadczyliśmy zdrad, jak bardzo dogłębna i zniechęcająca jest nasza samowiedza, zakładamy, że wciąż istnieje dla nas jakaś nadzieja, a w każdym razie przyszłość. (Nadzieja, jak wyraził się Francis Bacon, to dobre śniadanie, ale zła kolacja). Optymizm ten bierze się z mgiełki, z jej składnika modlitewnego, szczególnie jeśli jest właśnie pora na śniadanie. W takie dni miasto istotnie ma w sobie coś porcelanowego - jego kryte cynkiem kopuły przypominają czajniki lub odwrócone filiżanki, a pochyłe profile dzwonnic pobrzękują jak porzucone łyżeczki i roztapiają się w niebie. Nie wspomnę już nawet mew, czy gołębi, to wkraczających ostro w sam środek pola widzenia, to znów rozpływających się w powietrzu.

(Josif Brodski "Znak wodny" tłum. S. Barańczak)

*

Znam to cudowne uczucie poranka, to taki poranek utrzymuje mnie w całości nawet wtedy, kiedy wieczór żąda ode mnie już tylko rozsypki. co prawda tu, gdzie jestem, nie ma zwielokrotnionego dźwięku różnorakich dzwonów, ale jest to samo światło i mgła ta sama. one są w każdym miejscu, gdzie nadzieja miesza się z rozpaczą pod nieludzkim niebem, w nieludzkim powietrzu, które trwa samo w sobie, niewrażliwe na nasze stany, co przynosi jedyną, możliwą ulgę. jedyną szczerą.
a książkę przeczytałam jednym tchem. może sprawił to ten głód, który każe po dniach wypełnionych lenistwem, gadulstwem i alkoholem (jakkolwiek przyjemne to dni), zanurzyć łeb w chłodny i cichy świat myśli, a może towarzyszyła temu głodowi jakaś wyższa okoliczność, która tę książkę włożyła w moje ręce dziś w księgarni, na pewno zaś magia samej książki.

azaliż

sceneria: popołudniowy, tonący w upale ogród, olbrzymia lipa, w jej cieniu gniazdo bocianie, na gnieździe bocian i trzy bocianiątka. opodal stara studnia, jabłoń, dwoje ludzi pogrążonych w rozmowie.

Ja: (coś tam pieprzę bez ładu składu i umiaru)

Jakub: (słucha)

Bocian: (klekocze donośnie)

Jakub: (z uniesieniem) Dzięcioł!