poniedziałek, 16 lipca 2018

wewnetrzny smutek, który "psuje" krew

Są takie popołudnia, z których nie da się wykrzesać iskry. Napada szarówka, smutek, melancholia, dźwięki turkocącego obok życia drażnią, tivi wkurwia, radio nie wchodzi w rachubę, książka jest brunatną plamą w której mażą się i bełtają słowa, spać się nie chce, tylko się siedzi i gapi. Na nic. Są to popołudnia męczybuły, popołudnia wampiryczne, popołudnia upiory. I zupełnie inaczej te popołudnia się planowało, inaczej, radośniej, pełniej, a wyszło kompletnie inaczej. Siedzi się więc teraz, nie czyta, nie patrzy, nie pisze i z nadzieją odlicza kolejne minuty zmęczenia, które być może w końcu przyniosą długi, głęboki sen. a sen nie przychodzi, jak na złość. Kto nie zna takiego popołudnia,  ręka w górę, nawet płakać nie da się, nawet pić. Wtedy trzeba opowiedzieć. Cokolwiek.

Sporo zrobiło się zaległości w pisaniu bloba, robieniu różnych rzeczy, jeszcze więcej zaległości w pracy nad swoim szaleństwem.

To tak choć trochę nadrabiając: Na ótce rodzaju sasanka, przeczytałam sobie przewodnik Izabeli Lewandowskiej i Edwarda Cyfusa "Magiczne wsie południowej Warmii. Przewodnik historyczno-kulturowy" i byłaby to nawet fajna pozycja, gdyby nie słabe gawędziarskie pióro obojga autorów. O ile gładko poszła mi część wstępna typowo naukowa (p. Izabela Lewandowska), o tyle reszta, która z założenia miała być nieco osobistym rysem warmijskicgh wsi, trąciła ckliwym banałem właśnie w tej przestrzeni. Ale informacji trochę jest, nawet sobie ośle uszy założyłam na jakiś wolniejszy czas do rowerowania, więc bogać tam!

*

Nabyłam tez kilka ładnie wydanych zeszytów z cyklu Miniatury mazurskie i stwierdzam, że w gwarze rzeczy brzmią zabawniej, nie tyle, że zabawne są wyrazy gwarowe, ile, że jakoś tak w gwarze bliżej kości, rubaszniej.
 na przykład:

"A baba od nowa mu wykłada, a gada jak pytel. Zmiarkował (wraz) ze, jek ji nie da, to dostanie po kłembzie, ze ani jeden kudeł nie zostanie na jego ryju."

Emilia Sukertowa-Biedrawina, Diabeł na Mazurach w baśniach i podaniach. Miniatury Mazurskie nr 1

*

Agata Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci, to rzecz nie tylko o samym nobliście, ale podejmująca kwestię Żydów ogólnie. Czyta się, chociaż po lekturze tej książki mam mieszane o Singerze zdanie, pewien mętlik, który stworzył się z porozrzucanych, przemieszanych lekturą tej książki we mnie odczuć wcześniejszych wyrosłych na samej tylko Singera literaturze. Całkiem przypadkowo i losowo sięgam po biografie, tę dostałam od Reteski (Teresy Radziewicz) i myślę sobie o Singerze  jak dawniej, ciepło, z podziwem, ale już też dźwięczą mi myśli pejoratywne, na temat jego skąpstwa, osobowości gburowatej,   nieromantycznej. 
Jeszcze sobie myślę o tych skrawkach, z jakich zbudowała autorka tę książkę, ładnie zbudowała dodam, udatnie, a jak sądzę zadanie było trudne, bo wiele rzeczy zgubionych, zagubionych, niejasnych. Wypełniła więc te dziury obrazami pasującymi, mówiącymi o świecie, tamtym świecie, znikającym, a właściwie już znikłym. I naszym dzisiejszym też

"Jak rodzi się opowiadanie?", zapytał kiedyś syn.
"Na początku potrzebny jest jakiś wątek" - odpowiedział.
- Jeśli już mamy akcję, dobrze, żeby była w nią wpleciona miłosna historia. Wskazane, by w miłosnej powieści uczestniczyło więcej niż dwoje. W uczuciach małżeńskiej pary nie ma tyle siły, co w  miłości tajemnej.
Czasem zdarza się, że mam pomysł, ale nie udaje mi się posunąć wątku do przodu, cała historia ulega zablokowaniu. Nieraz śnię albo mam widzenia na jawie i w kilku scenach zagadka zostaje rozwiązana. mam w swoim dorobku niejedna powieść liczącą kilkaset stron, która utknęła w ślepym zaułku. W takich przypadkach opowieść przypomina zepsutą maszynerię. lepiej posłać ja od razu na złom, niż spróbować naprawić. To będzie wspaniały materiał dla studentów literatury po mojej śmierci.
"To wszystko?" , zapytał syn.
Ojciec wskazał palcem na sufit i dodał " Oprócz żydowskiej głowy potrzeba tez łaski niebios".

(Agata Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci)

*
i niestety najlepsze i najstraszliwsze opowiadania pisze życie

*

Czytam w końcu Niedokończone opowieści Tolkiena w przekładzie Radosława Kota i wkurza mnie ich niedokończoność jednak. zgodnie z zapowiedzią synowską w przedmowie, czyli wszystko gra.
A poza tym to pakuję się do Albanii i dobrze. Czas wyjechać i to już. 


* Tytuł posta jest zagadką dla tow. Janusza Radwańskiego

zdjęcie wybrane na chybiłtrafił i nieilustrujące:



czwartek, 17 maja 2018

Post coitum cada animalis triste

 W miarę jak Vincent pokonywał kolejne kilometry i zdzierał buty, coraz bardziej prześladowało go wyobrażenie tej postaci. 'Chodzi i chodzi ten handlarz starzyzną, niczym Żyd Wieczny Tułacz. Nikt go nie lubi' - napisał
  (Van Gogh Życie, Steven Naifen, Gregory White Smith, tłum. Bożena Stokłosa, Marcin Stopa)


Noszę się jak kura z jajem od jakiegoś czasu, żeby napisać, bo już mi książęta kurz stołowy chłoną, a to literaturze, choć pisane, to jednak nie na płask leżąc. Robót miałam sporo, oczywiście wymówka stała, acz niepozbawiona atrybutów szczerości oraz konfesji, choć prawdą jej nazwać nie mogę, bo jak się chce, to się zamiast spać czy czytać biografię van Gogha, może napisać cośtam.


Dziś  po robocie uległam kusicielskiemu urokowi katatonii fb i tak sobie teraz siedzę i myślę znowu, że ja jakaś tępa i zupełnie nieproduktywna jestem. To znaczy organicznie i indywidualnie wiem, że nie, że jestem i produktywna i niegłupia, na co nawet papiery (w rzyć ich mać) mam, ale jak się tak rozglądam, przepatruję kreatywność, energię, pomysły ludzi i ich twórcze korzystanie z umiejętności (o talencie nie wspomne, bo ja akurat talentów mam mało, gdyż nie mylmy z umiejętnościami), to właściwie robię nic. Trochę piszę, trochę bazgrzę, trochę coś tam coś tam i to ani jest na tyle złe, żeby wyciepnaąć, poniechać, ani na tyle dobre, żeby to jakoś pokazywać. Tu blob pomijam, bo to akurat jest przestrzeń moja ekshibicjonistyczna i dobrowolna dla czytaczy, oraz na tyle poboczna, że się nie stresuję szczególnie jakością. Co oczywiście nie oznacza, że się nie stresuję w ogóle (wszak jestem upierdliwą jak mucha  perfekcjonistką). Oczywiście, że chcę; Pisać dobrze, składnie, sensownie, o czymś, pretensje mieć do pisania ważko, malować udatnie, rysować znacznie, śpiewać niefałszywie, gotować smacznie  i takie tam


Kupiłam w Biedrze książkę: Van Gogh Życie, Stevena Naifeh, Gregory'ego White Smith, tłum Bożena Stokłosa i Marcin Stopa.
1056 stron drukiem niewielkim (nie napiszę drobnym, gdyż to jest zarezerwowane dla urzędniczych narzędzi tortur). Dwie wkładki kolorowe, choć kupując w ogóle ich nie zauważyłam, a czytając dopiero po tygodniu. 




Rzecz barzo dobrze napisana. naprawdę barzo. Przez pierwsze 500 stron   (co wysłałam w smsach do KiZK o dziwnych porach, bo ja zwykle im wysyłam na bieżąco, kiedy czytam, więc pory są dziwne i są przyczynkiem nierzadko lekkiej irytacji krewnych i znajomych królika  w sobotę o czwartej nad ranem), tak  myślałam: "Tak jak uwiódł mnie ten łajdak Modigliani, wzruszył nieszczęśnik Goya, tak Goghowi mam ochotę spuścić solidne manto". Takem pisała nie przeczuwając, że u schyłku książki smarkać będę i szlochać nad małym smętnym kopczykiem. Jak do tego doszło, to już sobie sami przebiegnijcie tę książkę. Polecam, wodziła moje uczucia od najróżniejszych przez najróżniejsze, życzę, niech i Wam* się to wydarzy

*forma "Wam" jest zasadna o tyle, o ile jeszcze ktoś czyta ten blob


*

W przerwach goghowskich czytłam kolejną część Jeżycjady, pani Małgorzaty Musierowicz, Ciotka Zgryzotka. ja tam lubię, choć Janurz odłożył po pierwszym, rozdziale  (a on też jest fanem Musierowicz). Ale ja lubię, a jako biolog jestem nieskomplikowana, gdy Janurz jako poeta, jest niestety powalony (nie w sensie goliatowskim, tylko eneduerabe w głowie, te  poety!)

*

Krzysztofa Mroziewicza zaś Mity indyjskie, to,  uważam, nieco frywolne spojrzenie autora na ostro pokieraną mitologię hinduską. Powiem tak - nie wszystko jest dla mnie jasne w tym opracowaniu, ale autor sam zastrzegł na początku (chytre posunięcie), że taka jest specyfika tej mitologii (to akurat racja).  Warto przeczytać, jest wiele smaczków też, a żeby zachęcić, cytuję:

Teraz przyszła kolej na zwierzęta, które miały poziome kręgosłupy - czworonogi. Krowy bardziej kojarzą się z mrokiem niż z wiedzą. Włażą w szkodę sądząc, że idą dobrą drogą, a tymczasem idą złą. Ich cechami są egoizm, buta i dwadzieścia osiem rodzajów braku zdolności. Mimo, że posiadają pewną wiedzę wewnętrzną, nie znają siebie nawzajem.
 (Krzysztof Mroziewicz, Mity indyjskie)

*(pada tu na ryj koncepcja liczby Dunbara)


No i w tle Dywan wschodni. Antoni Lange (przekład zbiorowy)



wtorek, 1 maja 2018

natura znosi próżnię

Z okna płynie wilgotny zapach zieleni, wałkonię się pozwalając stłumionemu, rozproszonemu światłu nasycać powoli moje ciało, mój pokój. Nie zazna raju ten, który nie umie się wałkonić, leżeć odłogiem, być świętym ugorem tego najszybszego ze światów. Nie jest to próżnowanie, chociaż, to nie prawda, że przyroda nie znosi próżni, bo znosi ją w ilości oszałamiającej, weźmy odległości subatomowe, czy, oczywista, przestrzeń kosmiczną. Nie jest próżnowaniem sycenie się spokojem, nieprzebieranie nóżkami, niemachanie bacikiem, nie jest próżnowaniem cieszenie się i słuchanie w bezruchu, bez wyrzutów sumienia, bez budzika.
Chwalimy się wypracowanymi sukcesami, a przecież nie jest to powód do dumy, tylko najzwyklejsza droga osiągania. Dla mnie powodem do dumy jest umiejętność odpoczynku, czerpania radości z zatrzymania się w biegu, głębokiej przyjemności z zaniechania, wyłączenia kosiarki, zostawienia telefonu i komputera w spokoju albo wykorzystania ich do zupełnie niecnych i niepracowniczych celów, a, i niepowodem do dumy jest najpierwsza, w dzisiejszym świecie, konieczność. 
A tu u nas za chwilę przybędą liczni członkowie drużyny - krewni i znajomi królika, będzie ciepło, będzie światło, będzie uśmiech, serce...



wtorek, 17 kwietnia 2018

Przyglądają się nam sny

Spadł deszcz i zazieleniło się i trochę ochłodło, ale to dobrze, niech mnie kule biją! gdyż przyroda wstrzymywana niższą temperaturą, mniej dozna uszczerbku na początku, a nawet w połowie maja. Niestety liczyć można w tym przypadku już tylko na przypadek lub łaskębożą, bo klimat się zmienił, czegokolwiek by nie mamrotali pod nosem zwolennicy udawania, że jest jak być powinno.

Wiosna, zdaje się, tylko zakochanym dostarcza pokładów niespożytej energii, bo ja to bym spała i spała. Doszłam do takiej wprawy w śnieniu, że mam prawie stuprocentową sterowność snem, zgrabnie omijam największe koszmary, moderuję treść, żeby wygrzebać się z wyśnionych opałów, w najtrudniejszych wypadkach nakazuję sobie się zbudzić. Śnię nawet przy piętnastominutowej drzemce, a zasypiając wiem kiedy zaczyna się senna nakładka. Oto do jakiej perfekcji doprowadzić może nieufny stosunek do obecnej rzeczywistości! 

 Ostatnio w bezsenności śródnocnej przypominałam sobie wszystkie miejsca fantastyczne z moich snów i okazuje się, że spokojnie pamiętam jakieś kilkadziesiąt, a przypominanie kolejnych pociąga za sobą następne i następne. łatwo to zrobić, wystarczy po prostu wyłączyć się ze światła i dźwięku i pogrzebać pod kopułką - samo podpływa.

A a niedawno doświadczyłam po raz drugi w życiu sennego paraliżu. Pierwszy, parę lat temu miał nakładkę z aniołem śmierci, który przechodzi przez mój pokój, zatrzymuje się nade mną i wiem, że mnie widzi. Ten sprzed kilku dni zawierał błękitną postać, która stanęła mi nad głową. Nie byłam w  stanie się ruszyć, dopiero myśl, że to nakładka rzeczywistości śnionej na rzeczywistość fizyczną, pozwoliła mi ruszyć palcem, za palcem poszła ręka i ciało się dobudziło. Rzecz dziwna, choć nieco przerażająca kiedy tak się ruszyć nie można i widzi się te dwie rzeczywistości zmieszane, nałożone na siebie, nierozdzielone, pomimo otwartych oczu i działających zmysłów. 

 Przyglądamy się snom, a sny przyglądają się nam. Oglądamy się z różnych stron, przetwarzamy pod różnym kątem, bo może sen-mara, jest naszym własnym gapieniem się od  tyłu głowy...


A jeśli nie mogę spać, to czytałabym i czytała, bo jeśli nie można w sen, to trzeba zatrzasnąć się przed tym  najponurniejszym ze światów pomiędzy okładkami.

Nabywszy sobie ostatnio kilka czcigodnych pozycji, pozwoliłam sobie niektóre z nich przeczytać i zezwalam sobie polecić

Jerzy Tulisow, Legendy ludów Mandżurii, tom 2 - jak sugeruje numeracja, kontynuacja tomu pierwszego, o którym wzmiankowałam tutej.

Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona, Mitologia słowiańska - Jak zaznaczają autorzy w przedmowie, historie ukute na potrzeby książki, ale oparte na wierzeniach i kulturze dawnych Słowian, z językiem lekko zarchaizowanym, ale też nieprzesadnie, więc zrozumiale i potoczyście pisana. I polecam te pozycję zwłaszcza młodzieży, bo mitologii słowiańskiej, jako konkretnego spójnego kompendium, nie uświadczy się, należy szperać po różnych źródłach, leksykonach, wyszperywać skrawki i z nich jakoś tam składać stos. A tutaj autorzy podjęli próbę rekonstrukcji fabularnej mitu kosmogonicznego, teogonicznego oraz antropogenicznego, złożyli na swój sposób wciągające historyjki dotykające demonologii słowiańskiej i opowiastki bohaterskie. Całość ilustrowana barzo udatnie, uważam, przez panią Magdalenę Boffito. Przeczytałam z wielką przyjemnością.

a propos poszukiwań w źródłach, bardzo rada jestem z nabycia leksykonu Barbary i Adama Podgórskich, Wielka Księga Demonów Polskich, który to tytuł nieco  jest wąski, bo autorzy sięgają po rzeczy ogólnosłowiańskie, jako, że demony z natury latawce, w rzyci mają granice i przenikają się mocno. Typowe opracowanie naukowe z bogatym piśmiennictwem i ilustracjami. Kto się interesuje, rzecz warta nabycia. A właściwie to nawet, jeśli się nie interesuje, to warto mieć.



Craig Cabell, Terry Pratchett, życie i praca z magią w tle, przeł. Edyta Gepfert - zestaw esejów dziennikarskich dotyczących książek pana Pratchetta. Co prawda spodziewałam się większego wow i jakoś specjalnie nie urwało mi dupy, ale jako, że kocham Pratchetta, chętnie przeczytałam.

P.K. Dick, Ray Nelson,  Inwazja z Ganimedesa, przeł Maciej Szymański - historia tocząca się na Ziemi będącej pod okupacją ganimedejskich robaków, a dokładniej w parceli Tenesee, która jako jedyna tętni buntem. Taka rzecz już trochę zwiastująca dickowskie jazdy na temat świadomości, rzeczywistości i teorii spiskowych. Nie jest na pewno najwyższych autorskich lotów, ale ja tam lubię wszystko jego, więc dla mnie must-have.

ot i tyle



sobota, 14 kwietnia 2018

najsmutniejszy cytat świata

"My, mężczyźni, jesteśmy biednymi niewolnikami przesądów - powiedział jej przy jakiejś okazji. - Za to kiedy kobieta postanawia się przespać z jakimś mężczyzną, nie ma takiego parkanu, którego by nie przeskoczyła, fortecy, której by nie zdobyła, ani jakiejkolwiek normy moralnej, której nie byłaby gotowa złamać: i nie ma takiego Boga, który by ją powstrzymał."\

(G.G.Marquez, Miłość w czasach zarazy, tłum.  Carlos Marrodan Casas)

środa, 11 kwietnia 2018

wyssane z kłaka

Kicham się i smarczę i to taka to wiosna. Jestem autokryptoalergikiem, czyli sama przed sobą udaję, że nie jestem, chociaż wiem że na mur jestem i wiosna kiedyś cudowna wonią tających mokradeł i wszelkiego rodzaju kwitnących kwitnięciów, teraz robi z mojego nosa purchawę i strzela, pardąsik, smarkami.  No i kłaki kocie na biurku, który to mebel od jakiegoś czasu Panna Łaskotka objęła we władanie mimo prób przemówienia jej do rozsądku, a nawet użycia siły. Biegacze biurkowi i podłogowi,  piętrzące się w stosach białe, długie i puszyste, leciutkie jak kwadrat sześcianu powietrza, dziadoskie alergeny. Idę do pracy okłaczona niczym prezes, rolka do ubrań to obecnie podstawowsza część ekwipunku, niż szczotka do moich własnych włosów.

Kicham i czytam Fb. Nuda. Pojedyncze przypadki atrakcyjnych, dla mej plotkarskiej lub ciemnej strony,  osób jeszcze mi coś tam w trzewiach (o ile nie są zajęte podnoszeniem ciśnienia do kichu) porusza, ale generalnie nuda jednak. Wchodzę niezbyt często, z różnych powodów, głównie braku czasu, a często po prostu mi się nie chce, czytam więc jakieś zaległości i liczę na godzimny radosnego chlapania się w człeczyźnie, świeciejstwie, , że jeśli mnie dłużej nie było, to otworzą się przede mną skarbnice klejnotów humoru pełne, źródliszcza tryskające rzutką, skrzącą myślą,  sezamy z najwyszukańszymi dobrociami świata tego, że kiedy mnie tu nie było, ktoś wynalazł prąd bezzatokowy, a ktoś inny nieplączący się kabel do ładowarki, że ktoś naurągał światu podając argumentuy i nie obrażając świata matki, ojca oraz licznej rzeszy krewnych, ale jednak nuda. Ii taka myśl mnie puka w tył głowy, że Fb jednak zdechnie. Może nie całkowicie, jak Nasza Klasa, możet będzie trwało w półżyciu, taki półmartwy śmietnik z dryfującymi w kółko starymi memami i łachami tematycznych histerii zakrzepłych w smętną breję. i w tym śmietnisku będę sobie smętnie grzebać smętnym kijem wyławiając szczątki dawnej świetności, starzeję się i robię marudna. I łikend przechadzam w piżamie. I kicham.


"Inteligencja stworzenia znanego jako Grupa jest równa pierwiastkowi kwadratowemu z liczby jej członków." 
(Bogowie, honor, Ankh-Morpork, T.Pratchett, tłum P.Cholewa)


I dokądkolwiek się nie przeniosę, Łaski już tam jest



*

aneks dla Diabła w buraczkach (klik)  oraz tych, co lubią wiersze (albo tych, co lubią Radwańskiego pisanie, albo co lubią Radwańskiego, który nie pisze, albo tych, co lubią owce, albo tych, co się nudzą)


Janusz Radwański, Spam, z tomtomu Kalenberek

wtorek, 10 kwietnia 2018

Harlequin po nasziamu

Frenetyczną będąc entuzjastką naszej Warniji, nabyłam wew książkarni rzecz o tytule Kele wsi chałupa, napisaną przez Edwarda Cyfusa, gawędziarza i znawcę gwary warnijskiej, która już tylko z nielicznych bród spływa, a nawet tylko skapuje. Pan Cyfus pisał dość zajmujące powiastki gwarowe, współautorzył Elementarzowi Gwary Warmińskiej, czemu barzo przyklaskiwałam i mam i chwalę sobie, ale...
Książka wzmiankowana u góry to niestety najźlejsza książka jaką przeczytałam włączając Harlequiny. Po 2/3 czułam, że jeszcze jedna strona i rzygnę warmińską ksenofobiczną tęczą. 
 Osoby, dobra, jedna z nich to przyjaciółka moja, Aniet a druga to siostra rodzona, do których wysłałam smsy ratunkowe, że jeszcze 70 stron, na których czyści, gorliwie wierzący, patriotyczni, pracowici, prawi, szlachetni, rodzinni Warmiacy nie piją wódki, osoby te odpisały mi niemal jednym głosem
- Rzuć ją w cholerę! co było, śmiem twierdzić zdrową, rozsądną propozycją i tylko przez przypadek osoby, do których napisałam nie mają nic przeciwko wódce. 
Założyłam sobie nawet fragmencik (ośle ucho mu zagięłam),  w którym autor nadmienia, że "Alkohol pod jakąkolwiek postacią mógł dla Jurka nie istnieć. Najbardziej wykwintne dania też niespecjalnie robiły na nim wrażenie. Ale na widok domowych wypieków Jurek dostawał wypieków".  (Przy Jurku niezwykłym, solidnym, niedrogim i czystym majstrze, od razu przypominają mi się Zapiski stolarza)
Owszem, na kartach ksiażki bezskazy Warmiacy przetrącaja glasek zinka z jonków, czy też nalewki, a czasem nawet kufel psiwa pasymskiego bodajże, ale broń losie, jak za każdym razem zaznacza autor: "nikt się ni upija", upijają się zaś Mazurzy, jak to Mazurzy (sugeruje autor) i giń teraz szwagrze Mazurze, szach mat! Nie, żebym się tego picia tak czepiała, ale ta ciągła w książce gotowość służenia Bogu, to wytykanie ewangelikom, że może i dobre ludzie, ale zboczyli, to składanie łap na każdym narożniku. Ci ludzie wielkoduszni, od sklepikarza począwszy na żandarmie skończywszy, co wychodzą z każdego szlombanku. Byli wprawdzie na początku ksiażki: jeden zły żandarm, jeden zły sołtys i jeden zły nauczyciel, ale szybko się z nimi przy pomocy szlachetnego ducha rozprawiono i nastał czas żandarma sercem z tej ziemi i serdecznego jego przyjaciela dziwnym trafem, nauczyciela rodem z tej ziemi (a sołtys doznał objawienia i przemiany). 
Historia nienagannej i bez zmazy, rodziny Kujawów, która ciągnie się przez 277 stron aż do współczesności, obfituje w zbiegi okoliczności, że wszyscy okazują się przyjaciółmi kogoś, a on z kolei  tych wszystkich, wszyscy sobie pomagają, bezinteresownie dają wszystko i cała wieś najbardziej rodzinę Kujawów poważa i kocha i tańczy i śpiewa.
Dziwacznie poskładany z różnych przestrzeni język, żarty nieżartobliwe, potocyzmy mieszające się z naiwnymi zdaniami, tezami, historia miałka i uładzona łopatą na bez skazy, że aż mam ochotę przegonić książkowe towarzystwo nieco batem po chaszczach, a dzieci zostawić w kozie na cały miesiąc za tę prawość, zapał do nauki, pracy w obejściu i niewłóczenie się z szurkami. 
Okrutny dziś był dzień, mimo, że słoneczny

"- Pani hrabino, jestem synem prostego warmińskiego chłopa. Konie od najmłodszych lat były moją pasją. Uwielbiam jeździć konno, ale wojenne rany jeszcze nie pozwalają mi na to, stąd decyzja kupna małej bryczki. Żeby po prostu, nie stracić kontaktu z tymi cudownymi zwierzętami, a jednocześnie swobodnie przemieszczać się. Najmocniej przepraszam, pani hrabino, ale myślę, że z tej transakcji nic nie będzie. Nie mam za dużo pieniędzy, a jeszcze muszę do tej bryczki kupić jakiegoś konika.
Ta szczera, bezpośrednia odpowiedź bardzo się starszej pani spodobała. Nie zaprotestowała, a więc była hrabiną. Kacper pomyślał, że przynajmniej z tym nie strzelił jak kulą w płot."

(Edward Cyfus, Kele wsi chałupa)

Dodam jeszcze, że Kacper od hrabiny konia dostał za darmo, bo dziwnym trafem brat hrabiny był przyjacielem wojennym Kacpra, a koń przy okazji  był tak rozumy, że Kacper mu tylko tłumaczył co i jak i koń z zagrody nie wyszedł, niemal sam się zaprzęgał i jeszcze prawdopodobnie prowadził sokratejskie z Kacprem dysputy 
a swego poprzedniego pana, pułkownika, koń pożegnał na cmentarzu kładąc kopyto na płycie nagrobka, yeah!.

Mogłabym jeszcze dalej narzekać, lecz, jak to mówi moja koleżanka, religijna Jola - bardzo Was lubię, ale nie.
muszę iść odrobić pańszczyznę.