sobota, 8 lipca 2017

afirmacje z braku snu

tak sobie wczorej gnałam o świcie, odziana w piżamkę ze Snoopym, z aparatem w garści, po poleńkach naszych sobie gnałam mgłę łowiąc i pomiędzy jednym, a drugim szczęknięciem zębów, pomyśliwałam sobie o różnych mego żywoteńka występkach. i patrząc sobie na omotane we mgłę wzgórze życzeń zastanowiłam się, że rok cały na nie po życzenie nie zaszłam, życzenia żadnego nie miałam i takem sobie umyśliła, że życzenia żadnego nie miałam, bo dużych rzeczy strach zepsuć (patrz notatki o tym jak działa wzgórze życzeń) , a  te najbliższe już mam. bo w żywociku moim szarym nadarzyli mi się  cudowni ludzie, przepiękne miejsca,  i świetna literatura, a nawet i cała sztuka. 



a później to już spać mi się nie chciało, więc sobie spożyłam Fedona z platońskich Dialogów i oczywiście, jak zawsze nad śmiercią Sokratesa płakałam i mi Janusz Radwański obiecał, ze nowe zakończenie mi napisze, w którym Sokrat skaratekuje wszystkich i do Norwegii na porzeczki wyjedzie. Ale kiedy dziś rano zażądałam nowego zakończenia do biografii Tony'ego Halika, zdecydowanie nakazał mi przeczytanie biografii Messiego, gdzie Messi na koniec jest nadal piękny, młody i silny

reszta świntuszka tu




wtorek, 4 lipca 2017

Ad kosz

Sprzątnęłam dziś górkę książek przeczytanych, o których chciałam napisać, trudno. Pomyślałam sobie-  nie uzewnętrznię swojego czegoś tam, czegoś tam o nich i świat na mur wytrzyma bez czegoś tam, czegoś tam mojego o książkach, mało tego - oleje. 
Pozbywam się  ważkich dla mnie, o jakże ważkich śmieci - kapsel od piwa dostany od kumpla na szlaku w Gruzji, karty pracy do lekcji o owadach (przydasie), metalowa płytka (wiadome, jak wyrzucę, zaraz będzie potrzebna). Na  Muminka, świnkę i glinianego misia Dariusza, któremu jedna łapka opada, nie zdecydowałam się - w sensie wyrzucić, ale wyciepłam mnóstwo rzeczy z koszyczków, saszetek, pudełek i z półeczek - durnostojki. 
Jest oddech w tym pozbywaniu się: "Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia", ciężko się to dzieje, ale po wszystkim przestrzeń nieobrośnięta jeszcze kurzem, daje sporo odpoczynku płucom. a właściwie nie płucom, a tej łepetynie, co każe je gromadzić i przemocą wzięta, zaczyna wreszcie brać oddech. I papier, pozbywanie się papieru w moim zawodzie, to jak obarczony poczuciem winy orgazm. robię to.