piątek, 31 grudnia 2010

Przelotka

Pługi śnieżne są tej zimy najczęściej widywanym tu gatunkiem ptactwa. Wprawiają w drżenie otoczenie i jeśli nie przestanie padać, w końcu padnie mi dom.

*

W oczekiwaniu na rok o rozmiarze MMXI, czyli podwójny uśredniony z obfitą końcówką w wersji minimalnej, życzym wszystkim czego tam.
życzenia się najczęściej nie spełniają, a kiedy się spełniają, jest jeszcze gorzej, więc niech będzie po prostu najpiękniej jak potrafi i nie gorzej niż jest !

*

dziś imieniny obchodzi Tworzysław

**

reminiscencja

i cóż, że po świętach, ale wstawię tu sobie jeszcze zdjęcie choinki, która jest trawą, ponieważ jest taka mała

Tato (przychodzi i tonem sprawiedliwego zagaja) Obsadziłem choinkę

Ja; (znając rozmiar choinki robię płaczliwą minę)

Tato: (obwieszcza radośnie) Postawiłem na stoliku, bo nie było jej widać spod stołu



i zdjęcie zaspy w której gdzieś jest podwórko
:]

czwartek, 30 grudnia 2010

z rozmów bez prokuratora - Do siego roku

Biń: idzie nowe

ja: e tam nowe
to jest zawsze stare tylko przychodzi z nową liczbą w nazwie :]

Biń: no jak e tam

ja: juz ja znam te cwaniactwo rokowe
rockowe

Biń: do starego się nie przywiążesz

ja: a niby coś sie tak pozmieniało w tem nowym?
to jakie to nowe
ten sam stary świat
ino o jeden odcinek dalej

Biń: ahahahahah

Biń: jaka mądra

ja: kurwa pieprzony tasiemiec brazylijski
"moda na sukces" oglądasz po 10 latach i nadal wiadomo kto zabił bruk
czy tam nie wiem kogo

Biń: Isaura

ja: albo bruk nie wyszła nadal za ridża choć od trzech lat są już przygotowania do ślubu
z takim "nowym" to człowiek zdąży pójść na kawę, wykąpać się, przeczytać książkę, włosy wysuszyć, ogród wypielić
drzewo wyhodować i nadal jeszcze tramwaj nie przyjechał

Biń: i nastawić nalewek

ja: z takim "nowym" to się wszystko zdąży

Biń: :D

środa, 29 grudnia 2010

mury z papieru

Na malutkim klepisku świata, żyjemy sobie w domach z resztek, używamy paru zużytych już raz drobiazgów, łączymy je wytrwale według jakiejś wizji, w coś, co kształtem przypomina najzwyklejsze serce. O tym jest dla mnie pełen ciepła film Dodes'ka-den, A. Kurosawy. Z tęczą uczuć, ze smutkiem pod smutkiem, z czułością pod nieczułością, z uśmiechem krzywym i nie, z dobrocią i głupotą, pochowaną pod niedobrocią. z obrazkami tramwaju, który codziennie wyrusza w trasę dookoła głowy. Piękny

Opowiastka

Oto opowieść, która przydarzyła się mi i Radzie w niedzielę spóźnionym wieczorem

o drobnych przyjemnościach które się składają na radosność


Z Piernikiem to jest tak, że jest najprawdziwszym Piernikiem Świątecznym, to oznacza, że zwykle wie, kiedy ma się pojawić. Tradycyjnie pojawił się w sytuacji, w której śnieg padał więcej niż musi, a nawet więcej niż może, kiedy wiatr wiał dogłębniej, a świata zza oka nie było widać.
Pojawił się i mówi - poślę ci coś
No i dostałam dziś poświątecznego karpia z rzeczą, która mnie ucieszyła aż po same pięty, a której nie sądziłam jeszcze oglądać. Otóż brzegi tej poświątecznej kartki, obtoczone są w najprawdziwszej na świecie, tłuczonej bombce! Szast, prast, przeniosłam się do pierwszej klasy, kiedy na pracę technikę, szczytem elegancji było posiadanie bombki tłuczonej. Mama musiała tedy szczodrą ręką poświęcić jeden albo i ze dwa egzemplarze, nadgryzionych zębem (czasem palcem) czasu cacek, tato zawijał je w gazetę i wałkiem do ciasta zaciekle wałkował aż do powstania świątecznego tłucznia. I już nazajutrz, ze szczęściem w oczach, niosło się toto w kopertce z gazety na zajęcia, by pieczołowicie okleić wydmuszkowanemu mikołajowi, waciane sobole.




Inna sprawa, ze dziś natychmiast po dwukrotnym umyciu podłogi, mam bombkowe merykristmasy wszędzie. wszędzieeeee!

*



A wczoraj na półce wydarzyła się taka oto opowieść ze świątecznym kotem.





Trochę przypomina mi kota, który zawsze chadzał własnymi drogami. Kipplingowskie "Takie sobie bajeczki" to też moje silne wspomnienie z dzieciństwa. Uwielbiałam je. Najbardziej tę o kocie i o tym, jak został napisany pierwszy list. To były dwie moje ukochane, jeszcze z takich zeszytowych, pojedynczych wydań. Nadal zresztą uwielbiam ten zbiór powiastek, drogie słoniątko ;)

wtorek, 28 grudnia 2010

Dom pani zimy

Świat stanął w lodzie. Nie w szadzi, śniegu, czy lodowych sopelkach, został zatopiony w gładkiej powłoce lodu. Każda gałąź, każde wystające spod śniegu źdźbło, każdy baldachim krwawnika stał się inkluzją. Pierwszy raz widziałam to zjawisko w takiej skali. W powietrzu unosił się dźwięk dzwonków, dochodził z każdego miejsca (nawet z ziemi) i wypełniał przestrzeń jakąś niesamowitą piosneczką. Nieostrożne potrącenie gałązki uruchamiało kolejne tony, przy tym należało uważać, by nie zniszczyć samej gałęzi - przerażająca kruchość konstrukcji. Lód sprawił, że gałęzie łamały się pod najmniejszym nawet naporem. Popatrz, powiedziałam do idącej ze mną Rady, podniosłyśmy głowy - korony drzew dotknięte przez przesuwające się za nimi białe słońce, rozbłysły czystym srebrem.


niedziela, 26 grudnia 2010

sklejenie

język, ten gadzi narząd, przytwierdzony jednym końcem do mnie, a drugim do świata

wtorek, 21 grudnia 2010

Z rozmów z tropicielem łosi

Domber: na łące rośnie mięta i pokrzywa, ale nikt z własnej woli nie siada dupą w pokrzywę

Ja: Ale nie każdy jest taki zaraz ho ho biolog, i czasem wydaje się, że to jasnota różowa

Domber: Rzekłaś..



Ps:
łatwiej wstać na budzik niż na dźwięk budzika

środa, 15 grudnia 2010

Lola

Ach! :D

gadacze

Kiedy po środku nocy otwieram okno, a do ciepłego środka wpełza zimne jęzor powietrza, sprzęty zaczynają trzeszczeć i zagadaywać. Trzask, trzask - lampa, telewizor, etażerka. Futryna, szafa, wiklinowy kosz, nogi krzesła, kartki papieru, drzwi, zaczynają rozmawiać. Na tę krótką, czarowną chwilę, niespokojny duch zimy, wyrywa je z głębokiej medytacji, a wtedy czym prędzej wymieniają poglądy. Rzucają pośpieszne słówka, twierdzenia, upewniają się, czy wszystko nadal stoi w porządku, narzekają, plotkują, zmieniają punkt widzenia. Całe to dobrodziejstwo, szanowne państwo codziennej użyteczności.

*

zapisałam sobie ten szkic przedwczorajszej nocy. ołówkiem. na wewnętrznej stronie okładki "Haruna i morza opowieści" (S.Rushdi). wyrwana z magii tej książki, wpadłam wprost w urok tej pogawędki mebli, która fizykalnie jest termiczną zmianą objętości.
dziś odkryłam, że mój kosz wiklinowy tak się zagadał, że aż mu ucho trzasło. widocznie musiał usłyszeć coś takiego, co go zbiło z pałąkowatego pantałyku.
a propos pantałyku, Biń twierdzi, że to coś pod nogami być musi, ja z kolei, zawsze wyobrażałam sobie pantałyk, jako coś w rodzaju ogona :|

**

a od wczoraj mamy do kompletu szadź. i jest baśniowo.


15.12.10. Czubek Jana w Oleju

wtorek, 14 grudnia 2010

Tam, gdzie zawracają pługi śnieżne

Jak nie wyjrzę za okno, nie będzie więcej śniegu, jak nie wyjrzę za okno, nie dopada, jak nie wyjrzę za okno...

wyjrzałam.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

wyimki z nieistniejącego świata

"Czy robienie zapasów nie byłoby równoznaczne z nieufnością wobec przymierza łączącego człowieka ze zwierzęciem? Przygotowywać znaczne zapasy to tyle, co zakładać, że łowy będą niepomyślne, a więc, że przymierze ulegnie zakłóceniu. Jeżeli nastaje głód, winny temu zaradzić zabiegi natury religijnej.
Robienie zapasów jest jednym ze sposobów opanowania przyszłości, jest dążeniem do zapanowania nad przyszłością, a to może zakrawać na zbyt wielką pewność siebie i zbyt wielką nieostrożność wobec sił regulujących bieg świata.

*

"O ile Ammasalimiuci lękają się umarłych i śmiertelnych, zawsze możliwych i nieprzewidzianych niebezpieczeństw, jakie mogą grozić ze strony ludzi praktykujących czary, o tyle nie czują lęku przed powszednimi niebezpieczeństwami, wykazują się wyjątkową wytrzymałością i odwagą wobec przeciwności losu. Spokojnie i w pogodzie ducha stawiają czoło śmierci: akceptowanie śmierci jako życiowej konieczności wydaję się im czymś tak naturalnym, ze często sami wychodzą jej naprzeciw, zwłaszcza z powodu podeszłego wieku, chociaż również, mimo że dużo rzadziej, pod wpływem przeżyć natury uczuciowej. Samobójstwo uważa sie za akt, który mieści się w pojęciu wolności osobistej i który należy uszanować.
"Czy mało się nażyłem? Czy synowie nie przywożą pod dostatkiem fok?" - głośno zastanawia się pewnego dnia w kręgu swoich bliskich, pod dachem domu lub w namiocie, stary myśliwy, który doszedł do przekonania, ze już zrobił w życiu wszystko, co miał zrobić. Nie ma wątpliwości, dlaczego o tym mówi. Zapragnął odejść... Czasami będzie mówił długo, bez zbytniego pośpiechu, o swoim życiu, co w nim zdziałał dobrego, co złego, po czym wsiądzie do kajaka, nieraz z pomocą syna, odbije od brzegu i płynąc odwróci się nagle do góry dnem, by tak już pozostać. Kobieta,w podobnych okolicznościach, rzuci się z wysokiej skały.
Morze, które jest dla Ammasalimiutów źródłem wszelkiego dobra, dobrze przyjmuje ich w śmierci; to najkrótsza droga do miejsc lepszego bytu w zaświatach"

*

""Bywa, że angakok, choćby i najpotężniejszy, nie zdoła uśmierzyć gniewu matki morskich zwierząt. Nastaje głód, zapasy się kończą - o tyle szybciej, że goście byli niedawno w odwiedzinach. Przechowywane pod ipekiem zwoje ammassatów zostały już zjedzone. Długi połeć białego rekiniego mięsa, trzymanego dla psów, zawieszono na belce; nawet po ususzeniu, kiedy już utraciło swoje trujące właściwości, tak mocno czuć je amoniakiem, że chcąc zjeść choćby kawałek, trzeba umieć opanować mdłości. Dzień w dzień myśliwi całymi godzinami czatują na lodzie, a po powrocie do domu siadają bez słowa. Nadchodzi głód, lecz ich zachowanie jak gdyby niczym tego nie zdradza... Wstaje któryś z mężczyzn, nawilża skórę bębenka i śpiewa, a wszyscy chóralnie podejmują refren. To nic innego, tylko optymistyczna postawa wobec upersonifikowanych mocy, od których zależy cykliczny bieg zjawisk. Może tak minąć osiem, dziesięć, piętnaście dni. Je się algi, długo gotuje się skóry, żeby móc je przeżuć... Wreszcie któregoś wieczoru wraca myśliwy, rozbiera się, rozwiesza odzież, żeby wyschła, nie inaczej niż każdego dnia, po czym mówi do matki lub żony: "Foka leży przed domem". W znacznej części zostaje zjedzona na surowo"

*

"Zdarza się jednak, że któryś z myśliwych nie wraca - odzież wszystkich innych już od dłuższego czasu suszy się nad lampą,a jego wciąż nie widać. Jeżeli ta nieobecność przedłuża się, jedna i ta sama myśl narzuca się wszystkim: "Nie wróci". Nikt jednak się z tym nie zdradzi. Ani słowem, ani gestem. Jeżeli nie wracający żyje, obraziłoby się go, wyruszając mu na pomoc, bo znaczyłoby to, że uważa się go za niedojdę.
Jeżeli nie żyje, pod żadnym pozorem nie należy wymawiać jego imienia, już bezcielesnego, gdyż znaczyłoby to, że się przyzywa je,a przecież bez potrzeby, skoro nie ma w domu noworodka,w którego ciele mogłoby zamieszkać.

*

"Kiedy indziej znów wielki dom aż kipi uciechą. Oto są goście - nieraz z daleka, po całodziennej jeździe na saniach lądem i ściętym przez lód morzem, przybyli w odwiedziny mężczyźni i kobiety.
Gościnność jest najpierwszym i niepodważalnym obowiązkiem, niezależnie od sympatii czy wrogości do goszczonych. Przyjmuje się ich z całą szczodrością, niczego nie szczędząc, i jeszcze w chwili pożegnania obdarowując wiktuałami dla ich krewnych, którzy nie przyjechali. Niezawodny sposób, aby znikły nawet największe zasoby żywności, a stan posiadania ich właścicieli spadł do ogólnego poziomu. Największym specyjałem na takich biesiadach jest kritsia: foka, która musiała kilka miesięcy przeleżeć w zmarzlinie, aby jej mięso, z mocnym zapaszkiem, mogło być uznane za godne podniebienia (...) Kritsię spożywa się na surowo - jest to mięso o miękkawej konsystencji, jego ściekająca krew zdradza początki procesu gnilnego; zawiera toksyny, które wprawiają biesiadników w stan podniecenia wyładowującego się w hałaśliwym śmiechu. (...) Je się ją aż do ostatecznych granic sytości. "Język stanął mi w gębie" - określają tę sytuację Eskimosi, tak zaznaczając również, ze już pora przejść do innych uciech. Jeden z mężczyzn sięga po szeroki, zaopatrzony w uchwyt bębenek; gra..."

*

"Ani po pierwszym kontakcie z Europejczykami, ani nawet później, Eskimosi nie przyzwyczaili się do podniesionego tonu i hałaśliwości głosów zachodnich przybyszów; bywało, ze zatykali sobie uszy ze słowami "Chyba ktoś tu tak mówi, jakby wpadł w złość?" Dzieci bawią się według uznania, idą spać kiedy im się spać zechce, jedzą lub sięgają do piersi, kiedy mają na to chęć. Matka nigdy ich nie upomina, nie karci, nie łaje ani nawet nie traktuje surowiej, aby im narzucić taki czy inny sposób bycia. Uważa, ze w małym ciałku niemowlęcia próbuje wyrazić się inna osoba, która odradza się w nim wraz ze swymi cechami człowieka dorosłego czy nawet mądra mądrością starca. Matka zważa, by czymś nieopatrznie nie przeszkodzić temu dążeniu bogatemu doświadczeniami z innych reinkarnacji"

(z książki Roberta Gessaina "Ammasalik")

ipek - w domu patriarchalnym, wspólny podest służący do spania i prac, poprzedzielany przegrodami ze skór, które wyznaczały miejsca poszczególnych par
angakok - kapłan
ammasaty - małe rybki nanizane na sznury




**

jest coś bardzo pięknego w surowości tej zagubionej już kultury. silne biologicznie prawa pozwalają podeprzeć drzwi, na które z drugiej strony napiera bezlitosna przyroda.. pozwalają je podeprzeć w takim stopniu, ze drzwi przestają być potrzebne - przyroda i Inuita, opierają się o siebie barkami, w swoistych zapasach, które można by nazwać trwaniem w spleceniu (nie wrogim, a pełnym szacunku).





***
i podrzucę jeszcze legendę Eskimosów grenlandzkich, którą bardzo lubię


O PODZIALE ŚWIATA

Bardzo stara legenda powiada, że w owym czasie, bardzo dawno temu żył sobie człowiek. Powiadają, że ziemia wtedy dzieliła się na części. Człowieka widzącego ziemię podzieloną na części ogarnął wielki strach.



i jeszcze jedną z wyraźnym morałem


O SZTORMOWEJ POGODZIE

Ponieważ dawniej była bez przerwy piękna pogoda, pewien stary człowiek rzekł w końcu:
- Wydaje się, że będzie burza!
I wtedy pogoda zaczęła się odmieniać. A kiedy tak się stało, człowiek rzekł:
- Pogoda staje się burzliwa, a to, co przynosi ze sobą sztorm, jest nie do pozazdroszczenia. Nie należy się nudzić dobrą pogodą.
I odtąd nie nudził się więcej z powodu dobrej pogody.



("Ognista kula - legendy, baśnie i bajki eskimoskie", zebrał i opracował Jacek Machowski)

niedziela, 12 grudnia 2010

Sopor Aeternus

1. do słuchu
2. do słuchu
3. do słuchu

*

dziwna. pociągająca

Cieciorka

Będąc wyjątkowo młodym porankiem, obudził mię był Domber odpisując mi smsem, że mu padła bateria w komórce, co i tak sama z siebie wiedziałam, gdyż dnia poprzedniego rozmowa urwała się w pół i już nie wróciła. Za oknem była sobie zima i jakżeż przenikliwie była ona, bo zaspy przyszły połasić się aż do domu.
Rade dziewczę, nie rade zsunęło swoje aksamitne zwłoki z łoża i w zamieć poszło, bo w misce noc całą namakała ciecierzyca, przyjaźniej cieciorką zwana, a ozory domowników powiewały niby chorągwie.

otóż w sklepie dziewczę kupiło
- wino białe wytrawne marki "ludowa madrość", czyli "sophia"
- groszek zielony konserwowy
(i parę innych rzeczy w tym dwa piwa, ale one akurat nie przydają się do zupy)

w domu se miałam
namoczoną ciecierzycę
cebulę 1
czosnek w zębach
suszony tymianek
nać selera suszoną
pietruszkę suszoną w naciach
pieprz
chili
sól
bulion

*

zupa z ciecierzycy i groszku

  • ciecierzycę uprzednio na całą noc namoczyć i ugotować
  • na oliwie podsmażyć posiekaną sporą cebulę i ze dwa zęby czosnkowe, takoż rozniesione w drobiazgi
  • przy samym końcu winem białym, wytrawnym, obficie podlać i wsypać w to seler suszony kurwa nać! niech z minutkę pobulga i się zwinie
  • wlewamy na tenże zaczyn przygotowany bulion, dorzucamy cieciorkę, dorzucamy groszek i gotujemy
  • pieprzymy się do smaku czili solą w oko
  • zupę pozbawiamy przedstawicieli ziarna, resztę zaś miksujemy, a kiedy już jest po wszystkim, ziarno wracamy macierzystemu garowi, żeby się ukąpać i uwyglądać mogło
  • teraz czas na przeprawę z tymiankiem i pietruchą
  • bulg bulg bulg, voila! gotowe
  • należy pamiętać o stałym gotowaniu w zupie, tradycyjnej, dębowej łyżki!




Żegoty 12 grudnia.2010

sobota, 11 grudnia 2010

Apciuch!

z tivi: "Mistrzostwa Świata w Katarze"

piątek, 10 grudnia 2010

boli

uwięzienie umysłu w ciele i świecie
nierówność
niespójność
tego wszystkiego

*
jak?

wtorek, 7 grudnia 2010

Paniusia wzywa na pomoc zegarmistrza

Kiedy weszłam, tak już leżała. Próbowałam coś zrobić, masaż klatki, sztuczne oddychanie, ale nic, nic, nic! Paniusia wraz z siwowłosym panem, pochylają się nad kukułką. Zegarmistrz bierze w dwa palce skrzydełko, unosi je, opuszcza, jeszcze raz unosi, znowu opuszcza, osłuchuje plecy budki, mierzy wskazówki - Jesteśmy spóźnieni. Mówi zwieszając głowę.

oniemyśleniu

istnieje cała masa rzeczy do oniemyślenia. jak się tak przyglądam swojemu zbiorowi, to rośnie

*

dziś śniło mi się, że schłam sobie słonecznie leżąc na katafalku na naszym cmentarzu. uprzednio zaś wykąpałam się w jeziorze, tamże. następnie spakowałam plecak (dalej na tym samym cmentarzu) i pojechałam do siostry do Moskwy. Moskwa znajdowała się już normalnie, w Moskwie.

7 grudnia - dzień grzecznych wuuszek

Mama pogląda spod zmarszczonej brwi na paczkę i z niechęcią zerka na rachunek do zapłaty

Mama: (podejrzliwie) Co to jest?

Ja: (buzia w ciup) Prezencik.

Mama: (marszczy czoło) Od kogo?

Ja: (ciszej) od św. Mikołaja

Mama: (podejrzliwie) Dla kogo?

Ja: (nieśmiało) Dla mnie

Mama (groźnie): Co tam jest?

Ja: (cichutko) książeczki

sobota, 4 grudnia 2010

карандаш

Są rzeczy, o których myślisz, ze to nagroda, a to była po prostu kara. Obudziłam się dziś z taką myślą w głowie.

być może w związku z takimi rzeczami, w dzisiejszym śniku złamano moją szczotkę do włosów. A to paskudna sprawa, bo szczotkę porządną ciężko mi znaleźć i kiedy już mam, to traktuję jak skarb. strasznie mi smutno się zrobiło w tym śnie, bo nie chciałam się wściec i poczułam wówczas taką bezsilność wobec wydarzającego się.

*

Na jawie, natomiast, siedzę i popatruję z niekłamaną przyjemnością, na gruby trójkanciasty ołówek stolarski o pięknej ciemnozielonej, metalizowanej oprawce z czarnym końcem i twardości 6B, leżący przede mną na biurku. Weszłam w jego posiadanie wczoraj, drogą kupna. Kusiło mnie zakupić całe pudełko, bo razem tworzyły cudny trójkątny graniastosłup. Ach

środa, 1 grudnia 2010

ptaszęco

biolodzy to taki fajny półświatek, w którym, kiedy się element spotka z elementem, jakaś wykwita życzliwość, i porozumienie, i rozmowy uśmiechnięte - a to o wydrze, co to się wydziera, a to o bocianisku, który nie odleciał, a to o zjeżonym jeżu. no i pamięta, że człowieka nie zastało w domu, kiedy trzeba było ściągać bociana z gniazda, i że człowiek w tym czasie bezczelnie grawitował w okolicach bajkału. biolodzy to taki światek, który ma o wciąż energię, by o tym mówić, i mówić, i mówić. jestem więc po poruszeniu tematu kondycji bocianów, woliery dla dzikusów, dokarmiania oraz innych, rzeczy guzikowych.
nabyłam drogą licytacji i fajną fotografię Ryszarda Czerwińskieg z wydrapanną, to na ośrodek rehabilitacji dzikusów, no a moja podopieczna z koła plastycznego zwinęła pierwszą nagrodę w konkursie "ptasie sprawy", a tak zastanawiałyśmy się obie, na którą z dwóch zrobionych prac postawić. juhu, jestem głodna i musżę. ułożyć klasówkę dla szóstaków.

*

na podwórzu mrrrróz jak sto czegoś tam czegoś

**
a w nagrodę zapakuję się pod kołdrę z książką o Ammassalimmiutach.

A jak będzie pięknie, to pewnie coś o niej popiskam

wtorek, 30 listopada 2010

soczewica

no więc o świtaniu pobudka. mirek marudzi, że trzeba wypuścić kota na dwór, gdyż kot jest nieszczęśliwy i zaraz prawdopodobnie pęknie. w korytarzu zaspa, drzwi przymarznięte. radzi nie radzi z tatkiem szuflujemy śnieg, gotujemy się, lejemy wodę, kując lód i kuląc się w piżamach (ja na boso, bo z pośpiechu zapomniałam kapci z góry). kot olewa sprawę - patrzy na nas, wykrzywia się i idzie odwiedzić kuwetę w piwnicy.

wieczorem na strychu katastrofa, cały strych tonie w śniegu, zapasy ziół dzieś w zaspach, z pora to chyba nic nie będzie o tej porze, a szkoda, bo bardzo na liczyłam, rada nie rada,a głownie nie rada, przekopuję się przez bałwankowie w poszukiwaniu straconej suszarni jak jakiś pieprzony karibu. tymczasem odmarzają mi nery, łapy i takie małe cuś, co robiło kiedyś ping, ale już nie robi.


jest zimawo, choć w kalendarzu jeszcze jesień

zatem do kuchni po coś na rozgrzewkę
jako, że wyszłam prosto z gara, podrzucam na gorąco przepis na kolejną zupę z gwoździa czyli drewnianej łyżki czyli z soczewicą. zupa jest na rychcika, więc doskonale nadaje się na przed filmem szybkie sporządzenie.


zupa z soczewicy z dębową łyżką

no to bierzemy sobie 1,5-2l wody
do wody, hyc - 2 kostki bulionowe (warzywne najlepiej)
i szu w to szklanę soczewicy, a może być nawet z 1,5 szklany
dorzucamy ziele angielskie (trzy czteryyy!)
listek laurowy (do kompletu, bo wiadome, że choć liść i ziele subtelnie się różnią, z tego samego krzaka wawrzyn zbierały)
curry - proponuję sporo, nie szczyptę, bynajmniej, choć może być importowane, dajcie z łyżeczkę a nawet i więcej, zresztą, zależy, jak kto lubi. acz pamiętać należy, że curry od-ważne jest
paprykę (ja dodaję powiórkowaną ususzoną zieloną ogrodową)
paprykę mieloną słodką (sporo)
pieprz kolorowy (czyly mięszanka) świeżo mielony we młynie, we młynie
sól
mieszamy za każdym składnikiem i oczywiście cały czas warzymy miksturę z dębową łyżką

(można dodać, co tam kto woli, ale ja lubię taką do kubka minimalną w treści)

i gotuje się

a tymczasem, za drzwiami...

podsmażamy jedną pokrojoną drobno cebulę na złoto i dwa ząbale czosnkowe posiekane ,
kiedy już się uczyni na rumiano
lu to do zupiny

kiedy soczewica zmięknie (to około 10-15 minut od startu), można się napawać

*
mh, właśnie przed chwilą zamiauczało za oknem i wewiało kota do domu, jak F16 przemknął po schodach i rzucił cielsko na kaloryfer.

voila, oto wieczór!
chyba naleję sobie wina czerwonego do lampki
:]

*
Ps: można wcisnąć do zupy cytrynę

poniedziałek, 29 listopada 2010

hu hu ha!



neee, to ne żart. mam w pokoju 10 stopni i hula wiatr,
zatem, zdaje się, nie powinnam mieć w nim zajęć i iść do domu, tylko dzie? cholera :|
strój, jak widać, inspirowany siczą zaporoską i londyńską gwardią królowej :]


i kotek

niedziela, 28 listopada 2010

z sms-ów czyli dogadaj się z poetą

Retes: Los wpadł pod pociąg :|

Ja: yyy aha

Ja (próba pojęcia metafory i bycia błyskotliwą): Taki totolotkowy los?

Retes: Los, zwierze. Cztery nogi, rogi!

*

a w ogóle to gratulujemy Retesowi nagrody pierwszego Ratatuja, czy tam innego Ratonia
:]

zima

No i zima na Warmii, mrozy mają galopować, śnieg pada cały czas. upiekłam wczoraj chleb i dziś raczę się jego smakiem patrząc jak śniegowe drobinki nieuchronnie zasypują widok.




wczoraj łaziłam po łąkach, kiedy się naciśnie nasączone wodą trawy i glebę, uruchamia się pod warstwą śniegu pełzający dźwięk poruszonego strumienia. dźwięk na poły bagnisty, na poły wodny. i tak chodziłam w kucki i słuchałam tego dźwięku.

piątek, 26 listopada 2010

pamiętnie

Wisława Szymborska

Gawęda o miłości ziemi ojczystej


Bez tej miłości można żyć,
mieć serce suche jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie uwić,
o blasku próchna mówić "dnieje",
o blasku Słońca nic nie mowić.

Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone,
które na płytko wrosło w ziemię,
któremu wyrwał wiatr korzenie
i jeszcze żyje cząstką czasu,
ale już traci swe zielenie
i już nie szumi w chórze lasu?

Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie będę powalonym drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radością, smutkiem, dumą, gniewem.
Nie będę jak zerwana nić,
Odrzucam pusto brzmiące słowa.
Można nie kochać cię - i żyć,
ale nie można owocować.

Ta dawność jej w głębokich warstwach...
Czasem pośrodku drogi stanę:
może nieznanych pieśni garstka
w skrzyni żelazem nabijanej,
a może dzban, a może łuk
jeszcze się w łonie ziemi grzeje,
może pradawny domu próg
ten, którym wkroczyliśmy w dzieje?

Stąd idę myślą w przyszle wieki,
wyobrażenia nowe składam.
Kamień leżący na dnie rzeki
oglądam i kształt jego badam.
Z kamienia tego rzeźbiarz przyszły
wyrzeźbi głowę rówieśnika.
Ten kamień leży w nurcie Wisły,
a w nim potomna twarz ukryta.

By na tej twarzy spokój był
i dobroć, i rozumny uśmiech,
naród mój nie żałuje sił,
walczy i tworzy, i nie uśnie.
Pierścienie świetlnych lat nad nami,
ziemia ojczysta pod stopami.
Nie będę ptakiem wypłoszonym
ani jak puste gniazdo po nim.

czwartek, 25 listopada 2010

śnik kuluarowy

śniły mi się dzisiaj przygotowania do operacji i straszny strach, który wcale mnie nie dziwi przecież.
i wąskie kamienne zaułki jakiegoś miasteczka, nieco podobne do Sigisoary w stylu, acz nie była to ona. było znacznie ciaśniej i odrapaniej. pchli targ pod jedną ze ścian i moneta z 188__ roku (zapamiętałam tylko trzy pierwsze liczby)

*

podwórze nam osypało, choć trawa jeszcze przeziera. wałkoń Mirek wałkuje mi biurko i zasłania monitor. zatem trzeba zamykać teatrzyk.



i przyszły dziś do nas do szkoły konie. było ich dziewięciu, a później sobie poszły

środa, 24 listopada 2010

z rozmów z poetą - o biernym witaliźmie

B - żyć mi się nie chce

Wu - no, ale co zrobisz, czas się przesuwa pod nogami i chcąc nie chcąc, przebierasz nimi. żyjesz

Pada śnieg

jak wyżej.

nocny wypad zza lampy

właśnie był w pokoju komar. coś bzykał i zdaje się, zdechł. albo opadł z sił, tego nie wiem dokładnie, bo nie zdążyłam go namierzyć. w każdym razie jest cisza. albo coś koło tego.

*

korzystając z bezsenności pokażę chomika. chomik pochodzi z kolekcji mojej siostry i jest absolutnie cudowny.



"Moje ulubione zwierzątko domowe"

Biolodzy (czyli brat, bratowa i ja) poproszeni o identyfikację zwierza, typowaliśmy różnie, ja obstawiałam bociana, bo niby czemu nie miałby być ulubionym domowym? i cztery nogi to przecież nie jest znowu taki wielki nadmiar, bratowa trafiła blisko - dała mu myszaka na imię, nie pamiętam, co obstawiał Kriiss, bo głównie rył w mankiet

wtorek, 23 listopada 2010

ćwiczenia praktyczne

najpierw aś obejrzała instrukcję, ze wszystkich stron. włączyła aparat. później próbowała wszystkiego (niemal). wyłączyła aparat. włączyła aparat i jeszcze raz obejrzała instrukcję. wyłączyła aparat. włączyła aparat przemawiając do niego czule. wyłączyła aparat. później się wściekła wzywając wszystkie demony i anioły świata. włączyła aparat. potrząsała aparatem i wyłączyła aparat. obejrzała jeszcze raz instrukcję krzycząc na nią (również do góry nogami). włączyła aparat. ponaciskała. wyłączyła aparat. obejrzała instrukcje usiłując zachować spokój. włączyła aparat. wyłączyła aparat. później się popłakała. włączyła aparat i przeklęła wszystkich, którzy obiecali jej pomóc go oswoić. wyłączyła aparat. włączyła aparat. wyłączyła aparat. jeszcze raz popłakała sobie. położyła aparat na drugim końcu pokoju. obraziła się. wzięła aparat. jeszcze raz pociągnęła nosem. włączyła aparat i znalazła to pieprzone pokrętło do szybkiego ISO!

sen piastowski

patrzę jak mój mózg przyswaja sobie rzeczy. dziś w śniku wykręcał na wszystkie strony wieczorną książkę o strategiach pierwszych władców Polski i wkręcał je w sen o rządzeniu Królestwem Na Papierze (to nie tylko nazwa tej krainy, ale naprawdę kraina była na papierze - nie płaska, a taka miniaturowa i na papierze), przez króla Michała i Królową (imię się nie pojawiło). To oczywiście odbitka ukuta na Mieszku II i Rychezie, poznałam ich natychmiast. Obserwowałam ten sen we śnie, to jeden z takich, które można obserwować.

*

a dziś są 80-te urodziny mojego Taty i stolat, zaś obchody już przeżyliśmy, z tym, że ja ledwo ;)
a, no i imieniny drugiego tatowego imienia, czyli Klemensa, bo ongi tak podobno we wsi nadawano, kalendarzowo znaczy. Z tego też powodu moja ciocia wylądowała miękko na Alfonsie. I dzięki ci losie łaskawy, że otarłam pysk jeno o Beatę, gdyż w moim dniu jest Klary. na nieszczęście na pierwsze.

Przyjęcie

Paniusia weszła do pokoju. Z półmiska patrzył na nią rolmops.
- Co się tak gapisz, śledziu! Warknęła Paniusia
- Śledziu, śledziu, Marecki jestem. Zapiszczał rolmops.

poniedziałek, 22 listopada 2010

przeciąganie struny

kto stroi żarty?

połów

a tuś mi bratku, czyli Domber zgubiony, Domber znalezion yest. klik klik

*

to dowodzi cycatego cytatu, że niechaj żywi nie tracą nadziei ;P

***

marzy mi się naprawienie popsutego.

piątek, 19 listopada 2010

homonimowy donosiciel

cholera, jeśli zaraz nie zasnę, to będę głodna! co za paskudny szantaż fizjologiczny. że też własna materia stawia mnie przed taką alternatywą auuu. wyjściem jest, w jednym i drugim wypadku
- kanapka

a więc
a la kanapka z masłem orzechowym!

(Zamek Eureki))




a tu Gacek i rrrripki! :D klik

bęc

a w dzisiejszym śniku przeżyłam katastrofę lotniczą. ze snu pamiętam, kiedy samolot zaczął spadać i jak się obudziłam w szpitalu. pamiętam pierwsze wrażenie sufitu i niebyt między jednym momentem, a drugim

i śniło mi się drzewko brzoskwiniowe w ogrodzie, które rośnie w tym samym miejscu mojego snu od dzieciństwa. jak głębokie utajnione chcenie, takie fantastyczno-dziecięce. i tu pojawia się kolejna kategoria - sen artefakt

czwartek, 18 listopada 2010

szopka z rzeczami

rzeczy do zrobienia
rzeczy za małe, za ciasne
rzeczy mniejsze, większe rzeczy
rzeczy które mają swój na własność grunt
rzeczy uwłaszczone
rzeczy ubezwłasnowolnione
rzeczy ważniejsze niż inne
rzeczy zawłaszczone
rzeczy zagubione
rzeczy stracone
rzeczy wiszące
parę rzeczy
rzeczy do których się przechodzi
i rzeczy od
rzeczy złe i rzeczy dobre
rzeczy pożyczone
rzeczy które już nie wróciły
i nie wrócą
moje rzeczy
rzeczki

środa, 17 listopada 2010

zielicha

właściwie, gdyby napar z ziół posolić i wrzucić mu makaron albo grzanki, można go pić jak gorący kubek. tak coś przeczuwam. jestem gotowa zjeść zupę chyba z każdego zielstwa, czego nie mogę powiedzieć o ziołowych herbatkach.

*

dziś ponurym popołudniem łaziłam po mszarach, żeby nawąchać się listopada. tej zgniłości, tej butwizny. przykładałam twarz do pni drzew i wdychałam zapach porostów, podnosiłam z ziemi mech , żeby poczuć przygotowującą się do zimy grzybnię, i liście, wchodzące w kolejny cykl

**

możliwe, ze to mieszkanie na wsi, ale stałam się wrażliwa na zapachy jak świnka truflowa. na zapachy i dźwięki. wzrok natomiast spada tradycyjnie na łeb na szyję. kiedy dojdzie do stóp, zacznę się widzieć od dołu ;)

****

a właśnie, piekielny por nie chce schnąć. zbyt późna pora w suszarni. idzie jak po grudzień
i czas dodać kolejny składnik nalewce na żurawinie, al;e jestem leniwa i prawdopodobnie wyrosną mi glony na sierści

:]

poligon snu

dzisiejszy śnik sponosrowany był
przez

latanie w drewnianej skrzyni- odbitka
żółte Gruszkowe Ptaszki - odbitka z symboliką koloru
podróż rozklekotanym samochodem z perypetiami losu - symboliczny
bagnisto-trawiaste miejsce z marchewką pietruszką i jedzącymi je kaczkami - odbitka-patchwork

*

wuszkowe kategorie śnieniowe

odbitka to sen transformujący elementy/drobiazgi/szczegóły zapamiętane z jawy
odbitka-patchwork - to sen wieloskładnikowy, z nawarstwionymi odbitkami z różnych przestrzeni/snów/jawy/miejsc
symboliczny bz komentarza

dryf

zwabiona pytaniem na jednym z portali poetyckich, myślałam o wierszowych modach i sądzę, że to nie tyle kwestia mód, co dryfu w stronę porozumienia.

w pewnym przedziale czasu, pisanie chce spełniać funkcję przestrzeni porozumienia. zatem musi dążyć do ujednolicenia pewnych kanałów transferu danych, rodzaju plików, haseł, kluczy, formuł - my biologi, nazywamy je czasem (ale to tylko pod wpływem alkoholu ;) lub w stanie religijnej ekstazy) szlakami nerwowymi.
żeby być zrozumianym, trzeba być zrozumiałym, trzeba mówić zrozumiałym językiem. i następuje ten dryf elementów, które scalają się w wyspę, na jakiej może zamieszkać populacja.

można tez pójść inną drogą, można przytrzymać się rafy, złapać za nogę albatrosa, zanurkować i zaplątać się w wodorosty. wyspy nie będzie, nie dotrzemy do płaszczyzny porozumienia, ale ocalimy swoje własne muszelki, kamyki i dziwny gatunek wieloszczetów, które migają tylko przy odpowiednich temperaturach. coś za coś. może się tak zdarzyć, ze zaplątanemu w wodorosty amatorowi kąpieli, zaczną się we włosach osadzać drobiny piasku, przyplącze się jakaś kłoda, mały krokodyl różańcowy i kokos. to może dać zaczyn nowej wyspie, dla mnie to są te momenty graniczne zmiany "formuł wierszowych", mało dostrzegalne w pierwszej chwili, a jednak po czasie widać wyraźnie moment, kiedy wyspy nie było i pojawił się ląd.

tak, sądzę, że rozbija się nie o modę a o odruchową chęć porozumienia. dryf i pływanie. i nie na darmo mawiają, że trzeba rozwinąć żagle, a na "możu" samotnie, bo to ocean możliwości

Dzianina

Hula sobie wietrzej za oknem Paniusi i pada, bo to przecież listopad. Co można zrobić z taką nocą? Paniusia robi tę noc na drutach, ze światła lampki. Lampka stoi przy łóżku już od dawna i do niedawna przydawała się do oświetlania różnych, mniejszych i większych tajemiczości, a przynajmniej, dopóki Paniusia nie wpadła na pomysł zrobienia najdłuższego na świecie szalika. Najlepszego szalika, na jaki tylko pozwala stuwatowa żarówka.
Hohoho, myśli Paniusia, ciekawe co dałoby się zrobić z lampą projektora!

wtorek, 16 listopada 2010

letkie wspomnienia

jest też taki czas, kiedy przyglądamy się przydrożom




Autora zdjęcia nie jestem pewna, w każdym razie jedna z trzech czarownic ;)

*

imię niny świętują dziś
Niedamir i Otomar,

wybryki

dziś bezsenność uparła się na Harry'ego Pottera, zwariować idzie z nią i jej upodobaniami! a powinna sprawdzić prace domowe, psiamać!
w dodatku tłukł mi się po głowie portret kościuszki tadeusza i musiałam, no po prostu musiałam to sprawdzić, no bo łeb bym dała sobie uciąć, ze nie powinien przypominać Franklina, no i miałam rację. nie powinien
:|

poniedziałek, 15 listopada 2010

trudności z podejściem

Rada - ja mam wrażenie, ze ciągle mam schody

ja - bo może Ty jesteś Rada piętrowa?

Rada - ta, Rada schodowa

niedziela, 14 listopada 2010

między esperanto, separando a resspirando

wszystkim członkom Dream Teamu składa się piękne życzenia z okazji Makłowicza w Macedonii, przypomina im się, że się ich kocha i pamięta i mówi się wszystkimi językami, na jakie nas stać . no to siup maniuśka (szkoda, że obiecałam nigdy nie pokazać hymnu ;) )
Wasz pszczelarz

:]

Zdjęcia z Macedonii, rzecz jasssna tu


video


video

czerwone buciki

z wczorajszej rozmowy z siostrą dowiedziałam się, że mała aś oznajmiała grzecznie:
"nie chce kapci. tylko kozaczki i rajstopki"
rozczuliła mnie ta estyma do czerwonych kozaczków

*

i tak już było zawsze

stan podwyższonego ryzyka

siedzę, jakbym otrzymała potężny cios w żołądek. tak siedzę i się gapię. jest niedziela

piątek, 12 listopada 2010

"bum tralala, chlapie fala..."

spałam i spałam i spałam i spałam i w dzisiejszym śniku wyśniłam łódź. niewielka łódź mieszkalna na oceanie. załoga łodzi się powiększała, najpierw to byli rodzice, później siostra z mężem, przybywali na łódź jacyś nieznajomi goście, żeby przenocować. powoli zaczynało już brakować miejsca na podłodze i koców do urządzania posłań. goście opowiadali różne historie i na czas opowieści przenosiliśmy się do tej historii. szczególnie pamiętam jedną o wspinaniu się po linie na szczyt ogromnego, tropikalnego drzewa. w tej opowieści to ja byłam oczami tej małej dziewczynki, która wchodziła na górę, żeby zdjąć z zamontowanej na czubku platformy, owoce. wzięłam żółty, gładki owoc z góry. był kwaskowaty i soczysty, jak pyszne jabłko, chociaż nie był to smak jabłka. w innej opowieści - opowieści mojej siostry, dobudowywaliśmy werandę w domku na zboczu wysokiego wzgórza . i tak plotły się te opowieści przez sen, wplatały w niego, a łódź płynęła, dokąd - nie wiem, ale musiała zawijać do różnych miejsc, bo goście deklarowali swój pobyt na jedną, dwie, więcej nocy. w trakcie snucia się fabuły łodziowej, miedzy mieszkającymi na łodzi ludźmi zachodziły rózne ludzkie interakcje, i dobre i złe. i to wszystko jakoś tak się o mnie ocierało poczuciowo. przegląd uczuć i zdarzeń jednostkowych.

*

wyraźne elementy

i znowu woda, kolejny pojaw koloru żółtego. on się zwykle pojawia punktowo, nie śni mi się tak, jak niebieski lub biały, może jest w pączku dopiero?
i w snach lubię punkty wysokościowe, chyba dlatego się pojawiają, jak rasowy leo, no ale leony nie lubią wody to może tygrrrysek? chociaż tygrys to z chińskiego zodiaku, a ja jw chińszczyźnie jestem smokiem, smoki też lubią wodę, ;)
lubię też punkty wysokościowe nie w snach. lubię tę samotność przestrzeni nade mną. przynajmniej tam świat nie udaje, ze jest inaczej.

**

aaaa, w którymś z niedawnych snów, obok żółcienia, pojawił się zielony i tadaaaam! różowy!
a wczoraj obudziłam się na dźwięk smsowy z wyrazem "kółko" w głowie, choć nie pamiętałam po co to kółko mi było

czwartek, 11 listopada 2010

o

znalazłam piękne zdanie u Ósmego cudu grzecha
" nienawidzę cię telefonicznie przez sto impulsów na tydzień"

o tiu

*

dziś imieniny Spycisława, więc może na spytki?

pięć pozycji o przyszłości





foto: A.Jankowski



'
przeglądałam wczoraj stare zdjęcia i tak jakoś dziwnie dotknęło mnie, że w zasadzie człowiek się mało zmienia. jakoś wzruszyła mnie ta mała aś

*

książeczka mówiła tak "klasnoludek stlacił głowę, pośpiewuje to i Owo. jaka śmieszna to figula, nie wie a gdzie dół, a gdzie góla"
i nie wypowiem tego tekstu inaczej niż, jak go wtedy mówiłam. nadal słyszę w głowie dokładnie ten sam głos. swój głos. pamiętam kolory ubrań i tego, jak je czułam, kolor pieska, wrażenie koloru liści begonii na drewnianym, lakierowanym stojaku, poczucie krzyżykowo haftowanej poduszki, kiedy się jej dotyka i zderzenie strony haftowanej ze śliską, różową powierzchnią dołu.
masakra. z niepokojem czekam na to, aż mnie kiedyś zabije moja własna pamięć.
i nadal uwielbiam bawić się lustrami. jeśli mają przynajmniej dwa skrzydła, jestem w lustrzanym niebie

**

ale fryzjera to miałam niecnego!

:]

mocne postanowienie poprawy

panie dzieju, postanawiam się w ten, jakże długi łikent urżnąć w trupa i rozważyć wszelkie wymagające rozważenie kwestie, w stanie totalnego bezrozsądku!
jak mi się spodoba, to zostanę pijakiem.
na wszelki wypadek wezmę książeczkę do nabożeństwa gdybym miała zostać aż do niedzieli!

:]

środa, 10 listopada 2010

wusz pedagogiczna

pancia joancia oficjalesy zapierdalesy dziś i już długi wolny



foto: J.Jarkiewicz



*

dzidziuś się dzisiaj ze mnie zbrechtał
otóż podczas popilnowywania, smokowi dzidziusiowi chce się pić, wydziopał jedną butlę, z kubeczka pić bue, więc trzeba przelać z kubeczka do butli. i bęc
butla zakręcona, zabita gwoździami, zamknięta na 4 spusty. ja stękam, sapię, dzidziuś ryje, ja na niego i też ryję. podaję mu więc butelkę, mówię - cwaniaku sam odkręć, dzidziuś ryje jeszcze bardziej. turlamy się po podłodze w spazmatycznym smiechu próbując na zmianę dostać się do środka butelki inną drogą, niż przez smoczek.
wraca rodzina dzidziusia, stoją pod drzwiami zastanawiając się, co my u licha wyprawiamy


tu dzidziuś jeszcze wakacyjny

**

hm, najdziwniejsze uczucie jest takie, że ja dzidziusia, jakby znała od zawsze. jak na niego patrzę to widzę mojego serdecznego kumpla, a jego tatę, z którym wychowywaliśmy się, nieledwie na jednym nocniku ;)


dzieś w latach 80-tych




Mc'Gregor i d'Arc
foto: A.Jankowski


***


aaaaha! Nadal mam honorowo tę półkę i mniej honorowo tę wersalkę!
Ziny głównie na niej śpią i moja siostra z mężem, kiedy goszczą

no i tę podłogę!

na niej śpi cała reszta, ze mną na czele

:]

wtorek, 9 listopada 2010

dzieńjakcodzień

co dziś?
gówno.
coś jeszcze?

poniedziałek, 8 listopada 2010

funkcjonalnie

sinus jest fałdą togi
ten tydzień pracujący jest krótki
lubię krótkie pracujące tygodnie i długie tańcujące wieczorki

hyc, hyc, hyc

:]

niedziela, 7 listopada 2010

zupa z gwoździa

ci, którzy kochają baśnie, na pewno trafili na "zupę z gwoździa" lub drewnianego kołka, kamienia albo siekiery. wersji jest sporo, każda opiera się na tym jednak, że wrzucony do wody artefakt przyprawia się ... całą zupą. morał powiastki, jak to z nimi bywa, jest żartobliwie cwany, ale oprócz tego w jakiś prosty sposób tkwi w baśni istotne ziarenko.
otóż niektórych zup nie wyobrażam sobie bez ugotowanej w nich... dębowej łyżki. ta łyżka, wierzcie lub nie, nadaje zupie szczególnego smaku. może to dusza wszystkich potraw nią mieszanych? a może magia kucharek, które tej łyżki przez lata używały?

zapewne każdy ma w domu taką wlepną łyżkę w sam raz do ugotowania, więc podrzucam prosty, a na jesienne, pluszne przedtelewizorowe niechcemisiania wspaniały przepis na szpinakową z dębowej łyżki.

ja gotuję w wysokim garze, bo nie lubię, kiedy mi zupa podczas mieszania się wychlustowywuje ;)

*

  • bulion drobiowy, w ilości około 1,5 litra nagotowujemy na podorędzie (winien się wystudzić)
  • cebule dwie sporawe obrać, na kostkę różnorodnej maści pokroić i z dwoma zębiskami czosnku posiekanymi drobniutko na stosownej ilości masła (jakieś pół kostki do 3/4) podsmażyć. podsmażanie wygląda tak, ze najpierw masło musi się zapienić, a później ciskamy w nie ofiary.
  • teraz biała zasmażka, czyli do skwierczącego kociołka dorzucam około łyżki (lub dwie) mąki i mieszam intensywnie parę sekund, coby się rozprowadziła, ale nie usmażyła na brunatnego misia
  • szybko, zanim się rzecz przypali, wlewam bulion do gara i łyżką mieszam intensywnie, żeby odlepić zasmażkę od dna. łyżka jest dębowa i od tej pory już pozostaje w garnku. czyli zupę gotuję z tą łychą.
  • gotuję około 10-15 minut
  • teraz dorzucam liście szpinaku, pokrojone według uznania. ja wolę duże, ale uprzedzam, ze ciągną się w jedzeniu i oblepiają talerz, zatem można pociąć je na mniejsze części. najlepiej oczywiście mieć szpinak świeży, u mnie taki jest dostępny tylko w sezonie wegetacyjnym, zatem używam zimą mrożonego i też jest cudnie. gotuję kolejne 5 minut
  • doprawiam zupę solą i kolorowym pieprzem. i znów - albo pieprz gniotę wałkiem do ciasta na dębowej desce (ach mój miły augustynie, nadal nie mam pięknego mosiężnego moździerza) albo idę na łatwiznę i sypię nieco ziaren w całości, zaś resztę mielę w mosiężnym młynku.
  • wlewam do zupy kwaśną śmietanę - trzy razy zabełtam, oblizuję łyżkę i finito!
**

Zupa z gwoździa

Żyła we wsi baba słynna ze swojego skąpstwa. Obnosiła się wręcz z dumą, że z największego nędzarza potrafi wydusić ostatni grosz, a od siebie nic nie dać.
Któregoś razu zawitał w jej progi wędrujący po świecie Cygan.
Baba niechętna gościom, usiłowała go zniechęcić, tłumacząc, że nic nie ma w spiżarni i nawet nie ma czym powitać.
Cygan jednak się uparł i zaproponował babie, że za kąt do spania, on sam przygotuje wieczerzę dla obojga i to z gwoździa, wyjętego z podróżnej sakwy.
Baba, jakkolwiek skąpa, posiadała też i drugą cechę - niepohamowaną ciekawość, więc gdy tylko zobaczyła ów gwóźdź, zaraz zachciało jej się dowiedzieć, jakim to cudem uda się sporządzić ową zupę. Przystała więc na propozycję podróżnego
Wieczorem, kiedy już ogień w kominie wesoło trzaskał, Cygan nakazał babie nagotować kocioł z wodą. Kiedy tak się stało, wrzucił gwóźdź do zupy i miesza. Baba kręci się, zagląda, podpatruje - no i cóż? zwykły gwóźdź w wodzie leży. Nic się nie zmienia.
A Cygan łyżką miesza, popróbowuje, mlaska, siorbie, wreszcie mówi do baby:
- Dobra ta zupa, ale wiecie gospodyni? Byłaby lepsza, gdyby okrasić ją trochę sperką, szkoda, że u was w spiżarni pusto.
Baba z ciekawości usiedzieć nie może, podskoczy wnet i krzyknie, a coś się tam może wygrzebie!
Leci do komory, połeć słoniny wyciąga i niesie Cyganowi. Ten ciska słoninę do kotła i gotuje dalej.
Znów siorbie, mlaska, oczy mruży, pod powałę popatruje, jakby natchnienia szukając. baba pęka z ciekawości.
Wreszcie gość odzywa się znowu
- A wiecie co? Dobra moja gospodyni? Smaczna ta zupa, nie powiem, ale może byłaby jeszcze lepsza, gdyby jej nieco warzyw dodać, marchwi, ziemniaków, czego tam macie, no tylko szkoda, że nie macie.
Baba zakręciła się, podreptała w miejscu, spódnicami pomachała i wykrzyknęła
- A dyć coś się tam znajdzie zawsze! I pędem sdo piwniczki, niesie kosz jarzyny.
Cygan podziękował grzecznie, dorzucił dary do kotła. Gotuje dalej
- A dyć dobra ta zupa? Dopytuje się baba.
- Doobra, tylko czegoś jej jakby jeszcze brak, może kaszy?
Popędziła baba po kaszę do skrzyni, szczodrą ręką sypnęła trzy miarki do kociołka i kręci się wokół.
- A może by jeszcze soli garsteczkę? Zastanawia się Cygan i już nie musi prosić, bo baba pędem po sól biegnie i sama w kocioł sypie. Zupa pachnie coraz przyjemniej. i wesoło bulgocze.
Posiedzieli mało wiele, czas jeść
Cygan gwóźdź z zupy wyjmuje, w chustkę płócienną ostrożnie zawija i nalewa babie zupy do miski.
Ach, pyszności, strawa bogata, pachnąca, przyprawiona, tłusta, po prostu niebo w gębie!
Pojedli i spać się pokładli. Cygan rychło zachrapał, a baba nie śpi.
- Taki gwóźdź mieć! Tłucze się babie po głowie. - Toż już nie trza by niczego więcej, a strawy zawsze będzie w bród i pysznej jakiej!
Całą noc myślała, oka nie zmrużyła i na pomysł wpadła.
Nadszedł ranek, Cygan w drogę się wybiera, za gościnę dziękuje a tu baba w drzwiach staje i hardo mówi:
- Moglibyście się czymś za gościnę odwdzieczyć!
- No, ale ja nic nie mam. Mówi stropiony Cygan
- Może nic, może wiele. Chytruje się gospodyni. - Niczego mi od was wielkiego nie trza, zostawcie mi jeno ten cudowny gwóźdź. Chyba wart tego dach nad głową w nocy i kąt do spania!?
Cygan podumał podumał, uśmiechnął się pod wąsem, po czym wyjął z kieszeni gwóźdź i podał babie z błogosławieństwem, by się jej dobrze gotowało, po czym powędrował dalej.
Baba zaś tego wieczoru sprosiła wszystkie sąsiadki, żeby się im cudownym gwoździem pochwalić...

sobota, 6 listopada 2010

o tym jak Ru i Kru Macedonię podbijały

video
Animator: Zina Zinkiewicz i Walc

z listów

czy cesarzowi wolno tęsknić? pytałam cię
cesarzu najmniejszego na świecie państwa
wolno odpowiedziałeś nawet trzeba bez tego
nie ma ani mojego królestwa ani twojego
królowo największego państwa na świecie
górnego i dolnego Egiptu

rozszerzamy granice i cofamy według uznania
dokąd można sięgnąć patrząc w dal
wiodąc wzrokiem za ciągnącymi
oddziałami posłańców których nie posyłamy

w Egipcie susza skazała papirusy na zanik
piszę ci w ostatnim liście. Rzym łupią wandale
nie mam czasu zająć się nawet własnym sandałem
a co dopiero jechać gnać na złamanie karku
ale patrzę królowo patrzę przez palce

jak siedzisz nad brzegiem rzeki zacięta
ostrym liściem papirusu. czuję jak łykasz ślinę
w suchym powietrzu. ja słyszę jak szumią
twoje znaki na drzewcach jak tną powietrze
ostre miecze. to już niedaleko w miejscu serca
dzielimy los papierem



*

jest taka formuła, która pozwala ludziom być jednocześnie za maską i nie. to trochę zabawa, a trochę nie, pozwala być szczerym, a jednocześnie cieszyć się wyobrażonymi wcieleniami. oglądam stare listy.
za pozwoleniem władcy Romy, Cezara Marka Maximusa, wyimki:





**

Lizd Drugi

Wielce szanowny i Wysublimowany Cezarze
wasza jego kurwa lordowska mość ;)

pisze przy zupie z brokułów - mam nadzieję dostatecznie g(ł)odna
pisze bo tam gdzie mam wielka ochotę napisać, chyba nie powinnam, tam dzie powinnam to mi się nie chce
jeno do Ciebie powinnam i mam ochotę
albowiem
a)wiadome że wiem
b) wiadome że Ty wiesz
c) to jasne
d) co tu wyjaśniać

właśnie zjadłam brokuł - okazał się dostatecznie godny ;)
myślałeś o strachu? takim, który każe ludziom zawsze się ubezpieczać? strachu ;przed dotykaniem, ale takim wewnętrznym? cholera, taki strach boli. kiedy czuję, ze ktoś się cofa przed dotykiem to zanurza mi się w ciało taka długa szpila.
ile może mieć głębokości ciało? jest głębokie jak cholera, bo sunie i sunie ta igła, jakby sprawdzać poziom oleju w samochodzie, po którym depcze Ci kot sąsiada
a właśnie na marginesie, pozdrawiam kota (mam nadzieję jeszcze żyje). przy okazji zapytowywuję, czyś wykonał już numer na łyżwach sąsiadowi na masce?
a wiesz, żę ważki mają taką dolną część aparatu gębowego zawiniętą na głowę? to się nazywa maska. więc taka ważka jakby zawinęła sobie żuchwę na nos. można to odgiąć, kiedy się taką ważkę złapie, ale po co? może żeby sprawdzić
spakuj plecak i zapraszam do mnie na piwo, którego nie mam. cholera mam pustkę naprzeciwko. i co mam z nią zrobić? może zakleję kilimkiem (łowicki) albo zapcham kocem. przemawiam sobie do kota. robię mu wykład z życiowych prawd, których nie ośmieliłabym się nikomu wyłożyć. śpi.


*

Lasso

zupa z brokuła przypomina konsystencją brokuł z zupy. albo wymieszany piasek.
Lesie Birnam, mawiają że sowa była córką piekarza
gdzie Ty jesteś tak w ogóle że Cie nie ma?


*

List

Cezar,
imperator prowincji śródziemia, zarzecza oraz ziem wschodnich
wita dostojną Kleo.
ave długonoga

w pierwszych słowach pozdrawiam Cię, donoszę o swoim zdrowiu i zapytuję o zdrowie Twoje, kota i chomika. mój bojownik nie zapytuje Cię o zdrowie, i nie pozdrawia Cię, bo go tu nie ma. prawdopodobnie w krainie wiecznych łowów poluje.
ufam, że od naszej ostatniej rozmowy nie pogorszyło Ci się, co niechaj bogowie sprawią i od złego Cię chronią.
a jak nie uchronią, to niech coś uchroni złe od Ciebie, bo znając Wuszkowe temperamenta marny los jego będzie.

donoszę również, że kot, ten czarny skurczybyk co zatruwa życie spokojnym ludziom, nadal żyw. ale dni jego policzone.
informację o zgonie onego pocztą przez umyślnych roześlem.
tymczasem zbroim się i plany zemsty obmyślamy.

dziś śródziemie chłodem i mgłami zaciągnięte. zimno na dworze i w duszy, ino w żoładku nie, bo w ten wlałem kawę. co prawda stara Europa opanuje tajniki jej przyrządzania za jakieś półtora tysiąca lat, ale przecież to ja jestem Cezar :]
to znaczy wyprzedzający. swoją epokę.
zamyślam napisać dzienniki, wiesz - de bello cotensis i takie tam... a niech potomni znają me czyny mężne i niemężne też zresztą.
w końcu kiedyś będą się o mnie uczyć.

do lasu nie poszedłem, bo zajęty jestem. najbardziej pisaniem listu do Ciebie ;)
ale nic to, grzyby mnie kochają i wiedzą, że będę. zawsze jestem, nawet wtedy gdy rozsypuję się i nawet gdy tych długich rąk moich nie starcza, żeby objąć kolana, "zapobiec rozsypce".

kończyć trzeba będzie mi. ponieważ czeka na mnie kohorta.
i już Ty wiesz o co chodzi.
bo Ty to ja :)

biurowa wenecja

zastanawiam się, dlaczego w dzisiejszym sniku, jedna z pań na naradzie w biurze siedziała w nałożonej na twarz, niebieskiej maseczce kosmetycznej. i wszyscy traktowali to normalnie.

piątek, 5 listopada 2010

Z rozmów z szaleńcem - O entuzjastycznym i oklapłym

Draco (11:17)
ogłaszam dzisiaj wielkie święto robienia muzyki!
Draco (11:17)
mam calutki dzień


(dzień)


Draco (18:22)
nic nie wyszło : (
Draco (18:22)
coś się zpsuło z laptopem albo pianem albo kablem

skrzypce i skrzydła

Niektórzy (dokładnie to niektóre), będą tę ikonę pamiętać, inni nie,. Cudowne ikony ze Świętego Nauma, nie wiedzieć czemu przypomniały mi się zaraz, jak tylko niejaki Bartolomeo, przypomniał mi tę skrzypcową sonatę. -> Skrzypce



*

Zostałam dziś niecnie złapana na korytarzu przez rodziców i przymuszona do odrecytowania z nimi chóralnie, wyliczanki
"siedzi baba na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu, przyszedł duch, babę w brzuch, baba fik, a duch znik"

yyyy, po czym odbyliśmy dwuminutową dysputę na temat tego, czy powinno być "baba fik", czy "baba w krzyk". Dyskusja zakończyła się głosowaniem 2:1
i ja się pytam, jak ja mam być normalna?

:|

środa, 3 listopada 2010

wizyty z zaświatów

dzisiejszy śnik motał się między niejawą, a jawą, a w zasadzie amazonią raczej, bo znajdowałam się w ruinach starej, inkaskiej budowli. przyszła do mnie kotka, taka już niezyjąca kotka starucha, czarna z białym krawatem, z tym, że poznałam ją już, jako opasłego, steranego zyciem kota, a we śnie była w kwiecie sił i wieku. w poczuciu snu kotka była zmieszaniem, między staruchą, a moją, też już nieżyjącą, sadzą,. podeszła do mnie i miałam z nią przekroczyć bramę stojącą samotnie (tzn bez murów) na płaskowyżu. brama była kamienna i podejrzanie przypominała formy skalne gór stołowych. już w tę wchodziłam bramę, kiedy nagle w moim realnym pokoju, podmuch wiatru otworzył okno. na oknie mam dzwonki i jeden z nich, najstarszy w mojej kolekcji przenikliwie zadźwięczał pod wpływem szarpnięcia. (ha, rozpoznaję wszystkie swoje dzwonki po dźwięku). zwlekłam więc z łóżka, podeszłam do okna, na wpół jeszcze zaspana, żeby je zamknąć, ale okno było zamknięte, za nim była tylko mgła i światełka cmentarnych lampek. no tak, pomyślałam, gramoląc się z powrotem pod kołdrę, jakim cudem durna uwierzyłam tak łatwo, że otwierające się okno porusza tylko jeden z wiszących na nim dzwonków, zwykle to wszystkie wydają dźwięk. z tą myślą zasypiałam.

później reszta snów była odbitką uświadomionych wrażeń, zdarzeń i myśli, więc nic specjalnie ciekawego.

*

heu, to jednak możliwe. bo jest godzina dwudziesta, bo nie śpię, bo pracuję, a okno rzeczywiście usiłuje się otworzyć. i rzeczywiście dźwięczy tylko ten jeden dzwonek, psiakość. może to nietoperz kamikadze? bo właśnie podskoczyłam na stołku i wylądowałam na biurku, gdyż jak nie łupnęło mi za ucho! jak nie zadzwoniło!
:|

wtorek, 2 listopada 2010

Listy

Listy. Takie papierowe, prawdziwe, namacalne dowody istnienia kogoś. Na spłachetku papieru przenosi się więcej, niż tylko słowa, niż tylko myśli. Świadomość, że oto ktoś, kto jest daleko, nagle, przez ślad dotyku, przez uwięzione w kartce atomy powietrza, tuszu i skóry, znajduje się w magiczny sposób tuż obok, bez względu na odległość. Znajduje się obok i zostaje. Otrzymanego listu najpierw dotykamy ostrożnie, z radosnym ognikiem wewnątrz, jak przed każdą niespodzianką. Z niepokojem, ze słodkim wzruszeniem, czułością. Jeszcze nie otwieramy koperty, jeszcze nosimy ją w kieszeni, odkładamy na biurko do momentu, kiedy przyjdzie właściwa chwila. Intymność. Ta chwila to miejsce na nadawcę listu, człowieka, który będzie zaglądał nam przez ramię i będzie mówił, śmiał się z nami i martwił. Opowie o szarych sprawach i tym, o czym myśli. Miejsce na połączenie pozasłowne i na rozmowę.
Listu nie pisze się pośpiesznie, pisze się późno nocą, albo w leniwe popołudnie, zatrzymując na przystankach akapitów. List się odkłada, niewysłany list się pali, pisze się raz jeszcze, pisze się nowy, uważnie, pieczołowicie, ze zmiennym pulsem.
Coraz mniej wysyłam papierowych listów, nie dostaję niemal żadnych, nie licząc korespondencji z banku i zaproszeń na konferencje. A szkoda, bo każdy list wysłany do przyjaciela i od niego otrzymany, to święto.


*


List z jesieni

Czekam listu od ciebie... Tam Południa słońce
I morze mówi z tobą... U mnie długa słota,
Samotność, jesień, chmury i drzewa więdnące...
Dziś pogoda.... lecz słońce chore - jak tęsknota....

Nim wyślesz, włóż list w trawę wonną, albo w kwiaty,
Bo tu żadne nie kwitną już... Niech go przepoi
Spokój, woń słońca, szczęście twej bliży i szaty -
Albo go noś godzinę w fałdach sukni swojej...

A papier niechaj będzie niebieski... Bo może
Znów przyjdą chmury szare, smutne, znów na dworze
Słota łkać będzie, kiedy list przyjdzie od ciebie;

Skarżyć się będą drzewa, co więdną i mokną,
A ja samotny, może znów będę przez okno
Patrzał za małym skrawkiem błękitu na niebie...

(L.Staff)

zdziś

dziś w Żegotach mgła. i chuj.




poniedziałek, 1 listopada 2010

niebiesko i rudo

jest takie połączenie barwy jesiennego nieba, niskiego słońca i brzozowych liści, na które poluję od kilku dni w farbie z mizernym skutkiem. mogłabym to zrobić przy pomocy aparatu, ale czuję, że chciałabym to jednak wyjąć z samej tylko siebie

*

a tak w ogóle to puchy. miałam dziś sen, którego chcę jak najszybciej pozbyć się z głowy.

sobota, 30 października 2010

Skały

są wszędzie - na biurku, półkach, w gablotach, spakowane w pudła, opisane i nie, są w kieszeni, w torbie - kiedyś z Mariem komisyjnie wyjęliśmy z podręcznej 6, w różnych wielkościach, od średniego pięściaka do małego, stosownego do gry w ciupy.
wczoraj, kiedy wracałam z bagien, zatrzymał mnie ojciec jednego z uczniów - a po co pani ten kamień? zapytał i dopiero zorientowałam się, że niosę niemal kilogramowy, spłaszczony jak bułka, kawałek czerwonego granitu. yyyy, no bo co miałam odpowiedzieć? że będzie odtąd leżał na mojej podłodze?
jakiś czas temu posłałam obiektyw śladem tych gromadzonych przeze mnie bezwiednie i wiednie, okruchów czasu. może zbnieram je, bo to rzecz, która daje mi prawdziwe, szczere oparcie? bo kiedy milczą, to wiem dlaczego? bo kiedy ranią, to wiem dlaczego? może, a może dlatego, że są po prostu piękne.