sobota, 18 lipca 2026

Akuku!

 Tęskniliście? I co robi ten rozgnieciony mol na moim biurku? tymi dwoma ważkimi pytaniami zaczynam mój drugi poważny post tego lata. Dziś wieczorem zasuwam na bal rodzinny, za oknem mżawi, więc zasiadłam jak korolewa w koszuli strojnej i z herbatą, by nieść internetom światło mego nicnieznaczącego żywota. Acz mój kot uważa, że zniknięcie moje miauoby skutki opłakane.

Tak naprawdę to muszę trochę zrzucić panikę przedmongolijną, bo już dawno nie wyjeżdżałam na tyle czasu po staremu, czyli śpiwór i menażka i jak się kurna spakować, i że tam spodenki muszą być za kolano i że czy starczy miejsca w plecaku, i setki innych małoważnych myśli, które mi wczoraj, a w zasadzie dzisiaj, zbitą bryłą zapychały mózg. Nic to, pojutrze, tymczasem paniko trzymaj swój siwy łeb na wodzy!


To jest ten czas, kiedy rezyduje u mnie Agnes i tak się już przyzwyczaiłam do tego, że ze smutkiem myślę o końcu miesiąca. Ale to jeszcze za chwilę

W tygodniu zrobiłyśmy  miniwycieczkę, bo książka Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich Małgorzaty Jackiewicz-Garniec i Mirosława Garnca, którą wypatrzyłam w prawdziwnej książkarni: A chodź pojedziemy do Lidzbarka i pójdziemy do prawdziwej księgarni.
 I tak sobie przeglądałam, odhaczałam te rzeczy, do których już peregrynowałam i kiedy naszła ochota: A chodź gdzieś sobie pojedziemy, to od razu w wyszukiwarce głowy wyskoczyły mi ruiny pałacu w Lipowinie. Zapakowałyśmy się zatem do auta i pomknęłyśmy do powiatu braniewskiego. Żwirowa droga polna doprowadziła nas do miejsca, które nie przypominało ruin na zdjęciach z książki. Przez siatkę przywitał nas nieco zaniepokojony starszy pan z owczarkiem, wiecie, z tych kudłatych, co zjadają człowieka i nie zostawiają kości (owczarki, nie panowie). No to ja gadu gadu, tu książka, tu ruiny, tu urok osobisty i pan okazał się przemiły, tak, odbudowali, tak zgodnie z rysunkiem, ale wiele jeszcze do zrobienia, tak jest stary park i dwa ogromne stawy, tak możecie. No więc weszłyśmy, owczarek okazał się totalnym różowym gangsterem. Z budynków gospodarczych wynurzył się pan młodszy przejmując wcześniejsze zaniepokojenie starszego, a więc od nowa, bach książka, bach Warmianki, bach urok osobisty, bach czy można i a owszem, a  zapraszam, a jeszcze dużo do zrobienia, bo to ogromne pieniądze tak po konserwatorsku. Nad stawami, na które zawlókł (sic!) nas owczarek, pan starszy z cudowną, mówię Wam, przepiękną ojcowską dumą i czułością mówi do nas, a wy wiecie z kim rozmawiałyście? (nawet nie wiedziałyśmy, że ruiny odbudowane). To znany profesor prawa, w Berlinie wykłada i to była ta chwila, która oprócz radości z pałacu, zrobiła nam tę część wycieczki. Światło, które rozbłysło ze starszego pana, kiedy mówił o swoim synu, ta cała miłość, ach jakież to było o zachodzie słońca nad tym pałacowym stawem piękne. Wybaczcie zatem, że nie charakteryzuję zabytków, bo info o pałacu w Lipowinie znajdziecie w sieci i nie chcę powielać, skupiam się tu jeno na moich odczuciach.









A to nie koniec, bo niedaleko Tak tak, tak mówisz że niedaleko, ruiny pałacu w Rudłowie. Sztuczny nawigator doprowadził nas do wsi, ale pałacu, ani ścieżki, ani widu, ani słychu. Dziecie na rowerze zapytane o obiekt ochoczo nam wytłumaczyło i przebóg, należało przejść siedm gór, siedm mórz, ubić smoka i wspiąć się na najwyższą sosnę, czy zatem zaprowadzi? Zaprowadzi, pokaże i bazę nam swoją pokaże, w zaroślach. Nie, nie, to my tu mogłybyśmy być złoczyńcami bo jesteśmy duże i we dwie, a dziecię małe i jedno. Po drodze D. opowiedział nam o bazie, o swojej podwórkowej bandzie, o szkole, dołączyło do nas jeszcze mniejsze dziecię -  O. i tak nas chłopcy wiedli przez chaszcze, po wykrotach i wądołach, przez strumień  z chwiejną konstrukcją naśladującą mostek (dzieciństwo nakłada się na te obrazy)  i po wspięciu się na dość stromą ścianę wąwozu wreszcie ruiny. I przepiękne parkowe drzewo i niech pani uważa na psy, matko sękato, czyje psy? A nasze, bo my tam mieszkamy, mówi O. i wskazuję ręką zabudowania wiejskie znajdujące się od frontu pałacu. Zabudowania z normalną drogą, po której jeżdżą samochody. Ale i tak fajniej było wejść od zaplecza i być zaszczyconymi wiedzą, gdzie jest baza.




Innego zaś dnia, na własnym podwórzu miałam przemiłą pogawędkę z ornitologiem z PANu, co zbierał dane o bocianach i niech Was nie zwiedzie nieruchawe lato, bo pomiędzy jego lepkimi godzinami dzieją się mikrorzeczy i składają w opowiastki..

piątek, 17 lipca 2026

Od czegoś trzeba zacząć

Zbliża się Mongolia, a wpisowego dziennika Kazachstanu jeszcze nie zakończyłam i przebuk, coraz trudniej mi z tym. I nie to, że nie mam czasu, mam, ale go trwonię, całymi garściami trwonię go, podrzucam, rozsypuję i nacieram się nim, a co! Dyscyplinuję się wszakże dziś, gdyż jak wyżej i mus się trochę rozbujać. No to skrobnę, co tam panie, ten tego, przejrzałam.


Przeczytałam w końcu dostaną od siostry kurzą paczkę nieocenionej Justyny Bednarek. Czterotomowy cykl, w którego skład wchodzą: Piąta kura u wozu, O kurza twarz!, Hip hip kura! i Kury z grubej rury, to zabawna historia dla dzieci, ale i dorośli, czego przykładem (hm, w zasadzie to tak naprawdę nie mam pewności) jestem ja. Rodzina Ogórków zrządzeniem Wielkiego Narratora zostaje opiekunami czwórki bardzo łebskich kur. Pani Justyna w mądry, a nie pouczycielski sposób dotyka neuroatypowości, wieku, smarfonów, rozłąki, przyjaźni i innych jeszcze tematów, kryjąc je pod historyjkami, w których najzaradniejsze są kury. A że ja kocham kury, to wiecie...

Wygrzebana z koszyka w Gamie Niepowinność Pawła Radziszewskiego jest całkiem zacnie i sprawnie skonstruowaną opowieścią na poły fantastyczną. Osadzona w popegieerowskim blokowisku akcja, prowadzi nas przez meandry dorastania, młodzieńczych wstydów, obaw i prawdziwych strachów, przez akceptację i odrzucenie. A pod tym wszystkim w piwnicach blokowiska dzieje się coś, czego obawiają się mieszkańcy wsi. Co to dokładnie jest, to już Wy sami...

Przeczytałam też zebrane w dwa tomy paski Mafaldy. Kiedyś czytałam ją w takich zeszytach zbiorczych i dopiero niedawno wpadłam na pomysł, że może jest wydana no i wyobraźcie sobie, jest!


A jeśli już przy komiksach, to Paco Roca i Zmarszczki (przekład Tomasz Pindel). Komiks z niewielką ilością słów narysowany w bardzo ciepły sposób, a jednocześnie z przesmutną treścią. Rzecz dzieje się w domu starców i opowiada o starzeniu się właśnie, o niezgodzie na nie i bezsilności wobec niego, a także o pogodzeniu się. I nie, nie jest to historia jednej osoby, raczej przedstawienie różnych formuł na starość, sposobów radzenia i nieradzenia sobie z nią. Bardzo polecam, bo choć niewielki objętościowo i minimalistyczny w rysunku i słowie, jest przejmujący.


Nareszcie przeczytałam Świat Muminków stworzony przez Tove Jansson autorstwa Philipa Ardagha (przekład Magdaleny Korobkiewicz), przepięknie wydany album, który czekał na półce aż będę mogła nacierać się czasem. Prześlicznie mówi Ardagh o twórczości mamy Muminków, album zawiera mnóstwo ilustracji autorki, zdjęcia, opisy i analizy postaci, historii, więc to naprawdę gratka dla miłośników Muminków. Nakręcona albumem czytłam sobie jeszcze raz kilka pozycji z muminkowego cyklu.

Polecę Waszej uwadze także film Dziki diament w reżyserii Agate Riedinger (obejrzałam na HBOMax). Przesmutny obraz marzeń i lęków współczesnej nastolatki. Film poprowadzony w oszczędny sposób z przekonującą grą Malou Khebizi, która nie jest profesjonalną aktorką. Główna bohaterka filmu marzy o wzięciu udziału w telewizyjnym  reality show, co traktuje jako furtkę do świata, ucieczkę od swojego codziennego życia, a te, jak wiele furtek i ucieczek, są trudne, bolesne i okupione poświęceniem w dodatku nie taki, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Signum temporis. Polecam bardzo.


A żeby nie było, że tak zupełnie strwoniłam czas, to dodam kilka zdjęć z tzw symbolicznych (bo prawdziwe są w sierpniu, kiedy będę w Mongolii) urodzin, a pomiędzy książkami umieszczę zdjęcia moich koleusów, które nanana rosną jak szalone. Dobra, zaginam też w ogrodzie!

Moja rodzina i przyjaciele to jakaś w ogóle nagroda za dobre sprawowanie w poprzednim życiu. Są cholernie klawi!








niedziela, 31 maja 2026

Z paszczy Lewiatana

 Lubię sobie grzebnąć w lewiatańskim koszyku "książka za naście złotych", gdyż co jakiś czas dryfują tam całkiem niezłe owoce morza i tak właśnie stało się w zimny majowy dzień, że wyciągnęłam na powierzchnię szare okładki, które zajęły mnie obrazkiem. No i dzięki temu przeczytałam Nawróconego, autorstwa Alego Eteraza (przekład Radosława Madejskiego). Pierwsze odczucie po odłożeniu (choć przebóg, było to jakiś czas temu), taki trochę Buszujący w zbożu, ale w dobrym znaczeniu. Co się dzieje, kiedy dopada nas bóg? Nie tak rzetelnie, palcem swym dopada, tylko przez świat, który uważa, że bogiem trąci ci z pyska. Jak się bronić, a może się nie bronić, a może coś w tym jest? Na takie i inne pytania odpowiedzieć musi sobie bohater książki, idiotycznym (a może nie) zbiegiem okoliczności, wciągnięty pod ziemię filadelfijskiego życia. A miało być tak amerykańsko.
O tym, jak rozszczepia się kolor amerykańskiej flagi, gdzie powstają i nikną wąskie strumyki różnorodności, jak targa nami nasze urodzenie i co chcemy z tym robić, próbuje nam z subtelnym humorem opowiedzieć autor. Polecam.

Wyciągnęłam z kosza jeszcze jedną, ale okazała się poczekalnianym romansidłem, które, oczywiście, że przeczytałam, bo kimże ja jestem by potępiać romance, ale nie mam właściwie na jej temat nic do powiedzenia. A, dobra, mam, strasznie małe litery.

W ubiegłą niedzielę trochę na przekór temperaturom maja, napadli mnie Bretończycy i Giżyczanie i na przekór nawałnicy roboty, czyli wiecie, że papiery spadają ci na łeb pod każdym możliwym kątem, spędziłam z nimi absolutnie krwamacki dzień! Wszechświecie bądź błogosławion za cudownych przyjaciół!




sobota, 23 maja 2026

Skrupiło się na czereśni

Ze względu i bez względu na brak czasu uruchamiam post roboczy, który napisałam miesiąc temu.  Miałam nad nim popracować, ale wicie, końce roku, ogrody, domostwa, przyjaciele, wino, śpiew i taniec i braklo czasu, by nad nim popracować, ale chciałam żeby poszedł, więc idzie 


Wiele lat starań, żeby pracowicie zepsuć klimat i o. Nie pisze tu, że kiedyś tak nie było, ale nie było wczesnomarcowych ociepleń, suchych wiatrów, o tym mówię. A jeszcze durna czereśnia uwierzyła i akurat kwitnie, kiedy przymraża i pizga krupą . Jedyny ostały kwiat magnolii pokazał kawałek bladoróżowego płatka. To by było na tyle. Nie boleję nad tymi drobiazgami, one są tylko kroplą w mojej boleści nad zepsutym przez nas, umierającym światem jakim znamy. Tym bardziej cieszmy się chwilą. Ja na ten przykład spędziłam chwile łikendu na słodkim marazmie, naprawdę, trochę pogawędziłam ze znajomymi, trochę wymyśliłam zawodowych rzeczy, a trochę przekwitałam (piekło i szatyni na ten proceder ponury!). 

Co robię, żeby być szczęśliwą? Odpowiedź brzmi - wszystko co mogę! A w zasadzie to nic, po prostu staram się wprowadzać w czyn to, czego się uczę, z filozofii, z praktyki, z rozmów, z doświadczeń. Moim pierwszym krokiem było rozpoczęcie nauki brania się za pysk, sama z siebie to zaczęłam. Nie nie chodzi o przymuszanie się do działania, czy zmiany spojrzenia, jak dziś pamiętam spacer w pola, kiedy po raz pierwszy wykonałam "mordobranie".  Polegało ono na przyznaniu się przed samą sobą do uczuć. Nieważne, czego one dotyczyły (znaczy wiem, czego, ale to nieważne), ważne, że choć sama przed sobą próbowałam tłumaczyć się z tego, czy śmego, unikać i kluczyć, chwyciłam się za pysk i przyznałam do uczuć wstydliwych. Później już szło łatwiej, krok po kroku, a później weszło w  nawyk, odruch, choć próby wewnętrznych uników, kluczenia wcale nie znikły, tylko teraz umiem je  rozpoznać. Co się zmieniło? Chyba mam lepszy kontakt ze sobą, z tą ciemną stroną, bo jasną chętnie się eksponuje, więc z nią się łatwiej jest, a trudniej z tą stroną marudy, zołzy, zazdrośnicy. Dzięki temu kontaktowi mogę unieważnić "podłe" plany mojej ciemnej strony, otoczyć je czułą opieką lub zneutralizować. Nie, nie oszukujmy się, że wszystkie. Patrząc na ludzi, staram się "zaglądać" od dupy strony, nie przez pryzmat ich działań, czy opinii, a tego, że są mną, albo moją kumpelą, albo moją rodziną, czyli kiedy bym ich znała osobiście, widziałabym ich zalety, nie tylko wady wynikające z często pochopnych wypowiedzi w mediach społecznościowych,. Co mi to daje? Przestrzeń na dostrzeganie ładnych rzeczy, bo mniej pochłaniają mnie te "negatywne", dostrzeganie jasności rzeczy, kiedy nie fiksuję się na ich cieniu. Czas, rzeczywiście mam więcej czasu w  głowie, który prawda, poświęcam na swoją pracę, ale moja praca jest moją pasją, więc choć mnie często męczy, to też uskrzydla i nakręca do dalej. No więc właśnie robię to. 


Na zdjęciu widzimy zegarek z dużej biblioteczki, który z przyczyn dla mnie niepojętych stał się artefaktem w przedziwnej grze, jaką uprawiają krewni i znajomi królika. Po wizycie rzeczonych znajduję zegarek w przedziwnych miejscach na przykład upchnięty na samym dnie koszyka z zabawkami i przyciśnięty poduchami, pomiędzy ubraniami  w szafie, a po niedawnej wizycie B. znalazłam go na lodówce w kuchni. Skaranie boskie!


sobota, 25 kwietnia 2026

Tribute z atrybutem

 No jeśli wiaja, piździ że ho ho, jeśli dmucha w pukiel, to przecież nie trzeba wyrzutu sumienia mieć, że się uprawia placking pokojowy, że się otworzyło puszkę czarnego i się wala, wałkoni, pozierając czasem przez okno. Jest w wietrznym niebie przez szybę coś wspaniałego, porywistego, spektakl światła i cienia, taniec chmur, ale kiedy się wyjdzie z piernikowego domku, dmuchanie w kołnierz zachwyca nieco mniej. Ku pokrzepieniu zimnego chowu w moich permagrządkach, dopełniłam wodą ojasy ku uciesze rzodkiewki, która wzeszła jako pionier. Reszta śpi, czasem tylko wystawi czułki. I na tyle robót fizycznych dziś!

Przyszłam trochę opowiedzieć o ludziach, z  którymi pracuję, półprzeźroczystych duchach przemierzających korytarze i podziemia budynku, osobach, bez których ani rusz.

Mój kierownik gospodarczy, jak ją nazywam, A. , sprzątająca na moim piętrze, urodzona kobieta-generał, którą zapewniam, że boję się dwóch osób - dentysty i jej, co przyjmuje z radosnym śmiechem. Ileż znosi ona moich pomysłów, ileż przewrotów oczami wstrzymała, choć przecież mogła nie.  Zawsze na stanowisku ze zmiotką, ścierką, pędzlem, śrubokrętem i nożyczkami, które przyrzekam, ma zawsze w kieszeni. A., dziś będzie stryropian, mówię i tulę uszy po sobie, A. nigdy nie oponuje, jak trzeba to trzeba, pracowicie omija dziesiątki wytworów rąk i fantazji młodzieży, dziwacznych pasków papieru, frywolnych mobili i innego dziadostwa. U A. nie ma jutro, nie ma kiedyś, głosem trąbki woła - Asia, idziemy, ja idę do konserwatora, a ty szukasz tych listewek!  I chcąc nie chcąc, zwlekam swe pedagogicznie obolałe  ciało z krzesła i idę po te listewki i nazajutrz jestem szczęśliwa, że oto stało się, że zrobione. A. ma niesamowitą rękę do roślin i jak parowóz ciągnie ten mój chlorofilowy majdan, a przy tym nie uprawia samowoli, konsultuje, pyta. Dzięki jej wsparciu nasz kiermasz ogrodniczy Zielonym do góry, rozwija się z roku na rok. Widzę jak oddycha z ulgą, kiedy jest już po, wszystkie rośliny wydane.


Na piętrze drugim sprząta M., ona dogląda moich sadzonek we wczesnych fazach wzrostu (jaśniejsza pracownia z odpowiednim miejscem dla wielu doniczek). Przynosi też zielone dary ze swojej hodowli, cierpliwie sprząta ślady eksperymentów.

Inne dziewczyny sprzątające, które na hasło mojej A. przybiegają nosić, przenosić, pomagać.

Konserwator, a właściwie konserwatorzy, bo jeden po drugim, Pan Cz., a teraz D. bez mrugnięcia okiem, bez zrzędzenia szukający sposobu, jak zrealizować moje pomysły. To taki tradycyjny obrazek w szkole, zamaszyście pomykająca grupa z różnego rodzaju przedmiotami rękodzielczymi - ja, A. i konserwator. Do klasy, do ogrodu, z ogrodu, z klasy, do piwnicy, gdzie tylko nas niosą nogi i moje najdziwniejsze pomysły.

Informatycy, najpierw K., teraz G., zawsze na stanowisku, zawsze przybywający z odsieczą, na każde moje wezwanie, a słynę z tego, że jestem głównym beneficjentem usług, cóż, mój urok polega na histerycznej reakcji elektroniki w mem towarzystwie.

Dziewczyny z  kuchni, pamiętające, żeby mnie przywołać przez ucznia, żebym wzięła obiad, którego zapomniałam zjeść, pakujące pieczołowicie ów obiad, bym go mogła spozyć w domu, przynoszące własny ketchup specjalnie dla mnie, pomagające przy organizacji różnych działań, które wymyślam, a przecież które dokładają im roboty. M. przyniosła mi jeszcze na kiermasz flance jej słynnych pomidorów rasy dawnej, a  z nazwy zapomnianej, zatem zostały "pomidorami M.". 

Sekretarka I. z głową pełną pomysłów: "Asia wiesz co ja wymyśliłam, że mogłabyś...", na co ze śmiechem reaguję, tak tak, bierz młotek i zbijaj domki dla jeży, co jest naszym wewnętrznym żartem. I. pilnuje tego, co powinnam pamiętać, pomaga, kiedy trzeba czegoś dopilnować i w odpowiedzi na moje miauczenie wypełnia za mnie te różne dziwne papiery.

Cały sztab ludzi, niepozornych, a wielkich.

A Dyrekcja kupiła nam do klas kanapy, każda w innym kolorze. Moja, na własną mą prośbę, jest buraczkowoczerwona, piękna, no więc jak widzicie, belfer to ma klawe życie...








niedziela, 19 kwietnia 2026

Między kartkami

 Mus zgarnąć trochę papieru z przestrzeni roboczej, więc korzystając z okazji że bardziej mi się nie chce niż chce, oraz mrocznego postanowienia, że kiedy będę miała możliwość i ochotę nierobić, to nierobiła będę, bo odpoczynek obecnie w moim życiu jest jakby luksusem, zapiszę dzielnie na blobie kilka wyrazów na temat.

Nie zbiera się jabłek z tego sadu, to jedna z książek Wojciecha Koronkiewicza, białostockiego dziennikarza, zapalonego rowerzysty i świetnego gawędziarza, który dostrzega i nowe i stare, a rzeczy ogląda z czułością i z tą samą czułością próbuje chronić przed zapomnieniem. Jego "rowerowe" książki zabierają w świat duchów Podlasia, w cień wilgotnych murów starych kościołów i drewniane deski cerkwi, w leśne uroczyska. Pan Wojciech doskonale przekazuje emocje, nie wzbrania się przed odczuwaniem strachu, czy respektu nawet tam, gdzie jego pragmatyczny umysł próbuje mówić - to niepoważne. Odwiedza miejsca związane z podaniami, wierzeniami, cudami, rozmawia z ludźmi, splata z opowieściami refleksje o własnym życiu, a wszystko to w krótkich opowiadaniach, minifelietonach napisanych lekko, ciekawie i z uczuciem. Inne jego książki to Z Matką Boską na rowerze, Podlasie zdrowo zakręcone, czy Życie seksualne kajakarzy. Polecam.

Książki Marcina Mortki poznałam przypadkowo, dość późno, dzięki mojej chrześnicy, a właściwie bratu, który mi je polecił. Dla miłośników mistrza Sapkowskiego to gratka, bo Mortka pięknie czerpie ze wzoru. Piszę - pięknie, bo nie jest to żadne rżnięcie, czy wzorowanie, choć oczywiście nie można uniknąć odczucia inspiracji. Ale jest to inspiracja w dobrym stylu. Przesympatyczna banda Kociołka, karczmarza z talentem do pakowania się w przygody i jego drużyny do "zadań specjalnych", w której skład wchodzą krasnolud, elf, goblin, świątobliwy rycerz i kapłan-mag naprawdę zdobyła moje serce. Tym samym zrobił to autor. Cykl Drużyna do zadań specjalnych, Marcin Mortka

Wraz z pojawieniem się serialu Rycerz siedmiu królestw, przeczytałam książkę Geoge R.R. Martina i choć mam mu za złe i uważam, że powinien zapłacić nam, wiernym czytelnikom sroga karę za niedokończenie cyklu smoczego, to Rycerz jest zacną fantasy, spokojną, bez fajerwerków fabularnych, a  przecież wciągającą. Jasne, że smoczy cykl na wstępie się do tego przyczynia, ale Martin jest dobrym pisarzem, wiec książka napisana jest dobrze, a  serial świetny.

Po książkę Karoliny Sulej, Rzeczy osobiste sięgnęłam z powodu jakiegoś kiedyś komentarza na FB. Komentarz, dość agresywny,  wyrażał oburzenie związane z tym, że osoba w kryzysie bezdomności prosiła o ładną sukienkę. Nie jest tu istotne, co w tym komentarzu dokładnie było, ale istotna jest myśl o tym, co utrzymuje nasze głowy nad powierzchnią wody. Przywołałam wtedy w odpowiedzi na ten komentarz słynny już moment, kiedy kobiety po wyjściu z obozu zagłady przede wszystkim prosiły o szminkę i szukając w sieci linku do artykułu na poparcie tej mojej wypowiedzi, natknęłam się na tytuł książki. Trochę się wahałam, bo jako osoba mocno przeżywająca rzeczy, raczej nie sięgam po literaturę martyrologiczną, czy wojenną, ale pomyślałam, że ta książka pokaże temat nieco inaczej. Nie myliłam się, Karolina Sulej przepięknie, z niezwykłą delikatnością, zrozumieniem i empatią zgłębia temat mody obozowej, dotyka punktów czułych i wrażliwych. Emocje prowadzi tak, że moje własne budowały się niepostrzeżenie i rozsypałam je dopiero na koniec książki. Rozładowałam płacząc jak bóbr, kiedy autorka opowiada już o uwolnieniu, kiedy wszystko się kończy. Niezwykła książka, ważna dla nas także dzisiaj, choćby w rozumieniu osób, które w społecznej opinii powinny być wdzięczne za "bylejakość",a  nie są.


To tyle



sobota, 18 kwietnia 2026

Ból mojej dupy

 Udostępniam na FB post kobiety, która mówi o wycinkach planowanych na przepięknych i charakterystycznych dla Warmii drogach-alejach ze starodrzewem. Te drogi to od wielu lat już nasza wizytówka z achami, ochami i mnóstwem fotek przesyłanych przez gości, że cudowne tunele, że jakie to wspaniałe... Natalia pisze pięknie i jest odważna, dzwoni, dopytuje, "pyskuje".
Nie, nie znam jej, dopiero trafiłam na jej post, to nikt znajomy, ale podziwiam ją od tego momentu, bo umie więcej niż ja, która wyrażenie opinii o ochronie środowiska, starcie z ludźmi znajomymi, kiedy chodzi o wycinanie drzew, okupuję stratą sił, na co nie bardzo mogę sobie obecnie pozwalać. 

Kiedy udostępniam post, FB mnie pyta: "o czym myślisz Joanna?" - myślę, że ludzie tego nie rozumieją, mają swoje "szybkie" argumenty, które maskują inne, bardziej przyziemne. Mam taką tezę, że to także z powodu spłycania wrażliwości, sprowadzania jej do podstawowych, makroskopowych "podniet". To lata braku przywiązywania wagi do edukacji artystycznej (pamiętamy nasze lekcje muzyki plastyki, które, owszem miały fajnych nauczycieli, ale nie oszukujmy się, były i są traktowane w edukacji, jako tzw "michałki"), to brak uwrażliwiania na sztukę i piękno w domach, gdzie często walczymy o tzw "lepszy byt", który wiążemy ze statusem majątkowym, nie posiadaniem na ścianie obrazu lokalnego artysty lub choćby obrazka namalowanego przez własne dziecko. Nie mogę oczekiwać, że ludzie głęboko zaczną czuć więź z pięknem i naturą, kiedy swój dobrostan wiążą z basenem na podwórku, ładnym i szybkim samochodem i sprawami, do których trzeba pędzić "jak najszybciej", nawet, jeśli to tylko parę kilometrów. Nie mogę oczekiwać, ze przy braku, czy uciekaniu od refleksji nad własnym życiem i swoim wnętrzem, będą w stanie wygenerować refleksję o długoterminowych zaletach alei drzew. "Bycie tu i teraz" wygina się na kształtkach cywilizacji w sposób kaleki. Myślę i boli mnie świat.


Zdjęcie ze świąt z kolejnym superherosem, a właściwie superheroską w naszej rodzinie