niedziela, 12 listopada 2017

Opowiastka o listopadzie

opowiastka znaleziona wieczorem na korytarzu



sobota, 28 października 2017

to

to nie jest tak, że jestem spokojna
o nie jest tak, że że nie panikuję
to nie jest tak, że muszę mieć rację
to nie jest tak, że  jestem dziwolągiem
to nie jest tak, że chcę się pokłócić
to nie jest tak, że jestem upierdliwa
to nie jest tak, że chcę wygrać za wszelką cenę

jestem kaszalotem, który wypłynął na piasek i chcę się dogadać


i wiesz




czasem naprawdę
płaczę





czwartek, 26 października 2017

drżące oszczekiwania na pukanie listonosza

i to perwersyjne uczucie, którego składowymi są nałożone na siebie znowuwydałamtylekasy, jestemprzekonanażeniemogęsobienatopozwolić i  bezwstydna rozkosz na widok  nowej paczki z książkami.  
autoterapia  - trzeba skończyć to, co się zaczęło (cykle komiksowe), niedługo święta (książeczki dla dzieci) i tej książki nie mam w zbiorze legend, a może już nigdy nie pojawić się w książkarniach.

*

 za oknem koniec październiczy i buro lgnie się w błociech, w chałupie czai się robota poukrywana w narożnikach, a do tępego bólu głowy już się przyzwyczaiłam. ból po prostu jest, działa w tle, realizując swój i sobie tylko znany wyższy plan. a ja sprawdzam klasówki czytając jednym okiem Kocią kołyskę Vonneguta, którą ciuchnęłam Zinkowi (bo miał dwie, a ja barzo lubię i nie miałam ani jednej) i Hejtsbuk Piotrka Mosonia, który to tomtom barzo polecam, bo błyskotliwa, trafna obserwacja naszego padołu, acz piekło smutna.

*

w ramach walki z nieprawością tego świata, wykonałam chrzanówkę na białym winie, której to przepis unaoczniam

weźmij świeży  korzeń chrzanu i zetrzyj na tarce (wzięłam 20dag) 

zalej korzeń ów białym wytrawnym winem (1 butelka) i w ciemności przez tydzień maceruj

po tygodniu zlej i pij codziennie rano i wieczorem po łyżce stołowej ku pokrzepieniu ciała i ducha oraz przeciw anemii i awitaminozie.

*Z tym krzepieniem ducha to jest tak, że rzecz jest tak ohydna, iże ciało krzepnie szybciej niż parafina w zimnej wodzie, a duch zdecydowanie woli wyzdrowieć natychmiast, niż zażywać tynktury na dłuższą metę.

*

zrobiłam też nalew z aloesu w celach bakteriobójczych

Zetnij domowy aloes słusznej wielkości najmniej trzyletni , wyduś z niego miąższ (ja po protu zmłotkowałam go w moździerzu) 

i miąższ ów zalej 0,5l spirytusu. 

Dodaj 0,5 litra miodu (rozpuściłam 0,2l miodu w niewielkiej ilości letniej wody) 

i postaw na tydzień w miejscu ciemnym i chłodnym.

Po tygodniu zlej i zażywaj podobnie jak chrzanówkę.

*Smak równie porywający, co piołunówka i ma kopa.

tu widzimy końcówkę chrzanówki, mama twierdzi, że barzo jej służy


 a tu widzimy bałagan. ale już go nie ma!

sobota, 21 października 2017

post zaległy ukryty, sprzed dwóch miesięcy

Zakopałam się w pracy i książkach. O pracy jęczeć nie będę, bo w rzadkich i wolnych chwilach staram się zresetować myśli o niej,  z książkami tak łatwo nie poszło.
Były książki przyjemne i zawadiackie, jak Terryego Pratchetta i Jacqueline Simpson Folklor Świata Dysku (tłum. a jakże by inaczej - Piotr Cholewa), w  której to wspomagają się mój ukochany i nieodżałowany pisarz i pani badacz (nie przemogę się i nie napiszę badaczka, bo mi się kojarzy z taką gumą do udrażniania zlewu, co się nią zasysa i wyciąga zlewowy bue na widok codzienny)  folkloru, którzy to  porównują demonologię i obrzędy w wielce zabawny i nieprzydługi sposób opierając się na Świecie Dysku, jako pozycji wyjściowej.

Były  książki ok, jak również Pratchetta  Przewodnik Pani Bradshaw. Ilustrowany informator o drogach żelaznych (tłum P.Cholewa), która to pozycja przyjemna do poczytania jest, ale nie, że porwała. Ja w ogóle długo dość wzbraniałam się przed tymi dodatkami, no , ale jeśli pan Pratchett zakończył już działalność na tym najponurniejszym ze światów, to głód zmusił mnie do poszukiwania jedzenia i w dodatkach. (mam jeszcze jedną, ale jeszcze nie przeczytywuję jej z premedytacją)

Były też książki piękne, jak  Kamień na kamieniu Wiesława Myśliwskiego, która to książka  napisana jest przepięknym, bogatym językiem, z historią  wciągającą łagodnie i prowadzącą jakoś tak prostą drogą przez ludzkie życie, przez ludzką głowę, z której główny bohater spogląda na świat i zabiera go do siebie lub sam z niej do świata wychodzi. Wzruszająca bardzo, ale takim poćciwym wzruszeniem, żadne pręgi, żadne darcie skóry, to wzruszenie jest takie jak sobie baby na wsi czasami rąbkiem chustki ocierały łezkę z kącika oczu. I niezwykle dobrze robi się, kiedy autor umie po polsku, zna wiele łatwych i trudnych słów, a tak je umie udatnie złożyć, że się z tego cała łąka wije,a  i gówno upleść potrafi  w koronę.

A propos tego wzruszenia to tak:

"Bo matka nie musiała się o nic pytać, rozpłakała się i wiedziała wszystko. Ale tak już jest na świecie, że kobiecie płacz przychodzi z pomocą, kiedy rozum przestaje pojmować. A płacz wie wszystko, słowa nie wiedzą, myśli nie wiedzą, nie wiedzą sny i Bóg czasem nie wie, a płacz ludzki wie. Bo płacz jest płaczem, i tym, nad czym płacze"

(W.Myśliwski, Kamień na kamieniu)

A była tez książka okrutnie źle napisana - najźlej napisane legendy jakiem czytała. Nie zmogłam stu procent tegoż. Okładka prawie ładna mnie skusiła i że w zbiorze nie mam jeszcze i chyba tylko ta jedna rzecz ociera mi łzy (patrz wyżej), że w zbiorze nie miałam, a teraz mam. Poza tym jednak książka naprawdę straszy i to straszy tak niedobrze i niemądrze. Rzecz nazywa się Złota Legenda znad polskich jezior i lasów i została napisana przez Jana Skorupskiego, a zilustrowana przez Karolinę Gawryś. Obrazki straszliwie pokolorowane, przeładowane, naćkane plamą, kreską i bukwieczym jeszcze, warczały na mnie już w księgarni, ale że jestem w granicach rozsądku odważna, a  w tym przypadku heroiczna wręcz w granicach nierozsądku, pomyślałam, że nie szata zdobi literaturę  (chociaż kupiłam sporo książek "na szatę"). W tym przypadku szata była profetyczką literatuury. 
Ja się nie czepiam, że za legendy tych naszych ziem są tu głównie podstawione opowiastki o świętych, kapłanach i cudownych miejscach, bo mam też i takie książki udatnie przedstawiające te historyje. Ja się czepiam, że autor niestety pojęcia o spisaniu opowieści nie ma bladego i ćka bogobojność infantylną, jedynoprawdę i słusznoprawdę dzie tylko popadnie, narrację prowadzi jak ociemniały korzystając z okrzykiem juppi z kursywy, dialogu, przeskoków czasowych, przewodniczek wycieczek, które kładą dłoń na ramieniu mnicha tuż po pierwszym wygłoszonym przez niego zdaniu opowieści i z usmiechem mówią - pozwoli ojciec, że będę kontynuować.. Matko jedyno, przedarłam się przez pierwszą całą opowieść (o św. Wojciechu") połowę drugiej i wyrywki kolejnych. Więcej nie zniosłam. Amen.

demoludy


krótka w miarę treściwa recenzja z demoludów

Janurz: I byliśmy w muzwumach
Aż nas głowy rozbolaly

Wusz: ło
a w których muzwumach?
narodnym?

Janurz: Wojska Polskiego (zbroje!) I Narodowym (sztuka średniowieczna! Biedermeier! Resztka sił malarstwo polskie)

Wusz: strasznym jest mieć ojca muzwalnika!

Wusz: a ja byłam na cudownych spektaklach
bo u nasz Demoludy są
teatralny fest taki

Janurz: Loo

Wu: Piana dni - poszłam ciekawa, jak bardzo uda się skopać Borisa Viana, którego uznałam za nieprzekładalnego na język teatru. o panie, świetnie zrobili!
z Czech.
Litewski Piaskun, jeeeeżi cudowny!

Janurz: O supeł!

Wusz: bardzo dobra Noc Helvera już naszego olsztyńskiego i dość interesujące czytania performatywne sztuk węgierskich
a w piatek, czyli wczorej czyli, doskonały skrzypek Jakub Haufa. serenady skrzypiał, ale jak! w filharmonii.


poniedziałek, 16 października 2017

dzida

U mnie to jest tak, że rzeczywistość, którą ze wszystkich sił  staram oswoić, przejść do porządku dziennego nad wszystkimi tymi nierównościami gruntu, kolcami, torem przeszkód rodem z Kaer Morhen, a czasem tez pod, obok i na przestrzał, ta rzeczywistość truchtająca sobie tuż obok mnie, trącająca  zimnym nosem, dysząca mi w kark gorącym oddechem, ona czasami rozbiega się, dogania i bęca w  plecy, próbuje chwytać zębami za łydki. 
Właśnie teraz usiłuję ją oswoić pisząc sobie na blogu, chociaż powinnam przygotować się do pracy. Rzadko pozwalam sobie na ataki paniki, bo za dużo rzeczy i osób przyczepionych jest wraz ze mną do tej niestabilnej huśtawki, więc kiedy stracę równowagę, możliwe, że polecimy wszyscy, ale czasem ataki paniki są, takie,  że oddychanie sprawia trudność, przychodzi nieposkromiona chęć wydobycia się ze skóry i gnania w ucieczce na oślep, a się stoi w miejscu i robi dokładnie nic. No to właśnie mam atak paniki.




środa, 20 września 2017

Z rozmów z przyjaciółmi - O potęgi kluczu

wusz: A co ty teraz studiujesz?

tow. Radwański: Kolejny kierunek z serii nieprzydattnych...

wusz: Filozofia, to kierunek po którym możesz niepracować wszędzie