niedziela, 10 lipca 2011

remanent

popłynęłam na kaszaloty.

sobota, 9 lipca 2011

podryw "na owieczkę"

- Ciociaaaa, owieczka tonie, chodź pomóż!
Wyglądam przez okno, na dole Dzidziuś szczerzy do mnie zęby i tapla pluszową owieczkę w kałuży.

piątek, 8 lipca 2011

instant

czyli tradycyjny czas, kiedy należałoby się spakować,a kiedy szczególnie żałuje się, że się nie potrafi jarać fajek. prawdopodobnie jutro rano będę latać w kółko, krzyczeć, kurwa kurwa, wrzucać do plecaka co popadnie, ale może wcale nie, wszak to tylko jedna z możliwości.
zatem rozdarłam puszkę piwa na dwoje i słucham Tori Amos w różnych mi ulubionych przejawach. z których jeden to oczywiście mój kochany cohenowski. a drugi entomologiczny




Raj

Czym byłby ogród bez żmii, mruknęła Paniusia,
podnosząc stopę nieco wyżej niż zazwyczaj.

środa, 6 lipca 2011

świnia w pałacu

Za dwa złote polskie, na rozbebeszonym do niemożliwości dworcu Warszawy Wschodniej, nabyłam sobie interesującą podróż do Olsztyna i Albanii. Podróż jest o kilku rzeczach równolegle - o podróży własnej autorki, lordzie Byronie, poprzez jego albańską podróż, o samym Shkiptarze i Alim Paszy.
Mocno cieszy mnie tytuł, który jest nie tylko obrazem z książki, ale u końca sprytnie rozwija znaczenie dotyczące władcy, którego obraz przebija podróżny pergamin. Obraz niejednoznaczny, maźnięty tu i ówdzie, jak wpadający w ucho szept zza chaty, czy górskie echo, a jednak na tyle wyraźny, by ująć go w głowie.

"Zostając tutaj, upodobniłabym się do osła Alego paszy, o którym opowiadano następującą historię: razem ze swoim przewodnikiem przynosił on wodę dla Alego z wioski Valare. Robił to przez wiele lat i tak się do tego przyzwyczaił, że po śmierci paszy nadal chodził do studni, ale już bez przewodnika. Ludzie mówili mu: "Głupi ośle, musisz zapomnieć o Valare, bo pasza nie żyje". "

Tessa de Loo "Świnia w pałacu"


*

"Zamierzam zerwać po powrocie wszelkie stosunki z wieloma spośród mych najlepszych przyjaciół - za takich ich uważałem - i warczeć przez całe życie. Ale pragnę jeszcze choć raz serdecznie pośmiać się w Pańskim towarzystwie, uściskać Dwyera i przepić do Hodgsona, zanim wstąpię na drogę cynizmu"

(Świnia w pałacu. T.Loo /z listu Byrona do Henry'ego Drury'ego/)


i tak się w pociągu zamyśliłam nad tym, kogo z moich przyjaciół ja pragnęłabym uścisnąć jeszcze przed rozpłynięciem we mgle

*

i w związku z tym, choć z nieco dalszej ziemi, ale wciąż podpływającej pod łokieć

Góry Słonne

1-3 lipca

Konsekwentnie trwając w oporze wobec żywiołów, nie wzięłam w góry, ani kurtki, ani ciepłego swetra. Wynikło z tego złe, bo marzłam, wynikło z tego dobre, bo marzłam. Czasami.
Wyjazd nieco wariacki, bo na te dwa i pół dnia spędzonego przypadły 4 dni podróży i czy warto? Warto.


Łopienka 2011


*

Na górze w Zagórzu, wbity solidnie w tej góry skórę, stoi Karmel, nie jego ruiny, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, on stoi nadal cały w swojej zakonnej formule; otwarty na niebo podtrzymywane złamanymi żebrami sklepienia, odgrodzony grubymi murami od rześkiego zewnętrznego świata, ubogi, ofiarowujący w jakiś szczególnie wzruszający sposób, okaleczone wnętrze.
Naczynie na modlitwę, każdą, mogłabym tu usiąść i siedzieć, zapatrzona w liszajowatą łuskę ścian, pod firanami paproci i drzew próbujących naprawić zdarte, mogłabym tu usiąść i siedzieć, nie modląc się żadnym ze znanych słów, wrosnąć w ten klasztor, w jego kamienne schody, spłaszczyć się i wblaknąć jak fresk w ścianę.

http://wierszalotka.blogspot.com/2011/07/karmel.html
reguła Karmelu

*

myślałam o mojej La, w chatce przyklejonej do górskiego zbocza w Załużu, pojawiła się w mojej głowie wyraźniej, znalazła swój dobry czas i miejsce.
Prowadząc leniwe rozmowy nad szklanką grzanego wina z macierzanką, pod stopami czując ciepłe mruczenie piecyka, a za oknem świat duchów i zawieruchy, byłam La, miałam La w głowie, czułam, jak się znowu staje ciałem z krwi, światła i cienia. Rozumiem ją coraz lepiej i już jestem jej pewna, że zostanie, właśnie taka.

La








*


obiecałam Jackowi, ze przywiozę w gościńcu słońce i słowa dotrzymałam, ale przecież nie mówiłam, że będzie trwało wiecznie ;)




Mefiisto poglądający na góry Słonne w słońcu, z miejsca, gdzie pijemy z Jackiem wino, siedząc na wysokiej ławce. i machając nogami ;)
czyli narórzeróże



kurki, które się znalazły w lesie



i maliny, które niechcący znalazła wusz i wiadomo, co z tego wynikło ;)


**

a tak sobie dodam Cohena, którego frenetycznie uwielbiam za wszystko, a który też się znalazł w tej bieszczadzkiej nocy




jakoś tak dziwacznie lubię też wykonanie Jann Arden z "Tower Of Song- The Songs of Leonard Cohen", za ostentacyjną i dlatego w jakiś sposób wyzywającą delikatność.

wtorek, 5 lipca 2011

Próby porozumienia

Klepnął zdrowaśkę i mu oddała.