sobota, 24 stycznia 2026

Pokaż mi swój życiowy bagaż, a powiem ci jaka torba

 Zwichnął ktoś z was kiedyś palec w czasie snu? Ja do dzisiaj też nie i doprawdy nie mam pojęcia jakim cudem się to stało. Spoko, już nastawiłam i mogę robić dzięcioła na klawiaturze (nie tym palcem wszakże). 
Obejrzałam przedwczoraj miniserial polski Aniela z Małgorzatą Kożuchowską w roli głównej, z fajnymi rolami Cezarego Pazury, Gabrieli Muskały, Filipa Pławiaka, Renaty Dancewicz i młodych raperek.  Zrobili ów Kuba Czekaj, Jakub Piątek i Paweł Demirski i zrobili go dynamicznie, z polotem i kolorytem. Tytułowa Aniela (M.Kożuchowska) zostaje wyrzucona z bogackiej strefy komfortu w betonowy światek Pragi i tam, czasami machając rozpaczliwie rękami, próbuje utrzymać głowę nad powierzchnią chodnika. Dziewucha jest lekko chaotyczna, trochę histeryczna, ale sprytna i mająca w sobie coś, co sprawia, że rzeczywistość się o nią rozbija, jak o falochron. Co tam będzie po kolei, to już każdy sam sobie obejrzy jeśli będzie chciał, tylko nastawcie się na dodającą specyficznej masłowszczyzny, wulgarność, co mi w ogóle nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, bawiłam się nią znakomicie. W ogóle mamy w serialu sporo tropów, odniesień do rzeczywistości, popkultury, postaci ze świata, co stanowi smak dodatkowy. Żwawy montaż, trochę teledyskowy, sporo dobrego humoru, wątek romantyczny, dydaktyczny, gangsterski, właściwie niczego więcej nie chcę od tego projektu i znakomicie się oglądając bawiłam.

z innej mańki

Czuję feblik do torebek i gdybym miała garderobę, chętnie miałbym tych torebek bardzo dużo, a i bez garderoby trochę ich mam i z wieloma z nich związane są moje wspomnienia, splecione są z nimi uczucia moich przyjaciół do mnie, a i moje do nich rzecz jasna. Nie pokażę wam wszystkich, a tylko kilka, bo wypadły z szafy podczas grzebantosa.

Ta dżinsóweczka to efekt działań Bińki, z którą zetknął nas los na forum poetyckim jakieś srogie lata temu. Bińka jest niezwykle utalentowaną osobą i szyje, wykonuje przecudne cuda, a mi kilka lat temu sprawiła tę torbę, którą zużywam świątek piątek i niedziela, bo pasuje mi do wszystkiego. Ta torba sprawia, że czuję się swobodnie, zamaszyście i młodzieńczo, no i mogę się tam z całym dobytkiem koniecznym do obsługi rzeczywistości*,  pomieścić.

* jak elektryczna taśma izolacyjna, śrubokręt czy meteoryt



Pomarańczową zamszówkę z koralikami dostałam od przyjaciółki Rady, z którą znamy się od studiów, z którą zjeździłam Warmię, i z którą wiążą mnie dzikie eskapady, o których przez szacunek dla oczu i serc czytaczy, nie opowiem. Lubię energetyczny kolor i fakturę tej worko-torebki, kiedy ją wybieram, wracam do czasów studenckich, do bycia kolorowym ptakiem przekonanym, że świat należy właśnie do niego. Choć z Radą widujemy się rzadko ze względu na spory dystans naszych miejsc mieszkania, to ona zawsze mieszka w tej torbie przecież.



Zwykle podróżuję z plecakiem, małym lub himalajką, w zależności od rodzaju wyjazdu, jednak na tzw wyjazdy nadzień, biorę tę uroczą walizeczkę w kształcie teczki. Znalazłam ją w szmateksie i zakochałam się na zabój. Jej  butelkowy kolor przydaje mojemu outfitowi fasonu, a model mówi światu - oto kroczy kobieta elegancka, a nieostentacyjna, rozważna i romantyczna.

Szara filcowa torba z kotkiem, to nieprzypadkowy prezent od Grześka i Gagatki, przyjaciół, których poznaliśmy w Erywaniu i nikt z nas nie spodziewał się,  że przypadkowe spiknięcie się na chodniku nocą, wspólne mieszkanie w hostelu zaowocuje długoletnią i cudowną przyjaźnią. Stali się, Gagatka i Grześ członkami mojej rodziny i choć dorosłe życia pozbawiają nas tak częstych, jak byśmy chcieli spotkań, to zawsze noszę ich na ramieniu, kiedy zakładam tę torbę, a jest ona na zmianę z czarną filcowaną w różowo-czerwone kwiaty, wybierana na rauty, do teatru i galerii sztuk wszelakich, jako lekko nieoczywisty komponent kreacji eleganckich, a co!


Torbę w całości sporządzoną z elementów ciężarówek (plandek i pasów) dostałam od siostrzeńca, przytargał mi ją ze Szwajcarii, gdzie swojego czasu była krzykiem modowym i kiedy ją zobaczyłam, wpadłam. Pasuje do mocnych ciuchów, sygnalizuje, że nie za mną te numery Bruno Schultz no i ze dwa razy wyprawiła mnie na manowce bezpieczeństwa, bo zapomniałam przez nią zapiać pasów. Pasek tej torby jest z pasa właśnie i mając ją przewieszoną na skos, uznałam, że ón właściwy pas samochodowy już jest na miejscu.

Anekke i  jej kotek Towanda to bohaterowie hiszpańskiej firmy torbiarskiej  używającej ekoskóry, sztuki i marzeń. Każda seria opowiada jakąś historię, wiąże się z jakimś tematem inspirującym lub  poruszającym ludzi. Moje torebki pochodzą z dwóch różnych serii, jedna oddaje hołd muzyce i modzie energetycznych i kolorowych lat osiemdziesiątych, druga to podróż w głąb ziemi, a  ja kocham geologię, więc zniosłam jakoś jej kolor brązowy (na co dzień używam go rzadko. Ich torby są  świetnie wykonane, mają cudowne i co ważne, znakomicie przyszyte detale, no i w ogóle i w szczególe są ach. Czuję się z nimi jakby luksusowo



I torba dzierganka od Eli, przyjaciółki mojej siostry, która to przyjaciółka (polonistka) jest wierną kibicką mojego pisania. Obok torby chusta również dzieło Eli. Jest w Eli niezwykła dobroć, ciepło i życzliwość, które objawiają się w każdym splocie jej prac. Zakładając je, czuję moc tego szczególnego wewnętrznego elinego słońca.

I chociaż jestem sobą naga, to zmieniajac outfity, mogę sobie różne aspekty wuszkowości wyciągać i chować, bawić się nimi, korzystać z ich barwy, przyglądać się im i wystawiać, jak oręż przeciwko dementorskiej szarzyźnie.

czwartek, 22 stycznia 2026

Confetti konfesji

 Och, lubię niedzianie! Ponieważ na co dzień żyję w ciągłym i dynamicznym dzianiu, czas niedziania jest mi bardzo pożądany. Mój mózg, który przymuszony codziennością robi rzeczy wielopasmowo, lubi tak naprawdę pasma pojedyncze. Więc cisza, więc brak pośpiechu, więc uregulowany rytm dnia, więc oddalenie się o długość łopaty od obowiązkowych obowiązków, więc, wybaczcie, wiem wiem, śnieg. Ten śnieg sprawia, że odrzuciłam precz myślenie o wyjeździe feryjnym z przyjaciółmi do Barcelony, choć nie byłam i kocham być z nimi, ale rozumiecie, nie mogę opuścić śniegu! Bo niedługo może go nie być, tak naprawdę naprawdę w ogóle. Teoria fejsbukowa zbiera rzesze wyznawców, że ocieplenie klimatu nie istnieje bo nagle mamy jakąś liczbę mroźnych śnieżnych dni i nie rzucam się już z motyką w paszczę temu zwodniczemu słońcu i nie próbuję nawracać, wyjaśniać mechanizmów klimatycznych, bo żeby je zrozumieć, trzeba by posiadać jakiś zakres informacji podstawowych, jakąś nomenklaturę ugruntowaną, jakąś chęć zgłębienia tematu jeśli się tego wcześniej zapomniało. A gawiedź, jak to gawiedź (to nie osąd a posiłkowe nazwanie zjawiska) działa stadnie, ktoś krzyknie do ataku i lecimy, albo w jedną, albo w drugą stronę.


Kurna, ale nie o tym chciałam napisać! Miałam napisać, że posiadanie większego zakresu czasu zwanego "wolnym" jest mojego pisania warunkiem, ze względu na te pasma w mózgu właśnie. Stąd nawalne pojawy na blogu, a później słodka cisza. Właściwie, do czego mi ten blog, co jakiś czas stawiam sobie to pytanie i najłatwiej mi zawsze odpowiedzieć opracowaną już jakiś czas temu tezą, że trenuję tu sobie pisaninę, choć przecież nie mam zamiaru zostać pisarzem (a może podświadomie mam, ale jeszcze o tym nie wiem?).
Nie może być to zatem powód jedyny, więc wydłubałam jeszcze z siebie oczywisty, że pisanie na blogu to rodzaj autoterapii (klasyka) poza tętniącym nurtem mediów społecznościowych, co jest mniej obciążające, mniej straszne, ale oznacza, że niestraszne wcale. To też klasyczna odpowiedź.



Pisanie na blogu to również moje lustro, dość bezpieczne, bo mogę je kształtować, deformować obiekty zgodnie z moimi potrzebami (patrz teza - trening pisania), co nie oznacza, że zakłamuję fakty, oznacza raczej, że mogę przemilczeć rangę wydarzeń, ukryć lub wyciągnąć emocje, zbagatelizować, czy obśmiać coś co jest we mnie trudne, wydostać to na zewnątrz i przyjrzeć się temu na moich warunkach, w  miarę bezpiecznych ramach. Piszę w miarę, bo to przecież przestrzeń publiczna i nie ma gwarancji, że ktoś nie pociągnie za nitkę, nie spruje kawałka rękawa.



 I to jest kolejny powód pisania bloga -  interakcja, spokojniejsza niż w dyskusjach socialmediów (dobra, to żadne nie są dyskusje tylko pyskówki). W tym miejscu ogromnie dziękuję wszystkim osobom zostawiającym komentarz, ślad czytania, a przede wszystkim pobudzającym mnie do szerszego przemyślenia, często na inny sposób, ciągnącym za język. To bywa dla mnie niekomfortowe, bo choć mam wielu przyjaciół, jestem raczej skryta, raczej trudno mi coś komuś wyjaśnić (o ironio, prawda?) i te interakcje wyrywają mnie z  mojej strefy wygody, co sobie bardzo cenię i znajduję w tym wielkie dobro dla budowania siebie. 



Ten blog jest także dla "głasków"* (to słowo zaczerpnęłam z książki Bernego i ma tam inne znaczenie niż potoczne, jest rodzajem "psychowaluty" i niekoniecznie oznacza chwalenie kogoś) i te "głaski" są informacją, że moje pisanie jest osadzone w jakimś świecie, do którego pewnie chciałabym należeć, a którego na pewno się boję, czyli pisarskim (tu spójrzmy na nawias tam dzieś u góry). No i na koniec blog jest zaspokojeniem mojej natury opowiadacza, a ponieważ na co dzień jestem sama, okazji storytellingu* na żywo mam znacznie mniej, bo szkolny jest przystosowany na potrzeby młodego widza. Ach, no i ten blog jest też po to, żeby czasem się czymś pochwalić, bo kto podniesie kotu ogon, jak nie on sam, jak mawiała moja kumpela ze studiów. 

O kurna, ale długie wyszło, a w drodze z łazienki do biurka wyglądało na krótsze!


* podczas redakcji tego tekstu, dopiero za trzecim czytaniem zauważyłam, że pierwotnym wyrazem, jaki wpisałam był "storypetting", chrystepanie! Choć hm..., może właśnie to udatniejsze słowo?


Ps: Zapomniałam o naczelnym zadaniu tego bloga - są to przypisy do moich wierszy, do tego, jak nad nimi pracuję, co mnie warunkuje, co porusza, co stanowi przestrzeń, w  której później powstają. A może cholera, ta funkcja jest dopiero na szarym końcu? Tak naprawdę, wszystkie są razem, ani warstwowo, ani liniowo, kwantowo raczej. 


poniedziałek, 19 stycznia 2026

Rzuć kostkami za kolana

 Skończyłam tego Berrnego (Eric Berne, W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich, przekład Paweł Izdebski) i główka pracuje. Książka jest stara, to znaczy moja jest nowa, to znaczy to jest nowe wydanie starej książki i jest w  niej nowa przedmowa profesora de Barbaro. Książka jest stara, ale strategia gier nadal aktualna. Właściwie dopiero teraz, po lekturze, pożegnałam się w głowie z Chłopcem. Na mocy odkrycia, o którym przecież pod skórą wiedziałam, a teraz mi je obnażono - graliśmy w grę, czy raczej system gier i otrzymywaliśmy wypłatę, prawdopodobnie taką, jakiej każde z nas, podejmując te gry, oczekiwało. Gra skończyła się w momencie, kiedy odruchem zupełnie nieskoordynowanym, nieprzemyślanym, ale mocno naturalnym i chyba obronnym ją opuściłam. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego Chłopiec zareagował jak zareagował i to bardzo dobrze, że właśnie tak, bo opuszczenie tej gry, prawdopodobnie było jedyną rzeczą, która dawała możliwość osiągnięcia wolności. Scenariusze po tym wydarzeniu mogły być różne, przydarzył się akurat taki, zupełne zerwanie kontaktu i bardzo mnie to bolało, i dość długo, ale dziś, kiedy uświadomiłam sobie, że była to jedna z możliwych reakcji na przerwanie gry, rozumiem go i chyba mi ulżyło, bo przestaję się od tego momentu obwiniać, że czymś skrewiłam, albo byłam za głupia, za brzydka, za stara, czy za mało interesująca. Ot wydarzyła się jedna z możliwych reakcji na koniec gry. Dostrzegam, że gram w gry z moimi uczniami, rodzicami, oni grają ze mną i już mam pierwsze pączki myśli, jak się z tych gier wyautować. Choć psychiatria, psychoterapia, psychologia cały czas się rozwijają, przeformułowują swoje tezy, a pisanie Bernego może trącić czasem staroświecczyzną, to  książka nadal jest aktualna, ciekawa i chyba celna w swoich tezach, zaś jej celem jest zwrócenie uwagi na  szeroki wachlarz i strategie gier międzyludzkich, a co za tym idzie wzbudzenie naszej czujności i chęci wydostania się poza ramy tych gier. Dążenie do wolności.

A kurna teraz na tapetę wchodzi Miłość nie istnieje, Tomasza Szlendaka, którą to książkę dostałam od świątecznej Agni, to ja proszę państwa dopiero odlecę. Abo i nie, tego wszakże nie jesteśmyw  stanie przewidzieć.

Paczcie jakiego robię dla was pajaca! Pilates...



niedziela, 18 stycznia 2026

Umajanie w styczniu, czyli kociołek z dekorem

 i tak, mam już ferie, co barzo sobie chwalę, tak samolubnie, gdyż kiedy myślę o procesie dydaktycznym, to nie jestem zadowolona z modelu tygodnickiego 2 wolne + 2,5 pracy + 2 wolne. Ale dziecko we mnie nie narzeka, oj nie narzeka bynajmniej, zwłaszcza że zima trzyma i trzyma tak pięknie, że aż mi serce kryształowo dźwięczy dostrajając się do nut ciętego w paprociowe wzorki powietrza. I tak, nadal chodzę odśnieżać ścieżki cmentarne, a i owszem nadal otrzymuję informację zwrotną od znajomych np taką: ohohoho zima, eee, jeszcze spora warstwa śniegu, nie dokopałaś do końca, przecież ludzie udepczą,  ja to już się naodśnieżałem u siebie, gdybym mieszkał na miejscu to bym też, ale na 15 osób usłyszałam jedno  dziękuję, więc duch narodu nie upadł niżej, niż do kostek. Aż się pragnie w tym miejscu dać emotikon, no już tak wlazły te cholerstwa w życie, że nawet kiedy się ich nie wstawia, to one pojawiają się w głowie, jak to mawiali starożytni malarze naskalni - wart obraz tysiąca słów.
No z temi feriami to, żebyście nie myśleli,  nie samym wolnym człowiek żyje, bo to jeszcze papiery do pracy, jeszcze jakieś tam obróbki danych, jeszcze ambitnie studiuję polecaną przez środowiska nauczycielskie książkę Gabrieli Olszowskiej O!Cena w szkole. Nieodrobione lekcje. Od przepisów do sztuki oceniania. i wiele sobie po niej obiecuję, choć na razie dotarłam do 54. strony.

Z myśli różnych, to taka, że parę dni temu zastanawiałam się nad zagadnieniem domowego dekoru, czyli dlaczego tak, a nie inaczej. Podobają mi się wnętrza przeróżne, te tradycyjne, te nowoczesne i te eklektyczne i właściwie nie wiem, co sprawia, że jednym  mówię tak, innym nie, a dla siebie wybieram nic albo inaczej - wszystko naraz. No bo wnętrza w rodzaju hygge natychają mnie kontemplacją, spokojem i dodatkowo uspokojeniem, że łatwo wszystko sprzątasię i że w ogóle jest w poczuciu tych wnętrz wielka czystość i masa chłodnego powietrza, które można dowolnie przesuwać po całym domu. Wnętrza rustykalne są  pełne zakamarków, ciepłe w dotyku, nasiąknięte czasem, ozdobne detalami i kolorem. Biały schabby chic to radosny romantyzm, wiosenne poczucia nastroju, a etno pachnie paczulą, rozbrzmiewa echem bębenków. I mogłabym tak o wszystkim, lubię loftowe betony, industrialne hale salonów i wiktoriańskie różyczki sypialń,  właściwie nie mówię nie żadnemu stylowi. W jednych wnętrzach odpoczywam, inne mnie ciekawią, przykuwają uwagę, pozwalają na myszkowanie w szczegółach.  Nie umiem natomiast wybrać, jaki miałby być mój dom, tak więc trwam w założeniu poczynionym przez moich rodziców, od czasu do czasu zmieniając jego fragment, dopasowując do własnych poczuć i mam wrażenie, że domostwo ewoluuje razem ze mną i nigdy nie osiągnie stanu końcowego, a więc odejdziemy razem z architektury tego krajobrazu gubiąc się w plątaninie drobiazgów i kotach z kurzu. A psik!

Zdjęcia domostwa są po to, żeby umieścić wyobraźnię czytaczy w jakichś dekoracjach oraz dowieść, ze naprawdę moje domostwo jest składem chwil .


To prawda, nie posprzątałam domostwa do zdjęć, ale zazwyczaj mam większy porządek. Acz równie dobrze mogę też łgać, przecież to interneta są! 


wystawcie sobie, ze święta u mnie nadal mają się dobrze. W ubiegłym roku rozebrałam choinkę w pierwszym tygodniu lutego, zobaczymy ile dotrzyma tegoroczna.





Lodówkę odkopuję spod magnesów przynajmniej raz do roku, czekają w kartonie na to, aż wymyślę, gdzie i jak je wyeksponować


A tę ścianę zapoczątkowała mamcia i później przywoziliśmy jej deseczki i talerze z naszych podróży


Zwycięskie,  opisywane w którymś poście gałki do szafek.


kocham ten piec i żeby nie było, on jest działający



a tę półeczkę zmajstrował z tego, co miał, tatko i choć nie jest najpiękniejsza to jest. I wisi nad moim biurkiem do pracy


A tu specjalnie dla Jaskółki ściana z żarpticą!






poniedziałek, 12 stycznia 2026

Turniej Czterech Dachów

Sezon skoków z dachów w zaspę otwarty!

 

niedziela, 11 stycznia 2026

Przekop ścieżkę do sąsiada

 Dziś na cmentarz wzięłam łopatę, ale roweru nie, więc wróciłam. Tak sobie przy tym odśnieżaniu ścieżek dumałam nad osuwaniem się socjalności. Ludzie przychodzą odśnieżać pomniki, czasami z łopatą, czasami bez, odgarniają śnieg dookoła i nikomu go głowy nie wpadnie, że skoro się już z tą łopatą jest, to można zrobić ścieżkę do dwóch sąsiednich grobów, przecież tu wszyscy znajomi. Ja od wizytujących grób okoliczny, kiedy spojrzeli, że odśnieżyłam im dostęp, usłyszałam - ruch to zdrowie!. To taka nowa forma słowa dziękuję - zamiast niego maksyma na temat szeroko rozumianej rzeczywistości. Nie, żebym tego dziękuja potrzebowała, tylko pomyślałam sobie, że to może być objaw pączkowania baniek - moje - cudze. A gdyby każdy odśnieżył kawałek ścieżki do sąsiada, to mielibyśmy ścieżki na całym cmentarzu, nie? Rzecz odnosi się nie tylko do tego tematu, to zjawisko ogólniejsze np jeśli bierzesz talerzyk, podaj również sąsiadowi, jeśli ścierasz swoją ławkę po malowaniu farbami, możesz zetrzeć też ławkę kolegi, który jeszcze myje pędzle w łazience. Ścieżki można odśnieżać wszędzie wokół siebie, ale chyba coraz rzadziej przychodzi nam to do głowy.

Rzeczywistość dziś wyjątkowo się wdzięczyła, niebieskie niebo zorganizowane w połacie szaro-perłowych i błękitnawych chmur, megafon słońca i drgające na śniegu odpryski światła. Na szreni świeży puch po nocnych manewrach, rozpaczliwe ślady łapek dążące szlakiem poszukiwaczy jadła, sjeny bagiennych trzcin, pitpilenie głodnego ptactwa w oddali, gdzieś na granicy słyszalności. Pomedytowałam na szczycie Górki Życzeń, sprawdziłam jak się spisują nowe śniegowce, pooddychałam zimą.






Ze szczytu Górki Życzeń (najwyższego wzniesienia w moim najbliższym otoczeniu, bo dalej, za wsią są wyższe) widać nas tak


Gdyby do starego Windowsa nasypało śniegu, ekran powitalny mógłby wyglądać tak



Parskam w śnieg!





A tu moje domostwo (to po lewej), budynki gospodarcze i kościół, który uwielbiam (w sensie architektury)



Z uciechy zimą, kupiłam sobie dwie pary zimowych butów! Czerwone, wykwintne botki do szkoły i plebejskie śniegowce do prawdziwego chodzenia.

W domu zupa i znienackowi goście i resztka wolnej niedzieli, którą gorączkowo należało wykorzystać. Zaczęłam wczoraj czytać książkę Erica Berne, W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich (przekład Paweł Izdebski) i powiem wam, że jest nielicha.

I musze koniecznie pochwalić się, ze w kategorii "domowy pilates" zrobiłam postępy!



wtorek, 6 stycznia 2026

kupa mięci

I budzę się dziś nad ranem z imieniem i nazwiskiem Ferenc Karszosz, które to miano pochodzi z książki No cóż, za moich czasów, Klary Feher i od razu przypływa podpięta do niego nazwa Balamber, który był stateczkiem z kory niosącym marzenie bohaterki tej książki. Ani o tej książce myślałam, ani jej od dzieciństwa nie czytałam, a proszę, wdrapało się przez zaspę pamięci i macha do mnie ni z gruchy ni z pietruchy. Idę na Górkę Życzeń, człapię w śniegu i zastanawiam się, jaki jest mechanizm wyskakiwania takich wspomnień, współdzielą szlak nerwowy z innymi? Może podczepiają się w kartotece komputera pokładowego pod ten sam rejestr? Muszę pokopać, z ciekawości, rzecz jasna, nie że jest mi to do czegoś potrzebne.

 
A propos pamięci, to rankiem przeczytałam piękną książkę o pamięci właśnie: Król Warmii i Saturna, napisaną przez Joannę Wilengowską. Jest to książka osnuta na fragmentach życia Warmiaków reprezentowanych tu przez autorkę i jej ojca . Historia kursuje jak wielowymiarowa winda, z jedenastego piętra olsztyńskiego bloku, pomiędzy pagórki Stawigudy, ciągnie nas w czasie w tył, w przód i wypluwa z powrotem na chodnik, gdzie nas zostawia.
Joanna Wilengowska operuje przepięknym językiem udatnie łącząc warnijsko godke z niemieckim i  poetycką polszczyzną. Konstruuje myśli precyzyjnie, ale jednocześnie mistrzowsko tka ze słów koronkowe obrazy, pajęczynę wspomnień ojcowskich i własnych. Obrazy ciepłe, groźne, zabawne, bolesne, wszystko takie zwykłe, bez patosu z pomponami, ludzkie.
 Poznajemy warmińskość przez pryzmat zwykłego, ale też niezwykłego człowieka, w bagatelnych, rzucanych czasem "przy okazji" zdaniach, zgromadzony jest ciężar czasu, i smutek, i strach, i te radości wszelakie.  Ojciec, tytułowy Król Saturna jest wielowarstwowy. Autorka maluje go  jako dumnego stanowczego króla, ale także kruchego staruszka, jego majestat jest niepozbawiony poczucia humoru i oświetlony ogromnym ciepłem spojrzenia córki. Przez książkę płynie nostalgia, jednak nie jest ona z gatunku tych romantycznych, to zwykła, swojska nostalgia, za podwórkiem dzieciństwa, smakiem tamtego chleba z tamtą solą. Nawet jeśli akurat Warmia nie jest komuś bliska, warto zanurzyć się w tę książkę dla samej opowieści, jej urody i klimatu. 

"Król jest weteranem walk, a jego ciało polem bitwy. Tu rozgrywały się potyczki o zastawkę mitralną; żebra kilkukrotnie rozchylano, by wpuścić dragonów ratujących serce, transzeje i okopy zył przekopywano na nowo, by były drożne. Dzięki temu znamy zakamarki wszystkich SOR-ów w mieście, tajne przejścia i ujęcia wody, sztuczki medycznej dyplomacji

(...)

Jako księżna - a nawet czasem sobie myślę nieśmiało, że dziedziczka - królestwa, czuję się tu u siebie. To wszystko jest króla, oczywiście, bo to król jest emanacją królestwa, ale jako jego córka, jako krew z krwi, charakter z charakteru, też jestem posiadaczką Warmii. To wszystko moje. Moje! MOOOJEEE! Gdziekolwiek spojrzeć, wszystko moje. Tu mam siłę. Dlatego jeszcze nie dostałam tutaj mandatu za parkowanie na zakazie oraz ignorowanie parkometrów. Nikt się nie ośmielił, wiadomo. Moje.

(...)

Ojciec:

- Dzisiaj polecę z kosmitami. Zrobię się cieniutki jak papierek.

Ja:

- Dokąd?

Ojciec:

- Na Saturna."

(Fragmenty książki Joanny Wilengowskiej, Król Warmii i Saturna)