wtorek, 27 września 2016

na północy po południu








dobra, dawno nie było, to będzie. dzisiak jesień była barzo udaczna, zatem robienie papierów bezwartościowych wiadomo, odwlekane było i za zadnią łapę i wypychane kijem. wyszurgałam więc sobie z kulinaryjnyjnego imperium kurzu jakiś znaleziony naprędce i napodorędziu przepis i uczyniłam, ale wpiszę poprawiając mu rzeczy, które już wiem, że nie

owsiana osłoda

do rondello wrzucamy pół margaryny
1 szklankę cukru (lub inszego słodziejstwa) albo i mniej
4 łyżki stołowe kakao
8 łyżek zimnego mleka

grzejemy aż zawrze i wonczas zdejmujemy z ognia i

wrzucamy 3 szklanki płatków owsianych
dajemy olejek arakowy i migdałowy (zachowując stosowny antyczny umiar w butach)
następczą razą dodam jeszcze sparzoną suszoną żurawinę i odrobinę soku z cytry (albo fideli płockiej)

merdamy porządnie, żeby się płatki połączyły z masą i kiedy już lekko zaczną gęstnieć, wypaćkujemy na pergamin jakiegoś steranego manuskryptu lub nabytego w  sklepie Niezbędnego Jana (* Baronie, nadal mam dyplom z Islandy)

odstawiamy do krzepnięcia w temperaturze ostudzonej z emocji na jakieś ze 3 h

jemy tyłem (nie tylcem wszakże) i tyjemy

moje, jak widać na załączonym obrazku rozpłynęły się w eeee... no w coś tam się rozpłynęły, bo za ciepłe chyba wyklopsałam. no i wiem już, że za dużo olejku, za dużoooo,  wusz, jesteś narowista!






poniedziałek, 26 września 2016

Książka z widokiem na Capri

 Trzy cycaty, które między innymi czynią książkę Stanisława Dygata Podróż dobrą i elegancką. Bo jest, i dobra, i elegancka na moje wusz. Tak to już się teraz nie pisze albo pisze rzadko. Książka z podróżą w osnowie, szeroko rozumianą, zarówno geograficzną, jak i metamorficzną dla tego skalnego odłamka, jakim jest człowiek. No i przede wszystkim jest też miłość - rzecz tocząca nas okrutnie i bez ustanku. Jest czule, ironicznie, zabawnie i nie wiem, czy powinnam obejrzeć teraz adaptację...

voila:

o sztuce
 
 Do diabła! Kto w płótnach Giotta czy w kwartetach Beethovena dopatruje się wyłącznie archanielskich rysów Wieczności, a nie jest w  stanie odnaleźć wspomnień własnej tragedii, gdy dostał w skórę za podarte na płocie portki, lub własnej radości, gdy za pierwsze zarobione pieniądze kupił kwiaty nieznanej dziewczynie z naprzeciwka, niech przestanie zajmować się sztuką, a zajmie się dostawą wyrobów garmażeryjnych lub wyczerpem piwa.


o płci

(...) Oboje prostowali się powoli i patrzyli na siebie. Ola zauważyła, że Henryk ma przekrzywiony krawat, i łagodnym, zręcznym ruchem poprawiła mu go.
Zastanawiający jest wzajemny stosunek kobiet i mężczyzn wobec swojej garderoby. Zasadniczą tendencją, instynktownym niemal odruchem mężczyzny w stosunku do szat kobiecych jest wprowadzanie do nich nieładu, szarpanie, rwanie, pociąganie, miętoszenie. Zupełnie przeciwnie przedstawia się stosunek kobiety do ubrania mężczyzny. Jest to stosunek porządkujący, wygładzający, poprawiający, szczotkujący.

*

o ludzkości

(...) Nie. To nie są ogromne mrówki i nie mówią po polsku. I nie my do nich, ale oni do nas pierwsi przyjeżdżają.
Są może trochę podobni do ludzi, ale nieco więksi i mają skrzydła. Skrzydła nie służą im do latania, za to przydają niezwykłej zwiewności w chodzeniu. Włosy mają lniane i gładkie, uczesane w grzywkę. Ubrani są w zgrabne koszule przepasane pięknym, błękitnym sznurem. Ich mowa składa się z dźwięków muzycznych. Nasza więc litera odpowiada ich nucie. Gdy ze sobą rozmawiają, przysiąc by można, iż słyszy się jakąś fugę Bacha. Po ich przyjeździe ogromnie wzrosło w świecie znaczenie muzyków. Oni bowiem tylko mogli służyć za tłumaczy i preceptorów nowego języka.
Najtęższy polityk ziemski stawał się zupełnie bezsilny, jeśli nie miał przy sobie jakiegoś muzyka. Chodziło tez o muzyków bardzo wybitnych, zdolnych do wyłapywania wszelkich niuansów, wrażliwych na pomniejsze fałsze i dysharmonie.
Pewien wybitny polityk potężnego kraju powiedział:
- Gdybym to ja mógł mieć przy sobie takiego Bacha! Alebym wszystkim bobu zadał.
Marsjanie już od dawien dawna krążyli nad Ziemią, ale powstrzymywali się z lądowaniem, ponieważ Ziemianie nie cieszą się w kosmosie najlepszą opinią. Czasem ten i ów marsjański śmiałek zdecydował się na skok z międzyplanetarnego wehikułu na Ziemię. Włóczył się zwiewnie śród pól i lasów, nawołując ludzi śpiewnie, póki jakiś chłopek roztropek nie ubił kamieniami odmieńca. 

Stanisław Dygat, Podróż

niedziela, 11 września 2016

Poranny post gospodarczy

Plan był taki-  wczorej w poczuciu bycia fantastyczną i zorganizowaną (sic!) panią domu, zaprosiłam dziś ludzi na dyniową zupę i spagetti, a jak się dziś obudziłam, to fantastyczna pani domu była li już tylko wspomnieniem i zostałam teraz z tą jakże durna obietnicą, podczas gdy za oknem żurawie, kury, świeżo naparzony ulung i wrześniowe słonce, a na huśtawku huśta się Dick. A ja muszę iść i roztrzaskać dynię auuuu

a jeszcze wczorej Panna Łaskotka udatnie udawała Kota z Cheshire


a jak ktoś lubi kotki, to kilka więcej tu

a jakby ktos chciał, to zapraszam na zupę i spagetti

sobota, 10 września 2016

gmła

Podróżować jest łatwo, trudniej wrócić.


środa, 7 września 2016

stała G w aspekcie prędkości ucieczki wycieraczki do butów

w krzaczorach podle mego domostwa mieszka lis. widuję go dość często rankiem, kiedy igra sobie na trawce przed chałupą i kombinuje, jak dostać się do moich kur, widuję go południowo, jak truchta sobie niezmieszany ani nawet wstrząśnięty środkiem publicznej drogi n-rzędowej, nocą słyszę go kiedy drze koty z Panną Łaskotką, tzn raz on drze kota, raz kot jego (*lisi dźwięk przypomina nieco zagrypionego pekińczyka)
zwierzę owo zaczyna być bezczelne, codziennie nocą kradnie wycieraczkę spod drzwi mojej szkoły  i przeciąga ją na drugi koniec boiska, a dziś gnida jedna na nią nasrał! voila!

* skoli, lis skoli, prosz państwa

a takie mieliśmy dziś chmary chmur, o!




poniedziałek, 5 września 2016

Turkotanie

Kiedy pociąg uciesznie turkocząc zmierzał w stronę morza, które powinno być, ale prawdopodobnie w Gdańsku nie ma morza, bo ostatnio Radwański był i nie widział, a ja już trzy razy nie widziałam po kolei, więc kiedy pociąg posapywał na zakrętach i trąbił na krowy kręcące mordą podczas kontemplacji popołudnia, wtedy ja wbita w kąt czytałam sobie książeczkę zabraną na tę okoliczność ze spadkowej biblioteczki po siostrze, a książcze na imię jest Krzywe ryło i autora ma ona o nazwisku Zdzisław Smektała, a ilustratora Andrzeja Czeczota, co bardzo jej swoistego uroku przydaje.
Zbiór to jest opowiadanek satyrycznych , które i teraz barzo pięknie mogą udawać tę najdurniejszą z możliwych rzeczywistości. Z początku irytowała mnie formuła nazbyt wyklepanego, ulepionego, utoczonego języka, nadmiar gierek słownych i absurd szyty czasem nieco zbyt grubą nicią, ale wraz z rozwojem liczebników w dolnych rogach kartek, albo zaczęłam przywykać do onego idiolektu, albo opowiadanka się rozkręciły. Jest więc o sztuce, artyście, śmierci, miłości, sporcie, polityce i dyplomacji, często zabawnie w dodatku, taką zabawą przez bibułę, że i trochę straszno i trochę śmieszno. Uśmiech tej książki  tworzy się raczej na kąciku ust jak bańka śliny kwasnej i ścieka jak na brodę, że trzeba go obetrzeć rękawem. Nie jest to przyjazny ciepły uśmiech, raczej konieczny, bo inaczej onej rzeczywistości obłaskawić nie sposób, nie mówiąc o jej przyswojeniu, zagoszczeniu się w niej. Ale oprócz satyry jest też tu poezja, co daje razem mieszankę w smaku specyficzną.

a później przeczytałam Konwickiego Rzekę podziemną, podziemne ptaki i Terra Nulla Wojciecha Altmajera, ale to inszą razą

Barcja niedzielnym popołudniem

 28.08.16 (niedziela)

Przejeżdżałam przez Kętrzyn, byłam dwukrotnie w fabryce bombek (choinkowych, choinkowych), ale nigdy nie widziałam Kętrzyna, jako miasta. Ponieważ Izka podobnie, niedzielą słoneczną ruszyłyśmy na zwiad.

Dziwne to miasto, odnoszę wrażenie jakby znikało gdzieś za horyzontem. Jest zamek krzyżacki, są zabytkowe kamienice, są wieże ciśnień (wodna i kolejowa), jest budynek Loży Masońskiej, ale to wszystko wycofane, wpisane w garażowy klimat, jakby istniało za zasłoną, prześwitywało  resztką sił. Tak właśnie mówi do mnie to miejsce, które wygląda na to, że po zniszczeniach wojennych (sporych niestety, bo stare miasto zostało spalone przez Sowietów) już nigdy nie wstało do pionu, kucnęło i pozwoliło schować się za brzydko skleconymi blokami, szopami i betonowym pierdolnikiem. A przecież jest tu rzeka Guber i czynny w urokliwym miejscu nad nią most kolejowy, jest amfiteatr nad Jeziorem Kętrzyńskim, są kamienice, które aż proszą się o ładne otoczenie i wszystko śpi w tym upalnym niedzielnym powietrzu. Nawet w knajpce mimo słodkiego młodocianego kelnera, tak jakoś biednie, smętnie.

zamek










osiołek przy budynku Loży Masońskiej









I jedziemy dalej




W drodze powrotnej Reszel, do którego obie z Izką żywimy wielki sentyment (każda z własnych powodów). O, Reszel to wie, jak się wdzięczyć urokiem cittaslow. Trafiamy akurat na Godzinę Żula, czyli miasto opanowane przez mężczyzn będących pod wpływem nie tylko słońca i dobrego humoru. Dobrodusznie nas zaczepiają i nie są to nieprzyjemne zaczepki pijanych w sztok, tylko raczej takie zabawne miasteczkowe pogaduchy panów siedzących przy piwku z kolegami na schodkach, panów zdażających na flaszeczkę lub  zmieniających miejsce spotkania. Oprócz tych panów na ulicy ani żywego i trzeźwego ducha,  dziwne, ale nie niefajne. Wędrujemy sobie starówką, a później parkiem pod zamkiem, ja na bosaka, bo panienka z okienka przyjechała beztrosko w butach na koturnach i z nich spadła na kętrzyńskim bruku wywichując staw w małym paluszku. Za karę do dziś odczuwam skutki własnej próżności.














i wieczorne słońce nad zmęczoną drogą



A na koniec nad Jezioro Luterskie w celu kapielowym.