wtorek, 17 kwietnia 2018

Przyglądają się nam sny

Spadł deszcz i zazieleniło się i trochę ochłodło, ale to dobrze, niech mnie kule biją! gdyż przyroda wstrzymywana niższą temperaturą, mniej dozna uszczerbku na początku, a nawet w połowie maja. Niestety liczyć można w tym przypadku już tylko na przypadek lub łaskębożą, bo klimat się zmienił, czegokolwiek by nie mamrotali pod nosem zwolennicy udawania, że jest jak być powinno.

Wiosna, zdaje się, tylko zakochanym dostarcza pokładów niespożytej energii, bo ja to bym spała i spała. Doszłam do takiej wprawy w śnieniu, że mam prawie stuprocentową sterowność snem, zgrabnie omijam największe koszmary, moderuję treść, żeby wygrzebać się z wyśnionych opałów, w najtrudniejszych wypadkach nakazuję sobie się zbudzić. Śnię nawet przy piętnastominutowej drzemce, a zasypiając wiem kiedy zaczyna się senna nakładka. Oto do jakiej perfekcji doprowadzić może nieufny stosunek do obecnej rzeczywistości! 

 Ostatnio w bezsenności śródnocnej przypominałam sobie wszystkie miejsca fantastyczne z moich snów i okazuje się, że spokojnie pamiętam jakieś kilkadziesiąt, a przypominanie kolejnych pociąga za sobą następne i następne. łatwo to zrobić, wystarczy po prostu wyłączyć się ze światła i dźwięku i pogrzebać pod kopułką - samo podpływa.

A a niedawno doświadczyłam po raz drugi w życiu sennego paraliżu. Pierwszy, parę lat temu miał nakładkę z aniołem śmierci, który przechodzi przez mój pokój, zatrzymuje się nade mną i wiem, że mnie widzi. Ten sprzed kilku dni zawierał błękitną postać, która stanęła mi nad głową. Nie byłam w  stanie się ruszyć, dopiero myśl, że to nakładka rzeczywistości śnionej na rzeczywistość fizyczną, pozwoliła mi ruszyć palcem, za palcem poszła ręka i ciało się dobudziło. Rzecz dziwna, choć nieco przerażająca kiedy tak się ruszyć nie można i widzi się te dwie rzeczywistości zmieszane, nałożone na siebie, nierozdzielone, pomimo otwartych oczu i działających zmysłów. 

 Przyglądamy się snom, a sny przyglądają się nam. Oglądamy się z różnych stron, przetwarzamy pod różnym kątem, bo może sen-mara, jest naszym własnym gapieniem się od  tyłu głowy...


A jeśli nie mogę spać, to czytałabym i czytała, bo jeśli nie można w sen, to trzeba zatrzasnąć się przed tym  najponurniejszym ze światów pomiędzy okładkami.

Nabywszy sobie ostatnio kilka czcigodnych pozycji, pozwoliłam sobie niektóre z nich przeczytać i zezwalam sobie polecić

Jerzy Tulisow, Legendy ludów Mandżurii, tom 2 - jak sugeruje numeracja, kontynuacja tomu pierwszego, o którym wzmiankowałam tutej.

Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona, Mitologia słowiańska - Jak zaznaczają autorzy w przedmowie, historie ukute na potrzeby książki, ale oparte na wierzeniach i kulturze dawnych Słowian, z językiem lekko zarchaizowanym, ale też nieprzesadnie, więc zrozumiale i potoczyście pisana. I polecam te pozycję zwłaszcza młodzieży, bo mitologii słowiańskiej, jako konkretnego spójnego kompendium, nie uświadczy się, należy szperać po różnych źródłach, leksykonach, wyszperywać skrawki i z nich jakoś tam składać stos. A tutaj autorzy podjęli próbę rekonstrukcji fabularnej mitu kosmogonicznego, teogonicznego oraz antropogenicznego, złożyli na swój sposób wciągające historyjki dotykające demonologii słowiańskiej i opowiastki bohaterskie. Całość ilustrowana barzo udatnie, uważam, przez panią Magdalenę Boffito. Przeczytałam z wielką przyjemnością.

a propos poszukiwań w źródłach, bardzo rada jestem z nabycia leksykonu Barbary i Adama Podgórskich, Wielka Księga Demonów Polskich, który to tytuł nieco  jest wąski, bo autorzy sięgają po rzeczy ogólnosłowiańskie, jako, że demony z natury latawce, w rzyci mają granice i przenikają się mocno. Typowe opracowanie naukowe z bogatym piśmiennictwem i ilustracjami. Kto się interesuje, rzecz warta nabycia. A właściwie to nawet, jeśli się nie interesuje, to warto mieć.



Craig Cabell, Terry Pratchett, życie i praca z magią w tle, przeł. Edyta Gepfert - zestaw esejów dziennikarskich dotyczących książek pana Pratchetta. Co prawda spodziewałam się większego wow i jakoś specjalnie nie urwało mi dupy, ale jako, że kocham Pratchetta, chętnie przeczytałam.

P.K. Dick, Ray Nelson,  Inwazja z Ganimedesa, przeł Maciej Szymański - historia tocząca się na Ziemi będącej pod okupacją ganimedejskich robaków, a dokładniej w parceli Tenesee, która jako jedyna tętni buntem. Taka rzecz już trochę zwiastująca dickowskie jazdy na temat świadomości, rzeczywistości i teorii spiskowych. Nie jest na pewno najwyższych autorskich lotów, ale ja tam lubię wszystko jego, więc dla mnie must-have.

ot i tyle



sobota, 14 kwietnia 2018

najsmutniejszy cytat świata

"My, mężczyźni, jesteśmy biednymi niewolnikami przesądów - powiedział jej przy jakiejś okazji. - Za to kiedy kobieta postanawia się przespać z jakimś mężczyzną, nie ma takiego parkanu, którego by nie przeskoczyła, fortecy, której by nie zdobyła, ani jakiejkolwiek normy moralnej, której nie byłaby gotowa złamać: i nie ma takiego Boga, który by ją powstrzymał."\

(G.G.Marquez, Miłość w czasach zarazy, tłum.  Carlos Marrodan Casas)

środa, 11 kwietnia 2018

wyssane z kłaka

Kicham się i smarczę i to taka to wiosna. Jestem autokryptoalergikiem, czyli sama przed sobą udaję, że nie jestem, chociaż wiem że na mur jestem i wiosna kiedyś cudowna wonią tających mokradeł i wszelkiego rodzaju kwitnących kwitnięciów, teraz robi z mojego nosa purchawę i strzela, pardąsik, smarkami.  No i kłaki kocie na biurku, który to mebel od jakiegoś czasu Panna Łaskotka objęła we władanie mimo prób przemówienia jej do rozsądku, a nawet użycia siły. Biegacze biurkowi i podłogowi,  piętrzące się w stosach białe, długie i puszyste, leciutkie jak kwadrat sześcianu powietrza, dziadoskie alergeny. Idę do pracy okłaczona niczym prezes, rolka do ubrań to obecnie podstawowsza część ekwipunku, niż szczotka do moich własnych włosów.

Kicham i czytam Fb. Nuda. Pojedyncze przypadki atrakcyjnych, dla mej plotkarskiej lub ciemnej strony,  osób jeszcze mi coś tam w trzewiach (o ile nie są zajęte podnoszeniem ciśnienia do kichu) porusza, ale generalnie nuda jednak. Wchodzę niezbyt często, z różnych powodów, głównie braku czasu, a często po prostu mi się nie chce, czytam więc jakieś zaległości i liczę na godzimny radosnego chlapania się w człeczyźnie, świeciejstwie, , że jeśli mnie dłużej nie było, to otworzą się przede mną skarbnice klejnotów humoru pełne, źródliszcza tryskające rzutką, skrzącą myślą,  sezamy z najwyszukańszymi dobrociami świata tego, że kiedy mnie tu nie było, ktoś wynalazł prąd bezzatokowy, a ktoś inny nieplączący się kabel do ładowarki, że ktoś naurągał światu podając argumentuy i nie obrażając świata matki, ojca oraz licznej rzeszy krewnych, ale jednak nuda. Ii taka myśl mnie puka w tył głowy, że Fb jednak zdechnie. Może nie całkowicie, jak Nasza Klasa, możet będzie trwało w półżyciu, taki półmartwy śmietnik z dryfującymi w kółko starymi memami i łachami tematycznych histerii zakrzepłych w smętną breję. i w tym śmietnisku będę sobie smętnie grzebać smętnym kijem wyławiając szczątki dawnej świetności, starzeję się i robię marudna. I łikend przechadzam w piżamie. I kicham.


"Inteligencja stworzenia znanego jako Grupa jest równa pierwiastkowi kwadratowemu z liczby jej członków." 
(Bogowie, honor, Ankh-Morpork, T.Pratchett, tłum P.Cholewa)


I dokądkolwiek się nie przeniosę, Łaski już tam jest



*

aneks dla Diabła w buraczkach (klik)  oraz tych, co lubią wiersze (albo tych, co lubią Radwańskiego pisanie, albo co lubią Radwańskiego, który nie pisze, albo tych, co lubią owce, albo tych, co się nudzą)


Janusz Radwański, Spam, z tomtomu Kalenberek

wtorek, 10 kwietnia 2018

Harlequin po nasziamu

Frenetyczną będąc entuzjastką naszej Warniji, nabyłam wew książkarni rzecz o tytule Kele wsi chałupa, napisaną przez Edwarda Cyfusa, gawędziarza i znawcę gwary warnijskiej, która już tylko z nielicznych bród spływa, a nawet tylko skapuje. Pan Cyfus pisał dość zajmujące powiastki gwarowe, współautorzył Elementarzowi Gwary Warmińskiej, czemu barzo przyklaskiwałam i mam i chwalę sobie, ale...
Książka wzmiankowana u góry to niestety najźlejsza książka jaką przeczytałam włączając Harlequiny. Po 2/3 czułam, że jeszcze jedna strona i rzygnę warmińską ksenofobiczną tęczą. 
 Osoby, dobra, jedna z nich to przyjaciółka moja, Aniet a druga to siostra rodzona, do których wysłałam smsy ratunkowe, że jeszcze 70 stron, na których czyści, gorliwie wierzący, patriotyczni, pracowici, prawi, szlachetni, rodzinni Warmiacy nie piją wódki, osoby te odpisały mi niemal jednym głosem
- Rzuć ją w cholerę! co było, śmiem twierdzić zdrową, rozsądną propozycją i tylko przez przypadek osoby, do których napisałam nie mają nic przeciwko wódce. 
Założyłam sobie nawet fragmencik (ośle ucho mu zagięłam),  w którym autor nadmienia, że "Alkohol pod jakąkolwiek postacią mógł dla Jurka nie istnieć. Najbardziej wykwintne dania też niespecjalnie robiły na nim wrażenie. Ale na widok domowych wypieków Jurek dostawał wypieków".  (Przy Jurku niezwykłym, solidnym, niedrogim i czystym majstrze, od razu przypominają mi się Zapiski stolarza)
Owszem, na kartach ksiażki bezskazy Warmiacy przetrącaja glasek zinka z jonków, czy też nalewki, a czasem nawet kufel psiwa pasymskiego bodajże, ale broń losie, jak za każdym razem zaznacza autor: "nikt się ni upija", upijają się zaś Mazurzy, jak to Mazurzy (sugeruje autor) i giń teraz szwagrze Mazurze, szach mat! Nie, żebym się tego picia tak czepiała, ale ta ciągła w książce gotowość służenia Bogu, to wytykanie ewangelikom, że może i dobre ludzie, ale zboczyli, to składanie łap na każdym narożniku. Ci ludzie wielkoduszni, od sklepikarza począwszy na żandarmie skończywszy, co wychodzą z każdego szlombanku. Byli wprawdzie na początku ksiażki: jeden zły żandarm, jeden zły sołtys i jeden zły nauczyciel, ale szybko się z nimi przy pomocy szlachetnego ducha rozprawiono i nastał czas żandarma sercem z tej ziemi i serdecznego jego przyjaciela dziwnym trafem, nauczyciela rodem z tej ziemi (a sołtys doznał objawienia i przemiany). 
Historia nienagannej i bez zmazy, rodziny Kujawów, która ciągnie się przez 277 stron aż do współczesności, obfituje w zbiegi okoliczności, że wszyscy okazują się przyjaciółmi kogoś, a on z kolei  tych wszystkich, wszyscy sobie pomagają, bezinteresownie dają wszystko i cała wieś najbardziej rodzinę Kujawów poważa i kocha i tańczy i śpiewa.
Dziwacznie poskładany z różnych przestrzeni język, żarty nieżartobliwe, potocyzmy mieszające się z naiwnymi zdaniami, tezami, historia miałka i uładzona łopatą na bez skazy, że aż mam ochotę przegonić książkowe towarzystwo nieco batem po chaszczach, a dzieci zostawić w kozie na cały miesiąc za tę prawość, zapał do nauki, pracy w obejściu i niewłóczenie się z szurkami. 
Okrutny dziś był dzień, mimo, że słoneczny

"- Pani hrabino, jestem synem prostego warmińskiego chłopa. Konie od najmłodszych lat były moją pasją. Uwielbiam jeździć konno, ale wojenne rany jeszcze nie pozwalają mi na to, stąd decyzja kupna małej bryczki. Żeby po prostu, nie stracić kontaktu z tymi cudownymi zwierzętami, a jednocześnie swobodnie przemieszczać się. Najmocniej przepraszam, pani hrabino, ale myślę, że z tej transakcji nic nie będzie. Nie mam za dużo pieniędzy, a jeszcze muszę do tej bryczki kupić jakiegoś konika.
Ta szczera, bezpośrednia odpowiedź bardzo się starszej pani spodobała. Nie zaprotestowała, a więc była hrabiną. Kacper pomyślał, że przynajmniej z tym nie strzelił jak kulą w płot."

(Edward Cyfus, Kele wsi chałupa)

Dodam jeszcze, że Kacper od hrabiny konia dostał za darmo, bo dziwnym trafem brat hrabiny był przyjacielem wojennym Kacpra, a koń przy okazji  był tak rozumy, że Kacper mu tylko tłumaczył co i jak i koń z zagrody nie wyszedł, niemal sam się zaprzęgał i jeszcze prawdopodobnie prowadził sokratejskie z Kacprem dysputy 
a swego poprzedniego pana, pułkownika, koń pożegnał na cmentarzu kładąc kopyto na płycie nagrobka, yeah!.

Mogłabym jeszcze dalej narzekać, lecz, jak to mówi moja koleżanka, religijna Jola - bardzo Was lubię, ale nie.
muszę iść odrobić pańszczyznę.


niedziela, 8 kwietnia 2018

ach, gdzież są te nigdysiejsze ragany...

Nabyłam Bestiariusz słowiański (cz I i II), opracowany i zilustrowany  przez panów Witolda Vargasa i Pawła Zycha. I fajnie, bo dużo demoniszczów, panowie sięgnęli po sporo literatury i to dobrej (przynajmniej te pozycje, które znam i mogę ocenić), ładnie ilustrowany, co przydaje atrakcyjności dla dzieciaków, informacje może i skrótowe, ale w takim leksykonie to nawet dobrze. Brakuje mi jeno przypisów, które demoniszcze, z którego kręgu piekielnego literatury, tam gdzie dodatkowo przytaczane są opowiastki też czasem brakuje informacji, które ze źródeł takową nadało. A poza tem fajna rzecz i nabędę też mojej maleńkiej siostrzenicy, bo wiem, że dziecku się będzie podobać, gdyż pamiętanemu i hodowanemu we mnie dziecku się podoba. 
Jako dziecko uwielbiałam dwa albumy rodziców najbardziej - Dziecko w malarstwie polskim i Goyę, a tego ze względu na Saturna pożerającego własne dzieci i Rozstrzelanie powstańców madryckich, które to obrazy napełniały mnie przenikliwym dreszczem i dziwnym poczuciem strachu zmieszanego z fascynacją. Nie jestem przekonana, czy rodzice wiedzieli, że karmią swą najmłodszą latorośl, pieścidełko swe ponurą krwią, no ale nie wyrosłam na krwiożerczą psychopatkę (przynajmniej na razie nie przejawiam), więc chyba wyszło jak wyszło, ale nie tak źle.
W Bestiariuszu znalazłam Podwieja, wiatr-demona z Rusi, który jest (jestem przekonana) tym wiatrem z jesieninowego wiersza.




Przy okazji onego Bestiariusza zauważyłam, że kiedyś intuicyjnie ludzie dbali o las, drzewa, miedze, krzewiaste zarośla, bez ekologicznego tłumaczenia, intuicyjnie. Zaludniali (sic!) je wszelakiego rodzaju demoniszczem, który miał je chronić lub po prostu lubił się tam kryć i w związku z tym miejsca wzmiankowane szanowane były i traktowane z czcią i ostrożnością.
Aż żal że z rozwojem nauk, demoniszcza zostały wepchnięte w szpary podłóg rozpadających się i porzuconych chat oraz do mojej szafy, że nauka mimo wielu odpowiedzi dlaczego, przestała działać na ludzi w sposób umożliwiający koegzystencję w środowisku naturalnym, szacunek dla sieci, powiązań. Szkoda, że mądrzymy się w niedobrym kierunku.







A dzisiaj u nas było bezwstydnie ciepło, ba, gorąco nawet i przyleciały nasze bociany. Nasze w sensie z naszego gniazda, czyli tym razem nie są takie ostatnie, jak to drzewiej bywało. Jest tak, że aż się chce być mainstreamową gospodynią pracującą zawodowo, popylać w odlotowym ubranku (odlotowe to ja mam zawsze, ale to z innych względów hm), mieć fajną fryzurę, robić smoothiesy, pić je, herbatę zieloną parząc gloryfikować (no tu akurat jestem blisko, bo pies ze mnie na herbatę każdą), przecierać meble aż im zostanie styl vintage, doprowadzić swój ogród do stanu przeciwnego niż angielska rozpacz (chociaż akurat ja lubię chaszcze), mieć derki i narzuty na każdą okazję i czytać Nerudę. A czytam Miłość w czasach zarazy, to w sumie chyba też się liczy, czyż nie?

*dobra, materiały posiadam, mam różnego rodzaju derki i narzuty, haftowane obrusy, roślinność, czajniczki i porcelanę i glinę, ceramikę ręcznie robioną i mydło z propolisu i pastę do zębów z węgla, tylko jak się tak przyglądam, to za cholerę jedno do drugiego nie pasuje tak ładnie, jak w świecie który oglądam na blogach, czy w artykułach. kurczę, jednak do stylu to się trzeba urodzić, a mnie wychodzi na to, że jestem po prostu kolekcjonerem starzyzny : |




wtorek, 3 kwietnia 2018

clean&clear




Ja: trudność świąt polega na tym, że najpierw zapierdala się na szmacie przed świętami tylko po to, by za dwa dni zapierdalać na szmacie po świętach.

Przed zrobiłam 4 prania i tuż po 4.

Tylko okien po nie myję ;D

Ja: ale w sumie z seksem tez tak jest
myjesz się i przed i po

jak się przyjrzeć to ze spaniem, jedzeniem też
ciągle się myjesz, pierzesz, jesz i śpisz

bez sensu!

Retes: ile czasu byś zaoszczędziła!

Ja: no
myślę że winno się myć po!

połowa czasu zaoszczędzona a efekt podobny

Retes: resztę można by przeznaczyć na czytanie 

Ja: długotrwały efekt
albo na sen...

*

A gdyby jednak nie udało się uniknąć sprzątania, to najszłam przy okazji szperania w książkarni książkę, którą bardzo polecam - Lucia Berlin, Instrukcja dla pań sprzątających. Opowiadania, przekład Dobromiła Jankowska.
Wzięłam ze względu na okładkę, tytuł i adnotację na okładce - Ameryka jakiej nie znacie. Mój srodze nielubiany przeze mnie nos* mnie nie zawiódł. Pisarka, której kompletnie nie znałam, której nazwisko nawet nie obiło mi się o ucho, za wyjątkiem momentów, kiedy chodziło o stolicę Niemiec, przyjaciółka Emersona, alkoholiczka, kobieta po przeróżnych przejściach... 
Pomimo tych groźnych zapowiedzi, opowiadania są doskonałe, czytają się świetnie, strach powiedzieć, ale wręcz lekko, a lekkie nie są -  celne, oszczędne, pełne ironii, ale też i prawdziwego ciepła i humoru, po prostu must-have półeczki z książkami. Płyny ustrojowe, seks, gwałt, śmierć, przemoc, miłość, choroba, używki, komunikacja miejska, to wszystko jest w  nich rzeczywiste, a jednocześnie zapisane z wszelką delikatnością i szacunkiem dla ludzkiej delikatności. I brudne, bolące właśnie przez ten szacunek.  Dużo autopsji, ale to naprawdę nie ma aż takiego znaczenia, bo nie myśli się o tym w tej podróży. przynajmniej ja o tym nie myślałam. Dobra rzecz, dla pań sprzątających jako ja, czymkolwiek to sprzątanie ma być.

* ma garb po tacie i kulkę na końcu po mamie. ogólnie rzecz ujmując - kinol.


ośle ucho, które zagięłam ze względu na śmierć taty i siostry:
 
"Śmierć pana Gionottiego była dobra... Rodzina posłuchała prośby personelu, by zostać na zewnątrz, ale jedno po drugim wchodzili pojedynczo, dając znać panu Gionottiemu o swojej obecności, a potem wychodzili, by zapewnić pozostałych, że lekarze robią wszystko, co trzeba. Było ich wielu, siedzieli, stali, dotykali, palili, czasami się śmiali.
Miałam wrażenie, że biorę udział w świętowaniu, w rodzinnym zjeździe.
Jedno o śmierci wiem na pewno. Im "lepszy" człowiek, im bardziej kochający i szczęśliwy i troskliwy, tym mniejszą lukę pozostawia jego śmierć.
Kiedy pan Gionotti umarł, to cóż, był martwy, a pani Gionotti płakała, wszyscy płakali, ale wszyscy płakali wspólnie, właściwie to razem z nim"

(Lucia Berlin, Zapiski z ostrego dyżuru, 1977, Instrukcja dla pań sprzątających. Opowiadania, tłum. Dobromiła Jankowska)




 "Kupiłyśmy prezenty i wiklinowy koszyk, by do niego wszystko włożyć, łącznie z zabawkami z całego pokoju. Kiedy wychodziłyśmy, Bella Lynn westchnęła.
-Hotele są takie przytulne, zawsze nienawidzę wyjeżdżać..."

(Lucia Berlin, Tygrysie kąski, Instrukcja dla pań sprzątających. Opowiadania, 
tłum Dobromiła Jankowska)




czwartek, 29 marca 2018

tego się nie robi kotu...

Stała się rzecz niedobra, Kicia widziała jak odkurzam jej kocyk! Oznacza to w praktyce, że teraz przez jakieś dwa tygodnie będzie spać wszędzie (witajcie białe kłaki), tylko nie na kocyku. Ostatnim razem byłam nieostrożna i dałam się przyłapać na czyszczeniu kocyka jakoś tak w październiku.




z powodu dnia wiosny, będąc z uczniami na wycieczce filmowej, wejszłam do ksiażkarni i wytargałam stamtąd piękne rzeczy,a  przy okazji zoczyłam, że pan Jarosław Molenda (napomykałam o nim w którymsiś wcześniejszym poście) stał się dość poczytnym popularnym literatem. Czytałam tylko Historię używek, ale planuję zakupić inne rzeczy, bo pisze przyjaźnie, przyjemnie i ma sporo bibliografii.

"Podczas pobytu na Sri lance miałem okazję spróbować betelu, ale ponieważ wziąłem minimalna porcję, nie odnotowałem żadnych efektów ubocznych poza mrzonką, że ta książka będzie lepiej się sprzedawać niż publikacje Beaty Pawlikowskiej"

(Jarosław Molenda, Historia używek. Rośliny, które uzależniły człowieka)




a do książek pani Beaty Pawlikowskiej jakoś nie mogę się przełamać (Janurz, jeśli to czytasz, to  uprzedzam Twoją wypowiedź -  pan Molenda też żyje)