poniedziałek, 22 października 2018

kartka z kociokwiku

Mam tu całe biurko naskładanych, nazaznaczanych notatkami i oślimi uszami (moje) i karteczkami (cudze) książek, które chciałabym polecić, mam nawet trochę czasu na to, ale w cholerę nie idzie mi to pisanie, bo jako zadeklarowany i certyfikowany nienapoleon, muszę mieć wielopasmową autostradę czasu przed sobą i to na odcinku nicnierobienie 500km.
Wpadam z pracy w pracę, zawodowo i domowo, mało czytam, nie wyjeżdżam, nie śpię w swoim łóżku, nie dysponuję swoim czasem (w ogóle cholera nie dysponuję). Codziennie boli mnie głowa, w której mam kaszankę, groch z kapusta i zakalec, kłębią się luźne fragmenty lekcji od klasy 0 po III gim, przedmioty, których próbuje nauczać, dziennik elektroniczny z papierowym, dziesiątki przydzielanych mi zadań, nerwy związane z klasa niemal integracyjną (niemal, bo nie ma takiego statusu) - niedowidzenie, upośledzenie w st lekkim i asperger + kilka jeszcze przypadków. Jeśli miałabym wyrazić moją opinię na temat stanu mojego zdrowia psychicznego, to jestem bliska zwariowania, albo morderstwa, albo zapisania się do jakiejś grupy folklorystycznej o trudnej nazwie.

tak, czy siak, postanowiłam dziś zapisać cokolwiek, zatem inspiracje z książki: Lejb Fogelman. Warto żyć. z którym to Lejbem Fogelmanem  prawnikiem i świetnym gawędziarzem, rozmawia Michał Komar. Książka ogromnie sympatyczna, pozytywna i z różnymi sznureczkami do pociągnięcia. Ja sobie pociągnęłam za kilka z nich, z czego 4 tutaj zapisuję ku pamięci, mięcikupa...

*

"Van Mergeren chciał zostać wybitnym malarzem. Krytycy go wyśmiewali, więc postanowił się na nich zemścić. Po długich studiach nad siedemnastowiecznymi technikami malarskimi namalował obraz Uczniowie w Emaus, który zaprezentował jako dzieło Vermeera. Większość znawców uznała to za oryginał. Malował więc kolejne. W czasie II wojny światowej niektóre z tych obrazów znalazły się w kolekcji Hermanna Goeringa, a to spowodowało, że w 1945 roku van Meergeren został oskarżony o kolaborację. Oświadczył, że owszem, obrazy zostały sprzedane Niemcom, ale przecież on jest ich autorem, a nie Vermeer. By to udowodnić, pod kontrolą policji namalował kolejny obraz, Młody Chrystus w świątyni, który posiadał wszystkie cechy dzieła Vermeera. Komisja złożona ze znawców - po części tych samych, którzy zachwycali się przed paru laty Uczniami w Emaus - zaczęła się wahać...

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Okazało się bowiem, że obraz namalowany przy świadkach był dla komisji bardziej autentycznym Vermeerem niż ten sprzed dziesięciu lat...
Danto wyjaśniał problem tak: rzeczywistość z czasu, kiedy artysta coś tworzy, zawsze przenika w jego dzieło. Ale w czasie tworzenia jest niewidoczna, przejrzysta jak powietrze, którego nie zauważamy, dopóki nam go nie zabraknie. Lecz kiedy po latach patrzymy na ten obraz, poprzednia rzeczywistość jest już w nim zauważalna. I dlatego w podróbce obrazu Vermeera, zrobionej trzydzieści lat temu, dzisiaj widać tę rzeczywistość sprzed trzydziestu lat. Z drugiej strony, czy chcemy, czy nie, przerzucamy na przeszłość dzisiejszą rzeczywistość, która jest dla nas przeźroczysta jak powietrze."

*
"Chodziłem też na wykłady Rawlsa i Nozicka. Profesor John Rawls był autorem Teorii sprawiedliwości.
Wywodził zasady umowy społecznej z kantowskiego imperatywu kategorycznego. "Postępuj tylko wedle takiej maksymy, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym"
Najprościej rzecz ujmując: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Dobre 1700 lat przed Kantem to samo powiedział Gamaliel. Ten, który uratował od śmierci chrześcijańskich apostołów, mówiąc do sędziów: "Odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich! Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeśli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się z czasem okazać, że walczycie z Bogiem.

*
"No właśnie a propos dandyzmu. Dużo na ten temat czytałem. Pamiętam "Człowieka zbuntowanego" Camusa. Tam jest taki fragment, który mi utkwił w pamięci: "Dandys zbiera się w sobie i stwarza w sobie jedność już dzięki samej sile odmowy. Jest koherentny jako postać. Ale postać musi mieć publiczność: dandys upewnia się o swoim istnieniu jedynie wówczas, gdy odczytuje je z twarzy innych. Inni to lustro. (...) Tę uwagę trzeba budzić nieustannie, podniecać prowokacją. Dandys musi więc stale zdumiewać."    " 

(Lejb Fogelman. Warto żyć. Rozmawia Michał Komar)

i Borysa Pasternaka noc zimowa

З
З
Зимняя ночь
имняя ночь

Мело, мело по всей земле
Во все пределы.
Свеча горела на столе,
Свеча горела.

Как летом роем мошкара
Летит на пламя,
Слетались хлопья со двора
К оконной раме.

Метель лепила на стекле
Кружки и стрелы.
Свеча горела на столе,
Свеча горела.

На озаренный потолок
Ложились тени,
Скрещенья рук, скрещенья ног,
Судьбы скрещенья.

И падали два башмачка
Со стуком на пол.
И воск слезами с ночника
На платье капал.

И все терялось в снежной мгле
Седой и белой.
Свеча горела на столе,
Свеча горела.

На свечку дуло из угла,
И жар соблазна
Вздымал, как ангел, два крыла
Крестообразно.

Мело весь месяц в феврале,
И то и дело
Свеча горела на столе,
Свеча горела.


(i w przekładzie Seweryna Pollak)

Noc zimowa


Po całej ziemi wciąż śnieżyło,
Wszędzie śnieg leciał,
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

Jak gęste roje muszek w lecie
Lecą na płomień,
Tak płatków rój ze dworu leciał
Ku ramie w oknie.

Do szyby zamieć się lepiła
W kręgach i krezach,
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

Na sufit cały rozświetlony
Kładły się cienie
Skrzyżowań nóg, skrzyżowań dłoni
I przeznaczenie.

I dwa trzewiki upadały
Na ziemię z stukiem.
I wosk z lichtarza kapał łzami,
Spadał na suknię.

Wszystko w mgle śnieżnej się gubiło
Płatków, co lecą.
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

Na świecę dmuchał z kąta przeciąg.
Pokusa płonąc
Jak anioł skrzydła wzniosła lecąc
Na krzyż złożone.

Przez cały luty wciąż śnieżyło
I blask się wzniecał:
Świeca na stole się paliła,
Płonęła świeca.

a na koniuszek jezień 


żegoty 20.10.18 

czwartek, 6 września 2018

Z rozmów rodzinnych - O stabilności

 Mamci po udarze zmieniło się wiele rzeczy, smaki, lubienie kolorów (ulubionego niegdyś niebieskiego w ogóle nie rozpoznaje, a ceni żółć i fiolet), upodobania.

Rysujemy; mamcia smaruje, a to domek, a to drzewo, a to płot...
- narysuj konia! mówię znienacka.
Mamcia dostaje ataku histerycznego śmiechu.





 



Okazuje się, że po udarze rysuje konia dokładnie tak samo, jak przed nim : ]

piątek, 24 sierpnia 2018

Pracownia Na Rzecz Istoty Szarej

Sytuacja po drugim (po 13 dniach od pierwszego) udarze mamci; 
do południa czytamy o księdzu Janie Kaczkowskim, w południe Życie na gorąco, w wolnych chwilach i wieczorem czytam wywiady i rozmowy z Charlesem Bukowskim, jeśli zwariuję, powiedzcie mojemu przyszłemu psychiatrze o możliwych przyczynach...

Ps: Jeśli zwariuję wyraźniej...

Ps2: Jeśli jakiś psychiatra będzie chciał w ogóle z wami o tym rozmawiać...

Ps3: Możliwe, ze to już jest wytwór mojej wyobraźni i pisze mój psychiatra....

Ps4: Albo mój kot...

 a tak poważniej, to obecnie mam robotę siedzącą, czyli siedzę z mamą, a to oznacza, że ciężko mi zajrzeć na bloba i uzupełnić chociażby braki und zapisać coś o Albanii. statystyka to okrutna nauka, która za dobre nagradza, a za złe karze, czy jakoś tak; i tą statystyką nas medicus pozamiatał szachmat. niemniej wobec statystyki istnieją środki zaradcze w postaci wiary, nadziei i miłości (jeśli są na sali wierzący w nią jeszcze ludzie) i tychże imion  się trzymiemy. 
mama uczy się rozumieć, rozróżniać pojęcia, mówić, stara się uprawniać rękę mimikę, chodzenie oraz przede wszystkim stara się usprawniać swoją cierpliwość, bo wolę walki ma, a z cierpliwością to różnie. 
na razie najlepiej wychodzą jej "kurwa mać", "skurwysyn" (to o pewnym człeku znanym w bliższych tu kręgach) i alternatywnie "o Jezu", żeby nie było. poza tym czasami mam wiele ubawu z nauki "tak" i "nie",a czasami mam ochotę strzelić się zadnim kopytem w czoło. 
nie muszę chyba dodawać, ze cały czas umieram ze strachu, że coś się znowu wydarzy i opanowywanie tego strachu muszę z kolei ćwiczyć ja.
 żeby nie zwariować. odśpiewujemy różne rzeczy, mówimy wiersze, a niedawno podsłuchałam dobiegający z pokoju mamci hymn nasz narodowy odśpiewany z zachowaniem bisu refrenu i oczywiście 4 zwrotki, a zatem mamcia, jakkolwiek lewak, to silna patriotka jest. 
poza tym to co było do tej pory smaczne i dobre, teraz jest ble, jest siąkanie nosem na temat diety z ograniczoną ilością mięsa i zdecydowany bunt na picie wody w stosownej ilości. ale nie jest źle, no może poza przypadkiem, kiedy moja siostra Jola usiłuje mówić do mnie przez telefon wersalikami bardzo głośno i wyraźnie, mam nadzieję, że nie wejdzie nam to w nawyk i nie będziemy tak mówić do ludzi na ulicy.








zapustosłowie

To szczególne okołowrześniowe odczucie, niepowtarzalne w innych porach roku, wiąże się nie tylko ze specyficznym światłem, miękkim i przesączającym się przez już jesienne powietrze, ale także z temperaturą. Powietrze jest jeszcze ciepłe, zachowuje łagodność, pieszczotę popołudnia, ale dzień jest zbyt już krótki, słońce zbyt nisko góruje, by nadać wieczornemu  powietrzu, cechy upalnej pogodnej letniej pory. Pomiędzy miodowe pasma sączą się już rześkie strumyki  chłodu niosące zapowiedź zimnej rosy. To powietrze, ta aura, zatrzymują dźwięki, tłumią je i szlifują, zaokrąglają, rozmywają kształty i obrazy.
Pora, która ma połączenie z wszystkimi przeżytymi wrześniami, pora, w której jestem we wszystkich swoich wspomnieniach, chwila, w której bez względu na okoliczności, jestem szczęśliwa.

niedziela, 12 sierpnia 2018

w kwintę nosem

Właśnie ukańczam 42 rok pelrinażu po tymłezpadole, moja mama w szpitalu dochodzi do siebie po drugim, w ciągu 3 tygodni,  udarze , moja wielka trudna miłość tkwi od dwóch dni w połowie drogi do mnie z rozpieprzoną skrzynią biegów, skurwesenem mechanikiem i kończącym się czasem (tadaaa, jasne czas jest kolisty), siedzę w chałupie na tak zwanej do rymu i rytmu rzyci i nawet na los nie chce mi się złorzeczyć. Przez moment zatrzymałam się pod perseidowym (dziś max radiant) niebem i zapytałam - za co, cholera? Wszechświat odpowiedział mi, że tak naprawdę to za nic, bo z  jednej strony tak wypadło, a z drugiej mnie po prostu nie bardzo lubi i nie ma w tym mojej winy, czasem nie polubia się kogoś i już. A miało być tak pięknie i nie wiać. No to Albania piękna i cudowna, gdyby nie pierwszy udar mamci, a wakacje piękne i cudowne, gdyby nie to, że zlikwidowali moją szkołę, a dzień dzisiejszy miał być cudowny z najcudowniejszym facetem świata, który właśnie w tej chwili musi tkwić w polu kiedy czas spotkania (rzadki niesłychanie) nam się kurczy, więc jeśli do 13 sierpnia nie uda mu się wykrzesać z mechanika współpracy, to już kto wie kiedy się zobaczymy, miał być też dzień z przyjaciółmi, którzy z Bretanii i Włoch i Sieradza na me urodziny naprzybyli, a się wykrzaczyło,  i jak tak się przyglądam swemu jonaszowemu jestestwu, to się straszliwie cieszę, że przynajmniej  mamcia wędruje maleńkimi kroczkami do przodu, bo to przynajmniej jakiś ważny progres jest i optymistyczny. 
Chodzę sobie na tatowy kamień na smentarzu (taki ma pomnik-niepomnik kamień zwykły nieobrobiony, na którym lubię siadać) i tam sobie myślę: "opsiamaćniechtocholerazarazamórfrancaitrądkurwawmordęjeża Tatku!" I tatko mówi mi - asik, no co ja ci martwy poradzę więcej, niż poradziłem za życia - jeśli chcesz coś komuś dać, dawaj zawsze najlepsze co masz, inaczej nie ma sensu i nie poddawaj się kiedy ci się wydaje, że nie masz szans ani siły, bo zawsze gdzieś tam jest schowany jest zapas na czarną godzinę" .  Cholera wie, jak wygląda czarna godzina, więc kto mnie kurew przytuli dziś?




wtorek, 31 lipca 2018

bążur de gąkur

Miseczka postawiona w stanie pustym, w dodatku mająca w zamyśle pierwotnym, w tym stanie pozostać, zaczyna się napełniać, gdyż podobnoż natura nie znosi próżni. Jest na sali ktoś, kto nie doświadczył napełniania się postawionego dla ozdoby, dizajnu, tudzież przypadku, naczynka? Uwielbiam ceramikę dla samej jej ceramiczności, barw, ornamentyki, linii i takichtam, ale gdy tylko zwiedziona krągłością uszka, czy obłością brzuszka, nabędę kolejną miseczkę i cmokając, kręcąc głową po zasięgnięciu opinii trzynastu fengszujów, księgi iczing oraz książki telefonicznej, wystawię rzecz na półce, zanim zdążę się napawić jej idealną harmonią z miejscem, już w miseczce są: agrafki, szpilki, guziki, koraliki, kawałek mydła (przebóg), ołowiane pecyny, grosiwo, zapałki, ucho od śledzia, szton. Zawsze.
To tak tytułem marginesu (sic!)

Myślałam od wczorej o agroturystyce, to znaczy do wczorej też od czasu do czasu myślałam, ale głównie w pozycjach pozytywnych, a wczorej coś mnie tkło. Bo idzie o to, że chociaż racjonalna część wusz docenia i mówi, hej, to naprawdę dobre, to wsiowa wusz, co we wsi mieszka od zygoty, wykazuje się jakąś nieufnością. Po kolei (żeby nie było, sama sobie we łbie tym postem próbuję układać, jak zawsze zresztą)

alfa: człowiek na wsi mieszkały, robi wszystkie te rzeczy, co mają być wywszystkowane, ogóry, pomidory, japki, śliwki i wszelkie mecyje, bo tak robił i tez po to, żeby nie kupować (oczywista obecnie różnie z tym bywa, ale mówię o prawdziwych wsiokach)
agroturystyka wymaga reklamy, zatem się z tego zwykłego robienia czyni rytuały alchemiczne, co paradoksalnie, odziera one czynności z właściwej im, naturalnej magii, a przydaje sztuczna gębę, pazłotko i tetam "duchowość" (sic!)

beta: u nas na Warniji, to agroturystowskie są głównie przyjezdne, co kupują obejścia, zachwycają się, achają, ochają i puszczają achy i ochy w świat. No i wiem, dziwaczę, bo we mnie jest tez ten zachwyt i achy i ochy bo uważam, że drugiej takiej Warmii nie ma na żadnym ze światów, ale ten mój zachwyt wyrasta z każdego kamienia i wądołu, bo tu upłynęło moje dzieciństwo, krzaki noszą ślady krwi z naszych kolan, kamienie leżą tam, gdzie je przetoczyły nasze łapy, a w rowach odciśnięte na wieki zostaną ślady naszych (rysich?) pazurów. Ten nasz krajobraz jest naprawdę przepiękny, a jakoś wkurza mnie, kiedy się nim acha i ocha na sztandarach. Może tez dlatego, że nie chcę za bardzo tu turystów, bo turyści niosą pieniądze, cywilizację i śmierć piękna, niestety

delta: No i to nagłe uduchowienie i krajobrazu i warzyw w ogrodzie i nagle te drzewa takie magiczne (a żebyście wy chociaż zawalczyli o te drzewa) i to zachwalanie "magii i sielskości", a kiedy nie jest się gościem posesji, to psy, ogrodzenia i pohukiwania, ze teren prywatny! tu ludzie przybywają odpocząć od ludzi!

gamma: i nie ufam tym wszystkim artystowskim uduchowieniom. Chyba przez alfa, bo ja jestem wsiowa, tutejsza, a z naszymi tu ludźmi, często robiącymi piękne rzeczy, gada się normalnie, bez żadnych tam uduchowień. natomiast w miejscach "uduchowionych" agroturystycznie, jest specyficzne grono "uduchowieńców" oderwanych od tej ziemi. i to jest chyba to - jakkolwiek podoba im się ta ziemia, są od niej oderwani, unoszą się nad nią, takie pięknoduchy

poniedziałek, 16 lipca 2018

wewnetrzny smutek, który "psuje" krew

Są takie popołudnia, z których nie da się wykrzesać iskry. Napada szarówka, smutek, melancholia, dźwięki turkocącego obok życia drażnią, tivi wkurwia, radio nie wchodzi w rachubę, książka jest brunatną plamą w której mażą się i bełtają słowa, spać się nie chce, tylko się siedzi i gapi. Na nic. Są to popołudnia męczybuły, popołudnia wampiryczne, popołudnia upiory. I zupełnie inaczej te popołudnia się planowało, inaczej, radośniej, pełniej, a wyszło kompletnie inaczej. Siedzi się więc teraz, nie czyta, nie patrzy, nie pisze i z nadzieją odlicza kolejne minuty zmęczenia, które być może w końcu przyniosą długi, głęboki sen. a sen nie przychodzi, jak na złość. Kto nie zna takiego popołudnia,  ręka w górę, nawet płakać nie da się, nawet pić. Wtedy trzeba opowiedzieć. Cokolwiek.

Sporo zrobiło się zaległości w pisaniu bloba, robieniu różnych rzeczy, jeszcze więcej zaległości w pracy nad swoim szaleństwem.

To tak choć trochę nadrabiając: Na ótce rodzaju sasanka, przeczytałam sobie przewodnik Izabeli Lewandowskiej i Edwarda Cyfusa "Magiczne wsie południowej Warmii. Przewodnik historyczno-kulturowy" i byłaby to nawet fajna pozycja, gdyby nie słabe gawędziarskie pióro obojga autorów. O ile gładko poszła mi część wstępna typowo naukowa (p. Izabela Lewandowska), o tyle reszta, która z założenia miała być nieco osobistym rysem warmijskicgh wsi, trąciła ckliwym banałem właśnie w tej przestrzeni. Ale informacji trochę jest, nawet sobie ośle uszy założyłam na jakiś wolniejszy czas do rowerowania, więc bogać tam!

*

Nabyłam tez kilka ładnie wydanych zeszytów z cyklu Miniatury mazurskie i stwierdzam, że w gwarze rzeczy brzmią zabawniej, nie tyle, że zabawne są wyrazy gwarowe, ile, że jakoś tak w gwarze bliżej kości, rubaszniej.
 na przykład:

"A baba od nowa mu wykłada, a gada jak pytel. Zmiarkował (wraz) ze, jek ji nie da, to dostanie po kłembzie, ze ani jeden kudeł nie zostanie na jego ryju."

Emilia Sukertowa-Biedrawina, Diabeł na Mazurach w baśniach i podaniach. Miniatury Mazurskie nr 1

*

Agata Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci, to rzecz nie tylko o samym nobliście, ale podejmująca kwestię Żydów ogólnie. Czyta się, chociaż po lekturze tej książki mam mieszane o Singerze zdanie, pewien mętlik, który stworzył się z porozrzucanych, przemieszanych lekturą tej książki we mnie odczuć wcześniejszych wyrosłych na samej tylko Singera literaturze. Całkiem przypadkowo i losowo sięgam po biografie, tę dostałam od Reteski (Teresy Radziewicz) i myślę sobie o Singerze  jak dawniej, ciepło, z podziwem, ale już też dźwięczą mi myśli pejoratywne, na temat jego skąpstwa, osobowości gburowatej,   nieromantycznej. 
Jeszcze sobie myślę o tych skrawkach, z jakich zbudowała autorka tę książkę, ładnie zbudowała dodam, udatnie, a jak sądzę zadanie było trudne, bo wiele rzeczy zgubionych, zagubionych, niejasnych. Wypełniła więc te dziury obrazami pasującymi, mówiącymi o świecie, tamtym świecie, znikającym, a właściwie już znikłym. I naszym dzisiejszym też

"Jak rodzi się opowiadanie?", zapytał kiedyś syn.
"Na początku potrzebny jest jakiś wątek" - odpowiedział.
- Jeśli już mamy akcję, dobrze, żeby była w nią wpleciona miłosna historia. Wskazane, by w miłosnej powieści uczestniczyło więcej niż dwoje. W uczuciach małżeńskiej pary nie ma tyle siły, co w  miłości tajemnej.
Czasem zdarza się, że mam pomysł, ale nie udaje mi się posunąć wątku do przodu, cała historia ulega zablokowaniu. Nieraz śnię albo mam widzenia na jawie i w kilku scenach zagadka zostaje rozwiązana. mam w swoim dorobku niejedna powieść liczącą kilkaset stron, która utknęła w ślepym zaułku. W takich przypadkach opowieść przypomina zepsutą maszynerię. lepiej posłać ja od razu na złom, niż spróbować naprawić. To będzie wspaniały materiał dla studentów literatury po mojej śmierci.
"To wszystko?" , zapytał syn.
Ojciec wskazał palcem na sufit i dodał " Oprócz żydowskiej głowy potrzeba tez łaski niebios".

(Agata Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci)

*
i niestety najlepsze i najstraszliwsze opowiadania pisze życie

*

Czytam w końcu Niedokończone opowieści Tolkiena w przekładzie Radosława Kota i wkurza mnie ich niedokończoność jednak. zgodnie z zapowiedzią synowską w przedmowie, czyli wszystko gra.
A poza tym to pakuję się do Albanii i dobrze. Czas wyjechać i to już. 


* Tytuł posta jest zagadką dla tow. Janusza Radwańskiego

zdjęcie wybrane na chybiłtrafił i nieilustrujące: