poniedziałek, 14 grudnia 2015

idą święta

znać, bo się zwruszyłam: " Przepisy Unii Europejskiej (UE) wymagają przekazania użytkownikom w UE informacji o plikach cookie na Twoim blogu. W wielu przypadkach te przepisy wymagają również uzyskania ich zgody. Grzecznościowo dodaliśmy powiadomienie na Twoim blogu, które pozwala spełnić te wymagania prawne.". Że też jeszcze nadal pamięta się o grzeczności.

piątek, 11 grudnia 2015

polecywajka

miliency mai

wspaniały blob, koleżanki, ale nie tam, że kadzę bo koleżanka. do niedawna nie wiedziałam sama, że ma i se sama niespodziewanie dla się odkryłam. i jest pienkny. i warty i aż wstyd, że ma mało czytaczy, więc polecam, zachęcam, bo na stodziesięć procent bardziej wartały niż nielota, co jest tylko tak naprawdę moim notatnikiem-wyżalnikiem-pompką do roweruego i choć kajam się, to nie bałdzo przywiązuję wagę do piękności wizualnej, staranności, jakości i zasad pisowni (teraz to mi się słowo pisowni źle kojarzy, bo mię się zawsze wszystko kojarzy z różnymi rzeczami). a ón blob polecany jest estetyczny i ładnie napisan i tak szczerze szczerze jest tak ciepły i piękny, że mi serce pęka (bo najpierw roście, a później nie mieści się w półpancerzu). no i fotografie są przemiam!!

a zatem dobry wieczór Państwu! oto OH KRAB!

wtorek, 8 grudnia 2015

Z rozmów - O tym, że skund ma takiego kunia

siedzimy z J w gościach imieninowych, w tle dzieś gra tivi. właśnie podano informację o marynarzach porwanego statku

Ja: ale co z tymi marynarzami?

J: no zostali uratowani

ja; ale co im się stało?

J: no ci (zasłania jedną ręką oko), ci, ci...

ja: (wyczekująco)

J; no ci! (ostentacyjnie zasłania ręką oko) 

ze zniecierpliwieniem - no ciiiii, nie Zorro, tylko ci...

ja: piraci?

poniedziałek, 7 grudnia 2015

"kto tam?"

"(...) Wpatrywałem się w tę listę chyba przez kwadrans. Publika często się wkurza na widok tylu trudnych słów, ale jakoś nigdy nie raczy pomyśleć, na czym polega życie poety. Malarz ma farby olejne i akrylowe, pastele, terpentynę, olej lniany, płótno, pędzle z sobola i z dzika. Kiedy ostatnio posłużyłaś się którymś z tych narzędzi do jakiejś codziennej czynności? Może kiedy smarowałaś kij do krykieta albo nakładałaś tusz na rzęsy. Właściwie Tobie chyba nigdy w życiu nie zdarzyło się smarować kija do krykieta - ale wiesz, o co mi chodzi.Albo muzyk: muzyk ma skomplikowane machiny z drewna, mosiądzu, baranich kiszek i włókna węglowego; ma zwiększone septymy, półtony, skale doryckie i dodekafonie. Kiedy posłużyłaś się zwiększoną septymą, by odegrać się na chłopaku lub fagotowym obbligato, by zamówić pizzę? Nigdy. Nigdy, nigdy, przenigdy. A poeta? Właśnie, biedny poeta: współczujmy nieborakowi. Ma tylko słowa, ten sam materiał, którego cały przeklęty świat używa, by pytać o drogę do toalety, by usprawiedliwiać nieudolne zdrady i żałosny bezwład tuzinkowych szaraczków; poeta nie ma nic poza słowami, tymi samymi, których co dzień, w milionach form i fraz, używa się, by przeklinać, wznosić modły, pomstować, pochlebiać i oszukiwać. Biedny poeta nie może już pisać "rańtuch" zamiast "chustka" ani "otrok" zamiast "chłopiec" - oczekuje się odeń, że z plastiku i styropianowych odpadków, które zaśmiecają forum językowe dwudziestego wieku, stworzy nowe wiersze, że zużyte kondomy stosunków międzyludzkich obróci w oryginalną sztukę."

(Stephen Fry, Hipopotam, przekład Przemysław Znaniecki)

*

barzo gracki tekst
 chciałam napisać coś wesołego, ale zdaje się trafi mnie zaraz szlag, więc się wstrzymam.
z doniesień niedonoszonych, to zrobiłam jeżynówkę, ale w wyniku stanu ducha, który mnie straszył dość regularnie ostatnio, przetrzymałam rzeczoną i wyszła gorzkawa. właściwie nie jest to jakiś wielki problem, bo smak jest ciekawy, ale zapamiętać, że maceracja nie dłużej niż 3 tygodnie!
poza tym grudzień nie przypomina grudnia, minister środowiska i połowa ludzkości uważa, ze miejsce lasów jest w meblach, w pracy lepiej nie mówić, bo mnie chuj szczeli i to wielki oraz owłosiony, idą święta i alamakota.

*

ps: Hipopotam to dobra książka. wsamraz na sobotę

*

ale jest już prawiewtorek

czwartek, 3 grudnia 2015

Z rozmów pedagogicznych - O prostych rozwiązaniach



Ględka na plastyce z racji różnorakiego nauczania mego. sobie ględzimy z szóstoklasistami o wyborze zawodu, przyszłości i pada że najlepiej być nauczycielem i że "wolał/abym...". Argument, - bo pani jest "zawsze w nastroju do żartów i się dobrze czuje"


(...)

Ja: bo nie myślcie, że mi jest tak zawsze do śmiechu. Wyobraźcie sobie- jest kolejna lekcja przyrody na ten sam temat i wychodzę do domu z uczuciem radości, że nareszcie wszyscy  zrozumieliście. Jutro przychodzę...

Klasa: (chichranie)

Ja: i...

Klasa: nie umiemy

Ja: i ja wtedy myślę sobie – bić ich, czy nie bić. bić nie mogę, więc co mi zostaje?

B: Wpaść w depresję!

środa, 2 grudnia 2015

"40 twarzy earl greya"

Dziś na próbie do Jasłów złapałam melancholicką zawiechę. Przypłynęła do mnie gdym smętnie wyjrzywała przez okno, szukając tam pociechy wobec wyczynów trupy (sic!) jaślanej. Z pól ponurych listopadowych do mnie przypłynęła, z pól oszronionych przybyła, z któregoś nazad roku szkolnego się przypomniała, kiedy to jasła przygotowywała nasza koleżanka.
Wpadam ja onego roku na próbę i głęboko wzruszona kurduplowatymi Maryjką i Józefkiem wdzięcznie cupającymi w lichej stajence, zapragnęłam spojrzeć w dzierżone czule zawiniątko. Odwijam więc z nabożeństwem  powijaki, by ujrzeć słodką twarz młodocianego zbawiciela, a stamtąd wyhyca na mnie kosmata, długoucha, wściekle niebieska morda pluszowego zająca.

* tytuł wzięłam na Janurzu z naszego wspólnego poniekąd lamusa słów i pierdoł, które czasem popychamy

sobota, 7 listopada 2015

pumpernikielpikiel

super, super i wszystko świetnie, ale i tak, jak pomyślę o klockach, to w moich wspomnieniach jednak są takie zwykłe proste klocki drewniane i jeszcze takie, jakich później nigdy już nie znalazłam, że się je prostopadle do siebie łączyło (miały takie wcięcia na bokach i w wierzchołkach), a nie klocki Lego, którymi bawiłam się już u mojego siostrzeńca (żeby nie było, mała różnica wieku jest miedzy nami). to mnie utwierdza, że prostsze jest fajowsze. dla mnie.


jest sobota, wczorej kwaszenie kapuchy rodzinne, dzisiaj Panna Łaskotka opierdala mnie prosto z kociego snu. Jest mglisto, trochę dżdży (barzo dobrze, tylko szkoda, że trochę), jest jak lubię, świat się nigdzie nie wybiera, nie spieszy, nie zmienia na gorsze, nie rozmienia na drobne; albo właśnie się rozmienia i to też jest barzo piękne. leżący na smentarzu leżą jak leżeli i co prawda zabrzmi to zaraz po tym smentarzu dziwnie, ale to są te chwile spokoju i szczęścia


poniedziałek, 2 listopada 2015

"oni żyją"

właśnie do mnie dotarło, jak przerażające jest to, że na fb można sobie napisać, zostać przeczytanym,a  nawet dostać odpowiedź od ludzi, którzy w moim analogowym (wiadome, przestarzałym) poczuciu są "nieprawdziwi". prawdziwi wiadomo, ale mgliście, gdzieś tam, z okładek książek, srebrnego ekranu, czy inszych dalekich dali. naprawdę przerażające. świat się zrobił pigułką (gorzką?), a i tak, kiedy mam ochotę wyjść dziś na pizzę&;piwsko, to nie mam z kim.


czwartek, 29 października 2015

Z rozmów: O świecie

Klasa VI, dzisiejsza lekcja o kontynentach. Ameryka Północna, esiefesie...

ja: A kto z was może zna nazwy plemion rdzennych mieszkańców?

Uczeń (niesmiało): Apacze

ja: uśmiecham się

Uczennica (triumfalnie): DRAPACZE!!! (i cichutko, niemal pod ławką) chmur

Z rozmów pod stołem - O fotografii tematycznej



Od tego się zaczęło, przeczytałam na fb jakąś reklamę, która stała tak: "Warsztaty fotografii noworodkowej”, powiedziałam o tym Janurzowi, no i pooooszło. To tak, cytuję (pomysły z obu stron głównie na zmianę, bo zwykle na zmianę pomysłujemy coraz durniej):

- nie jest łatwo, nie można fleszem
- można ziemniakiem – fotografia noworodkowa ziemniakiem
- aparat wąskoklitkowy
- zdjęcie przy użyciu parsku* i piwniczki murowanej
- fotografia geriatryczna
- fotografia adolescencyjna (brzmi jak fluorescencyjna)
- fotografia klimakteryjna
- fotografia andropauzalna warsztaty!
- fotografia premenstruacyjna
- fotografia postkoitalna
- fotografia przedwczesnego wytrysku - warsztaty (radzimy się śpieszyć, decyduje kolejność zgłoszeń)
- fotografia owulacyjna, weźcie termometr
- fotografia polucyjna (i parasol)
- fotografia ekstrakcyjna, proszę zabrać kleszczyki i piłę
- fotografia ekshumacyjna (mile widziane szpadle)
- blaski i cienie stężenia pośmiertnego. Fotografia nekrofilna
- czas ekspozycji w fotografii nekrofilnej

o!

*parsk - rodzaj piwniczki ziemnej

środa, 28 października 2015

Z rozmów milczących - Szybki poranek



dziś rano z tytułu podziwicielstwa koniunkcji planetarnej, wyskoczyłam przy okazji szczelić mgle w ten niewyraźny zimny pysk. wyskoczyłam tylko za próg, ale zniosło mnie nieco dalej, w pola. przejeżdżający traktorem gospodarz (ojciec moich dawniejszych uczniów) uprzejmie skinął mi głową, przejechał mimo, po czym odwrócił się z niedowierzaniem. pech chciał, że znów miałam na sobie *dziwny stój - nocną koszulę, długi, pasiasty szalik i gumowce |

* wcale nie uważam tego stroju za dziwaczny, jeno za pośpieszny



wieje na księżyc

to dziwne, że koty lubią się włóczyć po nocy. jakbym była kotami, to wolałabym siedzieć przed tivi o gotowaniu.



poniedziałek, 12 października 2015

kwantyfikator fantastyczny

 "- Czy może mnie pan uprzedzić, która strona zwycięży?
- Zatriumfuje prawda - oznajmił Gallegher uroczyście. - Jak zawsze. Aczkolwiek jest zmienna w tym wszystkim, czyli że wróciliśmy do punktu wyjścia."

 (Próżny robot (Stos kłopotów),  H.Kuttner, tłum Zofia Uhrynowska-Hanasz)

Ostatnio wyciągnęłam z kąta "Stos kłopotów" Henry'ego Kuttnera (tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz) i z wielka przyjemnością spożyłam dziś rano, zwłaszcza opowiadania o moim ukochanym naukowcu Gallegherze (w niektórych występuje jako Galloway lub Galloway Gallegher), który to wynajdował rzeczy absolutnie genijalne li i jedynie w stanie krańcowego upojenia alkoholowego, korzystając przy tym ze skonstruowanych w tymże stanie, organów alkoholowych (mam podejrzenie, że Vian pociągnął od niego te organy do Piany dni). Opowiadania z Gallegherem mają to, co mnie w fantastyce i absurdzie kręci, a więc ów absurd nie jest przegięty na każdym elemencie świata, zatem nosi znamiona "normalności" tegoż i jednocześnie rzeczywistość przedstawiona zaprzecza sama sobie i wykręca się we wszystkie możliwe strony. Po drugie dowcip jest wsamrazowy dla mnie, czyli nie muszę zarykiwać się śmiechem, a jednocześnie śmieję się w środku, choć właściwie to nawet nie śmieję się, tylko głęboko wiem, że to zabawne. I to mi wystarczy. Tak jest np w przypadku skomplikowanego i niezwykłego pod względem konstrukcji robota-narcyza, który okazuje się być stworzony do,  no właśnie Gallegher nie pamięta, ale kiedy już sobie przypomni... 
Główny bohater opowiadań ma w moim odczuciu coś z Humpfreya Bogarta, jakiś tragiczny rys detektywa, gangstera, (choć żadnym z  nich nie jest i nie zajmuje nawet takiego miejsca) naznaczony nieudacznictwem i geniuszem.

Z mniejszą już uciechą, a nawet znacznie mniejszą, przyjmuję opowiadania o rodzinie Hogbenów, ludzi-mutnantów parających się fizyką w sposób naturalny, potrzebny do najzwyczajniejszego życia. Te opowiadania są wg mnie właśnie nazbyt przegięte w stylizacji, kiedy silą się na wiejską prostotę kwantującej fizyki.  Może gdybym usłyszała ten język w oryginale? Ale najpierw, rzecz jasna,  musiałabym ów język znać

*

" Galloway grał ze słuchu - byłoby to zupełnie naturalne, gdyby był muzykiem, ale Galloway był uczonym. Zapijaczonym i narwanym, ale dobrym.
 (...)
- Słyszałeś przecież. Mógłbym ci zapewnić wspaniałą posadę, gdybyś potrafił robić użytek z tego swojego zwariowanego łba albo przynajmniej zaczął o siebie dbać.
- Próbowałem - mruknął Galloway. - Nic z tego. Nie mogę pracować, kiedy się skupię. Chyba że robię coś mechanicznego. Moja podświadomość musi mieć bardzo wysoki iloraz inteligencji"

(Idealna skrytka (Stos kłopotów),  H.Kuttner, tłum Zofia Uhrynowska-Hanasz)

*

"- Niech pan  się nie przejmuje Joem. Skończyłem go właśnie wczoraj wieczorem i muszę powiedzieć, że żałuję.
- Robota?
- Robota. Ale on jest do niczego. Zbudowałem go po pijanemu i nie mam zielonego pojecia ani jak, ani po co.
Nic nie robi, tylko sterczy przed lustrem i podziwia siebie. I śpiewa. Wyje jak upiór. Zaraz pan go usłyszy.

(...)

- Ja jestem zrujnowany od lat - zauważył uczony. - I zupełnie się tym nie przejmuję. Po prostu pracuję na utrzymanie, a w wolnych chwilach robię różne rzeczy. Najróżniejsze. Gdybym miał studia, byłbym drugim Einsteinem. Tak mi przynajmniej mówią. Ale moja podświadomość jakimś cudem zdobyła pierwszorzędne naukowe przygotowanie. Może dlatego nigdy się nie przejmowałem wykształceniem. Kiedy jestem pijany albo chociaż wystarczająco roztargniony, potrafię rozwiązywać najbardziej cholerne problemy"

(...)
- Naturalnie - odparł Joe. - Jest to w pełni uzasadnione: jeżeli do udowodnienia swojej racji potrzebujesz eksperymentu, to znaczy, że jesteś kiepskim filozofem i logikiem."

(Próżny robot (Stos kłopotów),  H.Kuttner, tłum Zofia Uhrynowska-Hanasz)

*

i zdjęcie z poczwórnej koniunkcji, ruszone, bo nie mam statywu

od góry Wenus, Łysy, Mars i Jowisz. w lewo od Wenus - Regulus, najjaśniejsza gwiazda konstelacji Lwa

sobota, 10 października 2015

gdy po szuszy szosza szucha

znalazłam w szafce małego cwanego mniemca z czasów drugiej wojny


poniedziałek, 5 października 2015

Rozrywki ręczne

Wieczór sobotni. Starsza siostra przetwarza jakieś obłędne ilości grzybów w naszej kuchni. Marta, siostrzenica siedzi przy stole i gadamy. Siostra prosi mnie o zrobienie etykiet na słoiki zatem przynoszę swoje pisaczki i dziergam te etykiety. No to, kiedy Marta widzi pisaczki, też zaczyna pisać, ozdobnymi literkami. Na to przykłusowuje z pokoju Adam (mąż Marty) zwabiony rzecz jasna szuraniem pisaczków, za chwilę siostra odrywa się od kuchenki. I tak we czwórkę spędzamy dwie bite godziny, bawiąc się dwoma pisaczkami i  kaligrafią. Lubię.


zdjęcia robione truflą






i opowiastka znaleziona w koszyku kuchennym


wieczór

dziś piosenka na wieczór. ale bez nagrania jeszcze (znaczy ja mam wersje roboczą juhu!). taka prosta nieprosta i uwielbiam


Dariusz Sokołowski


kochankowie

pytasz czemu nie piszę
czy to ostatni raz
kiedy znów coś odpowiem
czemu milczę

wyobraziłem sobie ciebie/ bez rozpaczy
i taką jaka jesteś – jaka możesz być
wyobraziłem sobie ciebie – która tyle ma znaczeń
odmiennie nieodmienna odmiennie nieodmienna - ty

kim dla ciebie dziś jestem
czy pamiętasz – twarz
co zostało najlepsze
jaka jesteś

wyobraziłem sobie siebie/ bez rozpaczy
takiego jakim jestem – jakim mogę być
wyobraziłem sobie siebie co to może znaczyć
odmiennie nieodmienny odmiennie nieodmienny – ja

wyobraziłem sobie miłość która nie tłumaczy
bez gniewu bez wyrzutów – jaka winna być
wyobraziłem sobie miłość - która tyle ma znaczeń
odmiennie  nieodmienny odmiennie nieodmienny – sen

wyobraziłem sobie miłość która nie tłumaczy
bez gniewu bez wyrzutów – jaką może być
wyobraziłem sobie miłość - która tyle ma znaczeń
odmiennie  nieodmienny odmiennie nieodmiennej - sen

środa, 23 września 2015

morda z wypiekami

Kiedy słyszę: "drożdżówka", dostaję kociej mordy również z tyłu ciała!


rozumiem, że to jakiś megaproblem  dołożyć dziecku drożdżówkę do drugiego śniadania? i o z grozo- w domu?! wczoraj w tivi usłyszałam - dzieci chodzą głodne. kocia morda natychmiast się uaktywniła - te dzieci, które chodzą głodne, nie kupują w sklepikach, bo zwyczajnie nie mają biletów płatniczych NBP ani nawet muszelek kauri. muszelki mają i wymieniają je na lusterka oraz perkal te dzieciątka, które głodne na pewno nie są.

och, rodzice, za cóż to dziecko cierpi, nie mogąc sobie kupić jakże pożądanej drożdżówki w sklepiku szkolnym, który z kolei obrażon, że nie wolno mu zarabiać na chipsach gumach i betonie, zwinął manele i zza węgła sączy jad wściekle, a wytrwale. i te dzieci, które ślozy ronią w rodzicielski rękaw, że gdzie moja drożdżówka, że chodzę o pustym brzuszku, że zmuszonym do własnopiednego pofatygowania się do sklepu po nią i jeszcze w  dodatku nabycia tej cholernej drożdżówki, choć przecież w sklepiku równowartością drożdżówki były świetne towary typu aluminiowe kółko do nosa, ach jakież one są skatowane, ach jakież to dramatyczne. a nie daj losie rodzic włoży tę drożdżówkę do plecaczka, do pojemniczka na drugie śniadanko z wymalowanym kwiatkiem i kurew mać nici ze sklepu i tę pieprzoną drożdżówkę trzeba zjeść będzie,... albo w sumie można ją odsprzedać. proceder podławkowego handlu znany jest wszak maluchom od lat dawnych, nawet mój wielkiej uczciwości siostrzeniec ponad 30 lat temu będąc młodym przedszkolakiem handlował pilnie łapanymi na tę okazję, a występującymi w znacznej ilości wtedy złotookami, póki afera nie została wykryta przez panią przedszkolankę i zakończona ciężką ręką mojej siostry. (prze4sadziłam, siostra nie miała ręki ciężkiej, ale aferę ucięła konfiskując majdan półżywych złotooków i czyniąc synowi pogadankę)

jakieś, zauważam, \ to typowe dla naszego społeczeństwa obrać jakiś obiekt i uczynić z tego symbol ucisku vide "drożdżówka", choć w tym przypadku  to przecież nie jej pożądają dzieciaki. 

a za moich czasów w sklepiku szkolnym prowadzonym przez SU nie było do żarła nic prócz herbatników i jakoś udało nam się wszystkim przeżyć. nie wiem, jak rodzice poradzili sobie z tym trudnym obowiązkiem robienia nam kanapek do szkoły i wkładania jabłek do tornistra, ale jakoś dali radę. nawet kiedy mieli po kilkoro dzieci. sława rodzicom za ich niesamowite wonczas umiejętności! 


* SU to była kiedyś Spółdzielnia Uczniowska, której to istnienia zakazano, jako że odbierała od ust fiskusowi. głównie herbatniki, ale tez gumki do ołówków i linijki

sobota, 19 września 2015

Przepierka

Lubię wszystkie pory roku wyglądające jak pory roku, ale najwięcej dziwnego ssania w dołku i rozlewającego się w brzuchu niezwykłego uczucia dostarcza mi jesień. Dziś, po dokonaniu rytuałów dnia wolnego, to jest pranń i sprzątanń oraz fontanń, spędziłam leniwy (leciwy?) wieczór w ogrodzie; ze szmirowatą książką, podejrzanym drinkiem nabytym w naszym sklepie i wyrazem błogości na pysku. Światło było miękkie, oleiste, powietrze balsamiczne i gładkie, drink dziwaczny w smaku i zupełnie trujący w kolorze, a jego elektrycznie czerwony brat bliźniak, którego właśnie spożywam, jest jeszcze okropniejszy tadaaa!



Rano było tak i przyznam się, że nie od razu oczywista zabrałam się za domowe ablucje. najpierw długo walałam się w łóżku z książką, później na porannej huśtawce z herbatą i książką, a dopiero później przypomniałam sobie o obowiązkach.


a czytałam sobie


A to moje miejsce w pracy w piątek



a to ja macham wam z zakrzaka


niedziela, 13 września 2015

przeglad prasy drukarskiej

idą chłody. już są, znaczy się panie tego, w pruskich murach ziumb, więc czas na rajtuzy, włóczkowe chusty i termosy z herbatą. i książczyny. kiedy byłam na studiach fascynowała mnie brzydota Bukowskiego, dobrze skrojona i wyraźna. dopiero teraz czuję ten obezwładniający smutek i to właśnie on, a nie świetnie zapisana brzydota, robi z Bukowskiego dobrego pisarza. ostatnio "Z szynką raz" (Ch. Bukowski)




*

zamówiłam sobie wreszcie własną książeczkę mojego dzieciństwa O czym szumią wierzby, Kenetha Grahame'a. chyba nie trzeba o niej wiele gadać, prawdopodobnie wszyscy znają ją doskonale i albo kochają bez zastrzeżeń, albo odrzucają. zdaje mi się, że to taki typ opowieści. służę cycatą:

"- Rozumiem to, dobrze rozumiem - rzekł Szczur uspokajająco. - Nie trzeba było tu przychodzić, Kreciku. Źle zrobiłeś. Szczerze pragnąłem oszczędzić ci tego. My, mieszkańcy brzegu rzeki, prawie nie zapuszczamy się samotnie do puszczy. Jeżeli już koniecznie musimy tam pójść, to zawsze w towarzystwie, wówczas zwykle wszystko idzie pomyślnie, a poza tym należy znać zaklęcia, o których my wiemy, a ty ich jeszcze nie znasz. Mam na myśli hasła, znaki i skuteczne powiedzonka, i zioła, które trzeba mieć w kieszeni, i wiersze, które trzeba powtarzać, i fortele, i sztuczki.
Wszystko to są rzeczy proste, ale musi się o nich wiedzieć, gdy się jest małym zwierzątkiem, inaczej wpada się w tarapaty."

(Keneth Grahame, O czym szumią wierzby, tłum. Maria Godlewska)



*

"I kiedy wasi uczeni przybędą tutaj, powiemy im: Świat jest kulą: im dalej płyniecie, tym blizej jesteście domu" 

(Terry Pratchett, Nacja, tłum. Jerzy Kozłowski)

Wielbię autora, a jakoś nieufnie odnosiłam się do tej książeczki przeszukując półki księgarniane. dopiero Kiksy klawiatury namówiły mnie do zajrzenia i strasznie się cieszę. Bardzo pratchettowska, a jednocześnie luzuje nieco ten mocno nakręcony przekąs Świata Dysku (żeby nie było, uwielbiam), jest bliżej opowiadactwa z nieśmiertelnym humorem autorskim i bardzo smętną refleksją nad naszym światem, ale też i z nadzieją. Świat po Wielkiej Fali zaczyna się na nowo, świat modelowy, mikroskopijny, wyciągający na światło rzeczy dobre i okruszający otulinę z tych gorszejszych. Świat w którym zderzają się cechy nieprzystające, a jednocześnie mają tyle miejsca, by się ze sobą układać.  No i jest miłość, bo jakżeby jej miało nie być? Za takim światem można by tęsknić.

"Mau podniósł palec ostrzegawczo. Tylko na tyle było go stać. Różowe świnie zmęczenia tratowały jego myśli." (T.Pratchett, Nacja)

*

Model świata zrobiony na niewielkiej choć bezkresnej niemal przestrzeni mamy w Wyznaniach łgarza, Philipa K. Dicka (tłum. Tomasz Jabłoński). Machinacje, manipulacje, chaos faktów, osadów i przypuszczeń płynie zda się leniwie w czasie i historii grupy ludzi z rolniczej miejscowości gdzieś pod San Francisco. Przywary mogą być tu zaletami, zalety okazują się wadliwe, a uwikłani w siebie (cokolwiek to oznacza) bohaterowie nie czują możliwości wyjścia, ogarniają istnienie drzwi, a jednak z jakiegoś powodu nie korzystają z nich coraz mocniej oplatając się pajęczyną "łgarstwa", które też wcale łgarstwem być nie musi. Dobra i mocna rzecz, jak to u Dicka, ale ja jestem wobec niego bezbronna, uważam, że to genialny s- twórca.

*

No i z wielką przyjemnością powtórzyłam sobie "Poniedziałek zaczyna się w sobotę" Strugackich (tłum. Irena Piotrowska) (bo mi skapnęło w  spadku po siostrze). Rzutka rzecz, zawadiacko napisana, zawsze ciut kojarzy mi się z Bułhakowem, ciut z Wojtyszki "Sekretem wróżki", a trochę Pagaczewski "Gospoda pod Upiorkiem", acz nie skojarzenia są tu ważne, tylko zmagania ze światem rzeczywistym pod płaszczykiem nierzeczywistej fizyki w radosnym Związku Radzieckim, co nadaje dodatkowego smaku.

*

a,  i Miłosza ostatnio znów czytam, czuję go  już inaczej niż kiedyś, jakbym nareszcie złapała brzeg tego horyzontu.



poniedziałek, 24 sierpnia 2015

epitafa mirkowa

rym częstochowski, bo jest mi niewysłowienie smutno

piata rano susza
tu się kopie dołek
w którym od dziś rezyduje
Mirosław Popiołek

foto: Zina


i to by było na tyle z moim kotem. ostatnie sekundy agonii i krzyku bólu, jakiego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam, rozjechały mnie walcem, tangiem i możliwe, że fokstrotem, bo jeszcze sama nie wiem. łeb mnie napierdala


kawał z niego był huncwota
szast prast moment - nie ma kota

czwartek, 20 sierpnia 2015

"Wiemy dzisiaj, że potwory niekoniecznie muszą mieć łuski i spać pod górą"

 "Nazywam się Terry Pratchett i jestem autorem sporej liczby niewytłumaczalnie popularnych powieści fantasy. Wbrew powszechnej opinii pisanie fantastyki nie polega na wymyślaniu nowych rzeczy. Świat jest pełen rzeczy i wymyślenie czegoś nowego jest prawie niemożliwe. Nie; rolą fantastyki, tak jak ją określił G.K. Chesterton, jest opisywanie rzeczy zwykłych i codziennych w taki sposób, by czytelnik spojrzał na nie z nowej perspektywy"

(T.Pratchett, Wykład Richarda Dimbleby: Podać rękę śmierci (Kiksy klawiatury), przeł. Piotr Cholewa)

*


Terry Pratchett, Kiksy klawiatury, przekład Piotra Cholewy (a jakże) 

Zabawna, wzruszająca i mocno niegłupia rzecz, która utwierdza mnie w myśli, że dlaczego nie poznałam sir Pratchetta i też dlaczego ja nie umiem angielskiego. O myśleniu pisarza, o pracy pisarza, o życiu pisarza, o pierdołach pisarza, o trudności choroby człowieka i o Śmierci, tym dyskowym, który jest wśród nas.
Złożenie artykułów, esejów, notatek przemówień, szkiców z najróżniejszych okoliczności. Wszystkie one składają się na swoisty kontur autora z jego niezapomnianym humorem, niewątpliwą mądrością i przepięknym człowieczeństwem (wcale nie ulepkowym ani prze/rozczulonym). bardzo polecam


"Kłopot w tym, że uważamy "poważne" za przeciwieństwo "śmiesznego". To błąd. Jak wskazał G.K. Chesterton, przeciwieństwem śmiesznego jest nieśmieszne, a przeciwieństwem poważnego - niepoważne."

(T.Pratchett, Wystąpienie na ceremonii wręczenia medalu Carnegie (Kiksy klawiatury))

*


"Błękitny Jowisz - oglądanie olbrzymiej planety w świetle dnia - to coś, co odkryłem samodzielnie. Pewnego wieczoru wczesną jesienią zauważyłem ledwie widocznego na niebie Syriusza i uświadomiłem sobie, że skomplikowana funkcja wyszukiwania w moim błyszczącym nowym teleskopie może to wykorzystać, żeby zlokalizować Jowisza w danej chwili.
I po pięciu minutach był: błękitno-biały jak widziany za dnia Księżyc, z widocznymi trzema satelitami. Trzymają wszechświat włączony nawet za dnia!"

(T.Pratchett, Wystąpienie po przyznaniu nagrody Boston Globe - Horn Book dla Nacji  (Kiksy klawiatury))


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

nim zapieje kur

położyłam się na 20 minut. asiaaaaaa! słyszę z kuchni już po 5 , więc idę i olśniewa mnie. 

budzę się na każde wezwanie, bez marudzenia, bez przewracania się po łóżku, bez szemrania budzę się nocą i w trakcie drzemki dziennej. budzę się na każdy telefon i gotowa jestem od razu rozmawiać natychmiast przeskakując z rzeczywistości sennej do realu (o ile jest jakiś real) nie pytając, która godzina, bo wiem, że jeśli ktoś dzwoni to potrzebuje. budziłam się na każdy ruch taty podczas długich godzin w szpitalu, co dziesięć minut budziłam się na płaczliwe "asia siku mi się chce" mamy, która leżała po wypadku.  budzę się na każdy ruch śpiącego ze mną kota, żeby nie przygnieść, budzę się i kontroluje, czy nie przygniatam śpiącego ze mną dziecka, czy nie zakładam nogi na śpiącego obok mnie (z przyczyn najróżniejszych) człowieka. spałam czujnie u boku narzeczonego, który nie cierpiał, kiedy kręcę się w łóżku, na ławeczce w parku podczas festiwali rockowych, na plaży nadmorskiej w obcych krajach. budzę się na dźwięk w mieszkaniu sprawdzając, czy się coś nie dzieje, na dźwięk za oknem, czy to nie kot, który właśnie teraz rozpaczliwie chce wejść, czy się coś nie pali, czy ktoś się nie dobija do drzwi na dole, a jeśli się dobija, to budzę się natychmiast, biegnę i sprawdzam, czy czegoś nie potrzebuje. budzę się na każdy autobus, pociąg, jakim mamy jechać, nawet jeśli położyłam się dopiero godzinę temu. budzę się do kotów, żółwia,  kur i do pracy, na każdy dźwięk budzika, budzę się jeśli mam nastawiony alarm na czyjeś leki o najdziwniejszych porach, budzę się o piątej, żeby telefonem obudzić kogoś kto prosi o obudzenie, budzę się o czwartej podlewać ogród i zbierać ogórki, budzę się zawsze i wszędzie, co kilka minut, na wyznaczoną godzinę dyktowaną dźwiękiem alarmu i według wewnętrznego budzika, bez pytania po co i dlaczego. 

no to co ja się cholera dziwię, czemu mnie się tak bardzo chce spać!

foto: Retes

Z rozmów z przyjaciółmi - O naczyniach niepołączonych



 Przeglądam sieć, fb oczywiście też, w okienku czatu wyskakuje pytanie


Janurz: czy cedzak jest pojemnikiem?

Wusz: nie

Wusz:  proste jasne odpowiedzi ; )\

Janurz: NO DOBRZE

skoro Ci tak pięknie idzie
z jasnymi odpowiedziami
to jeszcze tylko szybciutkie pytanie o sens życia i już mnie nie ma

Janurz: co?

\Wusz: jest pojemnikiem

niedziela, 16 sierpnia 2015

Dzisiejszy poranek

Z powodu porannej pobudki dziś, tuż po podlaniu ogrodu, wmuszeniu w Mirka Popiołka kilku gramów karmy, wyrwaniu Pannie Łaskotce z pyska kilku kilogramów karmy, wykopaniu kur z kurnika, posprzątaniu kuchni, klapłam w łóżko z herbatą (herbatę miałam ja, a nie, że mam łózko nią napełnione) i przeczytałam nabytą niedawno drogą kupna nieznaną mi wcześniej książkę P.K. Dicka -  Humpty Dumpty w Oakland. Tym razem określę  jednym słowem, bo wiem, jakie dokładnie mi ją opisuje - duszna. 

Podobała mi się w taki masochistyczny sposób.

"- Dzisiaj - powiedziała. - Bo jak pan dzisiaj tego nie zrobi, to nie będzie czego oglądać.
- Dobra.
- Nie ma pan najmniejszego zamiaru - stwierdziła. - Dlaczego?
- Nie widzę w tym większego sensu - odparł."

(Philip K. Dick, Humpty Dumpty w Oakland
tłum. Jarosław Rybski)

sobota, 15 sierpnia 2015

kacza zupa

Żeby przez chwilę nie martwić się moim coraz bardziej chorym kotem, któremu niewiadomoco jest (kolejna wizyta w poniedziałek), wybyłam dziś na kaczą balangę, czyli Święto Kaczki w Lidzbarku Warmińskim. Jadłam tam jadło i piłam piło i przyznaję się, mimo  powziętego za namową wątroby mocnego postanowienia poprawy, skusiłam się na malutenieczkie piwko, takie tyci, przez lupę oraz na średnią pepsi (ha!). 
W miasteczku biskupa Krasickiego było pogodowe piekło. Kacze  zapachy mieszały się z gęsimi, jazzowe kawałki z popularnymi hitami, stroje warmińskie z nastrojami, okrzyki prowadzącego z pomrukiwaniem tłumu, rozentuzjazmowane pyszczki turystów ze zblazowanymi minami lidzbarskich rodzin. Miejsce uczynione z rozmachem dla okolicznych sprzedawców mydła i powidła  zapełniły się trzema, słownie trzema, liczebnie 3, stoiskami. Może lud nasz warmijski ma na ten sezon dosyć festynów? Bo jak się nic nie dzieje, to smutno, a jak się dzieje, to za dużo? A może wszyscy pobiegli na odbywający się tuż za miastem megahiperfigofagoeneduerabemotokros? 
Wróciłam wszakże stamtąd z upolowanym udźcem kaczym na ramieniu i gęsią piersią na plecach a szyje oplatał mi cudownej urody, acz wygórowanej ceny wąż pasmanteryjny, zaś nadgarstki niby Kleopatrze zdobiły sznury bransolet utoczonych ze skał naszej matuszki Ziemi. Trochę się najadłam, trochę się upiekłam, ot wniebowzięcie takie.

*

skończyłam biografię Ozzy'ego Osbournea.  nie pisać, tylko czytać, bo spisał ją Chris Ayres. przepraszam, autobiografię (nigdy nie pojmę tego niuansu auto- i nazwiska skryby pod spodem) i barzo przyjemna książeczka, nie powiem. żadne tam ach och, ale jak się lubi tego szalonego człeczynę z blek sabatu, a ja mam do niego ogromny sentyment, to z przyjemnością się oną pozycję czyta.

a rano czytnęłam Piknik Fryzjerów, Felicitas Hoppe. Zaosiołkowałam 4 opowiadania, które znajduję jako barzo dobre, reszta trochę przypomina Viana, lub Topora, lub Schultza. nie to, że ich nie lubię, ale wolałabym, żeby mi nie kojarzyło się tak mocno, wolałabym nawet, żeby nie kojarzyło mi się wcale, ale kojarzy się kurczaki, no nie poradzę. Są też w środku irytujące rzeczy, których absurd nie pasuje do mojego klucza absurdu, co nie oznacza pewnie, że są złe, w końcu książka została doceniona nagrodą, ale ja nie lubię takiego absurdu dla absurdu, bo to niekoniecznie mi potrzebne, a jeśli już, to musiałoby być zrobione tak, że uznałabym za majstersztyk, dzie do niczego przyrzepić się nie można i nigdzie wybyć.Z tagów, które sobie zapisałam na podokładziu, obsesyjnie powracają w zbiorze: kostiumy, mundury, peruki, włosy, podróże, walizki i inne cziemadany, jedzenie, ucieczki łamane przez wyjazdy (albo odwrotnie)

Z ładnych fragmentów przytoczę ten

"Wcześniej próbowalismy podjąć trop jak psy, ale wuj nie zostawiał żadnego zapachu, nie zatykał ani szpar w drzwiach, ani dziurki od klucza, odwieszał mundur na hak obok łóżka, kładł na plecach i zasypiał bez odgłosu. Nie odkryliśmy obrączki na jego palcu, listów w szufladach ani fotografii między bielizną, więc z upływem lat straciliśmy go z oczu jak nigdy nieprzesuwany mebel, który zawsze rzuca cień w tym samym miejscu.
Ale teraz wuj umarł. Kupiliśmy ciasto, zaparzyliśmy kawę i wnieśliśmy krzesła do pokoju, do którego nie wchodziliśmy od lat. Wuj siedział wyprostowany w łóżku, gładkie dłonie na kołdrze, włosy uczesane, podbródek świeżo ogolony. Wierciliśmy się na krzesłach, czekając, aż zacznie pakować walizki, lecz wuj celnik nienawidzi podróży. Przez całe życie próbował zmusić podróżnych i handlarzy, żeby zawrócili, ale podróżni i handlarze na to gwiżdżą, pali ich zamiłowanie do podróży i niecierpliwość, grzebią nogami jak zwierzęta, podczas gdy wuj z wyrzutem grzebie w skrzyniach, walizkach i workach, ogląda wszystko pod światło i drobiazgowo wypełnia formularze. Jednak oni nie dają się ani pouczyć, ani zatrzymać, zapłacą za podróż każdą cenę.
Kiedy wuj wreszcie pojął, że nie ma wyboru, dał nam znak. Z ulgą zeskoczyliśmy z krzeseł i z szeroko otwartej szafy wyjęliśmy walizki, i wrzuciliśmy do nich wszystko, co nam wpadło w ręce: bieliznę i formularze, krawaty i ordery, mydło i skarpetki, i rękawiczki kobiety o małych dłoniach, której nie widzieliśmy na oczy. Nie poznamy jej historii, bo oddech wuja staje się krótszy, a  język grubszy. Ale widzimy drżące krople w zagłębieniu szyi i ruch rąk na kołdrze, zakrywaną obrączkę na palcu, niewysłane listy, fotografie między bielizną i pociąg, który pewnego razu zawiózł wuja nad morze, lecz celnik nie jest dobrym kompanem, nie umie pływać."

(Na cle (Piknik fryzjerów), Felicitas Hoppe, tłum Elżbieta Kalinowska)

wtorek, 11 sierpnia 2015

z polowań na węższenie

a z łikendu urodzinowego, urodziły się takie foki

fokus pokus: Wojciech Zinkiewicz. Żegoty 09.08.15













we śnie jest lepiej

dlatego często zdarza mi się przedłużanie stanu. wiem wiem, to morfeuszowski eskapizm, ale nie poradzę, skoro tam naprawdę lepiej jest. wczoraj przespałam cały dzień, chociaż sen był lepki i połowiczny (wściekły upał), dziś kusiło mnie pozostanie w łóżku kolejny dzień, ale rozsądek podpowiedział, że może to nie być dobrze przyjęte przez unijne normy. od dziecka uciekałam w sen.  rzadko śnią mi się koszmary, częściej jakieś fantazmaty i rzeczywistość alternatywna, tam są niesamowite krajobrazy, nadal są ci, których już nie ma, a ja mogę sobie być czymkolwiek chcę. więc (nie zaczyna się zdania od więc!) gdybym miała wybrać postać z baśni, to śpiąca królewna jest w porządku. albo śnieżka, tylko niekoniecznie szklaną trumnę, bo ja brzydko śpię i chyba nie chcę, żeby jakichś siedmiu gnomów przychodziło codziennie oglądać, jak chrapię na popielniczkę. czy tam popielicę.


w dzisiejszym śniku razem z całą rodziną, na jakiejś imprezce odśpiewaliśmy radośnie "wasze błagarodie" i poczucie uśmiechu, które temu towarzyszyło, było bezcenne.

*

aha, Ps: nie wszystko, bo nieliczne wielkie miłości, nadal mnie porzucają. w tym śnie. tego, to już nawet mój wygięty mózg nie umie sobie wyobrazić, że któryś ze mną zostanie : ]

czwartek, 6 sierpnia 2015

Z rozmów rodzinnych: dziś rano nad sniadaniową Jolką

 mamcia: Szymon Majewski albo Kuba Wojewódzki

chwila milczenia, po czym do siebie: zgrywusy...

środa, 5 sierpnia 2015

opowiastka o upale

Martini Teresy Radziewicz.


doniesienie z piekła rodem

 na podworcu 6 krąg piekielny, bo straszą, że to nie jest sedno. w pokoju oddycham nabierając powietrze łyżką. przede mną perspektywa jazdy środkami komunikacji potocznej w celu dokonania zakupów w popularnym magazynie boża krówka oraz znacznie już przyjemniejsza wizja spotkania na pizzy&piwsku z koleżanką w ościennych Jezioranach. zakupy zrobić muszę, bo istnieje konieczność nakarmienia urodzinowych gości, a spotkać się w butelce zimnego piwska chcę. ale zanim, to zaległe:


Donna Tartt, Szczygieł, tłum. Jerzy Kozłowski

"Zmartwienia! Co za strata czasu. Wszystkie święte księgi mówiły prawdę. Najwyraźniej "martwienie się" jest przejawem prymitywnej i duchowo nierozwiniętej osobowości. Jak brzmiał ten fragment Yetsa, o zadumanych  chińskich mędrcach? Wszystko upada, a potem zostaje odbudowane. Stare lśniące oczy. Oto mądrość. Ludzie od wieków złościli się, zalewali łzami i niszczyli różne rzeczy, załamując ręce nad swym nędznym indywidualnym żywotem, kiedy... tak naprawdę jaki jest sens. Jaki jest pożytek z tego całego smutku?"

Kiedy wybierałam tę cytatę, miałam koncepcję, że wybiorę taką, co o książce mówi nic i zupełnie jej nie określa. w żaden sposób. Dziś, kiedy zostawiłam ten wpis na noc, widzę, że jakajadurnajestem, bo jak najbardziej to książka o smutku, w dużej mierze o smutku, choć udaje, że nie. Książka słusznych rozmiarów, trochę rozwarstwiona w moim odczuciu, trochę przydługa, jeśli miała zamiar zrobić to, co zrobiła po paginie 500, w którym to miejscu uczułam prawdziwe znużenie, a czytałam cięgiem od 6 rano do 1 nocą (trochę kłamię, bo chodziłam na siku i otwierać&zamykać&karmić kury), ale pomimo tej niedogodności rzecz ciekawa (może należy jednak robić przerwy). Dla mnie głównie o głowie wewnątrz, w historii zaś udatnie wybrana tajemnica, choć historia tej tajemnicy dość łatwo rozbrojona już chyba też na skutek zmęczenia pisaniem (Janurz twierdzi, że do takich długich ma się murzynów /precz z rasizmem!/), na szczęście lub nieszczęście historia głowy, rzeczywistości i życia rozwiązuje się tak jak zawsze, czyli właściwie trza by zajrzeć na koniec. Rzecz, którą polubiłam najbardziej to bytujący w książcze sztafaż dzieł sztuki, staroci, mebli, malarstwa. Kto lubi, prawdopodobnie będzie to dla niego wizualna gratka. wizualna w głowie, rzecz jasna, bo książka obrazków nie posiada, ale ładnie te obrazy buduje, no i można kilka razy polizać odczucia. O historii w książce, to już sobie kto chce znajdzie w książce samej albo w skrótach księgarnianych.

a cytat, który wybrałam, żeby jakoś ujmował tę ksiązkę jest taki:

"Mimo wszystko. Bo, co próbuję powiedzieć, o czym myślałem, jadąc zeszłej nocy z Antwerpii, dobro nie zawsze wynika z dobrych uczynków, a złe uczynki nie zawsze są skutkiem zła, prawda?"

Donna Tartt, Szczygieł, tłum. Jerzy Kozłowski

i rzecz niby banalna, ale chyba dobrze łapie.



a ponieważ dawno się nie lansowałam wizualnie, to o


wtorek, 4 sierpnia 2015

chwalęsię

 i owszem, chwalęsień, choć, gdyby mnie teraz zapytać o trzy ulubione, to tylko z listów ostałby. ale ja nie umie, ja nie potrafie wybrać, wybrywać...


http://artpubkultura.blogspot.ie/2015/08/3-ulubione-wiersze-joanna-lewandowska.html

Z rozmów rodzinnych - Polityka urody

robimy z Aniet selfie w lusterku. Oglądamy je płacząc ze śmiechu

mamcia: a co wy tak ryczycie?

ja: bo na tym zdjęciu wyglądam jak Breżniew

(Aniet okazuje mamci zdjęcie)

mamcia (przygląda się chwilę w milczeniu, marszczy brwi i z przekonaniem):
nie
...

Breżniew był ładniejszy

piątek, 31 lipca 2015

sianie wiatru

arbuz pełen jest wody z cukrem, więc dlaczego u licha, tak bardzo jestem głodna po wepchnięciu w siebie całej miski? bo gdyż ponieważ miska zawiera puste, gliniane kalorie, a jakeśmy wczoraj na szybkiego w temacie okołodietetycznym z Baronem rozważyły, puste kalorie można zjadać w ilościach nieograniczonych. rzecz co prawda nie dotyczyła arbuza, tylko alkoholu. 
wczoraj i dziś dzień wolnej chaty, mamcia pojechała w odwiedziny do siostry, ja zostałam czynić pranie, przygotowywać chałupę do funkcjonowania i wybrać trzy wiersze do artpubu, na co się nieopatrznie zgodziłam do końca lipca, będąc u jego początku w nastroju entuzjastycznym. o słodka naiwności, przecież od zawsze wiem, że nie umiem wybrać trzech wierszy. nawet dziesięciu nie umiem, nawet dwudziestu, nawet jednego.
na podwórzu jest ziąb już bardzo jesienny, a dzisiejszą nocą  mamy na niebie blue moon i byłoby to barzo piękne, gdyby księżyc był naprawdę niebieski, a on będzie taki jak zwykle. w związkuz  księżycem przypomina mi się powiedzenie "na święty Jury, jak w niebie będą dziury, a księżyc będzie niebieski", które to powiedzenie prowadzi mnie z kolei do książeczek z Mary Poppins. A to dalej przywołuje wspomnienia plastelinowej rodziny Banksów i  plastelinowego świata w pokrywce pudełka do butów, którym to plastelinowym światem mogłam bawić się całymi godzinami. 
wtedy nikt mi nie wytykał, że samotnikiem jestem i odludem i mamcia się cieszyła, że dziecko nie przeszkadza, nie mendzi, nie rozłazi się po kątach ani w szwach, no to ja się pytam, dlaczego i skąd takie zdziwienie teraz, że plastelinowy świat nadal mnie pochłania? zmienił tylko swoją postać, ale nadal zajmuje mnie bardziej niż uczestnictwo.  teraz ten światek znajduje się głównie w głowie, a kiedy ekstrapoluje na rzeczywistość, trudno mi się z tego wytłumaczyć. wbrew pozorom odczuwam monstrualną trudność w komunikacji i objasnianiu. bywa, że kiedy usiłuję się przebić przez własny wszechświat i wyjść do luda, udaje mi się świetnie tego luda obrazić, zaniepokoić lub po prostu wkurwić, w najlepszym przypadku zostaje on z poczuciem, że dziwna jestem, pomylona jestem, agresywna, czy po prostu zołza. jednym słowem - zniechęcam. a wcale nie chcę, od dawna miałam silną potrzebę uzyskania porozumienia, wyjaśnienia światów, znalezienia miejsca kontaktu, coraz częściej jednak uświadamiam sobie, że to tylko takie mrzonki, porozumienie jest kalekie, i lepiej zamiast "być naprawdę sobą", lepiej jest przy innych ludziach być sobą w ograniczonym zakresie, używać wytworzonych na ten cel, już przez naszych przodków, narzędzi - grzeczności, ugody, magicznych słów i w przewielu wypadkach - milczenia. porozumiewanie się najlepiej mi idzie z kotami. i roślinami. i książkami.książkami. 

ad libri
Skończyłam "Półbrata" Larsa Saabye Christensena. Półbrat brzmi trochę jak psubrat i to jest udatny polski tytuł dla onej dziejby książkowej, bo się znakomicie komponuje z tajemnicą historii. Tomiszcze, nie powiem, zawalidroga w podróży, rzecz raczej do jadęswoimsamochodem lub siedzęnadupiewdomostwie, ale sądzę - warto. Historia snuje się jak życie, raz wartko i intrygująco, raz nostalgicznie, a innym znów razem sączy się strumykiem z lodowca. Historia wielogłosowa, kilkupokoleniowa, można by rzec nawet minisaga, w której osnowie dzieją się przeróżne wątki chytrze spojone kilkoma drobiazgami, rzeczami, jakich pełno w naszych szufladach - ot guzik, stary list, zegar. Intrygująca tajemnica, codzienne misterium bólu i radości, tożsamość i jej rozpad i co za tym idzie, rozpaczliwe próby łatania. Uczucia jawne i te zasłonięte, pilnie ukrywane przed światem, uczucia, których nie sposób przeniknąć, wydobyć, z którymi zostaje się jak głupek na firnowym polu. Pytania o człowieczeństwo, dobro i zło w ludziach i -end, a jaki to end, to już na końcu książki (prawidłowo, tam własnie zwykle znajdują się endy, nawet w retrospektywnych). 
Świetnie napisana, niemęczący, pomimo rozpasania objętościowego papieru,  język, poetyckie, ale nie przepoetyzowane obrazowanie, bystre obserwacje, świetne szkice analiz. Warto i polecam.

*

"Dlaczego Fred nie chodził do szkoły tańca? - spytałem. Boletta spojrzała w sufit i westchnęła. Skóra na jej szyi poluzowała się, zwisała jak wąski pomarszczony naleśnik między brodą a piersią, zupełnie płaską pod letnią sukienką w kwiatki, w której jeszcze chodziła. Wkrótce jesień ściągnie ją z Boletty i spakuje lato na dobre. - Z Fredem jest inaczej - powiedziała tylko. - Jak to? - Fred nie urodził się do tańca."

"Cieszyłem się, tak, cieszyłem się, że Fred wyjechał. Ale nie czułem żadnej radości. Spakowałem diplomata, było już za późno, żeby coś wymyslać. Dostatecznie dużo zostało już zmyślone. I położyłem się do łózka z maszynką do śmiechu. Włączyłem ją. Rozległ się śmiech pod kołdrą. Słuchałem mechanicznego śmiechu. Był bez serca, zły. Gdyby węże umiały się śmiać, śmiałyby się właśnie tak. Ten śmiech, który wydawał mi się miłosierny, kiedy słuchałem go razem z Pederem, miłosierny i zaraźliwy, wypełnił mnie teraz wielką niespokojną ciemnością. I zrozumiałem, że śmiech nie działa, kiedy jesteś sam. Musiałem to zapisać, żeby nie zapomnieć. Może przyda mi się takie odkrycie, że śmiech potrzebuje towarzystwa. Ale zasnąłem, zanim dotarłem tak daleko, a baterie w maszynce się wyczerpały, śmiech robił się coraz wolniejszy i coraz głębszy, aż zamarł z cichym trzaskiem i pozostał tylko cichy, odległy szum, jak wiatr w dawno opuszczonym domu, tak sobie to wyobrażałem, wreszcie on również zniknął, ten szum, pozostawiając za sobą cienki sznurek upleciony z niczego, na którym mogły zawisnąć do wyschnięcia moje sny. Obudziła mnie matka - Idziemy do Telegrafu - oświadczyła."

""Słońce jest zielone i toczy się w dół po stromym zboczu w stronę kobiet, które czekają na brzegu i ładują je na pokład łodzi. Słońc jest więcej. Spada cała lawina pękatych zielonych słońc, a Arnold stoi na wzgórzu z kosą, ma prawie dwanaście lat i kosa jest dla niego za duża, niemal dwa razy większa niż on, Arnold widzi, że trawa się tylko ugina pod wąskim ostrzem, nie udaje mu się jej ściąć bez względu na to, jak bardzo się stara, a stara się bardzo. Tylko przeczesuje trawę, która podnosi się zaraz po przejściu kosy, tylko czesze włosy na stromej głowie tej wysepki, wystającej z morza po to, by rozejrzeć się jak najdalej po tym świecie wiatru. Arnold uderza ostrzem w ziemię, iskry się sypią, kiedy trafi w kamień, jest bliski płaczu, ale nie płacze, za to śmieje się i patrzy w górę na rozległe niebo, słyszy prędki szelest innych kos i zielonego słońca, które przetacza się obok niego, słyszy skrzeczenie zdziwionych mew, krążących nad rybakami, którzy dzisiaj nie wyciągają sieci, tylko są zmęczonymi kosiarzami i koszą trawę wyrosłą gęsto i bujnie na żyznej ziemi z guana, tu, wśród jałowych skał, pochłanianych przez mróz i przez morze, rozsypujących się w proch resztek dzieła stworzenia. (...) Arnold siada, bo na siedząco widzi równie dobrze. Nie płacze, śmieje się, słyszy też śmiech kobiet w dole, na brzegu Aurora, jego matka, macha do niego, zanim bedzie musiała przyjąć jeszcze jedno zielone słońce, obwiązane jak cenny dar, natomiast ojciec stoi kawałek dalej, jego kosa sunie przez trawę jak ogień, ścina ją nisko i prędko. Ojciec zerka na syna, który już usiadł. Odkłada kosę, idzie w jego stronę. Pozostali również robią sobie przerwę. Kobiety opłukują ręce w wodzie, Arnoldowi wydaje się, że morze od razu robi się zielone. Tylko Aurora wciąż stoi i Arnold macha do niej ręką. Potem ojciec zasłania mu widok. Zabiera Arnoldowi kosę. - Weź raczej grabie - mówi. Arnold bierze więc grabie od innych chłopców, są od niego młodsi i więksi, niektórzy mają zaledwie dziewięć lat, a on nie sięga im nawet do ramion, grabie w rękach są tak ciężkie, że musi trzymać je w połowie trzonka, ale wtedy ciągnie za sobą również ziemię, zęby wbijają się w miękką skórę skalistej głowy. Arnold rzuca grabie, klęka i zamiast grabi używa rąk. Zagarnia trawę palcami, miękką i wilgotną. Pozostali chłopcy zatrzymują się na chwilę, patrzą na siebie i chichoczą. - Kim będziesz, jak dorośniesz, Arnoldzie? - pytają, śmiechem rozdzielając słowa. Arnold zastanawia się i mówi: - Będę sprzedawał wiatr! "

(Lars Saabye Christensen, Półbrat, przeł. Iwona Zimnicka)

piątek, 24 lipca 2015

uwaga, artykuł może zawierać sladowe ilości orzechów arachidowych

ha, żywność naprawdę może zawierać "śladowe ilości orzechów". dziś znalazłam orzech w swojej powszedniej kromce chleba. fffistaszek to był. zły piekarzu, nie jedz nad dzieżą!

zapiskek paniczny

sprzed chwilialnego przeglądu fb 

"11 typów kobiet, z których śmieją się faceci" - doprawdy? 

'młodzi artyści warmińscy mierzący się właśnie z problemem tożsamości regionalnej w siedemdziesięciolecie państwowości polskiej na Warmii i Mazurach." - doprawdy?

zaczęłam dzień od błędu. zaczęłam go właściwie z pazura, bo nakarmiłam tradycją kury, ale później posżłam spać i się nie liczy. jeszcze później, w drugim podejściu zaczęłam go kulturnie, bo czytałam ksiązkę w łózku do 12tej (bo łózko mam tylko do 12tej) ale to też się nie liczy, bo unikałam wstania. otóż błąd wygląda tak, że dzień zaczęłam wypiciem kieliszka nalewki, choć wiedziałam, jak to dalej się potoczy.
otóż jutro szoruję na wesele do siostrzenicy (taki smutny czas, że człowieka będącego wszak w kwiecie wieku i z urodą, jak pąk różany i takimż samym pączkiem w talii (ten akurat z różaną konfiturą), wyprzedza biegnące galopem kolejne pokolenie). idę ja na to wesele jutro i nie płaćcie nade mną, bo tym razem udało mi się mieć z kim, gdyż przyjaciel zlitował się po dwóch butelkach wina i półgodzinie płaczu (w sumie wyszło taniej niż obliczałam). no więc nadal idę jutro, a już z 6 razy przebiegłam po odprasowanej satynowej megaspódnicy walniętej w biblioteczce, raz usiadła na niej kumpela, raz miętosiłam ją podczas fotosesji czynionej przez Reteskę, raz spał na niej biały liniejący kot. 
dalej - nie mam wybranej reszty do tego wszystkiego, czyli muszę się na dwa dni weselne spakować, co oznacza - wybrać buty, wyprasować pozostałe kiecki dwie - jedna na to, jak już zgasną światła i będzie można się zdestroić, druga na poprawianie tego, co się źle na weselu zrobiło, wybrać buty, wybrać biżuterię mającą w zamyśle podkreślać moją promienna urodę, zrobić całą tę hucpę z szykanowaniem własnego ciała, UMYĆ WŁOSY i co gorsza wysprzątać chałupę, bo na wizytację nocną zjeżdża Straszna Ciotka*. i otóż ja popełniłam ten błąd, że po wielu dniach (przesada, tylko tydzień) idealnej abstynencji, nalałam sobie kieliszek nalewki.

* jeśli uważacie, ze te wszelkie wybory to prosta sprawa, nigdy nie byliście kobietą w wolnym czasie i najprawdopodobniej śmiejecie się z takich kobiet zmagając z własną tożsamością w rocznicę, zamiast normalnie włóczyć się po wernisażach i pić, jakeśmy to czynili za naszych ho ho ho czasów. 


Ps: od dwóch nocy śni mi się ksiądz, droga Claudio, czy powinnam zacząć się martwić?

Ps 2: Czy Claudia jeszcze wychodzi? 

Ps 3: sprawdziłam w sieci, wychodzi. : ] 

czwartek, 23 lipca 2015

"onegdaj szalał u nas wielki orkan"

czyli o tym, jak tydzień temu grad usunął nam skutki ogrodu









co tu duzo gadać, narzekaliśmy na suszę, no to ten... : |

obowiązek mówienia prawdy

w dzisiejszym śniku było tak. mój były narzeczony mnie zdradził. a to z kolei było tak. leżymy sobie przytuleni w jakiejś sali, w której leżą obok nas jak sledzie różni ludzie, w tym dwie staruszki, mieszkanki mojej wioski i jedna z nich ma katar. straszliwy katar. myślę ja sobie, nie mogę dostać kataru, gdyż idę w łikent na wesele siostrzenicy, więc przeniosę się na tak zwaną kanapę w innym pomieszczeniu. wyszłam, ale zorientowana, że zapomniałam swojej kołdry, a  był ziumb, wracam. wracam i cóż ja widzę, kaptan jack leży z panną w objeciach. panna to aktorka, która gra byłą żonę Hanka Moody'ego w Californication, panna ta patrzy na mnie sarkastycznie, triumfuje tym spojrzeniem, poniewiera mną i wyjawia tym spojrzeniem, że niewarta jestem noszenia za nią krzesła, miski ani kubełszmaty, więc gotując się pod tym spojrzeniem wykrzykuję - ty podła lafiryndo, jesteś głupia i brzydka! po czym wybiegam.
za drzwiami (a mam inteligencję schodową, czyli na schodach dopiero wraca mi jasność myśli) analizuję swój okrzyk, wracam do pomieszczenia i mówię do panny - to znaczy nieprawda, jesteś bardzo ładna.

amen ; ]

środa, 22 lipca 2015

Chleba brak

Idąc za ciosem, z tegoż samego źródła (poprzedni post)  wypożyczona Żona piekarza Marcela Pagnol. z półki zdjął mi ją obrazek Sempe'go, a wiadomo, że na obrazki Sempe'go się reaguje zdejmowaniem z półki. Barzo sympatyczny obrazek i książka sympatyczna. jest to opowiastka w stylu szekspirowskim, gdzie co prawda nie sowa, a Aurelia i nie córką tylko żoną była piekarza. Co o niej powiadali, to już w środku. Ja od się dodam, że bardzo klasycznie poprowadzona historyjka, bez zaskakujących zwrotów akcji, rzecz jasna w formie dramatu, a kiedy ja czytałam, wyświetlały mi się oprócz szekspirowskich wystawień, włoskie i francuskie komedie. tak trochę czułostkowo, trochę małomiasteczkowo, ale wszak rzecz małego miasteczka dotyczy i czasem dobrze się przespacerować po spokojnej prowansalskiej opowiastce podczas letniego popołudnia. No i chleba dotyczy, a  ja uwielbiam chleb.


"O tak, między nami. A właśnie, pomiędzy nami, powinno się zakazać mówienia po włosku, a zwłaszcza ŚPIEWANIA po włosku. Bo powiem księdzu, że mężczyźni NIGDY nie rozumieją po włosku, a kobiety ZAWSZE. Wie ksiądz, o co chodzi?"


Marcel Pagnol, Żona piekarza, przeł. Krzysztof Chodacki)

cena 32 zł - Śmierć kredytom!

mój boziu, zdziwiona jestem, że blob ów nadal istnieje, a skoro istnieje i dziś właściwie zrobiłam nic, czyli ogromne 0 (no, nie zakupy zrobiłam, ale i to z partyzanta), to ten, zapiszę fintifluszek o książeczku, który przeczytałam dzisiaj. książeczek został mię nawypożyczony od przyjaciela Zinka, któren nie musi obawiać się, że się stanie, jak z "listami". oddam!

zacznę od cycaty:

"w tym czasie zacząłem nienawidzić wszelkich intelektualistów, gdyż z intelektualistami jest zawsze tak samo, dyskutują, dyskutują i w końcu nie mają do zaproponowania niczego konkretnego albo prowadzą nieskończone dyskusje na temat dyskusji, ponadto wciąż cytują innych intelektualistów, którzy powiedzieli to czy tamto i wszystko przewidzieli, w dodatku każdy uważa się za pępek świata, a wszystkich innych za durniów i ślepców, jakby nie można było żyć bez filozofii, (...) czytałem wszak, co udało mi się tu i ówdzie znaleźć, i w końcu zrozumiałem, że nikt na tej ziemi nie przeczyta wszystkiego, że życie jest zbyt krótkie, by móc wszystko przeczytać, zauważyłem też, że więcej jest ludzi mówiących o złych książkach niż ludzi, którzy czytają i mówią o książkach prawdziwych, a ci, którzy mówią o złych książkach, są bezlitośni dla innych"

(Alain Mabanckou, Kielonek, przeł Jacek Giszczak)

afrykańska rzecz na afrykańską modłę. mimo, że zawsze odczuwam niepokój (jak to poganka nie znająca języków), czy tłumaczenie oddaje rzecz, to mam nadzienie, że tłumaczenie oddaje, bo czuć taką gadulczość, która mię się z czarnym (pardąsik) kontynentem kojarzy. rzecz owa opowiada historyjki barowe, ale wedle mnie traktuje o dramacie pisarza i pisarstwa w ogóle. stały i mocno sponiewierany bywalec baru otrzymuje od właściciela przybytku kajet wraz z prośbą. mianowicie w kajecie tym ma pisać książkę, o barze oczywiście. historie potłuczone, historie potłuczonych, może nawet historyjki, mnogo satyrycznego obrazu kongijskiego miejsca i tego, jak Kongo widzą inni, sporo nawiązań do literatury czasem sprytnie poukrywanych (a ja z kolei nie ukrywam, że to właśnie te cieszą mnie najbardziej), 
ogólnie dość przyjemna i wcale by mnie nie zauroczyła, gdyby nie jej "ostatnie kartki". tu rozgryza się sedno i dramat pisarstwa. a jaki on jest, to już ewentualnie mogę kiedyś na ucho.


Ps: dopiero pod koniec zorientowałam się, że w książce są tylko przecinki i czasem cudzysłowy, a przecież to było napisane na skrzydle. nie zorientowałam się, serio

aha, Ps 2: schudłam! juhu!

aaaa, po nastu minutach jeszcze ps 3 - Zina, nie zagłam żadnego osloucha, zaznaczałam zakładkami! dzielna? : D

czwartek, 25 czerwca 2015

krótki wpis o przemijaniu

Dziś urodziny mej czcigodnej matuszki. Siostra Jolanda z jedną z dziewczynejk (sic!) Alicją i jej mężem Kubuchem przybyli by odpalić znienacka tort i zastolatować. Mamcia, nieocenione źródło bonmotów i maksym -  cytuję: "och, nie spodziewałam się, ale diabelskie urodziny mam!" : ]



Przedwczorej dzień oćca i urodziny Lali (naszej najstarszej siostry) w dniu tym samym. Obojga już nie ma. Mało nas, mało nas do pieczenia chleba... Chleb nadal pieczemy, ale z każdymi łapami ubywa czegoś z całości, przychodzimy na świat samotni i nie znając kumpli od serca i zmierzamy do stanu początkowego.



Gdziekolwiek jesteście, chce i nie mogę po Was płakać





poniedziałek, 22 czerwca 2015

"Trwaj chwilo"

koniec roku. chałupa. ogród. zwierza

zatem dziś tylko opowiastka