środa, 31 lipca 2013

strawione

W ramach akcji Anty-Maryniarz* przejrzałam sobie nabyty drogą antykwariacką tomik sprzed 11 lat. Tomik Sekutnice pani Anny Piotrowskiej. Od razu go zresztą zabazgrałam ołówkiem, ale na swoje usprawiedliwienie i ku uciesze tych, którzy są mymi niecnymi praktykami obolali, zaznaczałam rzeczy przy użyciu kolorowych sklerotek (które dostałam w  prezencie od nieocenionej Religijnej Joli), nie zaś przez przygięcie mu rogów, czyli popularne ośle uszy. Co prawda czegoś mi teraz brakuje i po odjęciu sklerotki już żaden ślad, żadna linia dłoni nie powie nikomu, co się tu działo na stronie, ale niech tam! Dobro książek naszym dobrem.
Ale do rzeczy, o ile nispójny umysłowo człowiek moze w ogóle do jakiejś rzeczy mówić. Albo właśnie może
Uczucie zmieszane (nawet przy ojkazji zapytałam wuja gogla, czy ona poetka coś z poezją dalej robi, ale na razie wuj milczy, zresztą on mi często milczy nawet w wyraźnych sprawach). No więc uczucie zmieszane, dużo ud i ślinotoku, sporo strzępów skóry, od cholery moczenia się, białek, łoju i wszelkich wydzielin poetyckich, co cechuje jakoś o ile dobrze pamiętam, taki czas właśnie sprzed 10 lat. Sporo takiego poetyckiego języka, za jakim niespecjalnie przepadam, kiedy (pardon piszące panie, wiem, ze własnie celuję sobie procą w kolano) baba stara się pisać jak chłop. I nie rzecz w tym, że ja gatunkuję płeć poezji, bo jestem przeciw temu, ale jakoś niedobrze czuję wyłażące zza rogu (a jednak powinnam je zagiąć) starania. Jest coś w większości nici, którymi to szyte, co sprawia że widać. Do takich zabiegów to trzeba być poetyckim  neurochirurgem albo mieć farta. Denerwujące są też niektóre przerzutnie, ale to też o ile pamiętam, taka moda była. Wirus taki, co powodował przerzutniaczkę typu B
Ale jest próba ogarnięcia rzeczy dziejących się wokół głowy, za co plus, pozbierania mozaiki wytwarzanej przez ten padół śloz i krwi.
Znalazłam kilka świetnych w moim poczuciu wierszy o niewynaturzonej osobowości (myślę tu o osobowości wierszy), z błyskotliwym pomysłem, oraz innymi zaletami. Więc sobie te wiersze pozwolę wpisać


na początek zawadiacki z wielkim dowcipem, autoironiczny i ironiczny w kategorii relacji międzyludzkich, a pod spodem wrażliwy i smutny wiersz trzygwiazdkowy

***

jesteśmy nad morzem
mówisz że śmierdzi zgniłymi
rybami
ja nic nie czuję 
wylegując się
brzuchem do góry na brzegu


*


Kolejny znów ze związkiem na kanwie, ale więksszość tych wierszy zahacza się, ba czasem potyka o związek. Dla mnie to wiersz o obserwacji tego, jak się upatruje rozwiązań w rzeczach i aktach, które niczego nie rozwiązują. O  powtarzalności tych aktów i byciu razem/obok. no i przerzutnie tu są jak najbardziej eleganckie

ŻÓŁĆ

od kilku dni żyjemy w mieszkaniu na sprzedaż
ściany żółto-żółte artykulują
skarpetki zdejmują się same opadają zasłony
koszula zadziera się po samą szyję w mieszkaniu
właśnie licytowanym każda pieszczota
jest jak przekleństwo
klniemy wierząc że wymyślamy sobie boga

od kilku dni bóg istnieje
ciągle śpi przy zgodnie z ruchem wskazówek
drugiej od okna ścianie
w jego snach mówimy: "można ci zaufać
to nieistotne że się nie kocha" w mieszkaniu
na sprzedaż wszystko jest przecież na moment

pewnej nocy bóg płacze
bijemy go po twarzy aby się ocknął nazajutrz
bóg wiesza się na mojej elastycznej podkolanówce
ściany
żółto-żółte artykulują wszystko co należy
zanosimy boga do świeżo postawionego kościoła
w tej samej chwili
mieszkanie zostaje kupione pozwalają 
nam tylko
zabrać swoje rzeczy to miasto żółto-żółte idealnie
wyraża moje kroki i twój świszczący oddech od kilku
przecznic naprawdę klnąc wierzymy
że bóg jeszcze pokaże

zmartwychwstaje
dogania nas
mówi: "można mi zaufać" i że to
nieistotne
że on nie kocha ważne czy ma się gdzie
głowę przyłozyć

od kilku dni żyjemy w świątyni
żółto-żółte łuny nad nami
artykulują-


*

Kolejny,w  kórym czytam wiele nawiązań, a  których to analizy przeciez nie będę robić, bo jest lato i gorąco i bo słowotok mam głównie na imprezach. Jest to dla mnie wiersz o upływie czasu i o targach między formułami wewnętrznymi, a rzeczywistością zewnętrzną. O tym, jak drobne rzeczy, czy też dzianie się, utrzymują nas na powierzchni życia, a jednocześnie zbliżają nas do końca. O współzależności rzecz-my, czasu trwania, smutku i dzękczynienia. O zbliżaniu się do śmierci i jej odpychaniu. Blogosławieństwie i przekleństwie upływu czasu. O tego czasu upadku. A wszystko to wpatrując się w obraz.  (phi, więcej się napiaałam niz wiersz, co jest ogromną tego wiersza zaletą).

***

Moja ulubiona ilustracja-
kobieta w czarnych rękawiczkach
i starej twarzy -
w równych odstępach czasu
odrywa się od ściany
Oddziela pory picia kawy
od pór paciorków i nocnych figielków
W zamian - paciorki - figielki - kawa
pozwalają jej zlecieć


Ps: moja siostra ma w zanadrzu taką historyjkę o spadaniu obrazka podczas paciorków, acz nie sądzę, że powinnam ją udostępniać ;)

 *

Tu  ciekawy obraz, pięknie położona emocjonalność. A za wierszem może kryć się kryminał. lubię to

PO ZIMIE

wspaniale się z nią tonie objawia się
taka głębia jest wtedy piękna
i taka lepsza (schować się w trawie
niech świat pływa po powierzchni)

na brzegu lądoduszna przygląda się kałuży
przymyka oczy (po zimie mruży się oczy
w szczególny sposób) jest pora
subtelnego ciepła wody w niej
tylko po kostki (ale stara się pamiętać
że ktoś kiedyś utonął w jednej łyżeczce)

bezołowiowa
tęcza spływa
ulicą sugeruje wymownie
by spojrzeć w niebo



*



i na koniec
świetna, cięta obserwacja, doskonale zrobiony motyw, baaardzo cholernie dobry wiersz.

MSZA

one robią się wściekłe na deszcz
słyszę jak tłuką w reliefy szerszenie
odnajdują  wszystkie szpary kąciki
oczu półotwarte dłonie zagięcia szat
wiercą gniazda w źle postawionych
ścianach odwłoki w tył w przód
penetracje mała kobieta jej palce
odnajdują różaniec wszystko wściekłe
szerszenie wściekłe reliefy wściekłę
pochwa wściekła święci wściekli
wszystko na deszcz w rozterce wszystko
płacze reliefy święci szerszenie święte
ich gniazda w źle postawionych ścianach

Na Ps jeszcze dodam, że znalazłam formułe, która mnie rozchichrała "cisza zabija waleniem" (w wierszu Moczenie), oczywista sprawa tam dalej jest jeszcze reszta frazy, ale zostawiam ją niedokończoną, bo mi się tak podoba

:]

* Anty-Maryniarz to próba opalenia tego, co do tej pory znajdowało się pod ubraniem, szczególnie z rękawkami  :D

wtorek, 30 lipca 2013

Zakaz parkowania

Jeden kot leży na tapczanie, chory. Z kotami jest taki problem, że na smycz nie weźmiesz, w rękach nie utrzymasz, nie powie co boli, nie łasi się patrząc wiernie w oczy, tylko spieprza do ogrodu, zaszywa się w krzakach żeby mieć święty spokój. Dlatego korzystam z chwili dobroci (kociej) i chodzę na paluszkach, bo śpi w domu.
Drugi kot śpi na wersalce i jęczy. Za każdym jękiem muszę podejść i drapać za uchem, bo inaczej wlezie mi na kolana i uniemożliwi wszelkie ruchy.  A jęczy bo śni mu się, jej w zasadzie. Może śni jej się jak jest wciąż bezdomna?
Korzystając z kocich snów oraz tego, że pada, obejrzałam sobie  film Pani Parker i krąg jej przyjaciół / Mrs. Parker and the Vicious Circle (reż Alan Rudolph). Nienajgorszy film, nie za mocno pokolorowany, z przyjemnym balansem między estetyką, poetyckością, a biograficznym rysem. I tak sobie obok tego filmu płyną myśli. O samotności, o tym, że istnieje do niej tendencja, no bo jak inaczej wytłumaczyć samotność w obliczu różnorodnych możliwości. To jakby się miało kartkę wszytą w kołnierz płaszcza albo opaskę zaznaczającą miejsce zamieszkania - getto. Niby wszystko pięknie ładnie, niby tłum przyjaciół, absztyfikantów, niby setki szans, a każda jakoś niecnie i dziwacznie rozbija się przed stopą jak dojrzały pomidor. Stoisz i patrzysz na tę rozpaćkaną plamę, myślisz o potasie wsiąkającym w grunt, zliczasz stracone kalorie i witaminy, myślisz o tym, że sezon pomidorowy przyjdzie i przyjdzie jeszcze nie raz, a wokół widzisz jak ludzie mówią chodzą z pomidorami, wcinają pomidory aż im się trzęsą uszy, ba, nawet pomidorem cię częstują. A twoja pompa sodowo-potasowa zaczyna wariować, gradient dostaje hołubca, rośnie drażliwość błon komórkowych . I nie to nawet, że nie chcesz, ale jednocześnie gdy sobie wyobrazisz, jak sięgasz po tego soczystego, pełnego potasu i innych peperdutów pomidora, jak sobie go bierzesz i łazisz z tym pomidorem po chodniku, jak się nim upaćkujesz od palców do łokci, od kostek aż po uszy, to  z tyłu głowy szepcze ci - Pomidor. I wszystko hyc hyc biegnie  utartym na przecier torem.



A oprócz tego nastawiłam nalewy - miętówkę i wiśniówkę



a z przeglądu pierdolnika na biurku mam tu następujący zestaw: : |
Staff - liryki
Poezja polska - antologia (wybor Rajca, polanicki)
Psychoaktywne rośliny i grzyby , A.Alberts, P.Mullen (leksykon)
Podróże do piekieł,  J. Wasilewski (rzecz o szamanizmie)
Polska Niezwykła - Warmia i Mazury (przewodnik)
Mity i legendy morskie,  Z.Drapella
Nowy Matecznik, M.Pilot
Spryciarz z Londynu, T. Pratchett
Mapa i terytorium, M.Houellebecq
Nasz Derc - wieś z duszą
Islandia - praktyczny przewodnik
Współczesna sztuka ludowa na Warmii i Mazurach, B. Beba
Natura 2000 - program ed przyrodniczej
 i pierdoły w  postaci map, materiałów z Islandii, wycinków, artykułów do przeczytania, wymiętoszonych płyt i kalendarzy.. Mętlik.

poniedziałek, 29 lipca 2013

przez okno

Piekielny upał, który atakował moje okno został wreszcie nieco zgaszony. Marnie to marnie popadało, parę błysków, parę sznurków wody, ale zawsze coś. Jak to na froncie, zmiany, wichry. galopady. Tak, czy siak mamy wiatr, przynajmniej wiatr chlusta w moje okno.

Na wieczór Devil doll. Lubię za bardzo fajną muzyczną teatralność lub teatralną muzyczność, jak kto woli


środa, 24 lipca 2013

Przez zaświaty





Obejrzałam sobie w ubiegłym tygodniu Carlston za Ognjenku (pol. Łzy na sprzedaż) w reż. Urosa Stojanovica z muzyką Shigeru Umebayashiego.
Przyglądając się początkowi pomyślałam sobie, że to będzie bardzo fajny film, ale w trakcie oglądania czegoś m w nim wciąż brakowało. Zaczął się fantastycznie, baśniowo z lekkim onirycznym odjazdem, ale trudno mu było utrzymać tę aurę. Fantastyczna muzyka, przepiękne kobiety (mmm jak ja lubię takie kobiety), ładny pomysł, a tu niedostatek pewnej legendarnej autentyczności, jakby się ów film nie zakorzenił w kulturze, w plemiennej ziemi tematu ,co z kolei obrodziło (imho) niepełną duszą. Z technicznych rzeczy mam wrażenie niezważonego tempa dziejby; w niektórych miejscach nakolorowane nazbyt, w innych nazbyt cofnięte. Ale tak, czy siak można obejrzeć choćby ze względu na taniec z wampirami, no i muzykę właśnie. A o czym jest? o miłości, a jakże ;)


sensu stricto

To dziwne, często kobiety komunikują że są wiedźmami, chcą być uważane za wiedźmy, a jak je osobiści mężczyźni uważają za wiedźmy, jest chryja.


I czemu, kiedy kobieta komunikuje, że jest wiedźmą i zainteresowany mężczyzna nazywa ja wiedźmą, i za jakiś czas ona rzeczywiście okazuje się najprawdziwszą wiedźmą, to jest z tego draka.?

jestem skonfundowana..
i głodna
i pada

i przy okazji Martyna, co mi wczoraj przy sprzątaniu łazienki chodziła po głowie. i też jestem tym skonfundowana. okolicznością przypomnienia, ale w sumie mnie się głównie w łazience  przypomina, więc mam nie schodową inteligencję, tylko łazienkową. powinnam mieć biuro w łazience!

wtorek, 23 lipca 2013

Nieoczekiwany zwrot akcji

Metal masakra, właśnie złapałam się po raz kolejny na tym, że ze zmarszczoną brwią czytam artykuły na temat wpływu pasz na nośność kur, głębokiego ściółkowania zimą, kurzych diet, a  obecnie "Zasady chowu kur w gospodarstwie chłopskim - cz VIII".

 :|

Na słupie magmy - Wyspy Owcze, Islandia (4)

08.07.13 (poniedziałek) Islandia

Leje!
Dziś tzw Złoty Krąg Islandii
Odbijamy od wybrzeża nieco w głąb wyspy, na południowy wschód. Na początek Þingvellir (Równina Zgromadzeń), dolina ryftowa wpisana na listę UNESCO, a zarazem najstarszy park narodowy Islandii. Tu zbierał się Althing, czyli średniowieczny parlament islandzki, tutaj zapadały ważne decyzje, wykonywano wyroki. Radzie przewodniczył Głosiciel Prawa, do którego obowiązków należało nie tylko przewodzenie obradom, ale pamiętanie i recytowanie powziętych praw. Interesujące jest to (podaję za przewodnikiem Pascala), że jeśli o jakimś prawie zapomniał, a  nikt nie zwrócił na to uwagi, prawo to owo zapomniane prawo przestawało obowiązywać






Głosiciel Praw zajmował miejsce na Skale Prawa, gdzie (prawdopodobnie, bo nie ma jednomyślności w tej kwestii) obecnie stoi maszt z flagą Islandii. Na tej skale mógł też przemówić każdy wolny mieszkaniec wyspy





Dolina ryftowa Þingvellir, to szeroki na 5,5km rów tektoniczny, który znajduje sie między rozsuwającymi się płytami tektonicznymi - Północnoamerykańską i Euroazjatycką, jesteśmy więc pomiędzy nimi. Ze względu na stałą pracę dryfujących płyt, powstają w  Þingvellir nowe, piękne szczeliny skalne i są one sukcesywnie wypełniane magmą, a sama dolina obniża się





Szczeliny naprawdę są przepiękne i tworzą niezwykły krajobraz tego w sumie płaskiego miejsca. W głębi szczelin turkusowa woda, ściany szczelin porośnięte kolorowymi mchami, na powierzchni lawa sznurowa (zwana z języka hawajskiego - pahoehoe), która tworzy swoiste zastygłe skalne liny, a dzieje się tak z powodu dość dużej gęstości tej lawy, której pasma nakładają się jedno na drugie



 A tu filozoficzna chwila Jana, który duma nad losem jarzyny


Tu zaś historyczna gęś w której gówno (prawdopodobnie)  wpadła czapka Barona. To znaczy czapka wpadła na pewno, ale własność gówna jest niepotwierdzona, gęś w każdym razie się nie przyznała i trwała twardo w swym stanowisku nawet w krzyżowym ogniu pytań.


I robi się cieplej, dzięki czemu możemy podziwiać fantazyjne warstwy odzieży, które wyłaniają się spod innych warstw wodoodporno-zimnoopornych . 
Przy okazji nadmieniam, że moja koszulka tylko wygląda jak pidżama!

Smyku (o poranku) patrzy na mnie bacznym wzrokiem 
ja - co?
Smyku - a ty idziesz w pidżamie?!



Z Þingvellir jedziemy do obszaru Geysir, od którego to wzięły nazwę gejzery, jako zjawisko. Jest to pole geotermalne z bulgoczącymi gorącymi źródełkami i wystrzelającym jeszcze słupem wodnym gejzeru Strokkur (Maselnica). Mimo, że fajnie jest zobaczyć prawdziwy gejzer to mniej cieszy już tłum ludzi obstawiających go dookoła, choć z drugiej strony pocieszające jest, że gdyby to były Włochy, gejzeru nie byłoby spomiędzy ludzi widać w ogóle, a gdyby była to Polska, zamknięto by go w muzeum prawdopodobnie z panią-buldogiem krążącą dookoła. Czekamy, gejzer zbiera się w  sobie, najfajniejsza jest taka pierwsza kopuła wodna, bąbel poprzedzający fontannę, bęc i już wystrzela w górę na kilkanaście metrów (źródła podają że około 20, nawet 30m, ale abojawiem?). W każdym razie frajda bąbla jest na tyle fajna, że czekamy ze cztery razy aż wystrzeli znowu. 
Sam Geysir, który dał nazwę całości, nie jest już niestety gejzerem czynnym











Jakaś dziś zmęczona, wodospad  Gullfoss (Złoty wodospad)  bardzo ładny, bardzo głośny z hukiem wody, jaki zwykle lubię, ale dziś liżę to właściwie po łebkach, myśli zwiewają mi w jakieś dziksze rejony, za tłoczno się zrobiło, za dużo harmidru.


Nad wodospadem pomnik dziewczyny, która sprzeciwiła się budowie elektrowni w tym pięknym miejscu.. Historia jest ładna i romantyczna, bo Sigríður zagroziła, że jeśli budowa ruszy, ona rzuci się w wody Gullfoss. Oczywiście, jak to zwykle bywa, elektrownia nie powstała z przyczyn bardziej prozaicznych, ale my pozostańmy przy ładnym wyobrażeniu i dzielności dziewuchy.




Tutaj Baron się natycha pieknem przyrody islandzkiej i tworzy sagę. Sagę o Baronie (sic).



 Wobec powyższego idziemy na islandzką zupę z baraniną. Pycha, tego mi było trzeba!



A tu nie wiedzieć skąd, węglarze  z  barejowego "Misia" znaleźli się w Kobrze (może dlatego, że ona "taka fleja" się zrobiła od tego podróżowania!?)



Po atrakcjach Złotego okręgu, czas do dziupli! Mieszkamy w Hvolsvöllur, niektórzy w  łóżkach, niektórzy w  maskonorkach



 Smyku śpi ze SKYREM. Smyku pochłania całe pokłady SKYRU, pochłania całe litry SKYRU, je SKYR do wszystkiego ze wszystkim i o każdej porze dnia i nocy! Gdyby mógł, umyłby SKYREM zęby!

Smyku wystawia na stół: dwa SKYRY i słoik z CZYMŚ
ja: Co to, w tym słoiku?
Smyku: Śledzie
ja: Będziesz jadł SKYR ze śledziami? 
Smyku: A nie?

*Skyr to lokalny przysmak zrobiony z odtłuszczonego mleka, przypominający trochę jogurt.w formie pitnej lub gęsty do jedzenia łyżeczką. Z różnym dodatkami smakowymi. Nie wiem jak smakuje, bo nie próbowałam, bo nie piję mleka, bo fuj, ale Smyku pochłania pokłady skyru, więc o skyr pytać Smyka! ;)



 Baron, jak to Baroni mają w zwyczaju, mieszka w baroństwie


Za to bez kranu, ha!


A tu nasza jadalnia


I kuchnia bardzo przytulna i przyjemna, gdzie sobie ciepło się kręcimy i gotujemy kolację


A później spacer po wzgórzach, przedzieranie się przez bagienka tzw "drogąbędzie-krócejszybciejłatwiejiwogóle", spacer szosą  będąc jednoczesnie atrakcją dla przejeżdżających samochodów i oczekiwanie na to, aż Ejafjallajokull pokaże swoją łysinę zza chmur. I jest, w miarę zapadania wieczoru, mgła schodzi niżej, chmury rozwiewają sie i lodowiec na wulkanie zawstydzony dostaje rumieńca. Ach, jesteśmy radośni!





Lalala, a wieczorem Vanessa z Naleśnikami.

*

09.07.13 (wtorek) Islandia

Dzień Mania Racji Smyka. 

Smyku buntowniczo: Bo wy zawsze musicie mieć rację!
ja: błąd, my nie musimy, my po prostu ją mamy
Smyku robi obrażoną minę
ja (pojednawczo): Ale dzisiaj możesz mieć rację przez cały dzień


[Dzień będzie polegał na tym, że chce się, czy nie, prawdali to, czy nieprawda, trzeba przyznać rację Smykowi. Po dwóch godzinach Smyku ma dość, błaga o powrót do status quo ante, po połowie dnia zaczyna mu się jednak podobać. Przed północą usiłuje wycyganić kolejny dzień. Minutę po północy Smyku znowu nie ma racji.]

Wyruszamy z naszego maskonorkowego noclegu na południowo-wschodnie wybrzeże, po drodze zatrzymując się na krótką sesję z wulkanem, sandrem i łubinem. Wzięłam na podróż (jak zwykle zresztą) dwie książki, jednak 4-godzinna zmiana senna sprawia, że gdy tylko wsiadam do autokaru, zawijam łeb w kimono, co skutkuje może dziesięcioma przeczytanymi stronami o szamanizmie. Po wyjściu wyglądam zwykle tak





Łubin nie jest naturalnym mieszkańcem Islandii, to gatunek inwazyjny, co widać wyraźnie na zboczach wzgórz, stokach gór, sandrach . Jako biolog martwię się tym faktem, bo tak dynamicznie rozrastająca się roślina wyrugowuje rodzime drobnych rozmiarów gatunki roślin. Niemniej jednak wygląda ten łubin pięknie, nie można mu odmówić.


A tak jadą (sic!) baronie nogi




Skeiðarársandur - ogromny sandr u stóp lodowca Vatnajökull, ciemna płaszczyzna poprzecinana srebrnymi wstążkami rzek i potoków. Czarna pustynia stworzona  z wulkanicznego materiału i lodowcowych wód. Niesamowite wrażenie, kiedy sięga się wzrokiem w płaszczyznę aż po horyzont. A z drugiej strony już lodowiec. Bieli się w słońcu, liże jęzorem przestrzeń sandru.












 Pogoda jest fantastyczna i słońce, to długo oczekiwane słońce, okazuje się nagle takie nieznośne. Przed nami Park Narodowy Skaftafell. Idziemy bardzo przyjemną zadrzewioną ścieżką pnącą się niezbyt stromo w górę, jedyna niedogodność to coraz wyższa (zdaje się, że odwykliśmy) temperatura, więc po drodze zrzucamy coraz więcej łusek odzienia. 




Po wyjściu z intensywnie zielonego lasku na zboczu, wychodzimy na ścieżkę skalistą z wrzosowiskami, poduchami mchu i widokiem na  jęzor lodowca rozlewający się w stalowo-szare jeziorko u podnóża. 





Tu Smyku udaje, że nie jest Rambosem.

Smyku: "Bo ja myślałem przed wyjazdem, że będą same rambosy, po metr dziewięćdziesiąt po ramiona w błocie zapierdalać, a gdzie ja taki mały za nimi nadążę! "



A tu proszę, okazuje się, że jest rambosem Smyk






Pięknie tu, siedzimy na skałach, słuchamy  radkowych opowieści lodowcowych i jest dobrze. Zanurzam się w ten krajobraz, staram się zapamiętać każdą linię, bruzdę gór, każdy odcień barwy. Tak bije jeszcze niezbyt mocno potargane serce naszej Ziemi, jeszcze nie nadszarpnięte zawałem buldożerów, nie zszywane autostradami, niewyjęte z piersi. Robi mi się smutno, bo wiem, że to niedługo, że oto jesteśmy tu, intruzi, którzy niosą za sobą kolejnych najeźdźców i jakoś mi wobec tego całego piękna  żal.











Dochodzimy do pięknego wodospadu Svartifoss. Woda spływa z bazaltowych skał jak z  potężnego rejestru organowego w  katedrze, tylko czekam aż zagrzmią bachowską toccatą.. Bazaltowe kolumny po bokach są jak pnie skamieniałego lasu, majestatyczne, niewzruszone.













Dochodzimy do maleńkiego skanseniku Sel


Domek  z pięknym piecykiem i cudownym widokiem z okna. Widok jest na zwłaszczający horyzont sandr. Mogłabym tu pisać.






I koniki islandzkie, których pod żadnym pozorem nie nalezy nazywać kucami!



 A wokół nas skały, strumienie, świat









 Opuszczamy górską ścieżkę i ruszamy do lodowej laguny Jökulsárlón. Tworzą ją wody z lodowca Breiðamerkurjökull, a wypływa z niej rzeka Jökulsá á Breiðamerkursandi (połamię sobie język i palce o te nazwy). Bloki lodu odrywają się od lodowca i pływają w jeziorze tak długo, aż ich wielkość pozwoli na spłynięcie gardłem rzeki do oceanu. Jezioro jest więc pełne gór lodowych, które rozgrzewają swoje błękitne cielska w słońcu. Co jakiś czas góry znudzone trwaniem w tej samej pozycji, obracają się kołysząc całym jeziorem. Jesteśmy świadkiem takiego obrotu wynikłego ze zderzenia się dwóch gór. Coś fantastycznego, lód pod spodem jest jak błękitne szkło. Chociaż widziałam już zjawisko błękitnienia lodu (na skutek rozpraszania się światła błękitnego w lodowych strukturach), zawsze jest ono dla mnie niesamowite, to wewnętrzne świecenie magicznym blaskiem. I znowu czuję, że mogę tu być i być, cudowne, nieziemskie miejsce. Srebrna, połyskująca woda i pływające po niej błękitne olbrzymy.


Po jeziorze pływa się m.in. takimi amfibiami







Podobno każdy zjadany lód odmładza  o 10 lat, zobaczymy...




Może jeszcze z dziesiątkę...




Znowu pojawia się to odczucie bycia tu od wieków, początek podróży oddala się hen hen w pamięci, m.in. dlatego prowadzę podróżne zapiski. Intensywność przeżywania rzeczy, okoliczności jest tak duża, że nowe szlaki neuronowe wygłuszają starsze, dopiero po czasie, kiedy siła doznania wycisza się, a krew wraca do normalnego składu ze stosowną ilością adrenaliny, można rzeczy odtworzyć, poukładać, poprzeglądać je w sobie i poprzeglądać się w nich

jedziemy na miejsce noclegu, a po drodze dwie radkowe niespodzianki -Lónsfjöður i Hvalnes. Piekne miejsca. Na brzegu Lónsfjöður podziwiamy setki łabędzi krzykliwych, w przestrzeni rozbrzmiewają ich głosy, ale dla mnie najbardziej fascynujące są chmury owijające skały jak szale, spływające ze skał jak płaszcze, otaczające skały jak pierścienie, coś pięknego!









Na przylądku Hvalnes spacerujemy po cudownej plaży z górami za placami,  a błękitnym oceanem przed sobą. Intensywność tego błękitu jest oszałamiająca, momentami świeci nim piasek i skały, jakbyśmy byli zanurzeni w jeden wielki ocean niebieskiego światła. Zachodzi słońce





















I na nocleg, mijając górę, która wygląda jak Batman (przebóg, to jest ta wróżba z kartki z Torshawn!)




a wieczorem... Vanessa! Baron, ja, Smyku, który tradycyjnie już  po stwierdzeniu, że nie będzie uczestniczył, uczestniczy a jakże ("Leci facet z patafianem"), Naleśnicy i Radzik, który przychodzi do nas na trochę i od progu stwierdza - ja wiedziałem kto tu będzie urzędował!