środa, 24 sierpnia 2016

Z rozmów z przyjaciółmi - O panaceum

wu: No nie dam rady sięgnąć po tę cholerna książkę

Retes: To nie patrz na nią, połóż gdzieś na razie, gdzie nie widzisz

wu: No schowałam ją

Retes: A gdzie?

wu: Pod koc!

A niech to tunder świśnie 2 - Finlandia, M.Barentsa

 5 lipca 2016 (wtorek)

W drodze dosiadł się do mnie burdelik



 Jedziemy do miejscowości Ruka. Po drodze , woda, las, woda, woda, las, droga na Ostrołękę, las las, renifer, kolejny renifer, stado renów, ren spacerujący przed autokarem, las, jezioro, jezioro, las, reny, ogólnie tajga. Ponieważ droga była monotonna, a książka wciągająca, nie zrobiłam żadnego zdjęcia tada!

robimy zakupy żywnościowe, gdyż ponieważ w terenie nie ma takiej możliwości. W sklepie dziergantor pełen małych niespodzianek, bo kiedy się go uważnie obejrzało, to i gąsieniczkę, i liska, i ośmiorniczkę i wiele innych  i bardzo śmiesznych istotek, jak nosolenie lub papukotek



Dojeżdżamy do Kuopio, by odebrać kobietkę, która zdążała k nam samolotem i nie zdążyła się przesiąść w Rydze . Tam sobie łazimy bez ładu i składu wokół maleńkiego lotniska, czekamy sobie w deszczyku umilając czas pogaduchami i lornetkami.
Jest samolot, jest Joanna, walizek brak. Bagaż nie doleciał za to przyleciały solidnej wielkości  walizy bez właściciela. Ponieważ walizy wyglądające na torby golfiarzy (ze względu na kijopodobne kształty) nie przydają się Joannie, ruszamy do Kuusamo i dalej do Ruki (znanego ośrodka narciarskiego). Już Laponia
Tym razem domek ze wszechmiar luksusowy , wypaśny, ze nie tylko plecuny można postawić, ale wręcz można postawić niewielką wioskę indiańską. A to wszystko dla czterech osób, bo Joanna trafia do nas. Jemy jajecznicę z kurkami part two, a ja spożywam fińskie piwsko Karhu, czyli niedźwiedź, zalecone mi przez pana z polskiego stoiska na tardżku w  Helsinkach. I tak sobie gadamy o bzdurkach świata tego.

*

6 lipca 2016 (środa)

W Ruce zaczyna się słynny szlak pieszy Niedźwiedzie Koło (Karhunkierros). Na początek  Góra Valtavaara w pogoni za modraczkiem (to taki błękitny ptaszek). Wabiony modraczek pokazuje się na zaledwie chwil kilka i znika. tez bym znikła widząc taką grupę z lufami aparatów.

 


Ale widoki zostają z nami. jest słońce, juhu! Okazuje się, że Finlandia wygląda tak!















Oczywiście wełnianki



Dalej ruszamy do Parku Narodowego Oulanka. Miejsce cudowne, ale paskudność rzeczy polega na tym, że dochodzimy tylko kawałek, do pierwszego kanionu, a pogoda i piękno przyrody aż kopią mnie w łydki, żeby iść, powędrować dalej, i dalej, i dalej. Zła jestem trochę, że tak mało czasu na tę Oulankę mieliśmy. Ot tyle, że liznęłam tej magii, a następnie przejechałam ozorem po żwirze













 Juhu! Znów przekraczamy KPP, tym razem po fińsku.



 Po drodze zajeżdżamy na torfowisko Petkula, bardzo piękne zresztą, ale pada. Grube krople gęsto łomoczą w kaptury, i w dereń szwedzki, i w wełniankę, i w moroszki

A później Park Narodowy Urho Kekkonena. Mieszkamy pod szczytem Kilopaa. (nasz camping, to ta czerwona filiżanka)

 


Tu mamy spać, a  ponieważ jest już dzień polarny, to zamiast do spania się szykować idziemy na spacer. I tak przecież odsypiamy w autokarze.. Później szorujemy ze Zbyszkiem do tradycyjnej fińskiej dymnej sauny obłożonej mchem i porostami, gdzie w towarzystwie uśmiechniętych i spoconych Finów, zażywamy rozkoszy wysokich temperatur, by później plusnąć w wody mikrojeziorka zrobionego na lodowatym górskim strumieniu.

 
















Kąsa ciało, może nie tak jak Bajkał, ale tez nielicho.

 


A później jeszcze trochę obchodzimy rocznicę ślubu mojego brata i  bratowej i wyganiamy się spać, bo spać się nie chce, bo jest dzień polarny przecie.


 *

7 lipca 2016 (czwartek)

Pobudka o 6, kąpiel w porankowo zimnym strumieniu cudowność i chce się żyć. W przestrzeni natomiast nieco ponurawo, słońce nie chce dziś wysunąć zza chmur swojej zaspanej mordy. Wychodzimy na Kilopaaa




Ale najpierw polowanie na sikorę północną. Na wyjazdach ornitologicznych niezmiennie bawi mnie ten widok.






Prościutkie, spacerowe podejście po drewnianej kładce nie jest jakimś zachęcającym wyczynowców spacerem, ale widoki, ta skalista tundra kupiła moje serce. E tam kupiła, ona je ukradła.










A na tym zdjęciu widzimy, jak grupa szarżuje na biednego rena, który...


dziduje w stronę bezpieczną,w  stronę bez stada luf, w stronę, na której to stronie, włócząc się poza ciżbą, spokojnie jesteśmy sobie z bratową. No i ten ren nam sobie tak biega przed nosem










A później mus leżenia i nieruszania się, kiedy mój brat przebrany w człowieka-krzaka, poluje na mornela.



A jeszcze później to już sobie poszłam połazić po tundrze, bo leżenie przy mornelu zaczęło mi doskwierać bezruchem, podczas gdy tam tundra woła, wabi, zachęca. No to oglądałam sobie porosty, widłaki, skały, jadłam kanapkę. Trochę połaziłam za puszącą się przede mną siewką złotą, trochę dogoniłam  grupę dręczącą aparatami pardwę mszarną . Trochę znowu sobie poszłam pogulać i to gulanie po tundrze to najcudowniejsze uczucie








A później siedząc na zboczu góry wylorneciłam brata i bratową idących starym korytem strumienia, a oni wylornecili mnie (viva różowa chustka), więc sobie do nich zeszłam, a później lunęło jak z cebra, że aż mi gacie ściągało do ziemi, a później był wieczorny koniaczek i sauna i lulululu.