wtorek, 16 stycznia 2018

o tym jak być chudym i młodym

nawet kiedy byłam, to nie wiedziałam jak się to robi, a teraz teoretycznie wiem, a sobie tę teorię w ramach oczyszczania, w rzyć mogę wrazić najwyżej, azaliż gdybyż to pomogłoż...
mogłabym opowiedzieć za to jak wkrewić słuchacza w pięć sekund, dokonać wyboru i utrafić nim jak kurą w płot oraz spuścić serce ze smyczy i wylądować na dworcu gapiąc się na tylne zderzaki pociągu nie posiadając biletu nawet na miejsce biegnące za składem. 
reasumując, w kwestiach tak zwanej rzeczywistości, jestem kompletnym osłem dardanelskim (albo dardańskim, jak głoszą niektóre źródliska).

ale za to w imieniu całego hecnego mego jestestwa przeczytałam (kosztem prac na rzecz domostwa, rzecz jasna) tak:

 Zapiski stolarza, Ole Thorstensena (tłum Witold Biliński) i nie polecam, bo znudziłam się w niej (dobrze, że druk rozstrzelony, to szybko poszło, więc bez ran na jaźni). Frenetycznie lubię książki o budowaniu, na przykład jak Wharton przebudowuje strych albo barkę,- uwielbiam, kiedy Tatuś Muminka przerabia sterówkę "Syfonii Musz" na dom - kocham, ale książka Thorstensena napisana jest tak nudno, tak bez życia, że aż sama zdziwiłam się, że mnie ani jedna deska w niej nie ruszyła (no dobra, może kilka miejsc,a ale to ze względu na deski właśnie). Myślę sobie, że autor chyba po prostu nie ma ręki do pióra, choć sądzę, że może być naprawdę dobrym rzemieślnikiem. Niestety jego ugrzecznione, wyskalowane, wzorcowe obrazy pracy własnej zdają mi się wielką sztampą i reklamówką z narzędziami. I wszędzie ten "brak pyłu" podczas pracy, tak oni pracują, że się nie pyli do mieszkania.  Książka opowiada o przerabianiu strychu na poddasze mieszkalne. Stricte przerabianiu i trochę o jakże poprawnym i duchowo czystym życiu pozaremontowym dobrego, jakże dobrego rzemieślnika. Taka powiastka dla szukających fachowca..
A ostatnio przy okazji tzw "dysputy nad książką*" z Zinkiem omówiliśmy Whartona i wyszło nam, że lubimy dwa skrajne jego bieguny - ja te, w  których budowanie i przeróbki mieszkań zajmują większość książki, Zina zaś te z  końca przeciwległego - dziejba i wyraźnie wyjęte ludziejstwa. 

*dysputa odbywająca się nad różnymi rodzajami literatury, od lekkiej, po ciężką.


**

Thomas Pynchon, W sieci, tłum. Tomasz Ważyński. Tu już Pynchon jak stary dobry Pynchon. Rozpoznawalny splot osnowy i wątków (tym razem nieirytujący, jak w Vinelandzie). Jest tajemnica związana ściśle z  polityką (a jakże by inaczej), internetem i jego mrocznym podziemiem, o którym większość użytkowników nie ma pojęcia, jest teoria spiskowa powiązana z 11 września i jest nieco mistyki smacznie okraszając pynchonowską  "głuchą histerię" i sporo typowego dla autora humoru. Świetnie wędrowało mi się z tytułową Maxine przez całą powieść. Maxine specjalizuje się w wykrywaniu oszustw i stanowi jednoosobową agencję z utraconą licencją, ale za to z ulubioną berettą w torebce.

Maxine przypomina sobie, że Heidi ma całą kolekcję banknotów jednodolarowych pokrytych napisami i rysunkami i mówi, iż amerykański system monetarny stał się w ten sposób czymś w rodzaju ściany publicznej w toalecie. Są tam żarty, wyzwiska, slogany, numery telefonów, wyznania miłości,a  także Gwiazdy Dawida nabazgrane na amerykańskim orle z podpisem: "Masoneria". Ludzie rysują różne rzeczy na portrecie Jerzego Waszyngtona: zamazują mu twarz na czarno, dodają zwariowany gotycki makijaż, dziwne nakrycia głowy, dredy, fryzury w stylu Marge Simpson, kosmitów wplątanych w perukę, zapalone jointy w ustach, a także dymki z uwagami, czasem śmiesznymi, a czasem głupimi. "Niezależnie od tego, jak wygląda oficjalna narracja - twierdzi Heidi - powinniśmy zwracać uwagę właśnie na tego typu rzeczy, nie na komunikaty w gazetach albo w telewizji, tylko na marginesy, graffiti, niekontrolowane wypowiedzi, okrzyki ludzi, którzy zasnęli w miejscu publicznym i przyśniły im się koszmary.

(Thomas Pynchon, W sieci, tłum. T.Wyżyński)

**

Kazuo Ishiguro, Niepocieszony, tłum. Tomasz Sikora. Na okładce przeczytałam "kafkowska" i rzeczywiście tak właśnie jest w  tej książce, do połowy myślałam wszakże zgrzytając nieco zębami, że Kafka nie ciągnął jednak klaustrofobii przez aż tak grube tomiszcze, co ratowało psychikę przed wkurwem immanentnym, ale mniej więcej od połowy mózgowie moje uodporniło się, czy może raczej odrętwiało nieco i znosiłam już duszące korytarze powieści w miarę spokojnie. 
Do miasteczka przybywa znany człowiek, okazuje się, muzyk, Nie wiemy po co,, on sam na początku nie ma zielonego pojęcia. Razem z nim błądzimy w labiryntach czasu i miejsca, a to, co odkrywamy razem z  bohaterem,  nie jest oczywiste. Z powodu konstrukcji i rzeczywistości w której porusza się bohater,  odczuwam tu trochę  Murakamiego z Końca świata. Finalnie mogę stwierdzić, że owszem, tak, polecam.

**

No i jeszcze Hilda i Ptasia parada Luke Pearsona, ale najsłabszy jest to z trzech komiksów o Hildzie, które czytałam

**

i edycja, bo po wizycie u Diabła w Buraczkach, przypomłam sobie, że nieocenionego Kuttnera dziś szybciorkiem łyknęłam (pamiętacie te zeszytowe wydania sf Iskier?) no tom porządkując znalazła dwa i dziś wracając z kopalni przeczytałam zeszyt 5, Henry Kuttner, Świat należy do mnie (tłum Wiktor Bukato). I co ja bedę tłumaczyć, kto nie zna Gallowaya Galleghera, to co ja tam będę... No trzeba, trzeba...




czwartek, 11 stycznia 2018

liść

"Usłyszałem, jak moja dusza śpiewa zza liścia, zerwałem liść, ale wtedy usłyszałem, jak śpiewa zza welonu. Rozdarłem welon, a wtedy zaśpiewała zza muru. Rozwaliłem mur i usłyszałem, jak moja dusza śpiewa przeciwko mnie. Odbudowałem mur, naprawiłem zasłonę, ale nie mogłem sprawić, aby liść wrócił na swoje miejsce. Trzymałem go w dłoni i usłyszałem, jak moja dusza śpiewa z wielką mocą przeciwko mnie..."

(Leonard Cohen, Psalm 3 z Księgi Miłosierdzia, tłum. Daniel Wyszogrodzki)

niedziela, 7 stycznia 2018

oj tam oj tam

 Siedzimy tak sobie z Izką i Mamcią nad stołem nocnym i gwarzymy to o tym, to owym

ja: szczerze mówiąc, cenię w  sobie najbardziej jedną umiejętność, którą nabyłam w tem żywocie - czytanie

mamcia: no, ty właściwie nic innego nie potrafisz

o zgrozo, jawny strzał w pysk od mej matki rodzicielki, karmicielki mej! nieprawda, posiadam też wiele różnych innych umiejętności, niektóre z nich nawet hecne,a  inne dziwaczne, ale czytanie lubię najbardziej


"Gdzieś w komputerowym archiwum, w pamięci, dwie dziewczyny - bezwolne zera i jedynki pośród milionów innych w jakiejś zdefiniowanej przestrzeni - wędrowały dalej przez oświetlony niskim słońcem kampus, trwając, gdy zrobiono tę fotografię, w odnawialnej przyjaźni już bez mała od roku, obie splecione bliskością, kryjące wzajemnie własne tyłki, połączone złożonymi i renegocjowanymi obietnicami, znoszeniem uszczypliwości, dobrze znanymi drogami na skróty, niwelującymi jakiekolwiek wątpliwości postrzeganiem pozazmysłowym" 
(T.Pynchon, Vineland, tłum.J.polak)


Przeczytałam Vineland Pynchona (tłumaczenie Jędrzeja Polaka) i nie wiem, może to kwestia tłumaczenia (niestety nie umiem pogańskiego języka oryginału), ale momentami męczył mnie chaos opowieści. Bardzo lubię Pynchona i ten jego specyficzny sposób dezorientacji czytelnika też uwielbiam, ale nigdy nie czułam bajzlu narracyjnego, a tu jakoś męcząco go czuję.  Kombinuję, że to może taki zabieg mający odbić w czytaczu tę psychodeliczną rzeczywistość postaci, ich własne zamoty, zaplątanie i uwikłanie w historię i histerię,  być może, dlatego sama nie wiem, czy dobrze mi z tym bajzlem, czy źle, bo znajduję mu za i przeciwy. A poza tym  bystre pynchonowskie kwitowanie świata  nie tylko historycznego już (Ameryka 60-80), ale właściwie naszych cały czas posunięć, wyborów, pociągu do i podatności na manipulację i konsekwencji tegoż.

Zaś przedwczorej byłyśmy z Izką na koncercie marszałkowskim w filharmonii. Miałyśmy miejsce marne odsłuchowo, ale za to znakomicie celebryckie, bo kiedy szyszkowie wychodzili, to akurat przez nas, zatem wychodziłyśmi z szyszkowimi wyglądając jakbyśmy razem z nimi przyjechały, weszły, siedziały pośród i podążały na lampkę szampana w kuluarach z na ten przykład arcybiskupem, marszałkiem i wysoką izbą. Ba, nie jest to dalekie od prawdy, bo w celu skromnego spożycia szampana z lampek zajęłyśmy szare miejsce w szarej strefie i nie wiedzieć jakim cudem znalazłyśmy się w okręgu szyszkowich, zatem celebryctwo mamy we krwi naturalnie płynące. 
Koncert barzo przyjemny, sopranistka Justyna Reczeniedi głos ma przyjemny barwą i łatwość śpiewania, więc nie na darmo złożyłam ofiarę z wysokich obcasów.

*

a tutaj ostatnie nalewy

kalinówka



jagodzianka wiejska


mandarynkówka
 


sobota, 30 grudnia 2017

pod suma

Przedostatni dzień tego roku, myślę o tym, że to był bardzo dziwny rok, jakiś senny, malignowy. Teoretycznie go pamiętam, ale nie mam dostępu do głębokiego czucia przeżyć, czy może raczej nie mam pełnego dostępu. Większość barw jest blada, spłowiała, pastelowa, nie pastelowością rodem z krainy kucyków, tylko zamgloną, niedożytą. Nie mogę powiedzieć, że to był rok niedobry, choć wydarzyło się w nim wiele trudnych i niemiłych rzeczy, raczej czuję, że byłam od niego jakoś odsunięta z poczuciem, że coś powinnam zmienić ważnego, bo inaczej zostanie już tak na zawsze - budyń. Wiele rzeczy w tym roku odrzuciłam, odsunęłam od siebie, przykleiłam im etykietę nie otwierać aż do końca życia i schowałam do walizki. Żeby było spokojniej, łatwiej, wygodniej. I okazało się, że pozbycie się tych rzeczy przyłożyło się do tej mglistości, do tego budyniu swoistej strefy komfortu, a przecież prawdziwe rzeczy zaczynają się za strefą komfortu. Pojutrze nory rok, mam nadzieję i plany nie spędzić go w budyniu.
 


Nowolatko 2017

Przeczytałam sporo książek w tym roku, część z nich wymieniłam na blobie z nazwiska i imienia, części mi się nie chciało, a ponieważ od października z przyczyn wielkiej i irytującej zajętości przez wielkie i irytujące zadania przeczytałam tylko kilka wymienię te, które polecam

Smutek tropików, Claude Levi-Strauss, przeł Aniela Steinsberg
wielki zachwyt, ważne mysli, ważne i nadal aktualne spojrzenie na ludność tej planety, poezja opisu, wielki autokrytycyzm i w ogóle ach och

Mikrotyki, Paweł Sołtys
świetne lapidarnie skonstruowane obserwacje rzeczywistości z dużym ciepłem i sentymentem pod spodem

Gdy śmiertelnicy śpią, Kurt Vonnegut, przeł Zofia Uhrynowska-Hanasz
wczesne opowiadania Vonneguta, nieskomplikowane w wymowie, z zadziorem typowo vonnegutowskim, chociaż bardziej jasne, idealistyczne

Wielka ucieczka z ogródków działkowych, Jacek Świdziński
rewelacyjny komiks, w którym dzieje się mało słów i całe morze treści. Rewelacyjny ogląd polactwa zrobiony oszczędną, a ogromnie wymowna treścią, no zachwycona jestem nim!

a z poezji to Gajcy i Osiecka, z  tym, że ostatnio jakoś Osiecka do mnie nie przemówiła, nie ten nastrój, nie ten czas, bo Osiecka chyba jest dla mnie wiosenna i jesienna.

8

Życzę nam wszystkim dobrego, niebudyniowego, ale pomimo tego beztroskiego roku 2018 i żeby nam się dzieci rakiet nie czepiały!

piątek, 22 grudnia 2017

przesilenie plastiku

Srylion tematów na post, co jeden to w głowie lepszy i dowcipniejszy. To w głowie, a w realu posucha i kiedy te och ach jakże dowcipne myśli zostałyby zapisane, to już uch, a stąd do ych i to nawet mojego, nie tyle, że ich. Jak co do czego przychodzi, to całe za przeproszeniem fekalium wychodzi, więc napiszę tak z głupia frant.
Przemieszczałam się dzisiaj po krawędzi jednego z krótszych dni w roku i błogosławiłam maleńki odcinek mojej miejscowości, na którym mogłam pokonać wieś uśpioną, wieś wieczorną, wieś zimową, nie że śnieg, bo roztopy dziś u nas okrutne, ale że bez mrygających światełków obarczających, oznaczających i biorących w jasyr przydomowe krzaczki iglaczki choinki, które jako żem biolog, z nazwy wymienię - jałowce, żywotniki, świerki pospolite i srebrzyste oraz wszelkie odmiany ozdobne wymienionych var aurea na ten przykład. Światło jest dobre, więc więcej światła chciałabym, jednak bardziej we wnętrzu niż na roślinach boguduchawinnych, bo na zewnętrzu to światło którego wszyscy nocą tak bardzo pragną,  zamula nam obraz niebiesiech i już powoli i ze wsi nie widać gwiazd. A Orion prosz państwa, Orion nam zimą patronuje, jeden z moich ukochanych gwiazdozbiorów



niedziela, 12 listopada 2017

Opowiastka o listopadzie

opowiastka znaleziona wieczorem na korytarzu



sobota, 28 października 2017

to

to nie jest tak, że jestem spokojna
o nie jest tak, że że nie panikuję
to nie jest tak, że muszę mieć rację
to nie jest tak, że  jestem dziwolągiem
to nie jest tak, że chcę się pokłócić
to nie jest tak, że jestem upierdliwa
to nie jest tak, że chcę wygrać za wszelką cenę

jestem kaszalotem, który wypłynął na piasek i chcę się dogadać


i wiesz




czasem naprawdę
płaczę