Lubię sobie grzebnąć w lewiatańskim koszyku "książka za naście złotych", gdyż co jakiś czas dryfują tam całkiem niezłe owoce morza i tak właśnie stało się w zimny majowy dzień, że wyciągnęłam na powierzchnię szare okładki, które zajęły mnie obrazkiem. No i dzięki temu przeczytałam Nawróconego, autorstwa Alego Eteraza (przekład Radosława Madejskiego). Pierwsze odczucie po odłożeniu (choć przebóg, było to jakiś czas temu), taki trochę Buszujący w zbożu, ale w dobrym znaczeniu. Co się dzieje, kiedy dopada nas bóg? Nie tak rzetelnie, palcem swym dopada, tylko przez świat, który uważa, że bogiem trąci ci z pyska. Jak się bronić, a może się nie bronić, a może coś w tym jest? Na takie i inne pytania odpowiedzieć musi sobie bohater książki, idiotycznym (a może nie) zbiegiem okoliczności, wciągnięty pod ziemię filadelfijskiego życia. A miało być tak amerykańsko.
O tym, jak rozszczepia się kolor amerykańskiej flagi, gdzie powstają i nikną wąskie strumyki różnorodności, jak targa nami nasze urodzenie i co chcemy z tym robić, próbuje nam z subtelnym humorem opowiedzieć autor. Polecam.
Wyciągnęłam z kosza jeszcze jedną, ale okazała się poczekalnianym romansidłem, które, oczywiście, że przeczytałam, bo kimże ja jestem by potępiać romance, ale nie mam właściwie na jej temat nic do powiedzenia. A, dobra, mam, strasznie małe litery.
W ubiegłą niedzielę trochę na przekór temperaturom maja, napadli mnie Bretończycy i Giżyczanie i na przekór nawałnicy roboty, czyli wiecie, że papiery spadają ci na łeb pod każdym możliwym kątem, spędziłam z nimi absolutnie krwamacki dzień! Wszechświecie bądź błogosławion za cudownych przyjaciół!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz