czwartek, 22 marca 2018

nie śpieszmy

 rozmawiamy smsowo z Zinkiem o prokrastynacji, ilości czasu, czytaniu i kontaktach z  ludźmi:

Zina: na szczęście dni jest więcej niż ludzi więc...
ja: czyli jak skończą się ludzie, to zostanie jeszcze sporo dni na czytanie?

Przede mną kolejny egzamin podyplomowy, tym razem komisja stwierdzi, czy mogę zostawać panią przedszkolanką, gdybym na ten przykład miała nią zostawać i jak zwykle spycham przygotowania nogą pod różne sprzęty domostwa, a to pod szafę, a to pod pralkę, nawet pod lodówkę udało mi się je wepchnąć, skąd następnie wywlokłam je uczepione mokrej szmaty. Dzielę czas na czworo, bo mus było skończyć książki pożyczone.

Sprzedawczyk, Paul Beatty, tłumaczenie Piotr Tarczyński. 
Najpierw trochę kręciłam nosem, ale może to z powodu emorozkojarzenia , bo kiedy weszłam pomiędzy kartki, to już barzo dobrze było i lepiej nawet. Przezacna, z doskonałym poczuciem humoru, książka o ważnej rzeczy, jaką jest poczucie tożsamości i jego roli w naszym świecie. Przy czym to poczucie tożsamości jest tu zironizowane, poobdzierane z wzniosłości i wysokich godności papierek po papierku. W skrócie tak - miasteczko Dickens znika z mapy z powodu swojej zaściankowości i znikomości istnienia. Jeden z mieszkańców, syn lokalnego (dość porąbanego) psychologa, usiłuje naprawić stan rzeczy w dość niekonwencjonalny sposób - otóż usiłuje przywrócić niewolnictwo.

A tutaj taki sobie wyimek, próbka pisania pana Beatty

"Nigdy wprawdzie nie rozumiałem koncepcji miasta partnerskiego, ale zawsze mnie ona fascynowała. Sposób, w jaki te bliźniacze, jak się je czasem nazywa, miasta wybierają się i zalecają do siebie, przypomina bardziej kazirodztwo niż adopcję. Niektóre związki, jak Tel Awiwu i Berlina, Paryża i Algieru, Honolulu i Hiroszimy, mają sygnalizować koniec wrogości oraz początek ery pokoju i dobrobytu. Są aranżowanymi małżeństwami, w których miasta z czasem uczą się kochać siebie nawzajem. Inne to małżeństwa z przymusu, bo wieki wcześniej, na pierwszej randce, która wymknęła się spod kontroli, jedno miasto (np. Atlanta) zapłodniło inne (np. Lagos). Niektóre miasta żenią się dla pieniędzy i prestiżu, inne po to, żeby wkurwić ojczyznę. Zgadnij kto przyjdzie na obiad? Kabul! Raz na jakiś czas dwa miasta spotykają się i zakochują w sobie z powodu wzajemnego szacunku i wspólnego zamiłowania do pieszych wycieczek, burz i klasycznego rock and rolla. Na przykład Amsterdam i Stambuł. Buenos Aires i Seul. Ale w dzisiejszych czasach, kiedy przeciętne miasto jest zbyt zajęte bilansowaniem budżetu i dbaniem by infrastruktura nie rozsypała się w drobny mak, większość miast ma problemy ze znalezieniem bratniej duszy, więc zwracają się do organizacji Miasta Partnerskie Świata - międzynarodowej swatki, która szuka  wybranków serca samotnych miast. Choć dwa dni po imprezie urodzinowej Sorga wciąż miałem kaca (jak cała reszta Dickens), byłem wniebowzięty, więc odebrałem telefon od pani Susan Silverman, konsultantki miejskiej, która zadzwoniła w sprawie mojego wniosku.
- Dzień dobry. Dzwonię, żeby powiedzieć, że z przyjemnością zajęliśmy się pańskim zgłoszeniem do Międzynarodowego Bractwa Miast, ale mamy problem ze zlokalizowaniem Dickens na mapie. To gdzieś w pobliżu Los Angeles, prawda?
- Kiedyś byliśmy oficjalnym miastem, ale teraz jesteśmy raczej terytorium okupowanym. Jak Guam, Samoa Amerykańskie, czy Morze Spokoju.
- Więc jesteście państwo nad oceanem?
- Tak, oceanem smutku.
- No cóż, to nie szkodzi, że nie jesteście miastem uznawanym, MPŚ łączył już wcześniej takie organizmy. Na przykład nowojorski Harlem i włoska Florencja, z powodu swoich renesansów. Dickens nie miało renesansu, prawda?
- Nie, nie mieliśmy ani jednego dnia oświecenia.

(Sprzedawczyk, Paul Beatty, tłumaczenie Piotr Tarczyński)

*

Druga to Gormenghast, Meryng Peake, tłum Jadwiga Piatkowska. 
Napis na okładce głosi, że druga część trylogii, ale na razie jedyna przeczytana przeze mnie. początek Na początku zdał mi się mocno ambitnie potraktowany - mieszanka Kafki, Gombra i  Viana, w warstwie wizualnej Dudy-Gracza i Beksy i nawet niegłupio to wyszło, a później autor jakby odzyskał swój własny język w dłoni i przewiosłowałam już na jego własnej fali przez tom. Rzecz dzieje się w zamczysku Gormenghast, które to miejsce jest całym światem mieszkańców, posiada  własną, leniwą i starożytną osobowość, wolę, potrzeby realizowane i realizujące się poprzez cykle dziwacznych i absurdalnych rytuałów. jest młody panicz, dziedzic Gormenghastu , który przeciwko tej woli staje ze swym młodzieńczym buntem, jest też historia kryminalna, ale tę to już sobie sam, jak ktoś lubi literaturę fantastyczną.

"Tytus ma siedem lat. Jego granice wyznacza Gormenghast. Wykarmiły go cienie, odłączono od piersi niejako na sieci obrzędów, w uszach ma echa, w oczach kamienny labirynt, lecz mimo to w jego ciele jest coś innego - coś innego niż to cieniste dziedzictwo. Jest bowiem przede wszystkim dzieckiem."

 (Gormenghast, Meryng Peake, tłum Jadwiga Piatkowska. )

*

i na koniec
Bob Dylan, Tarantula, tłum. Filip Łobodziński. Nieeee wiem, zmęczyłam się nią, nie podzieliłam entuzjazmu pana Łobodzińskiego.

środa, 28 lutego 2018

z kąta warsztatu


smog, durna polityka, w Arktyce biją na alarm, klimat się sypie, gatunki wymierają, ludzie dalej drzewa rezają, a w sieci straszna sprawa, ze rossman polski droższy niż w Niemcandii.
 o mój dobry panie losie i cóż nam czynić przyjdzie, gdzie w stosowne substancje okołourodowe się zaopatrzać, czy może pójść na dno tego najponurniejszego ze światów nieumalowanym?
się na pewno starzeję, bo mizantropia moja rośnie i kostnieje. włóknozrost przekształca się w chrząstkozrost i na kość zarasta. dzieci łiliama i kejt biorą grubą kasę za udzielanie opinii publicznej lic, a małym misiom polarnym nikt nie płaci za okazywanie się na papierze toaletowym i za zupełne darmo populacja podciera sobie nimi rzyć sensu stricto. robi mi się od tego strasznie smutno, a nie sprzyja w dodatku wycie pił motorowych przez calutkie dnie, bo ma się na koniec lutego i czym prędzej trzeba wyciąć co tam jeszcze dookoła zostało. sromam się w imieniu i za tę najgłupszą z małp, co się szumnie nazywa człeczyzną, sromam się z powodu bezmyślności i przepysznego zadufania sw wew se.
na polu osobistym coś jakby ugór od jakiegoś już czasu. szkołę nam wydzierają siłą, sprawy sercowe odarły sobie mordę tuz po tym, jak zostały skopane ze schodów, żeby szybciej sobie zeszły, snu jest zbyt mało, bo roboty z kolei dużo i odruchowo szukam na mapie Omska. kiedyś jechałam transsibem przez Omsk, to mogłam wysiąść, tylko wtedy byłam pełna entuzjazmu i wiary we wiarę co góry przenosi, a teraz to bardziej wierzę w Omsk. właściwie w niego to nawet nie trzeba wierzyć, bo Omsk jest.

skończyłam wreszcie Sześć światów Hain, Ursuli le Guin (tłum. Danuta Górska i Lech Jęczmyk), przeczytałam Legendy Górnego Śląska w tłumaczeniu Kristiana Cipcera - bardzo ładne, dwujezyczne wydanie, Historię używek Jarosława Molendy - dość fajny wstępniak do tematyki, tomik Podgłosy Franciszka Olejniczaka - uczucia mieszane, bo pisanie świetne, świetne frazy, tylko nie zawsze spójnie i jasno mi się układa odpowiedź na pytania - po co i o czym; przeczytałam też wiele uczniowskich zeszytów i karciąt, ćwiczeń i notaciąt, za to  napisałam jedną pracę podyplomową, srylion scenariuszy lekcji, kart pracy i ani jednego wierszyka.

byłam na balecie gruzińskim (kolejne z moich pragnień spełnione i to o dziwo nie w Gruzji, tylko u nasz, na Warmii), byłam na świetnym koncercie młodej orkiestry perkusyjnej Marim Band pod batutą Michała Niedziałka - młodziaki dali czadu, ze smętnego nastroju wyciągnęli mnie za uszy, że mi się jeszcze nazajutrz micha śmiała, chociaż spotkanie z wójtem znowu w sprawie szkoły  i wcale nie do śmiechu. i to chyba tyle.

sobota, 27 stycznia 2018

owoc żywota

akurat siedziałyśmy z siestrą nad stołem


Leniwym organem

Och, czuję feblik do organów. Piszczałkowych, piszczałkowych! zawsze mię się fantazjuje, jak prowadzę swego nadąsanego i niechętnego umiłowanego, zwanego dalej Umiłowanym do kościoła naszego Jana w oleju, wciągam go wierzgającego, opierającego się i plującego przez wrota, później wciągam go po schodach* na chór  i szast prast, wyrywam mu serce z posad swoją wirtuozerską grą na organach - póć organie na organa! (*kwestie techniczne mojej fantazji dotyczące wzrostu/postury jego i mojej są jeszcze do dopracowania )
Ale, że nie umiem wydobyć z organów piszczałkowych nawet jednego beku (prawdopodobnie), to na razie skupiam się na słuchaniu i dlatego też ucieszyły mnie w tym sezonie naszej Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej, mistrzowskie piątki organowe. I wczorajszy był mistrzowski - pan Łukasz Mateja grał i grał jak młody bóg i tylko pani się trochę niedobrze ubrała do przewracania nut i wciskania mu tychmutam pod spodem, gdyż  wybijała mnie ze słuchania myśl (pod wpływem siatkowej bluzki pani)  że czeka mnie jeszcze polowanie na biustonosz, czego nie lubię, bo jestem przeciwna myślistwu i hegemoństwu.  Koncert wszakże był świetny, a co tam w  nim grało, to tak:

Dietrich Buxtehude –  Preludium g-moll BuxWV 149
Johann Sebastian Bach –  Chorały: O Mensch, bewein dein Sünde groß BWV 622 (z Orgelbüchlein), Komm Gott Schöpfer, Heiliger Geist” BWV 667 (z Chorałów lipskich), Nun komm, der Heiden Heiland” BWV 659 (z Chorałów lipskich)
Johann Sebastian Bach –  Toccata i fuga d-moll BWV 565
Felix Mendelssohn-Bartholdy –  Sonata c-moll op.65 nr 2
Cesar Franck –  Preludium, fuga i wariacja h-moll op.18
Bogusław Schaeffer – Zima (IV Sonata z cyklu Cztery Pory Roku na organy solo): Grudzień; Styczeń; Luty – prawykonanie polskie
Peter Planyavsky – Toccata alla rumba

*





Minął mi tydzień ferii i chociaż mam pisać prackę podyplomackę kolejną, to spławiłam ten czas czytając i warcząc na tych, którzy usiłowali mi w tym przeszkodzić. I śpiąc, bo jestem seryjnie niedospanym dziełem boskim (no już tam by tak nie było, żeby mnie jakieś bogi nie stworzyły)

co tam ostatnio to to:

Dicka polecam oczywiście ha! Labirynt śmierci (tłumaczenie Arkadiusz Nakoniecznik), ale ja tam bezkrytyczna jestem w stosunku do Dicka, więc możecie marudzić. znaczy mogę sobie go rozdysputować śródziech z podziałem na role mojej roztrwonionej na osobowości jaźni, ale gdybym miała przeciwko niemu podnieść publiczny płomień boży to uchowaj boże!
Rzecz jest lekko paranoiczna ze świetnym zakończeniem

Kolejny komiks Jacka Świdzińskiego, Powstanie film narodowy. No uważam autora za jednego z najlepszych obserwatorów rzeczywistości polskiej z genialna kreską i genialna lapidarnością tekstową, która ciągnie się przez wiele stron, a to nie zarzut, to jest głęboka wredna przyjemność ironiczna na stronach tych.

Tolkien, Opowieść o Kullervo, pod red. Verlyn Flieger, tłum Agnieszka Sylwanopwicz - to akurat dla miłośników mitologii, podań, baśni, ja takąż jestem i gromadzę te sprawki od 10 roku życia świadomie. A opowieść tolkienowska i opracowanie jej dotyczy wyimku z Kalewali oraz Kalewali samej, więc jak kto lubi

podobnie jak Pieśń o Beowulfie  oraz Sellic Spel (J.R.R Tolkien, pod red. Ch.Tolkiena, tłum. atarzyna Staniewska i Agnieszka Sylwanowicz), czyli tolkienowskiego opracowania poematu staroangielskiego z komentarzami. Ku mej radości niezwykle ciekawymi są te komentarze i przypisy do tekstu, które co prawda, analizują porównawczo język staroangielski, z angielskim i innymi językami nordyckimi, których to wszystkich jak jeden mąż, żon i samojed, nie znam ni w ząb (wyjąwszy moją domniemana angielszczyznę kuchenną), ale z wielką przyjemnością zanurzyłam się z prof. Tolkienem w głębię niuansów językowo-historyczno-podaniowych Beowulfa, przy okazji znajdując dla się ciekawe barzo smaczki i konotacje dotyczące onej opowieści i samej postaci Boewulfa.

Legendy ludów Mandżurii Jerzego Tulisowa - rzecz też dla tych, co siedzą w temacie mitologiczno-podaniowym, na przykład pisanie podań o dofinansowanie. Dla zainteresowanych rzecz bazo dobra

i jednego Harlequina, ha! Od swej mamy mi Zin przytargał cały srylion. Myslę sobie - nie mozna wszakże zyć sama literaturą staroangielską, jak skończę tego Beowulfa, to przypomne sobie misterny erotyzm harlequina! Wzięłam z półki trzy, przeczytałam jeden. I ja absolutnie nie odżegnuję się od, tylko naprawde siły starczyło mi na jeden zaledwie i to przerwy czynic musiałam, bo to jak zjedzenie wielkiego tortu na bezie, z polewą z białej czekolady i marcepanowymi kwiatkami. Chyba już w związku z  wiekiem, nie to serce, nie te zęby, nie ta wątroba, nie ta kondycja. 
Ten co przeczytałam był o onej - morskim biologu (o jakże pokrewny kierunek) i on tam był: " szedł wolno, kołyszącym się krokiem wilka morskiego. Ramiona miał cofnięte, biodra wysunięte do przodu. Podniósł głowę i wprawnym okiem ocenił pogodę. Ciemne przy skórze włosy były spłowiałe od słońca i tworzyły na jego głowie oryginalną, acz przypadkową fryzurę. Mężczyzna miał na sobie spraną granatową koszulkę i znoszone połatane dżinsy. Jego tors nie był ani za szeroki, ani za wąski, zaś ramiona szczupłe, choć mocne i twarde * (*zwracam uwagę, ze ona widziała go z tarasu). Spodnie opinały długie i smukłe nogi"
 Donna Carlisle, Na łasce żywiołów, przeł. Andrzej Panas)

I ja teraz mam już na długo kogo zaciągać do empory organowej!

wtorek, 16 stycznia 2018

o tym jak być chudym i młodym

nawet kiedy byłam, to nie wiedziałam jak się to robi, a teraz teoretycznie wiem, a sobie tę teorię w ramach oczyszczania, w rzyć mogę wrazić najwyżej, azaliż gdybyż to pomogłoż...
mogłabym opowiedzieć za to jak wkrewić słuchacza w pięć sekund, dokonać wyboru i utrafić nim jak kurą w płot oraz spuścić serce ze smyczy i wylądować na dworcu gapiąc się na tylne zderzaki pociągu nie posiadając biletu nawet na miejsce biegnące za składem. 
reasumując, w kwestiach tak zwanej rzeczywistości, jestem kompletnym osłem dardanelskim (albo dardańskim, jak głoszą niektóre źródliska).

ale za to w imieniu całego hecnego mego jestestwa przeczytałam (kosztem prac na rzecz domostwa, rzecz jasna) tak:

 Zapiski stolarza, Ole Thorstensena (tłum Witold Biliński) i nie polecam, bo znudziłam się w niej (dobrze, że druk rozstrzelony, to szybko poszło, więc bez ran na jaźni). Frenetycznie lubię książki o budowaniu, na przykład jak Wharton przebudowuje strych albo barkę,- uwielbiam, kiedy Tatuś Muminka przerabia sterówkę "Syfonii Musz" na dom - kocham, ale książka Thorstensena napisana jest tak nudno, tak bez życia, że aż sama zdziwiłam się, że mnie ani jedna deska w niej nie ruszyła (no dobra, może kilka miejsc,a ale to ze względu na deski właśnie). Myślę sobie, że autor chyba po prostu nie ma ręki do pióra, choć sądzę, że może być naprawdę dobrym rzemieślnikiem. Niestety jego ugrzecznione, wyskalowane, wzorcowe obrazy pracy własnej zdają mi się wielką sztampą i reklamówką z narzędziami. I wszędzie ten "brak pyłu" podczas pracy, tak oni pracują, że się nie pyli do mieszkania.  Książka opowiada o przerabianiu strychu na poddasze mieszkalne. Stricte przerabianiu i trochę o jakże poprawnym i duchowo czystym życiu pozaremontowym dobrego, jakże dobrego rzemieślnika. Taka powiastka dla szukających fachowca..
A ostatnio przy okazji tzw "dysputy nad książką*" z Zinkiem omówiliśmy Whartona i wyszło nam, że lubimy dwa skrajne jego bieguny - ja te, w  których budowanie i przeróbki mieszkań zajmują większość książki, Zina zaś te z  końca przeciwległego - dziejba i wyraźnie wyjęte ludziejstwa. 

*dysputa odbywająca się nad różnymi rodzajami literatury, od lekkiej, po ciężką.


**

Thomas Pynchon, W sieci, tłum. Tomasz Ważyński. Tu już Pynchon jak stary dobry Pynchon. Rozpoznawalny splot osnowy i wątków (tym razem nieirytujący, jak w Vinelandzie). Jest tajemnica związana ściśle z  polityką (a jakże by inaczej), internetem i jego mrocznym podziemiem, o którym większość użytkowników nie ma pojęcia, jest teoria spiskowa powiązana z 11 września i jest nieco mistyki smacznie okraszając pynchonowską  "głuchą histerię" i sporo typowego dla autora humoru. Świetnie wędrowało mi się z tytułową Maxine przez całą powieść. Maxine specjalizuje się w wykrywaniu oszustw i stanowi jednoosobową agencję z utraconą licencją, ale za to z ulubioną berettą w torebce.

Maxine przypomina sobie, że Heidi ma całą kolekcję banknotów jednodolarowych pokrytych napisami i rysunkami i mówi, iż amerykański system monetarny stał się w ten sposób czymś w rodzaju ściany publicznej w toalecie. Są tam żarty, wyzwiska, slogany, numery telefonów, wyznania miłości,a  także Gwiazdy Dawida nabazgrane na amerykańskim orle z podpisem: "Masoneria". Ludzie rysują różne rzeczy na portrecie Jerzego Waszyngtona: zamazują mu twarz na czarno, dodają zwariowany gotycki makijaż, dziwne nakrycia głowy, dredy, fryzury w stylu Marge Simpson, kosmitów wplątanych w perukę, zapalone jointy w ustach, a także dymki z uwagami, czasem śmiesznymi, a czasem głupimi. "Niezależnie od tego, jak wygląda oficjalna narracja - twierdzi Heidi - powinniśmy zwracać uwagę właśnie na tego typu rzeczy, nie na komunikaty w gazetach albo w telewizji, tylko na marginesy, graffiti, niekontrolowane wypowiedzi, okrzyki ludzi, którzy zasnęli w miejscu publicznym i przyśniły im się koszmary.

(Thomas Pynchon, W sieci, tłum. T.Wyżyński)

**

Kazuo Ishiguro, Niepocieszony, tłum. Tomasz Sikora. Na okładce przeczytałam "kafkowska" i rzeczywiście tak właśnie jest w  tej książce, do połowy myślałam wszakże zgrzytając nieco zębami, że Kafka nie ciągnął jednak klaustrofobii przez aż tak grube tomiszcze, co ratowało psychikę przed wkurwem immanentnym, ale mniej więcej od połowy mózgowie moje uodporniło się, czy może raczej odrętwiało nieco i znosiłam już duszące korytarze powieści w miarę spokojnie. 
Do miasteczka przybywa znany człowiek, okazuje się, muzyk, Nie wiemy po co,, on sam na początku nie ma zielonego pojęcia. Razem z nim błądzimy w labiryntach czasu i miejsca, a to, co odkrywamy razem z  bohaterem,  nie jest oczywiste. Z powodu konstrukcji i rzeczywistości w której porusza się bohater,  odczuwam tu trochę  Murakamiego z Końca świata. Finalnie mogę stwierdzić, że owszem, tak, polecam.

**

No i jeszcze Hilda i Ptasia parada Luke Pearsona, ale najsłabszy jest to z trzech komiksów o Hildzie, które czytałam

**

i edycja, bo po wizycie u Diabła w Buraczkach, przypomłam sobie, że nieocenionego Kuttnera dziś szybciorkiem łyknęłam (pamiętacie te zeszytowe wydania sf Iskier?) no tom porządkując znalazła dwa i dziś wracając z kopalni przeczytałam zeszyt 5, Henry Kuttner, Świat należy do mnie (tłum Wiktor Bukato). I co ja bedę tłumaczyć, kto nie zna Gallowaya Galleghera, to co ja tam będę... No trzeba, trzeba...




czwartek, 11 stycznia 2018

liść

"Usłyszałem, jak moja dusza śpiewa zza liścia, zerwałem liść, ale wtedy usłyszałem, jak śpiewa zza welonu. Rozdarłem welon, a wtedy zaśpiewała zza muru. Rozwaliłem mur i usłyszałem, jak moja dusza śpiewa przeciwko mnie. Odbudowałem mur, naprawiłem zasłonę, ale nie mogłem sprawić, aby liść wrócił na swoje miejsce. Trzymałem go w dłoni i usłyszałem, jak moja dusza śpiewa z wielką mocą przeciwko mnie..."

(Leonard Cohen, Psalm 3 z Księgi Miłosierdzia, tłum. Daniel Wyszogrodzki)

niedziela, 7 stycznia 2018

oj tam oj tam

 Siedzimy tak sobie z Izką i Mamcią nad stołem nocnym i gwarzymy to o tym, to owym

ja: szczerze mówiąc, cenię w  sobie najbardziej jedną umiejętność, którą nabyłam w tem żywocie - czytanie

mamcia: no, ty właściwie nic innego nie potrafisz

o zgrozo, jawny strzał w pysk od mej matki rodzicielki, karmicielki mej! nieprawda, posiadam też wiele różnych innych umiejętności, niektóre z nich nawet hecne,a  inne dziwaczne, ale czytanie lubię najbardziej


"Gdzieś w komputerowym archiwum, w pamięci, dwie dziewczyny - bezwolne zera i jedynki pośród milionów innych w jakiejś zdefiniowanej przestrzeni - wędrowały dalej przez oświetlony niskim słońcem kampus, trwając, gdy zrobiono tę fotografię, w odnawialnej przyjaźni już bez mała od roku, obie splecione bliskością, kryjące wzajemnie własne tyłki, połączone złożonymi i renegocjowanymi obietnicami, znoszeniem uszczypliwości, dobrze znanymi drogami na skróty, niwelującymi jakiekolwiek wątpliwości postrzeganiem pozazmysłowym" 
(T.Pynchon, Vineland, tłum.J.polak)


Przeczytałam Vineland Pynchona (tłumaczenie Jędrzeja Polaka) i nie wiem, może to kwestia tłumaczenia (niestety nie umiem pogańskiego języka oryginału), ale momentami męczył mnie chaos opowieści. Bardzo lubię Pynchona i ten jego specyficzny sposób dezorientacji czytelnika też uwielbiam, ale nigdy nie czułam bajzlu narracyjnego, a tu jakoś męcząco go czuję.  Kombinuję, że to może taki zabieg mający odbić w czytaczu tę psychodeliczną rzeczywistość postaci, ich własne zamoty, zaplątanie i uwikłanie w historię i histerię,  być może, dlatego sama nie wiem, czy dobrze mi z tym bajzlem, czy źle, bo znajduję mu za i przeciwy. A poza tym  bystre pynchonowskie kwitowanie świata  nie tylko historycznego już (Ameryka 60-80), ale właściwie naszych cały czas posunięć, wyborów, pociągu do i podatności na manipulację i konsekwencji tegoż.

Zaś przedwczorej byłyśmy z Izką na koncercie marszałkowskim w filharmonii. Miałyśmy miejsce marne odsłuchowo, ale za to znakomicie celebryckie, bo kiedy szyszkowie wychodzili, to akurat przez nas, zatem wychodziłyśmi z szyszkowimi wyglądając jakbyśmy razem z nimi przyjechały, weszły, siedziały pośród i podążały na lampkę szampana w kuluarach z na ten przykład arcybiskupem, marszałkiem i wysoką izbą. Ba, nie jest to dalekie od prawdy, bo w celu skromnego spożycia szampana z lampek zajęłyśmy szare miejsce w szarej strefie i nie wiedzieć jakim cudem znalazłyśmy się w okręgu szyszkowich, zatem celebryctwo mamy we krwi naturalnie płynące. 
Koncert barzo przyjemny, sopranistka Justyna Reczeniedi głos ma przyjemny barwą i łatwość śpiewania, więc nie na darmo złożyłam ofiarę z wysokich obcasów.

*

a tutaj ostatnie nalewy

kalinówka



jagodzianka wiejska


mandarynkówka