piątek, 18 lutego 2011

obrzeża i obrąbki

Obejrzałam sobie, tak bardzo jakoś ciepło,
"Jaśniejszą od gwiazd" Jane Campion



Sonet

(John Keats)

Gdy mnie ogarnie lęk, że być przestanę,
Nim pióro cały plon myślenie zbierze,
Nim stosy książek nad tym zżętym łanem
Staną jak ciężkie od ziarna spichlerze;

Gdy widzę nocą, jak nade mną krąży
Chmura postaci w balladach ukryta,
I myślę o tym, że mogę nie zdążyć
Za ich cieniami, choć je prawie chwytam;

I kiedy czuję - człowiek małej miary -
Że i ty znikniesz razem z gwiazd obiegiem,
Że nie dosięgną mnie już nigdy czary

Ślepej miłości - wtedy świata brzegiem
Sam idąc myślę tak długo, aż w końcu
Miłość i sława w pustym giną słońcu

(tłum. Juliusz Żuławski)

czwartek, 17 lutego 2011

dziękuję

tak intensywnie przebyte dwa tygodnie, że znów zapomniałam, jak się nazywam.
możliwe jednak, że nie przeżyłabym ich, gdyby nie to oklepane przysłowie o biedzie i poznawaniu. oszczędzę peanów moim bliskim i przyjaciołom, bo wiedzą doskonale to, czego na ten czas, jeszcze zwichrowany na zewnątrz i wewnątrz, nie ogarnę napisaniem.
oszczędzę peanów, ale napiszę tak bardzo prosto - dziękuję

dziękuję za to, że słowem pisanym, słowem w słuchawce telefonu, słowem żywym, działaniem i swoją obecnością nie pozwoliliście mi upaść na kolana. że trzymaliście mnie za łapę w chwili zwątpienia, że stanęliście tak po prostu, razem ze mną, obok.


Szczególnie chciałabym zapisać w pamięci kilka osób
Dziękuję tacie, mamie, mojemu rodzeństwu, szczególnie siostrze Joli i siostrzenicy, Ali Faron, religijnej Joli, Andzi w krzakach, Basi matematyczce, Kapitanowi Jackowi, Retesce, Bińce, Szeket ( a wraz z nią-Madzi Gałkowskiej, Patrykowi Chrzanowi, Markowi Kołodziejskiemu, Piotrowi Mosoniowi, Eli Lipińskiej, Natalii Zalesińskiej, Agnieszce Przysiuda-Zielkowskiej, Justynie Krawiec,), Kubie Sajkowskiemu, Ani Gieryszewskiej, Aniecie i Zinkowi, Mariowi, młodemu Mariowi, Lasowi, księdzu proboszczowi Mieczysławowi Szczęsnowiczowi, mojej koleżance z klasy i skarbnikowi Rady Rodziców -Alinie Madej, panu Maciejowi Cisło, Pani Marii Kabała, Dominice Bucior.

jeśli kogoś jeszcze nie wyjęłam z pamięci, to tylko dlatego, ze wciąż jeszcze nie wiem dokładnie, jaki jest dzień tygodnia

*

za to
i tu



*

wtorek, 8 lutego 2011

Nonatki z podróży niesłużbowej Asi i Aniety - Florencja (2)


Po pierwsze wiem, że nie należy zwlekać z niczym, ponieważ światło zmienia się szybko, że na zapiski pada dziś już zupełnie inny cień.

Po drugie - 31 stycznia - Florencja





Santa Maria Novella, San Lorenzo, Duomo z pięknym obrazem Boskiej Komedii Dantego, Baptysterium, Santa Maria del Carmine z kaplicą Branaccich i podwórzem pełnym spokoju i nienaruszonego niczym czasu, Santa Felicita z freskami Jacopo Pontormo, zachód słońca, połykający krok, po kroku wybrzeże Arno, przepiękny, pogrążony w ciemności, usadowiony na szczycie wzgórza San Miniato al Monte z widokiem na Arno i chorałem gregoriańskim - chciałabym napisać o tym, czego doświadczyłam, a także o tym, że istnieją rzeczy piękne. Wszystko to pewnie kiedyś napiszę, kiedyś opowiem.












Na Oltrarno, byłyśmy świadkiem aresztowania i odholowania kilkunastu rowerów.
Ciekawe, co się dzieje dalej? Jak właściciel dowiaduje się, gdzie jest jego rower i który to?
Zdjęcie zrobiłam z tajnego spodłokcia




(


niedziela, 6 lutego 2011

Koniec laby

Z pieśnią na ustach pójdę do pracy przez zaciśnięte zęby!

Nonatki z podróży niesłużbowej Asi i Aniety - Florencja

30 stycznia - Florencja
(Foto)
(Santa Maria del Fiore)


Pozwalam sobie w tych nonatkach na dość luźną chronologię zdarzeń, pilnując jedynie, by zdarzenia zawierały się we właściwych im datach. Dzieje się tak dlatego, ze wspomnienia, w których się zanurzam, pulsują w mojej głowie z różną, a w dodatku zmienną amplitudą, zatem łapię je w takim porządku, jaki same stwarzają.






Słoneczna wysypka ścian, mury zawisające nad głową. Florencja jest miastem eleganckim, wyciąga ciało ku górze trwając niezależnie od nas - dwóch ludzkich mrówek drepczących mozolnie u jej brukowanych stóp. Uroczyste dźwięki dzwonów, kamienica w której mieszkamy nosząca dumne miano "Palazzo Ottaviani" tuż przy kościele Santa Maria Novella, okno nasze na dachy i łunę wschodu nad Arno. Zgadzam się, to może być miasto Dantego, dlatego tak bardzo pociąga mnie miejsce przy tym biurku, przy oknie, tutaj naprawdę można pisać, nie będąc niepokojonym przez demony, które każą kręcić się wokół własnej osi, przebiegać oczami półki i zakamarki.

*

Ogromna, przeogromna Galeria Uffizi. Mamy, ach, tak mało czasu, choć poświęcamy dla niej niemal połowę naszego dnia. Pawiooki Boticelli rozpiera się na ścianie, rozkłada wachlarz koloru i delikatności. I nie trzeba chyba mówić o Wiośnie, czy Wenus, ale warto dodać do zachwytu jego Kalumnię, stworzoną na podstawie opisu z dialogów Lukiana. Myślimy - prawda jest zawsze gdzieś po środku, a jednak okazuje się i wyraźnie czuję to w tym obrazie, że prawda jest gdzieś z boku, niewrażliwa na to, co się dzieje, tkwiąca w swoim promieniu światła, obecna, a jednocześnie jak z innego wymiaru widziadło. A wokół szarpią i włóczą za włosy - podstęp, oszczerstwo, zdrada; Ii jest się głupim wobec nich i zupełnie bezmocnym. Dziwne, poruszające dzieło. Wywołuje dreszcz wobec wyobrażonych wokół nas, niewidzialnych mocy. A niedaleko Atena i centaur z cudowną gamą uczuć, od zawstydzenia, do czułości i rozumienia.

Zatrzymuje mnie postać Madonny z harpiami Andrei del Sarto. Znam ją z moich książek o renesansie, ale już widzę, że żadna reprodukcja nie oddaje tego niesamowitego poczucia władczości i dumy, jaką posiada królowa. To już nie tylko matka, to Majestat. Dzieciątko Jezus tuli się do niej, jakby chowało w bezpiecznym cieniu ramion, a ona trzyma je i chroni tak naturalnie i dumnie, że na chwilę ciemnieje mi w oczach od niewyobrażalnego piękna. Inna madonna dotyka nas swoją pociągającą dziwacznością, to Parmigianinowska "Madonna z długą szyją", której Dzieciątko jest tak duże, że wykręca zmysły pragnące poczuć za wszelką cenę harmonię. Dziecko złożone jest w pozycji narzucającej myśl o piecie, zresztą nie w pierwszym dzieje się to obrazie, a jednak ten działa szczególnie, drażni i niepokoi.
Zupełnie inaczej działa natomiast, ciepłe światło na czole matki u Cambiasso, jest piękna. Tym światłem i całą sobą, łagodnością czoła, szczególną delikatnością głowy.

Obraz do którego wracam parę razy, korzystając z chwil, kiedy Aniet studiuje przewodnik lub usiłuje okiełznać swój jęczący w proteście kręgosłup- Filippo Lipi Madonna z dzieciątkiem i dwoma aniołami. Gdyby wypadało zakląć przy madonnie, zaklęłabym siarczyście, bo to byłaby chyba najpotęzniejsza energia wyrazu, jaką mogłabym z siebie wydobyć, a tak pozostaje mi milczenie. Niezwykłej piękności obraz, przeniknięty powietrzem. Piękno, uroda, żartobliwość, wszystko - naturalność tej sceny zamienia mnie w pełzającą na kolanach masę. Jakim prawem farba może tak oddychać, tak żyć na zaledwie, zdawałoby się, granicy płótna i świata. Jaką niesamowitą wrażliwość ma ręka, która pozwoliła nieziemskości na tyle człowieczeństwa, a zamieniła człowieczeństwo w nieziemskość. I ten krajobraz niezwykły włosów i okna; i dotykalność aniołów...

Niesłychanie rozbawia mnie natomiast, choć może to obraza, sam Boticelli na swym obrazie "Pokłon trzech króli". Stając w prawym dolnym rogu obrazu, zachęca do wstąpienia ku świętej rodzinie, ale ma przy tym tak znamienną minę, że nabieram podejrzenia, czy czasem nie sądzi 'po swojemu' o nieco nadętych uczestnikach owego orszaku śpieszącego witać Narodzonego. A może to po prostu wyraz twarzy wyrwany na chwilę z ram uczestnictwa? Wyszarpnięty z zamyślenia? Nie wiem, ale uśmiecham się do tego obrazu, do Mistrza.

i znów spotkanie z Tintoretto, gdzie w kącie pokoju wspaniałej Ledy, kot pokroju, jako żywo, mojego Mirka, dobiera się do kaczki w klatce. Nakładają mi się na siebie i stają przeciw sobie - Zeus uwodzący podstępem Ledę i kot drapieżnie patrzący na uwięzioną kaczkę. Czy istnieje zwycięstwo? Leda zdaje się mieć mimo wszystko siłę zdolną okiełznać łabędzia, wydaje się nad nim panować zupełnie, kaczka zaś wspiera swą kaczą łapkę o dolny pręt klatki w geście uwidaczniającym zagięte haczykowato pazurki, zaś dziób jej wydaje się mieć władzę odpowiedzieć kotu ciętą ripostą. Odwieczny balans miłości, pożądania, niewinności i oszustw.
Bardzo lubię te dziejące się gdzieś w kątach obrazów, w zakamarkach trawy, czy pod stołami, drobne światy. Zające stające słupka tuż za konającym żołnierzem, psy goniące własne ogony. Światek żyjący pod kreską naszego widzenia, który ujawnia swoją obecność dopiero w bliskim kontakcie lub kiedy go po prostu zabraknie. Widzenie przez niewidzenie.

Mogłabym pisać i pisać, jak piękna jest Salome Berruguete'a, trzymająca głowę Jana. Jak dobrze można zrozumieć jego zachwyt na jej widok, zachwyt, którego echo jeszcze drga w stężałych już pośmiertnie rysach twarzy. Mogłabym rozwodzić się nad energią Tintorettowskich Adama i Ewy, nad oszałamiającym porankiem u Crespiego. Można by spędzić tysiące godzin wśród tych obrazów. Ale czasu jest tak mało, milczenie zaś tak pojemne.

*

Florencja ze swoimi lukrowanymi kościołami. Kościołami jak z kości słoniowej, jak miętą pociągnięte pierniki. Tej nocy Anieta pokazuje mi katedrę. Padam na kolana, właściwie tylko na jedno, bo drugie zrobiło mi rzecz potworną i ogłosiło absolutny i nieodwołalny strajk. Co tam jednak takie kolano, wobec wznoszącej się, wbijającej w ciemność nieba, kampanili katedralnej. Wobec ogromu samej katedry Santa Maria del Fiore, jej żłobień, żłobkowań i gzymsów. Marmur, marmur, marmur, zielony, różowy i biały. Miętówka, której zjedzenie spowodowałoby wieczny wyrzut sumienia. Rzeźbiona przez ciemność i rozproszone światło latarni, kość sztuki. To nie elegancja, a bezwstyd piękna. Nie ogarniam tej budowli, mogę stać i czuć coś, co jest tylko drobnym przeczuciem zachwytu, jaki we mnie się obudził. Już na zawsze zjawiła się we mnie ta nocna katedra, żeby stać się niezachwianą cząstką tego, czym się tworzę.

*

I tak chodzimy sobie po tym pierwszym dniu florenckim, zaglądamy za węgły, myszkujemy w zaułkach, siadamy na chwilę w najdziwniejszych barach obarczonych piątym wymiarem.
W kościele San Croce, oprócz nagrobków Galileusza, Michała Anioła i Rossiniego, jest ten, który mnie jakoś szczególnie dotyka. To nagrobek Machiavellego, jednej z moich ulubionych postaci historycznych.



*


P.Vecchio
S.Croce
S.Croce


Via d. Belle Donne






Galeria osobowości w Barze Hot-Pot
1. Sangwinik naganiacz, który potrafi streścić jedzenie w ciągu jednego długiego oddechu
2. Wycofany barman za to z wyssaną z mlekiem matki znajomością j. rosyjskiego. Streszcza nam to samo jedzenie, tylko po rosyjsku. Po rosyjsku potrawy nazywają się dokładnie tak samo, jak po włosku
3. Melancholik kasjer z filozoficznym podejściem do świata
4. Flegmatyk sprzątacz - nie mówi do nas nic, ale promieniuje łagodnością






A tu neon dla Maria




I nasza Pension




Główny Logistyk - Anieta
Sekretarz - Aś





Sekretna pracownia sekretarza





Ps: Nonatki* są od nony

dzień angieła

imieniny dziś czczą:
Angel, Angelus, Antoni

i na tę okoliczność fresk Jacopo Pontormo z Santa Felicita we Florencji z przepięknym, miękkim światłem na policzku. Światłem aż po uczucie pieszczoty


Anioł zwiastujący

sobota, 5 lutego 2011

Nonatki z podróży niesłużbowej Asi i Aniety - Wenecja

28, 29 stycznia - Wenecja

(foto)





Co mogę powiedzieć o Wenecji? Czy rzeczywiście spełnia marzenie o niej? Staję na moście, biorę w płuca zimowy jej oddech, mówię sobie - tak, oto jestem w Wenecji, wewnątrz mojego marzenia i nie czuję zawodu. Można pomstować na tę Wenecję, za jej odór, za jej ludzkie, trzepoczące serce, za za jej kupiecką krzykliwość i mizdrzenie się do przechodniów, ale właśnie tę Wenecję, jak nieznośną, lecz zawsze bliską przyjaciółkę, muszę kochać, bo od pierwszego wejrzenia, zakochuję się na zabój.
Rzuca mnie na kolana oszałamiająca mnogość Tintorettów, Tycjanów, Veronezów, Tiepolich, całego tego świata zamkniętego w płaszczyźnie fresku, płótna. Nie, nie zamkniętego - to brama do czegoś, co jeszcze do tej pory nie znalazło właściwego nazwania w mojej głowie, a jest mieszanką świata ponad światem i świata wewnątrz. Wchodzimy z Anietą do kościołów, parada nazw: San Marco, Santa Maria Gloriosa Dei Frari, San Zaccaria, San Sebastiano, San Pantalon, San Nicolo..., dzień zdaje się pulsować jak harmonijka w złotym świetle malowideł. Czas rozciąga się i kurczy na przemian, już właściwie nie wiemy, która jest godzina, jaka to pora dnia i gdyby nie łączniki z przypisanym nam czasem - zegarki w telefonach komórkowych, możliwe, że zostałybyśmy uwięzione na zawsze w tej baśni z kamienia i barwy, gdzie nosi się skrzydła u ramion i pęka na nieregularne kawałki, a każdy z nich naznaczony innym wymiarem. Wyrwać się z zaklętego kręgu, w głowie wiruje korowód postaci, otumaniają fałdziste szaty aniołów i tronujących Marii, ściskają tłuste łapki dzieciątek. Na powietrze, ale i powietrze dźwięczy kostkami mozajek, pachnie farbą i myślami mistrzów. Wenecja przysyła nam wiatr, na ochłodzenie rozpalonych głów. To lodowaty, zimowy wiatr, który przypomina, że owo miasto nie jest zabawką dla turystów, że żyje sobie tylko znanym rytmem, potrafi być surowe i dumne, albo kapryśne, jak ladacznica, która nagle, z niewiadomych powodów, traci zainteresowanie. Wiatr przyciska nas do ścian, murów, gdzie wpasowujemy się w obrysy przyciskanych tak samo, wieki temu, Giovann, Luigich, czy Marków. Więc znowu szuka się schronienia w osłonach galerii - Scuola Grande di San Rocco, Palazzo Ducale, Gallerie dell'Academia, Palazzo Grimani - powietrze wygładza się i tężeje. Mój boże, myślę, patrząc na "ucztę w domu Leviego", jakim straszliwym błędem byłoby żyć i nie widzieć tego obrazu na żywo. Ach, wejść pod veronezowski stół, razem z psami nasłuchiwać stukotu naczyń i gwaru. Płótno jest ogromne, jest wielkie jak planeta. Z jego harmidru wyrywa za chwilę ślepy Homer Prettiego wycisza łomot serca i pozwala zajrzeć do niego "Staruszce" Giorgiona. Twarze świętych, twarze ludzi sprzed wieków, Znowu korowody nazwisk, Mistrzów, deska i płótno, faktura i barwa, gesty proste, oszczędne i gesty wyraziste, patetyczne, oblicza pełne słodyczy, oblicza bolesne, dumne i twarze zuchwałe, figlarne, puszczające oko do przechodzących... Choć nasze nogi przez cały dzień zmuszane są do morderczego chodu, głowa siada na stopniach Carpaccia, tuż obok starszej pani, która z dystansem przygląda się scenie Przybycia ambasadorów , mając przy okazji (niczym kustosz) baczenie na wystawową salę. I dalej, dalej, bo czy można się oprzeć czułości zwierząt, tak pięknie towarzyszących Narodzinom Bastianiego? Czy można nie zadrżeć przy cudzie relikwii św Krzyża Ruscomiego? Kręgosłup wygina się w skomplikowany pałąk i ciągnie do środka ziemi, nogi odmawiają współpracy, znużenie, fale krwi w skroniach, karuzela wizji i widziadeł i ciągle dalej.

Cichy, onieśmielony światłem poranek w dzielnicy żebraków i robotników Dorsoduro, wiedzie mnie w to przepiękne poczucie, którego szukałam, poczucie Brodskiego. Jest sobota, pojedynczy przechodnie z chlebem pod pachą, z pizzą na wynos, śpieszą na swoje weneckie śniadania z ciepłymi kochankami w łóżkach. Kanały połyskują lodowatą zielenią, mury odrzucają tapetę tynku, grzejąc surowe cegły w zimowym słońcu. Dzwony przebijają to drżące, radosne powietrze, jakoś tak czule, po matczynemu ogarniając najmniejszy nawet kamień, najdrobniejszą łódkę przytuloną wstydliwie do nadbrzeża. Siadamy na ławce pod kościołem San Nicolo, kościołem o mrocznym wnętrzu, które przywodzi na myśl posępną muzykę i wycie wiatru. Kościół opiera się światłu, woli trwać w zadumie i tęsknocie za średnimi wiekami,, za śpiewnym głosem modłów i spracowanymi duszami wiernych.
Nadbrzeże jest radośniejsze, mewy nabijają się z nas, ale to nam nie wadzi, morze przesyła swoje włoskie pocałunki, zgodnie z naturą tutejszych zalotników, a my chodzimy, chodzimy, oślepione Wenecją, upite światłem, które dźwięczy w powietrzu jeszcze nocą.

*









i wiem, ze na zdjęciach się kiwa, no kiwa się po prostu. Wenecja jest w moim poczuciu miastem piękna, nie zaś miastem elegancji. Piękno Wenecji nie ma nic wspólnego z elegancją, jest jak tęga przekupka z rumianymi policzkami i rękami jak bochenki chleba, w najstrojniejszych swoich sukniach i wykrochmalonym fartuchu układa na straganie, z wielką pieczołowitością jabłka i ryby, odczuwając głębokie zadowolenie ze swojej pracy. Ma poczucie sztuki tej pracy, tego bycia, tego dnia.




**

Nie mogłabym też nie wspomnieć o Boschu, jakkolwiek w ograniczonej ilości kilku obrazów, za to niezmiennie magicznych. Przed jednym malowidłem Mistrza Hieronima, można spędzić czas równoznaczny radiacji ewolucyjnej