sobota, 25 lutego 2012

Post (scriptum)




Ja; ryję, tarzam się po stoliku

Basia matematyczka (kiwa w zamyśleniu głową): Ja go rozumiem...




czwartek, 23 lutego 2012

galimatias

Wielki Brzuch Mirosława

Najpierw nawpierdzielał się ziaren kawy, którą mama nieopatrznie zostawiła na kaloryferze, żeby się dosuszyła, a następnie zasnął jak kamień :|








*

Wiersz dla dzieci, który obłędnie lubię od najmłodszych lat i uczucie to jest niesłabnące, a wręcz naprzeciwko.
Wiersz ten chyba dał początek, gdzieś w przepastnych kieszeniach mojej głowy zasadzie spektakularnosci i jest coraz mądrzejszy.



Z DZIECIĘCYCH LAT

Dwieście, trzysta razy
Wszedłem na czub morwy.
Wielu to widziało,
Nikt nie mówił o tym.

A raz się zdarzyło,
Spadłem z jej gałęzi,
To już o tym wszędzie
Wszyscy mówią we wsi.

(Jovan Jovanowič Zmaj, tłum. T.Kubiak i Bronisław Cirlic)


**

ponadto przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch dni, wzięte z biblioteki szkolnej następujące:
dla przyjemności i przypomnienia:

- Musierowicz Małgorzata, Dziecko piątku
- Musierowicz Małgorzata, Nutria i nerwus
- Musierowicz Małgorzata, Język Trolli
(chyba nie muszę napomykać, ze uwielbiam jeżycjadę? :D)



dla poznania i ewentualnego późniejszego doradztwa:

- Przybylska Ewa, W Dolinie Klonowego Liścia - małoletni, pouczający wyciskacz łez, ale sądzę, bardzo przydatny wychowawczo (choć nieaktualny system polityczny, acz niemocno to przeszkadza), ze względu na czystość przekazu i patos opowiastek z morałem. ocena - ok
- Boglar Krystyna, Supergigant z motylem, dla mnie osobiście denerwująca, bo w przeciwieństwie do tej poprzedniej, morał jest przemycany nieudolnie, zamiast być wyłożony kawa na ławę lub umiejętnie pochowany, no i dla podstawówki, to ja jednak nie jestem przekonana

***

Ponadto urywa łeb, ale jest absolutnie cudownie i nawet gwiazdy są
rzygam już na spotkania z wójtem z tymi samymi opowieściami - dlaczego posunięcia w sprawie szkoły są "bardzo dobre dla was i nie skrzywdzą dzieci"
dostałam pieprzonego zakażenia w nodze (a taka ranka była niepozorna) i mnie strzela męski organ rozrodczy, bo glany nie są sprzyjającym na tę okoliczność obuwiem
idzie łik łik łik end hip hip hura!
i śnią mi się fantastyczne sny. mam coraz mniejszą ochotę je opuszczać, psiakość.
i co jeszcze? auuu, to, zę się nie rozerwę i mamy już bilety do Gruzji, a ja bym i tu chciała i do Finlandii, gdzie się wybiera mój brat :D aaaaaaaaaaaaaaaaaa

****

a na koniec Inuici

środa, 22 lutego 2012

"Czy to jawa czy sen..."

Przyłapałam odczucie, które towarzyszy zasypianiu. Ostatnimi czasy obserwuję je i jestem przekonana, że to właśnie ono. Otóż wygląda, przy czym słowo "wygląda" jest zawieszone pomiędzy odczuciem obrazu, a poczuciem - na czubku głowy i trochę w przedniej części pojawiają się miriady świetlnych punkcików, drobniutkie iskierki rozbłysków. Wytwarzają one dziwne napięcie (trochę jak naciąganie sieci) i od tego momentu zaczynają plątać się myśli.Ppojawiają się wśród tych mocno ugruntowanych w realności, myślotwory, zlepki i surrealizm senny. W tym momencie można się albo wybić na zewnątrz i zarejestrować owe myślotwory odsiewając je od myśli "realnych" lub dać się pochłonąć snowi.
Zdaje mi się, że to przyłapanie jest możliwe kiedy czujnośc mózgu jest na cholernie wysokich obrotach. To zawiesza ciało i umysł w wąskim pasie granicznym jawy/snu, kiedy umęczenie jest na tyle duże, ze nie pozwala zasnąć swobodnie, a jednocześnie na tyle duże, że dąży ku temu to chyba to pozwala "przygladać się" temu dziwnemu uczuciu.

wtorek, 21 lutego 2012

Drzewo na gmailu

Najbardziej lubię, jak mi śnieg pada na gmaila


fajna jest też mgła i ciemne, pochmurne niebo.
no ładna ta drzewowa gmailowa skóra :D

Fałszerstwa w osnowie

"Nie obawiając się już szantażu ze strony Joly'ego i Goedschego, mogłem teraz pracować nad swoimi Protokołami Praskimi (tak je przynajmniej określałem). Musiałem wymyślić coś nowego, bo moja stara scena na praskim cmentarzu już się zbanalizowała, nabrała całkiem powieściowego charakteru. W kilka lat po ogłoszeniu listu mojego dziadka wydrukowano w "Contemporain" przemówienie rabina jako prawdziwy raport angielskiego dyplomaty, sir Johna Readcliffa. Goedsche wydał swoją powieść pod pseudonimem sir John Retcliffe, było więc jasne, skad ten tekst pochodzi. Potem przestałem już liczyć, ile razy wykorzystali tę scenę różni autorzy. Teraz, kiedy piszę, przypominam sobie chyba, że niejaki Bournand opublikował ostatnio książkę Żydzi, nasi współcześni, gdzie znowu jest przemówienie rabina, z tym że on sam nazywa się John Readclif. Boże mój, jak można żyć na tym świecie pełnym fałszerzy?!"

(Umberto Eco, Cmentarz w Pradze, przeł. K.Żaboklicki)

*

o tak, książka zajmująca się splataniem wątku z osnową, nie dając pewności, która nić należy do oryginalnej tkaniny czasu. o tym, ze nie wiadomo, gdzie i kiedy, przebiega granica fałszu







cmentarz żydowski, Praga, maj 2011

piątek, 17 lutego 2012

Prezenty przyjmam od zara

Dzień Kota, a Mirka nie ma! Od dwóch dni badzia się gdzieś na dzielni :(

środa, 15 lutego 2012

wtorek, 14 lutego 2012

O kołataniu

W Walentynki, to Paniusię serce boli.

chrońcie swoją intymność przed tym co niesie jutro

Zjeżdżając wczoraj w nocy z biurka do boksu, kątem ucha złowiłam jeszcze taki oto tekst z telewizyjnej reklamy preparatu Iladian

"... podnosząc odporność stref intymnych na przyszłość"

i zamyśliłam się, azali to właśnie w te rejony godzi?

*

A poza tem, wszystkim życzę serdecznie w Walentynki, bo ja tam przeciwko przyjemnym obchodom nic nie mam
darzbór! :))

poniedziałek, 13 lutego 2012

ptacy

pozazdrościwszy Fanaberkowemu blogu, na Warmiji też trzej ptaszkozie spsiewaliiii...



video

kuchenne okno z widokiem na ptasią stołówkę

na dobry początek

ahaha, czytałam wiersz na jednym z forów poetyckich i pomimo, ze wiersz naprawdę usiłował być sieriozny, to natychmiast przyszła mi do głowy ta przecudowna piosenka. i jak tylko jej posłuchałam, natychmiast uśmiechnął mi się poniedziałek :D
a Wam?


sobota, 11 lutego 2012

zahrada

Co najbardziej w Pradze uczułam sercem?
Przypomniało mi się właśnie teraz,że najbardziej to jabłoniowy sad na lewym brzegu Wełtawy, na zboczu zamkowego wzgórza


foto: Biń, Praga 2011


*

a przy okazji tknęło mnie, przejrzałam zdjęcia i z niemal każdego wyjazdu mam takie zdjęcie. jak studiuję mapę/plan
no bo ja kocham mapy miłością niemożliwą


Foto: Biń. Praga 2011

Z rozmów rodzinnych - Pogawędki małżeńskie

oto prawdopodobnie dlaczego jestem świrnięta.

zasłyszane przed chwilą u moich rodziców.
tata siedzi w fotelu, mama leży na wersalce.


Mama: Patrz cycek mi się wykrzywił.

Tata (ze śmiechem): Ty masz wszystko krzywe, nogi masz krzywe, ręce masz krzywe, i cycki też okazuje się masz krzywe, masz ty coś prostego?

Mama (patrzy uważnie na tatę niebieskimi oczkami): gówno

*

Mama (pokazuje tacie odległość na palcu): Tyle cię kocham

Tata (pokazuje mamie do pół łokcia): A ja tyle

Tata: Nie, no tyle to przesada, - pokazuje do nadgarstka

Mama: To pocoś zużył?

hu hu ha!

szkic sytuacyjny:

od dwóch miesięcy wstaję o siódmej, wrzucam na nogi gumowce i pędzę w samej piżamie na dwór, nakarmić kury. przy każdej nadarzającej się pogodzie rytuał wygląda tak samo i bardzo nieprzychylnym okiem spogląda na niego mama bo "na pewno nabawię się zapalenia płuc albo czegoś gorszego".
dziś, prawdopodobnie w związku z pójściem do szkoły i obcowaniem z małymi zasmarkańcami, nabyłam kataru i kaszlu

Mama (triumfalnie): A nie mówiłam!?

:D

piątek, 10 lutego 2012

Kopciuszek

Kopciuszek, muz. S.Prokofiew, choreo: Maguy Marin, wyk. Balet Opery w Lyonie

włączyłam, otworzyłam buzię, a ślina kapała mi z pyska.
cóż to za piękny spektakl, pudełkowy, z wykorzystaniem przepięknych masek Monique Luyton, i lalczynych kostiumów, z cudownym tańcem, z rewelacyjną Francoise Joullie, której ciało jest tańcem samym.
maski, pomimo, że nieruchome, zastygły w takich grymasach, że nie można się oprzeć wrażeniu żywej ich mimiki, która zdaje się zmieniać w myśl opowieści i gestu. kostiumy oszczędne, łączące staroświecki, zabawkarski dizajn z nicią futuryzmu. nastrój, światło, emocje - to trzeba zobaczyć!


*

jest piątek - hurra. w pozostałych przestrzeniach bez zmian z tendencją spadkową. włączyłam sobie kubek tatowego japcoka i myślę nad koniecznością kupienia sobie jednak sziszy na stałe. już nawet wybrałam, piękną kairską ze sliczną buutlą. i japko-myęta, moja ulubiona melasa.
a temczasem na lottcie szisza toruńska, czyli wspomnienie ferialne

pani kopciuch:

Z rozmów rodzinnych - o urodzie

po obiedzie. siedzimy sobie w kuchni, ja i rodzice, ględzimy, oglądamy ptaki przylatujące do karmionki za oknem.

Mama (79 latek) (do taty, po dłuższej chwili milczenia, triumfalnie): Ty jesteś ładny chłopak, tylko masz za duży nos.

:]

czwartek, 9 lutego 2012

Czerwony kapturek

A wczoraj na oknie kuchennym znalazłam taką opowiastkę

wiecej tut



Miłość Astrei i Celadona, w reżyserii Ericha Rohmera
jeśli kogoś nie polubię, polecę mu ten film do oglądania. :]
nie czuję zamysłu, nie czuję życia, nawet wrażenie, że miało to (jak głosi słowo wstępne) oddać VII-wieczne wyobrażenia o złotej sielance pasterskiej nie pociesza mnie. nie czuję potrzeby odbicia klimatu powieści (nie opowieści) na ekranie, bo są to miejsca rządzące się innymi prawami i to, co można ze smakiem przeczytać w formule pisanej, nie jest tak samo smaczne gdy jest zasznurowane w podobny gorset ale jednocześnie pozbawione możliwości wyobrażenia i przyjęcia własnej wizji na kanwie słowa.
gdzieś po dwóch trzecich, miałam ochotę bić kapciem w ekran. ostatni raz miałam ochotę to zrobić w "Zet i dwa zera" Greenawaya, ale z diametralnie innych powodów, bo grinłejowski film jest drażniący i świetny, zaś film o Astrei i Celadonie, pokonał mnie brakiem jakiejkolwiek energii (lub może moim brakiem współczulności) i już pal licho dziwną hybrydę teatralno-filmowo-naturszczykowo-serialową gry aktorskiej. i nie rzecz w tym, że ja się spodziewałam filmu fantasy, czy baśniowego klimatu, ale spodziewałam się, że film się zadzieje, coś poruszy we mnie, a tu nic, zdechlak w moim wnętrzu jak leżał tak leżał.
in plus - pod koniec Astrea ukazuje swą pierś śnieżnobiałą i dopiero od tego momentu trochę się podnosi (cokolwiek tam da radę się podnieść), ale niestety napisy ucinają zrywające się do życia cuś.

koszałki opałki

Berleniak - kosz z okrągłym dnem, wypleciony z korzeni (najczęściej świerkowych), służący do mierzenia i przechowywania zboża. mieścił około ćwierci kwintala. Słowo przytachana z domu rodzinnego mojego taty (Zdziwój stary)

od niego pochodzą porzekadła - mieć brzuch jak berleniak, łeb jak berleniak... w sensie wielki i okrągły

poniedziałek, 6 lutego 2012

ostatnia zima Pana Władysława

Dziś zmarł Władysław Ogrodziński, człowiek, który ukochał nieswoją krainę, jak swoją, zgłębiał tajniki jej historii również po to, by nam, Warmiakom otwierać na nią oczy i serca

tu pisałam o jednej z jego ksiażek

czwartek, 2 lutego 2012

wściekły pies

Jerzy Klemens ojciec (rozwiązujac krzyżówkę): Asiaaaa, jak nazywa się ten cocker spaniel do mieszania drinków?!

*

i już wiadomo, że jednak mnie nie podmienili w szpitalu, bo po obojgu to odziedziczyłam

z dziecinnego pokoju

w dzień leżenie jest nieznośne, bo światło rozprasza i nie można złapać kontroli nad ciałem i bólem. przyniosłam wiec sobie na biurko matrioszkę, którą zakupiłam byłam ongi w Irkucku.
i tak sobie ją rozkładam i składam, ale najbardziej lubię kontemplować to, w jaki sposób jest pomalowana. nie przeszkadza mi pewna kiczowatość tego obrazka, ni kolorów. lubię ten wzór, wpatruję się w niego i wchodzę w świat zimy, bo kocham zimę, w świat ośnieżonych świerków, księżyca zawieszonego nad dachem, sań, błękitnych, lodowych kwiatów
matrioszkę nabyłam drogą kupna, ponieważ miałam w dzieciństwie jeden, ostatni element tej zabawki i zawsze tęskniłam do pozostałych. no więc, kiedy tylko nadarzyła się okazja spełniłam jeden z moich dziecięcych snów.





i chyba napiszę kilka wspomnień o zabawkach

zabawki. zastanawiam się, czy są ludzie, którzy wchodząc do pokoju dziecinnego, czy sklepu, nie zainteresują się, choćby na chwilę, jakie tam są zabawki.
z zabawkami wiąże się wiele moich cudownych wspomnień, na przykład to, kiedy czasem rodzice znosili ze strychu pudło z zapakowanymi tam starymi zabawkami, i odkrywanie tych skarbów tak mocno zapisało się w mojej pamięci, że dziś tak samo żywo czuję przypisaną do tego przeżycia rozkosz.
albo to wspomnienie, kiedy bracia pozwalali mi się pobawić swoim zbiorem żołnierzyków, ach, to było święto prawdziwe!
były też zabawki dziwne, których używanie nie było widziane chętnie przez mamę, ale ulegała moim prośbom, no więc łyżka do butów z głową w kształcie konika, zestaw drewnianych otwieraczy umieszczony na podstawce, który przypominał mi fantastyczne postaci baby jagi, księżniczek i gromwieczego jeszcze, czy też szklana cukierniczka zdobna w wywijasy, która zamieniała się to w fontannę, to w luksusowy pokoik panien robionych przeze mnie z ligniny.
zabawką czarodziejską, a raczej całym światem czarodziejskim, była oczywiście choinka. rodzice machali już ręką na sypiące się kolki i wiecznie szczękające bombki. tam były światy! mieszkały tam moje małe figurki, choinkowe ozdoby, które ożywały, a wszystkie przeżywały w świetle kolorowych lampek niesamowite przygody i podróże. kiedy słyszę stuknięcie szklanych bombek o siebie, natychmiast pojawia się znów ten dreszcz.
wańka-wstańka, blaszana klikana żabka, kurka blaszanka co znosiła jajeczka, koń na biegunach, którego tato przytargał gdzieś spod Białegostoku,a którego otrzymawszy na gwiazdkę, omal nie oszalałam ze szczęścia. No i klocki, których wspomnienie wywołuje mi na języku dziwny, niepasujący do obecnych, smak
lalka pinokio, którego w dniu dziecka, siostra włożyła mi w ręce kiedy spałam, a ja obudziwszy się, byłam tak niepewna, czy to dla mnie, że bałam się otworzyć oczy i nim, bawić. i tak leżąłam cały poranek, nieprzytomna z jakiejś szczególnej mieszanki owej niepewności, przestrachu i rozkoszy, póki mnie nie zapytano, dlaczego nie wstaję.
Jakże ja kocham te zabawkowe przeżycia. wiele z nich naznaczyło mnie trwale, bo na przykład moją miłość do architektury, do baletu, jestem przekonana, zasiały książeczki z "wstającymi" elementami. zresztą one też zaszczepiły we mnie ziarna różnych moich upodobań, jak np do plam słonecznych na murze, swoistych zakamarków, a także tzw "zabawek do kieszeni"
patrząc na dzisiejszy pokój dziecinny, myślę sobie, że nie miałam tak wiele zabawek i były one inne, ale chyba nie ma w tym różnicy, bo świeciłam ze szczescia na ich widok.

a teraz będzie część moralizatorska, ble, nie chciałabym, żeby tak brzmiała, ale cóż poradzę
co mi się nie podoba w dzisiejszych zabawkach? podoba mi się wiele, ale nie podoba mi się ich przyłożenie wiekowe. jestem zwolenniczką bardzo prostych zabawek dla dzieci młodszych. dlaczego? bo zdaje się lepiej rozwijają wyobraźnię, niż gotowe ukształtowane już formy. wiadome wszak, ze więcej zastosowań ma kilka drewnianych klocków, czy zwykłych poduszek, niż wycyzelowana mini-kuchenka albo mini-warsztat narzędziowy.
czy lalka która sika, "ząbkuje" i mówi nadaje się do tego, by stać się kimś innym, niż tylko sikającym bobaskiem? piękne są te zabawki i cholernie fantazyjne, uwodzą mnie swoimi coraz to nowszymi możliwościami, ale coś zabierają, dokładnie to, co dzieci powinny wymyślić sobie same obecnie jedna rola to często jedna zabawka, a ile zabawek zmieści się w dziecinnym pokoju?
i to nie dzieci nie mają wyobraźni, sądzę, że raczej zapominają o swojej wyobraźni rodzice, którzy ulegają fantastycznej nowej zabawce, jakiej jeszcze nie mieli

a tu odkopane z półki , poszatkowane już książeczki, które kocham. zresztą rodzina opowiada, zę byłam książeczkową terrorystką i ponieważ znałam wszystkie swoje książeczki na pamięć, nie pozwalałam się oszukiwać, kiedy przy 50-tym czytaniu tej samej, ktoś chytrze próbował ominąć jakiś fragment.












a tu bardzo ciekawy zbiór obserwacji zabawkarskich. polecam

środa, 1 lutego 2012

drzewo

nocami leżę i śledzę ból. nie pozwala spać, ale jeśli jest stały, nawet gdy jest silny, daje się znosić w spokoju. jakby zastygnąć w grymasie i trwać w nim bez żadnego poruszenia.
czuję w swoim ciele żelazne rozżarzone drzewo. jego pień to kręgosłup i z niego rozrasta się w dół ognista korona. śledzę ścieżkę bólu, jak obejmuje nitkę po nitce kolejne nerwy, jak kurczy mięśnie i wygina ciało, bezwolnie poddające się jego potężnej łapie. kiedy tylko samowolnie się poruszę, krucha równowaga zostaje naruszona. naprężone nitki bólu zrywają się i szarpią, wtedy przeszywa mnie oślepiające jego światło, jak ostrze . staram się więc leżeć bez ruchu, przerośnięta

a wszystkiemu winna jest baba

"Zaczęto im kopać przestronny grób.
Uczynili go szeroki na siedem włóczni i tyleż głęboki. Bo też zginęło tysiąc i sześćdziesięciu Burgundów, a Hunów i sprzymierzeńców cztery tysiące bez czeladzi. Wszystko to przez gniew jednej niewiasty!"

taka konkluzja wypływa u końca eposu rycerskiego "Krymhilda" opartego przez Roberta Stillera o "Pieśni o Nibelungach", Eddy i inne dodatkowe utwory. i nic to, że piekna, a wielce pouczająca ta opowieść jest wielką siekaniną łbów, ramion i nóg, przetkaną zdradami rycerskich cnót i męskimi zdradami przyjaciół. najważniejsze, że koniec końców zrzuca cały testosteron i chęć posiadania na głowę jednej bogu ducha winnej baby, która pomściła swojego ukochanego.i tylko dlatego jej się udało, że patrz zdanie powyżej.

dość ciekawie napisane, bo niejednowymiarowe są postaci, pieśń wije się to z jednej, to z drugiej strony bohaterów raz po raz przydajac im to cnót, to obłudy i niegodziwości. dziwne się przy tym wytwarza wrażenie, gdzie każdy staje wobec własnego wyboru co do racji.
ciekawy zabieg z zajawkami mówiącymi, co przyniesie przyszłość, które jednak wcale nie odbierają Krymhildzie pociągającego uroku niewiadomej.
oto przykład
"Tam czekało ich większe bogactwo! Dotrzymała swych obietnic Krymhilda i każdy wziął od niej własną posiadłość.
Hej! nie masz to na chłód jak własne ognisko. Dopieroż człek wtedy śpiewa o ptakach na wolnym powietrzu! Doprawdy temu, kto ma dach nad głową, łacniej opiewać koniczynę zieloną w polu. Werbel jednak wolał zostać przy dworze i źle się to miało dla niego skończyć"

a jeśli już przy koniczynie, to zdaje się rycerstwo wielkiej zażywało w niej przyjemności.
"Z dwornym powitaniem i z uśmiechem podchodziły do siebie panie z obu orszaków. Rycerze im gorliwie usługiwali. Przywitawszy się wszyscy usiedli w koniczynie. Zawarto mnóstwo nowych znajomości"

epos kipi krwią i złotem, każda z postaci owinięta jest złotogłowiem i szatami wspanialszymi, niż te poprzednie, zatem kiedy dochodzimy do 400-nej strony, przepych szat i zbroi nie ma już sobie równych, a i chyba brak miejsca na tkaninach, gdzie nie tkwiłby klejnot. obdarowują się też wciąż przepysznymi bogactwami, ale wielokroć liczniejsze złoto Nibelungów topią w Renie (jeśli by kto chciał szukać)

i w tym oto krajobrazie snują się losy księżniczki Krymhildy i (chociaż dość krótko) jej ukochanego Zygfryda, który ją dostał na żonę gdyż:
"Kazano im stanąć przy sobie w kręgu i spytano Krymhildę, czy chce tego świetnego męża? Wstyd dziewiczy kazał jej się chwilę zawahać, lecz takie już było szczęście Zygfryda, że mu nie odmówiła"

a później:
"I tak obaj znaleźli się w swoich sypialniach. jeden i drugi myślał, jak pokona w miłości swoją panią: miękkie stały się ich uczucia. I rzeczywiście wielka i wyborna była rozkosz Zygfryda. Gdy legł przy Krymhildzie i przystąpił do niej ze swą męską miłością, stała mu się jak własne ciało i życie. Nie zamieniłby jej na tysiąc innych kobiet. Nic nadto nie powiem, jak sobie z nią poczynał. "

no i czybyście, moje drogie panie, nie pomściły takiej pierwszej nocy?

:]

przypinam łatkę - polecam przeczytać

* cytaty z "Krymhildy" Roberta Stillera


aha, barzo piękne ilustracje zrobił Andrzej Strumiłło
wydanie z 1974r