wtorek, 26 lipca 2011

Młodzieńczy powiew szczerości

Z doniesień rodzinnych
Mamcia, lat niespełna 80, strofująca mnie za zbyt, jej zdaniem, ognisty język, na widok Ali i Marty rozwiązujących jej Diagram Rozrywki

Mama (z jękiem): Nie rozwiązujcie mi tych krzyżówek! Weźcie dziadka, są zajebiste!

Ekspozycja

Dziś w kuchni złapała mi się w sidła taka oto rozmówka:

Alis: Pojechaliśmy z Martą i Kubą do Pieniężna

Mam (z zainteresowaniem): Byłaś w Pieniężnie? I widziałaś u tych zakonników te wszystkie...

Alis ( pośpiesznie): Ja u zakonników widziałam tylko muzeum etnograficzne

*

A na marginesie, to ich tam (czyli moje siostrzenice+ Jakuba) w onym muzeum zamknęli i zgasili światło. i uwięzieni darli się czas jakiś, zanim ktoś w ogóle raczył ich uwolnić
Ha, więc nie tylko mnie przydarzają się takie przypadki!

poniedziałek, 25 lipca 2011

z zapisków fioletowym atramentem - Norwegia 4

16 lipca (sobota) - Park Dovrefjell

fotki tu

Co mówi wielki wół piżmowy, swojemu maleńkiemu podopiecznemu drzemiącemu beztrosko w zaroślach wierzby lapońskiej? Delikatność dotknięcia pyska rosłego samca, który budzi śpiące cielę nie ma sobie równych.
Tundra Dovrefjell, woły, których mogło nie być, a są, które wystają zza rogów krajobrazu. Ostrożnie zmieniamy perspektywę, każde wejście na wzniesienie przynosi zwykle zwieszony za nim rogaty łeb, czujnie śledzący intruzów.
Dystans, nauczyć się właściwego dystansu. Uczymy się języka, który pozwoli nam podejść jak najbliżej, nie czyniąc szkody sobie i innym. Uczymy się nie gapić, nie lecieć na łeb, na szyję, uczymy się cofać ostrożnie, przypatrywać, patrzeć. Nie tylko na te piękne zwierzęta, również na siebie.
Białe porosty, płachty zielonkawych traw, miniaturowe goryczki, karłowata brzoza, wierzba polarna, goździki, budują pod stopami poduszkowe światy. Na takich poduszkach śnią swoje tysiące lat wielkie, wełniste ssaki. Gdy biegną, faluje im sierść, gdy biegną w twoją stronę, odruchowo szukasz wysokiego drzewa, którego nie ma.

W oddali Snohetta, czyli Śnieżka, tak mówi nasz pilot, Marcin. Snohetta po macierzyńsku przechwytuje horyzont i zmiękcza go chmurami. Przysłuchuję się i patrzę. Być może powinno się zobaczyć tylko jedną rzecz i pozostać czas jakiś w tym jednym tylko zachwycie? Włókno niebezpiecznie się napręża, zaczyna wiązać supły, momentami obawiam się, czy dam radę je później rozplątać, zapisuję więc skwapliwie wyrywane kęsy krajobrazu. Kocham otwartą przestrzeń, jestem u siebie.

Położenie się na ziemi, niesie ze sobą ryzyko przyklejenia się do kopyta wołu, a tak bardzo mnie kusi wtulenie w widnokrąg.
Myślę też o pasji, jak pozwala być samemu nawet wśród hałasu. Wyłączyć się i pobyć ze sobą. Pretekst do oddalenia i skupienia. Tylko przebóg, nie gapić się! nie gapić!













Podjęte, ochocze próby władowania się na woły piżmowe:
- Jacek i Krzysztof w pogoni za najlepszym i najbliższym ujęciem
- ja i Marcin pod tytułem "A cho, wejdźmy na to wzniesienie"
- Beata i ja z powodu wielce zajmującej rozmowy o chrobotku reniferowym

Ponadto odkleiła mi się podeszwa w prawym bucie, co, jak się okaże, nie pozostanie bez wpływu na dalsze wypadki

z zapisków fioletowym atramentem - Norwegia 3

fotki


14 lipca (czwartek) - Runde, ptasia wyspa

Chłodne, cięte powietrze, ostre słońce. Ptasia wyspa kwitnie barwami, ale ma pod skórą surowość. Wiem i czuję, jak prosto istnieje, widzę barwy, czuję ciała nagrzewających się skał, a myślę o listopadowym wichrze, falach rozbijających wargi o brzegowe zęby. Pamięć zapisana w materii. Wiecznotrwała tkanka. A tymczasem feeria koloru, po którą wystarczy schylić głowę, zawciągi różowieją w załomach głazów, wrzosy, naparstnice, astry czepiają się występów, oleiście lśnią tłustosze. I wszędzie wełnianki z rozwianymi, roztrzepanymi na wietrze brodami. I wszędzie gąbka torfowca, porosty.
Ptasia wyspa nie bez powodu ciągnie miłośników ornitologii,już od rana buszują w brzegowym rumoszu ostrygojady, jeden z nich wytrwale patroluje teren z dachu przystanku autobusowego, inne załatwiają swoje sprawki, sprawunki, grzebiąc w wodorostach. Nad nami rozwydrzone mewy, trójpalczaste, śmieszki i wcale niezmewione wydrzyki, bieliki oraz malowane głuptaki, obsiadające klify.
I jeszcze to, na co wszyscy czekamy z wypiekami na twarzy- maskonury.
Podobno są, podobno siądą, podobno obsiądą klif, sterczymy więc na skałach kilka dobrych godzin. Pomimo późnej, według zegarka, pory, nadal oblewani słońcem, bo przecież noc jest biała. Smaga nas wiatr i podtapia wilgoć wszechobecnych, nawet tu, na górze, torfowisk. Są! Najpierw zrywają się pierwsze, te niecierpliwe, a może już najedzone do rozpuku, siadają na występach skalnych. Wszystkie, jak na komendę, lufy obiektywów wycelowane w widowisko rozbawiają mnie do łez, zaczyna chichotać we mnie chichadło, zwłaszcza, że dołącza do tego taniec skalny maskonurów. Te fantastyczne ptaki, są jednym z zabawniejszych widoków świata, niewiarygodne łapki, które zdają się wręcz niemożliwe do stworzenia, ruch ciała, ubarwienie głowy, oczka pomalowane, jak u mimów.
I każdy maskonur stroi miny, każdy drepcze, chowa się, pokazuje, popycha kolegów albo skacze ze skały. Błogosławione zrządzenie losu, że Bożenka nie chce opuścić stanowiska, zanim nie zrobi fotki swoim aparacikiem, bo dzięki temu docieramy do momentu, kiedy maskonury obsiadają skały, siadają po 5, po 6, całymi gromadkami, oczom nie wierzę! Źrenice otwierają mi się szeroko, tak szeroko, że lada chwila mogłyby tam wkłusować stada ptaków i ułożyć się do snu. Zapominam, że moje mięśnie już dawno zamieniły się w zlodowaciałe grudy, że mam mokre buty, a ząb zachodzi mi na ząb, istne szaleństwo, aparaty strzelają jak ckm-y, a ptaki nic sobie z tego nie robią, zaczynają nawet przechodzić pod nogami ludzi. Krzyczy, co ja mówię, wrzeszczy we mnie ze szczęścia.



wrzos



mój brat, który udaje skały



wrzosiec



ostrygojad, który zgubił jeden dzień





w oczekiwaniu na maskonury










*


15 lipca (piątek) - Fiord Geiranger

Jeszcze poranne pożegnanie z Runde i jedziemy nad fiord Geiranger. Na poziom wody zjeżdżamy Drogą Orłów, co pozwala cieszyć się tą, podobno najpiękniejszą, zatoką Norwegii. Ścieżką biegnącą przez kolejne torfowisko wędrujemy do punktu widokowego. Po drodze rosiczki, moroszka, borowiki, kurki, bażyna, której jest tu zatrzęsienie no i storczyki.







Dalej jedziemy podcieniem szczytów. Krajobraz zasnuwa się chmurami, szczyty oblepia śnieg, ściekający wolniutko do lodowatych jezior. Poskręcane, krzepkie sosny, zielone potoki, surowość. Porażająca surowość. Mam ochotę uciec z autokaru i iść przez ten buro-biały krajobraz. Iść i iść











Kolejna świątynia słupowa (klepkowa - od pokrycia dachu), tym razem w Lom (zbyt marne światło, jak na mój biedaszyb, według którego 400 ISO, to materiał wyjściowy do robienia puzzli) I nocleg na zimnym campingu z pechowo nabytym brakiem prądu w domku i ciepłej wody w myjni







*

Ps: Podczas ciągnących się (ciężko powiedzieć czy do nocy, bo tej nie uświadczysz) śmichów chichów w naszej podgrupie biologickiej, dowiadujemy się, kto jest ekscytaczem maskonurów, a kto nie jest, a także podejmujemy kroki, by nie odwodnić się na wiór.
Na Runde nawet śpi się ptasio, bo w dziuplach

z zapisków fioletowym atramentem - Norwegia 2

foto

13 lipca (środa) - Lodowiec Jostedal

Że zjawisko błękitnienia lodu występuje w naturze, to ja wiem, ale dlaczego nikt mi nie powiedział, że to jest naprawdę! Firn dosyć brudny ze względu na porę roku, nie daje rady ukryć lodowego ducha. Pod stopami sączy się błękitna poświata, wyłazi ze szczelin.
Są też miejsca błękitne w pełnej krasie, lodowe szramy, groty, ale najdziwniejsze wrażenie, porównywalne z umiejscowieniem się kulki w gardle, powoduje we mnie nikłe, błękitne światło, przeciskające się pomiędzy ziarnami śniegu. Łazimy po jęzorze Nigardsbreen, zbyt krótko, za mało. Pakt skały i lodu, odwieczna spółka wody, ziemi i światła kotłuje przestrzenią, w jakiś niesamowity sposób nadając jej stabilność w tym obłędnym młyńcu. Skały gładzone czule i cierpliwie, szare aż po granicę białości, lodowa woda, wiatr. Po jęzorze płyną niekończące się strużki, których muszę dotykać, nie umiem się przed tym powstrzymać. A u stóp, na przedpolu, jasnożółte światło, miękki mech

Od tego momentu zaczyna skręcać się we mnie cienkie i mocne włókno, czuję jak wzrasta coś, co może zalać mnie światłem albo, przy nieostrożnym poruszeniu, wybuchnąć w twarz
coś, co nazywam rozpaczą piękna, tylko jeszcze zwielokrotnione. Rośnie energia układu






niedziela, 24 lipca 2011

z zapisków fioletowym atramentem - Norwegia 1

foto 1
foto 2

*

11 lipca (poniedziałek)

morze jest srebrne


*


12 lipca (wtorek)

jeszcze nie wiem, o co cho, wszystko jest nowe, jeszcze ma kolce, ludzie, autokar, przestrzeń. Borgund wita nas paskudnym światłem, które sprawia, że mój biedaszyb-aparacik wariuje. i walczę z manualem, bo kościółek wart. Świątynia słupowa, smołowana, aż się chce przytulić twarz i wdychać zapach drewna i węglowodorów. kształt jest tak oderwany od krajobrazu, że aż do niego pasuje



i jazda przez góry, krajobraz księżycowy, skały, skarlałe drzewa, a wszystko zlane ciężką mgłą, która osiada po wewnętrznej stronie powiek. bujam się sennie w fotelu i nie znajduję się w autokarze, tylko ciągnę jak duch przez chłodny krajobraz. piękno w postaci czystej.
a później camping nad fiordem Luster o seledynowej wodzie. na straży lasu stoją nakrapiane storczyki.

Wu

Wróciłam. Kto chce buzi? :]


Jostedalbreen. lipiec 2011

Choć, kurnamać, nadal jeszcze płynę i dom mi się kołysze :|

PRZYRZEKAM, ŻE NIE BĘDĘ JUŻ TAKIM LENIUSZKIEM I BĘDĘ BRAŁA NIKONA. no, chyba, że będzie mi naprawdę ciężko :]