sobota, 8 lipca 2017

afirmacje z braku snu

tak sobie wczorej gnałam o świcie, odziana w piżamkę ze Snoopym, z aparatem w garści, po poleńkach naszych sobie gnałam mgłę łowiąc i pomiędzy jednym, a drugim szczęknięciem zębów, pomyśliwałam sobie o różnych mego żywoteńka występkach. i patrząc sobie na omotane we mgłę wzgórze życzeń zastanowiłam się, że rok cały na nie po życzenie nie zaszłam, życzenia żadnego nie miałam i takem sobie umyśliła, że życzenia żadnego nie miałam, bo dużych rzeczy strach zepsuć (patrz notatki o tym jak działa wzgórze życzeń) , a  te najbliższe już mam. bo w żywociku moim szarym nadarzyli mi się  cudowni ludzie, przepiękne miejsca,  i świetna literatura, a nawet i cała sztuka. 



a później to już spać mi się nie chciało, więc sobie spożyłam Fedona z platońskich Dialogów i oczywiście, jak zawsze nad śmiercią Sokratesa płakałam i mi Janusz Radwański obiecał, ze nowe zakończenie mi napisze, w którym Sokrat skaratekuje wszystkich i do Norwegii na porzeczki wyjedzie. Ale kiedy dziś rano zażądałam nowego zakończenia do biografii Tony'ego Halika, zdecydowanie nakazał mi przeczytanie biografii Messiego, gdzie Messi na koniec jest nadal piękny, młody i silny

reszta świntuszka tu




wtorek, 4 lipca 2017

Ad kosz

Sprzątnęłam dziś górkę książek przeczytanych, o których chciałam napisać, trudno. Pomyślałam sobie-  nie uzewnętrznię swojego czegoś tam, czegoś tam o nich i świat na mur wytrzyma bez czegoś tam, czegoś tam mojego o książkach, mało tego - oleje. 
Pozbywam się  ważkich dla mnie, o jakże ważkich śmieci - kapsel od piwa dostany od kumpla na szlaku w Gruzji, karty pracy do lekcji o owadach (przydasie), metalowa płytka (wiadome, jak wyrzucę, zaraz będzie potrzebna). Na  Muminka, świnkę i glinianego misia Dariusza, któremu jedna łapka opada, nie zdecydowałam się - w sensie wyrzucić, ale wyciepłam mnóstwo rzeczy z koszyczków, saszetek, pudełek i z półeczek - durnostojki. 
Jest oddech w tym pozbywaniu się: "Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia", ciężko się to dzieje, ale po wszystkim przestrzeń nieobrośnięta jeszcze kurzem, daje sporo odpoczynku płucom. a właściwie nie płucom, a tej łepetynie, co każe je gromadzić i przemocą wzięta, zaczyna wreszcie brać oddech. I papier, pozbywanie się papieru w moim zawodzie, to jak obarczony poczuciem winy orgazm. robię to. 

 

czwartek, 8 czerwca 2017

"niebo gwiaździste nade mną..."

Dostałam bajerancki parasol w konstelacje nieba północnego, któren składa się i rozkłada (albo odwrotnie) przy naciśnięciu stosownego guzika. Nie noszę parasoli, ale czas dorosnąć, więc dziś chcąc ochronić mą jakże elegancką pracowniczą osobę na wysokich ach och obcasach przed rzęsistym deszczem i porywistym wiatrem, postanowiłam przedefilować światu przed nosem z moim nowym parasolem. Gnając w amoku w strugach zimnego deszczu, pilnie uważając by nie połamać nóg na śliskiej nawierzchni, klnąc w duchu i trochę na głos debilny pomysł konfekcyjny, zupełnie, ale to zupełnie niechcący nacisnęłam paluszkiem ten guziczek, co parasol składa. Złożył się komuś parasol na głowie?

 

sobota, 18 marca 2017

męczę się

poniedziałek, 6 marca 2017

Z rozmów rodzinnych - O łowcy tartanów

Mamcia rozmawia z siostrą przez telefon. Rozmowa dotyczy hasła krzyżówki

mamcia: Ugania się za spódniczkami, babiarz?

siostra: Nie.

mamcia: To kto?

siostra: No pomyśl, kto kto nosi spódniczki?

mamcia (triumfalnie): Szkot!

sobota, 4 marca 2017

sobotnie puzderko z przyjemnościami

Zgodnie z odpowiedzią, jaką dałam Diabłu z buraczkuch piętro niżej, za chwilę idę na piwo, więc nie czytam, ale szybko coś skrobnę, bo obiecałam sobie, a  nie miałam czasu, gdyż nadal służę w chorągwi podczas bitwy o szkołę i mam łeb napchany przepisami, ustawami, strategiami, benzoesanami sodowymi i takimi tam, że już nawet misiurki nie da rady naciągnąć. A czasem jeżdżę też do filharmonii, więc nie mogę wtedy pisać, chyba, że dyskretnie zsuwając się z fotela na podłogę, ale wtedy nie widzę mojego ukochanego pana Piotra Sułkowskiego, dyrektora i dyrygenta, więc nie piszę. Zresztą i tak nie mam internatu w komórce. Laptopa tez nie mam. Za to w torebce mam srylion innych rzeczy z elektrycką taśmą izolacyjną włącznie (siostra: no ale taśma izolacyjna to nie wiem po co ci! ja: gdyż zdarzyło mi się kilka razy w życiu, że trzeba było izolować i nie było czym). Ale o czym to ja...

"- Popatrz - odezwał się mężczyzna. - Udzielę ci rady. Widzisz tę szubienicę? Siedmiu ludzi poślubiło tam córkę powroźnika, a teraz uczą się latać."

(O chłopcu, co ruszył w świat, by poznać strach. Baśnie braci Grimm, Philip Pullman)


Otóż polecywuję zdecydowanym wyrazem twarzy, ruchem ręki oraz słowem pisanym, Baśnie Braci Grimm w opracowaniu Philipa Pullmana, a przełożone przez Tomasza Wyżyńskiego.

Polecywuję ze względu na pullmanowski wstep i komentarze. To jedno z najzwięźlejszych studiów baśni w ogóle, jakie znam. Konkretne, błyskotliwe, z poczuciem humoru. Baśnie, które (oczywista) większość zna, przynajmniej tych kilka klasycznych. I jaka ładna okładka! Przyznaję sobie medal z ziemniaka, że odepchnęłam w Empiku tę podstępną myśl: "musisz oszczędzać..." i zatkawszy uszy rzepą,  nabyłam.

"W baśni nie istnieje psychologia. Bohaterowie mają ubogie życie wewnętrzne, a ich motywy są jasne i oczywiste. Dobrzy ludzie są dobrzy, a źli- źli. (...) W baśniach nie ma niuansów i tajemnic ludzkiej psychiki, szeptów pamięci, niezrozumiałych impulsów wywołanych żalem, wątpliwościami lub pożądaniem, które tak często stają się tematem powieści współczesnej. Można wręcz powiedzieć, że bohaterowie baśni nie są tak naprawdę świadomi."


"Baśń ulega ciągłym zmianom, nie ma ustalonej ostatecznej wersji. Trzymanie się jednej wersji lub jednego przekładu to "zamykanie rudzika w klatce". Jeśli ty, czytelniku, będziesz chciał opowiedzieć jedną z baśni zawartych w tej książce, mam nadzieję, że potraktujesz ją swobodnie, nie przywiązując nadmiernej wagi do wierności. Masz prawo wprowadzać inne szczegóły niż te, które przekazałem za różnymi narratorami lub sam wymyśliłem. W istocie masz nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek nadać tej historii swoje piętno. Baśń nie jest tekstem."

i na koniec:

"Duchy baśni są gotowe służyć każdemu, kto posiada pierścień, kto opowiada historię. Na zarzuty, że to nonsens - że aby opowiedzieć baśń, potrzebna jest tylko ludzka wyobraźnia, odpowiadam: "Oczywiście, właśnie w ten sposób działa moja wyobraźnia". Jednak możemy dać tym baśniom wszystko, na co nas stać, i odkryć, że to jeszcze za mało. Podejrzewam, że najlepsze z nich mają cechę, którą wielki pianista Arthur Schnabel przypisał sonatom Mozarta: są zbyt łatwe dla dzieci i zbyt trudne dla dorosłych."

(fragmenty Wstępu do Baśni Braci Grimm, Philip Pullman, przeł. T.Wyżyński)

 przyjemnością pomieszaną z dumą napawa mnie to, że niemal wszystkie baśnie i zbiory baśni przytaczane w komentarzach, posiadam w swoim zbiorze, co oznacza, ze mój pracowicie od 10 roku życia ciułany zbiorek, zaczyna mieć rozsądną wagę.

*

a na drugie felietony Umberto Eco, czyli Jak podróżować z łososiem w przekładzie Krzysztofa Żaboklickiego. Kilka z nich Eco wykorzystał w Temacie na pierwszą stronę, o którym wzmiankowałam (?) . Felietony świetne, celne, zabawne, aktualne, ironiczne, jak to u Eco. Powtórzę się, że jest to jeden z nielicznych erudytów, który mnie nie wkurwia. nad niektórymi z felietonów chichotałam w głos i koniecznie potrzebujecie tego zbioru w swojej biblioteczce (o domowej biblioteczce też jest felieton). Oczywiście zbieg z okoliczności nakazał Eku, Ekowi, Ekoju? podjąć w swym felietonie myśl,  którą wysnułam parę dni temu układając buty w szafie i och, znowu nici z oryginalności i sławy. 


"Ponieważ przyszłość narodu indiańskiego wydaje się już przesądzona, pragnący awansu społecznego młody Indianin ma tylko jedno wyjście: zagrać w westernie. Podajemy zatem kilka zasadniczych wskazówek, dzięki którym młody Indianin tak będzie wykonywał różne pokojowe i wojenne czynności, że zasłuży na miano "Indianina z westernu" przyczyniając się w ten sposób do rozwiązania problemu endemicznego niedoboru pracy nękającego jemu podobnych
(...)

13. Mimo braku strzemion wtykać jakimś sposobem stopę w uprząż, aby trafionego kulą koń mógł długo za sobą ciągnąć.
(...)
18. Wdrapując się podczas bitwy na obwarowanie, należy to czynić pojedynczo. Pokazywać powoli najpierw broń, potem głowę, wynurzając się w takim momencie, by biała kobieta mogła zasygnalizować obecność napastnika strzelcowi wyborowemu. Nie padać do wnętrza fortu, lecz do tyłu, na zewnątrz. 
(...)
25. W razie napadu na indiańską wioskę wysypać się w nieładzie z namiotów i biegać w różnych kierunkach, usiłując odzyskać broń złożoną przedtem w miejscach, do których trudno dotrzeć"

(Jak grać Indianina (z Jak podróżować ze śledziem) Umberto Eco, przeł. K. Żaboklicki)


*

a ze smutnych rzeczy, to oszpecono mi krajobraz za oknem (drzewa na pięknym starym cmentarzu). Pomimo mojej walki, starań, rozmów próśb, nie zatrzyma się czegoś, dla czego nawet nie mam akceptowalnego towarzysko imienia.

środa, 22 lutego 2017

zanosi się na wiosnę

Joanna usłyszała dziś żurawia. Darł mordę za oknem, co zrozumiałe, bo przed oknem darł już mordę głuchy kot Joanny, zatem nie było miejsca dla żurawia, a i akustyka zaludnionego (sic!) przez kota pokoju Joanny, pozostawiała wiele do życzenia.

w ramach nierobienia opapierów, jak zwykle przychodzą mi do głowy guptoty






*

Akurat kończyłam Eco Temat na pierwszą stronę i tak sobie o naszym świecie myślałam.  Barzo sobie cenię pisanie autora i mnie jego intelektualizm wyjątkowo nie razi, bo jest po prostu mądry, zważony i z poczuciem humoru, które być może nie wystawia się w witrynce nagabując przechodniów do szczerzenia kłów, suszenia siekaczy i ozdabiania twarzy serem, ale jest, po prostu sobie jest, zwinięte w kłębuszek kurzu, toczące się ze szpary w jakimś zakamarku książki, po prostu łoś.
Temat na pierwszą stronę to dość chyże studium szerzenia informacji, a przy okazji dezinformacji i informacji a rebours. Mamy historię podszytą (jak to u Eco) tajemniczością, czasopisma, które jeszcze się nie wydarzyło, a już istnieje z całym swoim manipulacyjnym mechanizmem.   Krótko, z prostotą i wciągająco pisze pan Eco dziergając na drutach szalik, w który wrabia luźnymi oczkami postaci, strzępy ich świata i teorie spiskowe.Voila!

ośle ucho z humorniczym kłębkiem kurzowym:

"Nie miałem stałej siedziby, mieszkałem w różnych miastach (do Mediolanu przybyłem dopiero wezwany przez Simeiego), robiłem korekty w trzech przynajmniej wydawnictwach (uniwersyteckich, nigdy u sławnych wydawców), dla jednego przeglądałem hasła w encyklopedii (trzeba było sprawdzać daty, tytuły dzieł itd.). Dzięki tym wszystkim zajeciom nabyłem tego, co Paolo Villagio nazwał kiedyś kulturą monstrualną. Przegrani, podobnie jak samooucy, wiedzą zawsze więcej od ludzi sukcesu, bo żeby odnieść sukces, musisz wiedzieć jedno, nie tracić czasu na poznawanie wszystkiego. Satysfakcja płynąca z erudycji zastrzezona jest dla przegranych. Im wiecej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu."

(Umberto Eco, Temat na pierwszą stronę, przeł. Krzysztof Żaboklicki)


*

I jeszcze Ostatnie przyjemności, pani Olgi Tokarczuk. Jak zwykle senna (nie usypiająca broń borze) aura historii wewnętrznych, opowieść oniryczno-tanatyczna rozdzielona na trzy dusze związane pokrewieństwem. Książka o samotności, życiu i śmierci, a właściwie o śmierci i życiu, a może napisanie, że to książka o śmierci już samo w sobie niesie, że o życiu i o samotności. Dobra.

dwa ośle ucha

"Zmiatam śmieci na kupki. Robię ich trzy, potem kucam i sprawdzam, co tam też się nazbierało. Igły z choinki, kurz w postaci sfilcowanego puchu, ziarnka ryżu, kawałek wypalonej zapałki, zakrętka od butelki, ogonek jabłka, srebrny papierek, gumka recepturka i inne rzeczy trudne do nazwania. Zmiatam wszystko na śmietniczkę i wrzucam ten efekt łuszczenia się świata do pieca."

i jeszcze

"W śpiewaniu to jest właśnie najprzyjemniejsze - śpiewać tylko z innymi, nigdy samemu, słyszeć, jak głosy splatają się, ocierają o siebie, dotykają raz szorstko, raz gładko, zbliżają się do siebie i opuszczają. W kościele Petra nie było takiego śpiewu, nie było zabawy. Każdy śpiewał sobie, nawet ci w kościelnym chórze śpiewali sami, tylko jednocześnie.

(Olga Tokarczuk, Ostatnie przyjemności)


niedziela, 12 lutego 2017

Zamarznąć w lutym, czyli zaległy post spod Lodu



"Nie zna się zasad gry, a się gra"
*
"To są gry Lata, pod Lodem pozbawione najmniejszego znaczenia i sensu"

*
„- Filip Gierosławski, syn Filipa, urodzony w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym ósmym w Wilkówce, w Królestwie Pruskim, w Prusiech Wschodnich, powiat lidzbarski, od roku tysiąc dziewięćset piątego poddany rosyjski, mąż Eulagji, ojciec Bolesława, Benedykta i Emilji, skazany w roku tysiąc dziewięćset siódmym na śmierć za udział w spisku na zycie jewo Imperatorskawo Wielicziestwa oraz w buncie zbrojnym; nu, w drodze ułaskawienia karę zamieniono na piętnaście lat katorgi z pozbawieniem praw stanu i sekwestrem majątku. W roku tysiąc dziewięćset siedemnastym darowano mu resztę kary, nakładając prikaz na żytielstwo w granicach gienerał-gubernatorstwa amurskiego i irkuckiego. Nie pisał? Nigdy?”

(Jacek Dukaj, Lód)

Długo zwlekałam, mimo nacisków i namów krewnych i znajomych królika, jakoś nie i nie, że kiedyś, że wkrótce, że nie teraz. No i dobra, stało się.
Tomiszcze, bagatelizując sprawę, grubawe i zrazu przytruchtała mi myśl taka, że też się chciało czcigodnemu autorowi tyle nasmarować, ale chciało się i to barzo dobrze, że chciało się. Krótko mówiąc – wsiąkłam z kośćcem i wypłynę na wiosnę, w odwilży. Niepostrzeżenie wciągnął mnie autor w świat kompletny, namacalny,  przejmujący i urzekający, bo ja prosz państwa, jestem człowiek zimy.
Oto Benedykt Gierosławski  matematyk-hazardzista, na polecenie Carskiego Ministerstwa Zimy pędzi Transsibem do Irkucka, w samo serce Kraju Lutych. Cel? Niejasny - ma skontaktować się z ojcem, Filipem, który przepadł na Syberii, a o którym chodzą słuchy, ze rozmawia z lutymi. Po co? Nie wie, jednak na skutek nacisków i atrakcyjnej oferty pieniężnej (zwłaszcza wobec widma długów), rusza w drogę najeżoną znakomitymi postaciami, jak Nikola Tessla,  intrygami i trzymającymi w napięciu przygodami.
Lód i to, czego jest on w książce desygnatem, to prawda kategoryczna i kategoryczny fałsz, bez skoków w bok, puszczania oczek w pończosze twierdzeń, "jedynoprawda" bez półprawd i gównoprawd – jasny krystaliczny układ molekularny rzeczywistości, ustanie chaosu cząstek, pewność i szczerość  – zestalenie, ściśle krystaliczny porządek. 
Ślicznie zbudowana narracja z płynnym przeskokiem narratorskiego „ja”  w ogląd zewnętrzny trzecioosobowy, zgodnie z pojawianiem się i znikaniem lodu.
Przepiękny język, bogaty z wyczuciem stylu, smaku i swady wieku XIX. Pytania o to kim się jest, jak się jest i ku czemu się dąży. Zbliżenia na mechanizmy wewnętrzne, skręcanie i przykładanie filozofii, a to wszystko przetkane matematyczno-fizyczno-fantastycznym modelem, który mnie jako umysł ściśnięty w kleszczach nauki, barzo kręci tu zrobiony tak udatnie.
No i obrazy fantastyczne, w granicach rozsądku odkształcone od znanego nam świata i te słowa pięknie ukute na potrzeby lodowatości, ten korowód postaci, ech, ach! I oczywiście, że jest to książka o miłości.Jak nie ma o miłości to ja nie czytam!

Jest i historia, jest i polityka i wszystko z przekąsem jeszcze, z mrugnięciem jednak okiem nad Wielką i Hołubioną Wagą Historii
"Doktor skrzywił się z niesmakiem, potarł nos, poprawił binokle.

- Rozumując w ten sposób, za każdą bombą ciśniętą w sanowników przez naiwnego anarchistę winniśmy się domysśać pałacowej walki ottiepielników z liedniakami, spisku jednego syndykatu choładpramyszlienników przeciwko innemu, ambicji jakiegoś ministra czy Wielkiego Księcia...”

(Jacek Dukaj, Lód

I jeszcze Lute, które kojarzą mi się z moimi własnymi, wymyślonymi w dziecięctwie śnieżnikami. Przydają powieści grozy i niesamowitości, ale też jakiegoś dziwnego odruchu uczucia-współczucia. Wymrażające się na powierzchni teoretycznie czysto fizyczne, lodowe twory z dziwnym jednak podskórnym dreszczem, że ich pojawianie się i "bycie" nosi znamiona tajemniczego "lutego" życia, więc zdają się bardziej stworami, niż fizycznym zjawiskiem. Te Lute, to jest sam cymes księgi.

czwartek, 9 lutego 2017

niskie górowanie słońca

 Lubię zimę. Możliwe, że akurat mój bocian się nie pomylił i podrzucił mnie dokładnie w tej strefie klimatycznej, w której miałam wylądować, bo jest tu wszystko (może oprócz bananów) (i leniwców)  (i wielbłądów)(i paru jeszcze rzeczy) (ale poza tym jest wszystko). Każda pora roku (przynajmniej do niedawna jeszcze tak było)
Bez zimy nie ma przyjemności przesilenia, bez zimy nie ma tego przenikliwego uczucia powracania słońca i dłużejących dni, bez zimy nie ma lodowych mostków nad trawami i ciurkającej, szemrzącej, szepczącej, pyskującej wszędzie pod nogami wody, która płynie milionami małych strumyczków. Nie można bez zimy spróbować wody z takiej kałuży, do której spływa woda z łąki (jasne, jasne, i co z tego, że nie pijemy z kałuży, proszę spróbować!), nie ma ozimin, nie ma krokusów, przebiśniegów, listkowców cytrynków i obezwładniającego szczęścia na widok każdego pojawiającego się znaku, który zapowiada słoneczny harmider.
Lubię zimą siedzieć w polu, zamknąć oczy i słyszeć tylko śnieg (istna deprywacja sensoryczna), lubię z coraz większym napięciem wyczekiwać wiosny przedłużając rozkosznie masochistycznie ten stan, że jeszcze kolejny dzień śniegu i mrozu, jeszcze nie, jeszcze niebo zakutane, omotane w bałwany. Lubię też zwyczajnie, po dzieciacku lód, śnieg na lepienie bałwanków, sanki, turlanki, łyżwy  i lubię trzaskający mróz, co szczypie w nosy szczypie w uszy, a na oknach (których z premedytacją nie wymieniam na nowoczesne) maluje obłędne dekory rodem z rosyjskich baśni. 
Więc sobie na cześć i ku czci, jakiś czas temu przeczytałam kolejny raz "Zimę Muminków" Tove Jansson. A za nią zaraz kolejne pozostałe części.

Na każdą moc i niemoc, na każdy potrzebny temat, każde uczucie, ból i radość, mają Muminki odpowiednią stronę. Jeden z najgłębszych, najmędrszych cykli książeczek dla dzieci-niedzieci, rzecz zabawna, przyjazna, ciepła, miła, ucząca dobroci, współczucia, wolności, ale też ucząca o rzeczach poważnych, trudnych, strasznych,  a czasem i niedobrych, choć zło u Muminków jest niejednoznaczne i zwykle okazuje się, że nic nie jest takie, na jakie wygląda, nic nie jest złe.

Zima Muminków mówi nam o cyklu życia Mówi nam o śmierci w sposób przejmujący, trochę straszny, z niepokojem i samotnością w tle, i ciepłym oddechem uśpionej Mamusi Muminka z brzuszkiem na zimę napełnionym igliwiem.




"Kiedy Muminek wszedł w szary półmrok, przed werandą stał obcy biały koń i patrzył na niego lśniącymi oczami. Muminek ukłonił się ostrożnie, ale koń nawet nie drgnął.
Wtedy Muminek stwierdził, że koń jest ulepiony ze śniegu. Miotła z drewutni zastępowała ogon, a oczy zrobione były z małych lusterek. Zobaczył siebie w tych lustrzanych oczach i przestraszył się. Omijając konia szybko poszedł w stronę nagich krzaków jaśminu.
'Żeby tu było jedno stworzenie, które bym znał od dawna! - myślał Muminek. - Ktoś, kto nie byłby tajemniczy, ale zupełnie zwyczajny. Ktoś, kto też obudził się i nie może się rozeznać w tym wszystkim. Mógłbym mu powiedzieć: ..Hej! Okropne zimno, nie? Słuchaj, czy to nie głupio z tym śniegiem? A widziałeś, jak wyglądają krzaki jaśminu? Pamiętasz latem...<< Czy coś w tym rodzaju'.
Na poręczy mostu siedziała Too-tiki i śpiewała:
Jestem Too-tiki i zrobiłam konia
białego konia, który galopuje,
który przed nocą umyka po lodzie,
białego, uroczystego konia, który galopuje
i niesie wielki mróz na grzbiecie.
Po tym następował niezrozumiały refren.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał Muminek onieśmielony..
- Chcę przez to powiedzieć, że wieczorem oblejemy go wodą z rzeki - odpowiedziała Too-tiki. - Wtedy przez noc zamarznie i będzie z lodu. A jak przyjdzie wielki mróz, pogalopuje i już nigdy nie wróci.
Muminek milczał przez chwilę. Potem powiedział:
- Ktoś wynosi rzeczy z domu tatusia.
- To chyba tylko dobrze - rzekła Too-tiki wesoło. - Masz o wiele za dużo rzeczy wokół siebie.
Takich, które wspominasz, i takich, o których marzysz.
Następnie zaczęła śpiewać drugą zwrotkę.
Muminek zawrócił na pięcie i odszedł. 'Ona mnie nie rozumie' - pomyślał. Słyszał za sobą triumfalną pieśń Too-tiki. 
- Śpiewaj sobie, śpiewaj - mruknął bliski płaczu i zły. - Śpiewaj o tej swojej paskudnej zimie z czarnym lodem i z tym niemiłym koniem ze śniegu, i z tymi wszystkimi, co nigdy się nie pokazują i tylko się chowają, i są dziwni! 
Gramoląc się pod górę po zboczu kopnął śnieg; łzy zamarzały mu na pyszczku. I nagle zaczął śpiewać własną piosenkę. 
Darł się i krzyczał, jak mógł najgłośniej, żeby Too-tiki usłyszała go i żeby się rozzłościła..."

(Zima Muminków, T.Jansson, tłum.I. Szuch-Wyszomirska)


Ps: Zdaje się, ze to Zima Muminków zbudowała we mnie taką od dziecka zabawę, która zdejmowała mnie grozą i dreszczem przyjemności. Kiedy jechaliśmy przez las nocą, wyobrażałam sobie, że tuż za granicą wzroku, w lesie stoją Śnieżniki i patrzą na nas. Śnieżniki stwory śmierci, znieruchomiałe, groźne, bez uczuć, ale nie złe, bez pojęcia zła.Do tej pory mam to uczucie.






środa, 8 lutego 2017

wkurzanie w kurzawie

dobra, zapomniałam o blogu. znaczy nie tyle zapomniałam, co ten, no tam jakoś tam ten, a dziś wejrzenie zrobiłam i tyle do czytania na mojej liście czytelniczej, a pora późna, a robota leży i kwiczy, a za oknem sypie, a we mnie jest wiele smuciątków i jeden wielki najnowszy sprzed chwili wkurw, że mi dysk zewnętrzny nie wciąga danych, tylko je sączy leniwie i to przez kapilarę. i ja nie wiem, co jest ze mną i z urządzeniami elektro, że one tak, bo to nie tylko ten dysk.

czytam pod śniegiem jakieś opaśle wydane tomiszcza. nie powiem, zacnie się czyta, ale wydawcy mają najpewniej zmowę ze stolarzami i deweloperami (oni mi zawsze brzmią jak surrealistyczne zwierzęta polujące w nocy) (deweloperzy, nie stolarze, bo stolarze to normalnie, heblują) i okazuje się, że jedna półka, co to miała starczyć aż do następnego potopu, mieści zaledwie pięć tytułów, a resztą można obmurować sobie na przykład nie wiem, co, co tam potrzeba obmurowywać (resztą książek nie półek, tych co się nie mieszczą) (nadal książki nie półki) (półki też). pewnie łikendowo spiszczę coś o przeczytajach, a i tak mam jeszcze zaległości pod "Lodem", gdzieś nawet mam notatkę zrobioną, tylko ją zapisałam znów pod jakimś wyjatkowo trafnym nazwaniem, ze bedzie od razu wiadomo, ze to to, no i nie jest, bo wśród sryliona trafnych nazwań nic już nie jest wiadomo, o czym dobitnie mówi nam filozofia i semantyka wystosowana.

śnieży, śnieguje, sypie, duje, zima i ekstra, tylko schody odmiatam co godzina i wywalam zaspaną zaspę z korytarza na zawieruchę, taka jestem niecna i nieczuła, ale nie lubię, jak mi się ktoś rozpływa i maże

na bezsenność, która ostatnio zaczęła mnie nachodzić, znalazłam sposób, że sobie rozważam i wałkuję kolejne razy, moje sercowe porażki i mój mózg tak się chitrze do tego ustawia, że natychmiast odcina mi świadomość i wpadam wprost w objącia Morfeja, a ponieważ mój mózg nie może być mądrzejszy od mojego mózgu, który wie, że mój mózg chce być mądrzejszy od siebie samego, to wykorzystuję jego ucieczkowe reakcje na zbożny cel i się prawie wysypiam, ba w ferie tom trwoniła półdnie na sen, póki mnie jakiś anioł z łoża kwiatów nie zbudził.

na melancholię to ten, nie wiem, obejrzałam sezon gry o tron, którego nie oglądałam bo zapomniałam że jest.


a na półce postawiłam sobie kurę od Jakuba, któren będąc obecnie wielkim chińskim poetem (wysoki jest), zniżył się i przeszedł przez drzwi mojego domostwa i przywiózł mi kurę, znaczy koguta, bo rok jest chiński, a moja mama mówi, że pomimo niewyględnego ogona, to jest jednak kogut, bo kura nigdy nie będzie miała takiego grzebienia. moja mama męska szowinistka!

kura od Jakuba jest złota.  Kogut z zielonym ogonem poniżej, to od poetów po godzinach, a ten w kwiatki to nabyty w naszym wiejskim sklepie z absokuralutnie najwspanialszym mydłem i powidłem jakie znam!
a przed moim napodwórznym kurnikiem wysiaduje rudy skrewesyn lisiura i czeka, i czeka.... a nam tylko 4 już kury zostały, o!






środa, 11 stycznia 2017

Z rozmów pedagogicznych - Owoce w szkole

Przyszłam do szkoły w nowej kiecce, bardzo z niej zresztą zadowolona i nią zachwycona


Uczennica z mojej klasy (entuzjastycznie): O, przebrała się pani za arbuz!


poniedziałek, 9 stycznia 2017

poczytaj mi rano

Otrzymane w prezencie i przeczytane:

od Aniet
Dziki Łabędź Michaela Cunninghama (przekład Jerzego Kozłowskiego) - pragmatyczno-defetystyczna podszewka znanych baśni. Osadzone we współczesnych czasach postaci z trudem znajdują się w sytuacjach, które nakreślili im baśniopisarze, a jeśli wszystko idzie, jak w baśni, zazwyczaj na jej końcu czeka na bohaterów morał życiowy, o ile nie przewlókł się przez całą historię. Ta cunninghamowska rozkmina dobitnie pokazuje, że życie to jednak jest bajka...

i od Retes długo omijana przeze mnie autorka (nie mam żadnego na to wytłumaczenia) Alice Munro, Dziewczęta i kobiety (tłum. Maciej Łopatka). Czyta się bardzo przyjemnie, zgrabnie, błyskotliwie  zapisany żywot człowieka poćciwego na kanadyjskiej prowincji, której smaki i smaczki stwarzają sympatyczny posiłek na sobotni poranek. Ot.

Daremne żale...

Ten rok nie zaczął się dla mnie fartownie: połamanie serca, coraz bardziej realne widmo straty pracy, bezsilność wobec ślepoty ludzi na problemy przyrody i na jej ważność, bezsilność wobec tępego uporu ludzi, zdrowie coraz częściej szwankujące, może wyjechać do Omska jednak ...

sobota, 7 stycznia 2017

drzewiej

 "Najsmutniejsze w tych zmianach są pożegnania ze wspaniałymi drzewami przydrożnymi, których tyle ginie pod siekierami tych, co prostują ścieżki Pańskie. I tak często się zdaje, że tych zniszczeń wspaniałych nieraz okazów dałoby się uniknąć, gdyby ludzie zdawali sobie sprawę z wartości starych drzew i z tego, że niczym nie da się ich zastąpić. Nieraz przecie nowa droga może być tak poprowadzona, że ominie i pozostawi na stronie wspaniałe rośliny. Oczywiście jest to kosztowne, powiększa koszt budowy szosy, ale ileż takich alei, czy zarośli jest niezastąpionych.
Zawsze myślę o tej drodze, jedynej chyba w Polsce, jaka szła od wsi Włostów w stronę Sandomierza, aż chyba do Lipnika. Rosły tam niezbyt stare, co jakieś dwadzieścia metrów posadzone wierzby płaczące, które tak pięknie rozrastały się w ciągu tych lat kilkudziesięciu, podczas których tę drogę przemierzałem. Tworzyły one po obu stronach drogi jak gdyby orszak niewiast poważnie kroczących, procesję jakąś fontann zielonych i niesamowitą, i osobliwą. Ocalały one przy przeróbce całej drogi opatów-Sandomierz, aż wreszcie je ścieli. Niedawno.
Tak samo mi żal wspaniałych topoli, jakie rosły od czasu do czasu, resztka jakiejś dawnej plantacji wzdłuż szosy pod samą Iłżą albo i za Iłżą, wzdłuż leśnej kolejki idącej do lasu starachowickiego. Ruch samochodowy nie jest tam wielki, szosa skromna, po cóż było wycinać. Ale Polakom zdaje się sprawiać specjalną satysfakcję wycinanie starych drzew. Tak mi kiedyś powiedziano w  Brwinowie, kiedy spytałem, dlaczego kazano wyciąć potężną topolę, resztkę ozdoby drogi królewskiej: "Ależ była taka stara!"."

(Jarosław Iwaszkiewicz, Podróże do Polski)


Drzewiej, to się żyło w zgodzie i w szacunku z przyrodą. Była ona dziełem boskim, ba, samym bogiem była ona. Drzewiej ludzie byli zdrowsi, weselsi, bardziej otwarci. Drzewiej ludzie kochali i szanowali drzewa.
Wkurwiona jestem dziś bezmyślnością ludzi i upartą krucjatą przeciwko drzewom, bez rozważenia argumentów przemawiających w ich sprawie. Jestem wkurwiona i głęboko zasmucona myśleniem ludzkim,  które zamiast uczynić z tych drzew atut, nakazuje je wycinać. 
Moja przyjaciółka Reteska pracuje w szkole w Juchnowcu Górnym (jest wice) i oto cóż zrobili ludzie w tej szkole? Oni prosz państwa, przed szkołą zasadzili sad! Nie zrzędzili, że owady, że liście, że owoce... Mają piękny owocowy sad na przeciwko głównego wejścia. Ten sad daje cień, oddziela szkołę od drogi, a przy okazji daje to, do czego nawołuje się dzieciaki - owoce. Można? Można! Nie tylko sad posadzili zresztą, bo wokół szkoły sadzą wiele drzew, takich zwykłych, liściastych, nie ozdobnych iglaczków. I ojeju, daje się żyć jesienią wśród liści! 
Ale znam tez takie działania (nie od nich), że drzewa owocowe, niechby piękne i stare i owocujące nadal, zawadzają. Że trzeba je wyciąć i zrobić z terenu patelnię, na której na pewno z zachwytem będą się prażyć matki z dziećmi w wózkach, młodsza dzieciarnia i starsi ludzie. A dni mamy upalne. Świetnie będzie też wystawić się z przyjemnością na spaliny i kurz z pobliskiej ulicy. 
Pewnie, łatwo jest wyciąć drzewo, łatwo tez kogoś skrzywdzić, łatwo dokuczyć (wiele rzeczy jest łatwych, co nie znaczy, ze są mądre i dobre). 
Życzę Państwu obcowania z takimi ludźmi jak w Juchnowcu Górnym. Ludzi w wyobraźnią, mądrością, rozsądkiem i rozumieniem, że czynienie wokół siebie pustyni i ozdabianie ich według pomysłu rodem z amerykańskich sitcomów, czy reklam, to nie jest prawdziwe piękno, tylko zwykły mało użyteczny, a  wręcz szkodliwy plastik. Życzę Państwu mądrych, dobrych i światłych ludzi wokół. Sobie też.

*

a z poleceń jeszcze, to wspaniała książka, którą dostałam w podarze od przyjaciela, który jest poetą, historykiem i rzymskim cesarzem w jednym.

Peter Wohlleben, Sekretne życie drzew, tłum. Ewa Kochanowska

Autor jest lesnikiem, który porzucił tradycyjna gospodarkę leśną na rzecz zrównoważonej i pełnej szacunku dla lasu (znalazł światłych ludzi na swoim terenie i prowadzi gospodarkę leśną w niewielkiej gminie w niemieckich Górach Łupkowych). Opierając się o najnowsze badania naukowe opowiada o zaskakującym życiu drzew. Właściwie mówi to, o czym jako biolog wiedziałam lub jako człowiek przeczuwałam, co wielu z nas przeczuwało, że drzewo to nie jest bezmyślny kloc, którego przeznaczeniem jest stać się zapałkami, czy dechą. Las to superorganizm drzewa czują, planują, dzielą się informacjami i substancjami, walczą o zdrowie i życie, uczą...
Sądzę, że każdy człowiek powinien przeczytać tę książkę i zdać sprawę z tego, że pozbawiając nasz świat drzew, pozbawiamy się niezmierzonej ilości dobroci, z której na co dzień nie zdajemy sobie sprawy. I moglibyśmy się wiele jeszcze od tych drzew nauczyć:

"A zatem każde drzewo jest cenne dla społeczności i zasługuje na jak najdłuższe utrzymywanie przy życiu. Z tego powodu nawet chore okazy zyskują wsparcie i zaopatrzenie w składniki pokarmowe, póki nie wyzdrowieją. Następnym razem sytuacja może się przecież odwrócić i pomocy będzie potrzebować drzewo dziś świadczące wsparcie."

 ( Peter Wohlleben, Sekretne życie drzew, tłum. Ewa Kochanowska)

Robimy tak? My, ludzie?

czwartek, 5 stycznia 2017

soczyste mągo

na przekór zimie, którą lubię i któremu to lubieniu mam zamiar dać wyraz wkrótce (ach te pobożne zamiary i nadzieje vel namiary i złodzieje), no więc może nie na przekór, a nad wyraz z szacunkiem do zimy, wyhodowałam sobie z pestki mango. i choć zajęło mi to trzy lata, nie że to jedno mango, tylko tyle czasu zajęły mi przygotowywania  (trening wysokościowy, siłowy, wytrzymałościowy, próby ze sprzętem, szukanie sponsorów, układanie psów zaprzęgowych do snu i takie tam/ a tak naprawdę wyjęcie sryliona pestek ze sryliona mango, wyszorowanie tychże pestek, wysuszenie tychże pestek na wiór i zgromadzenie tychże pestek na półce w komórce), więc choć zajęło mi to trzy lata, ku uciesze gawiedzi i tej części mej familii, która złożona jest z podłych niedowiarków i prześmiewczych grzeszników, mango któregoś* dnia wyrosło. nadmieniam, że wykorzystałam całkiem nowe mango i całkiem nową zupełnie niewysuszoną, ale równie wyszorowaną pestkę. voila! 
a druga pestka już się zbiera do wystrzału. 
wyhodowałam też zupełnie od niechcenia, pogwizdując i kiwając palcem w  bucie (pogwizdywałam ustami, nie palcem, rzecz jasna) papryczkę cayenne w doniczce u storczyka, a od lat 34 rośnie mi pięknie drzewko pomarańczowe również z pestki wyrosłe. i kto jest wielkim ogrodnikiem, ha!?


 *czyli w czasie świątecznym, błogosławione niech będą cuda i dziwy na tej sponiewieranej zębem czasu ziemi!

Ps: miałam też kiedyś ananasa wyhodowanego z kity ananasa, ale coś go wżarło w końcu.
Ps 2: sadzę imbir

poniedziałek, 2 stycznia 2017

post przeterminiowany przedświąteczny roku 2015 5 listopada .

Jeszcze przed wieczorem piątkowym, a  właściwie już w, tylko bez dostępu do środków masowego rażenia oraz czyszczenia, byłam ja proszę państwa w fabryce bombek wraz ze swym hodowanym w pocie czoła szkolnym drobiazgiem.
Jako, że na tę sprawę od dawna mam zdanie zagruntowane, zaszpachlowane i pokryte powłoką antykorozyjną i przy każdej kolejnej okazji bycia lupusem innym lupusom wygardłuję wygardlam i wygarlę, że święta są super.
Zatem przeciwstawiając się niechęciom świątecznym, ozdobnym, dekoracyjnym i rodzinnym,  opowiem o bombkach. (drapieżniku*, nie jest to wpis sugerujący militarne knowania w opłotkach prowincji, choć ha, Klewki są u nasz)
Manufaktura bombek w Kętrzynie to miejsce, które napatoczyło się nam przypadkiem, jakoś tam rzucone przez koleżankę z drugiej szkoły i na rok zapomniane. Obudziłyśmy się z hukiem tydzień temu, a tu terminy porezerwowane, nijak się dostać aż do lutego. Opaczność lub opatrzność oraz moje telefoniczne modły do głównego klucznika instytucji, zaowocowały terminem "na już", więc szybko zebrałyśmy stadko do busików i w drogę.
Budynek manufaktury to piękny stary ceglastoczerwony, nietynkowany zabytek architektury przemysłowej, we wnętrzu kurz z gatunku tych, które urodziły się w rodzinie najznakomitszych kurzów świata, kurz zastałego czasu, kurz zapracowania, kurz dobrych rzemieślniczych myśli i ogólnie taki kurz, jaki jako dziecko się kochało (i nadal kocha). Drewno nielakierowane, wyheblowane, wyszlifowane szuraniem stóp, kawałki tynku nadprute kłem przemijania, ciężkie drewniane stoły z wpolerowaną w nie farbą i brokatem. I ludzie - kilkoro, a każdy z nimbem świętości wokół głowy.
Dmuchacz szkła, pan Zygmunt, małomówny, uśmiechający się leciutko pod nosem na nasze achy i ochy podczas pokazu komunikuje się z dzieciakami samym tylko gestem, pani malująca wzory na bombkach, nasz przewodnik starszy i dobroduszny w absolutnie cudownym sweterku z bombkowym wzorkiem, kobieta z Zespołem Downa asystująca przy malowaniu, staruszek siedzący nad stolarką w sali obok, co to dopiero jest przygotowywana do otwarcia...
Oni wszyscy, wraz z tymi drewnianymi dechami, drewnianym stropem, ogniem buzującym w kominku, koszami szklanych baniek, misami brokatów, ze światłem magicznym, oświetlającym stanowiska ich pracy, tego umiem opisać tak, jakby chciała. W jednej chwili zniknął mi cały listopad, świat na zewnątrz i znalazłam się w samym środku choinki. to było jak spełnienie mojego marzenia z dzieciństwa, o którym pisałam tutej
I można było wydmuchać sobie bombkę szklaną i można było wziąć takowe w wielkich koszy ustawionych na stołach i cupając na drewnianych krzesłach można było smarować te bańki klejem i obtaczać we wszystkich brokatowych kolorach świata. Można było w specjalnej wyglądającej jak stary kufer maszynie, upluszowić swoją bombkę albo w drugim kufrze zrobić ją czarną jak sadza. Kiedy zaczęłam dekorować swoją bombkę oczywiście pod wpływem świetlistości brokatu  zapragnęłam mieć na niej każdy każdziutki kolor, czyli zrobiłam obrzydliwą pyźgaję i wstydzę się przed dziećmi, którym zawsze powtarzałam: pamiętajcie, choć serce się rwie, bądźcie rozważni w używaniu świecideł. No i wbrew dydaktyzmowi zrobiłam te papugę cała unurzana w brokatowym szczęściu, cała nim migocząca, nawet na włosach, nawet pod ubraniem, nawet już w domu na biurku, klawiaturze i wszystkim, czego dotknęłam.
Po warsztacie obejrzeliśmy muzeum. Równie zakurzona aura starego strychu manufaktury, nic z bajeranckich wyczyszczonych muzealnych salek, ot zwykły strych wyłożony wytartą wykładziną i obwieszony cudami - bombki bałwanki, bombki matrioszki, bombki ażury, bombki faberge, bombki bombki, dzieła sztuki, malowane światy. I wszyscy już poszli sobie,  i nasz opiekun gasił już światło, a ja nadal nie mogłam wyjść.


a z pięknych rzeczy dziś to obejrzałam całkiem przypadkiem w tivi "Kochanków z Księżyca" Wesa Andersona i jestem zakochana w tym filmie. Dlaczego ja dopiero teraz na niego trafiłam? albo może i dobrze, bo jest zawsze czas na pewne sprawy i to chyba był czas na ten film. 





















Last Christmas

 03 grudnia 2016

W tem najponurniejszym ze światów  napotykam, natykam, potykam się często o ludzi, którzy oprócz tego, ze robią "coś', są też robiącymi takie małe dynksy, które pozornie nieważne i nicnieznaczące, sprawiają, rzeczwistość rzeczy staje się znośniejsza przynajmniej na tę chwilę. Ot, na taki przykład - Goro, państwo go nie znacie, ja też powierzchownie jeno, a rzecz wymyślił bzdurną, nieważką i na tyle wlepną, że stabilizuje nasz przedświateczny czas. Zwykła durna zabawa polegająca na nieusłyszeniu "The last Christmas" duetu Dżordż-Endriu od pierwszego grudnia aż po wielkie bum narodzenia Panajezuska. Bzdurka, ulotka, faramuszka, a jednak ciągnie się ten głupi na pozór konkursik już kilka lat i choć tego roku, roku zmian pełnego jakże ważkich, jakże bolesnych, również i Goro opuścić chciał batutę absurdu świątecznego i zaniechać chciał, poniechać, grzech ten szkaradny poczynić, ale się gawiedź, rzesza, tłum, ciżba nasza, sumienie nasze gwałtowało - grożąc, błagając, złorzecząc, obiecując daniny i wszelakich jeszcze innych sposobów imając się, iże konkurs nieusłyszenia whamoskiej piosęki nadal jest i jak co roku, 
I nawet pod wszechogarniającą głupotą, brzydotą i bezmyślnością, staram się i uśmiech mi konkursowy wpływa na mordę moję ponurę.

02 stycznia 2017

I oto bęc, trąby i gongi, niestety zmarło się Dżordżu Majkelu, odeszło się za Bowiem i za Cohenem i świat zyskał nową zmarszczkę i nie będzie już ten sam. Niech Wam tam wszyscy moi drodzy ludkowie, którzyście świat ten czynili trochę mojszym pośród lodowatego wszechświata, będzie pięknie, a jeśli by miało nie być w ogóle, to niech i pięknie niebędzie.

*

a tu inni ludzie, którzy są światełkiem kładącym się na szarości