niedziela, 26 stycznia 2025

Саламатсызбы 5

 21 sierpnia (środa)

Lecę na poranną kąpiel w cudownych wodach Yssyk-Kul, w tle ośnieżone szczyty Tien-Szanu, kojąca cisza wokół, żadnego tupotu turystycznego, tylko ja i  świat. 







Jedziemy na pokaz polowania z orłem. Z samym znamienitym kyrgiskim łowcą Rusłanem. Oczywiście nie jest to prawdziwe polowanie, ale Rusłan, jego orły, pies, jego koń oraz uczeń są prawdziwi jak najbardziej i niezwykle mnie wzrusza ich widoczna więź, a podziwiam siłę i hart ducha. Koń usilnie stara się być w centrum zainteresowania Rusłana, widać, jak bardzo go kocha i widać, jak kocha go Rusłan. Sam Rusłan wymagałby pióra mistrza, tchnie z niego nieziemski spokój jak z klasztoru Shaolin, życzliwość, miłość do wszystkich istot. I uspokajam wrażliwe dusze, Rusłan mówi, ze orły przyuczane do polowania otrzymują wolność po 5 latach i są tak prowadzone, by o tej wolności nie zapomniały podczas pracy z człowiekiem. Wiadome, nie jest to dla nich stan idealny, ale tez przykład jakiejś koegzystencji człowieka z naturą z dozą  respektu i szacunku. Orły są niesamowite, współpraca wszystkich członków tej grupy fascynująca, płaska dolina otoczona szczytami słonecznie pachnie piołunem, chce się ż.











W drodze powrotnej zatapiam wzrok w górach, pływam wśród szczytów, półpustynnego i stepowego krajobrazu, nurkuję w dzikości





A później trekking w górach, wchodzimy do punktu widokowego, skąd nas wypędza nadciągająca burza i z jej awangardą za kołnierzem docieramy do gospodarzy, którzy szykują nam ucztę w swojej jurcie. Jemy, gadamy, bawimy się z dzieciakami na huśtawce pod niebem, które przetarło waśnie zachmurzone oblicze. Rozległa dolina jest krainą trawy i ciszy, tak właśnie żyć!



A w jurtowisku kolacja, kyrgiska dyskoteka z nauką tańców tradycyjnych, gra w kości, małe piwko i lu lu.


22 sierpnia (czwartek)

Rano, a jakże kąpiel w Yssyk-Kul, pakowanie i w drogę. Gdybyście byli w tym jurtowisku, koniecznie sprawdźcie, czy ndal jest tam nasz kamień!




Po drodze przepyszny obiad w Kyrgiskim domu i jedziemy dalej wspinając się na przełęcz 3,5 tys m.n.p.m., więc przez jakiś czas w głowie szumi i trzeba brać dodatkowy wdech. Dojeżdżamy do Son-Kul, drugiego pod względem wysokości bezwzględnej, żeglownym jeziorze świata. Oczywiście, ze się kąpię. Woda jest zimna, ale nie tak, jak w M.Barentsa, czy Bajkale, to mnie zaskakuje. Uderzająca jest cisza, jedna z tych prawdziwych. Tu nie ma maszyn, elektryczności sieciowej, są obozy jurtowisk oddalone od siebie o najmniej kilometr, stada koni i bydła. Strzegą doliny wysokie szczyty i niebo.





Po zachodzie słońca należy mieć czapkę i rękawiczki, bo temperatura natychmiast spada. Na szczęście nasz gospodarz jurtowiska rozpala w jurtach piecyki uzywając krowich placków, co nadaje dodatkowego smaku, pardon, zapachu, naszym snom. Zanim piecyk nie wygaśnie, jest cholernie gorąco, za to woda w zbudowanych przez gospodarza kabinach do mycia, lodowato zimna i bardzo dobrze, tak właśnie trzeba żyć! 



Beti poluje na Mleczną Drogę, bo gdzie, jeśli nie tu! Gadamy, śmiejemy się zasypiamy snami tropikalnymi.

niedziela, 19 stycznia 2025

kto nie wierzy, nos do tabakiery

 Oj tam oj tam, wielkie mi cudy, że się lenię lenięsię, wszak każdy może. To znaczy lenięsię w przerwach roboczych.  Czym to pachnie? Normalnie, że nie czytam dostojnej literatury, a dobre i polecone przez sprawdzonych moich polecaczy filmy, wywołują już samą myślą o nich, reakcję we mnie - wejdźmy pod fotel i tam spędźmy łikend. Tak miewam, tak mam, nihil novi. Tylko nieinwazyjne rzeczy. Rozdroże kruków Sapkowskiego, nie że zachwyt, że o rany ajak świetnie, ale przecz z przyjemnością przeczytałam, bo jakeśmy z Janurzem osobno, a wspólne odczucie wyniuchali, przenajlepsze jest w tej książce to, że się można raz jeszcze w tym świecie zanurzyć. Świecie, do którego raz wdepnąwszy, tęskni się zawsze. 

A jak już przy Janurzu, to otrzymawszy od niego za pocztowym pośrednictwem, Bajki Lasowiaków i Rzeszowiaków - Kto nie wierzy niech sprawdzi, muszę słówko rzec. Bajania owe opracował niezastąpiony jęzor Radwańskiego, bo mus Wam wiedzieć, że Radwański poza byciem pasterzem jednej owcy i konia, muzykantem, muzealnikiem, sługą języka polskiego oraz wstyd przyznać, ale też poetą, ma nieprawdopodobną udolność zaklinania słowa prozą z bardzo rzadkim w tej materii poczuciem humoru i humanizmem. Niesilone to poczucie humoru Janurza bije spod druku, jak strumień świeżej energii i niesie stare bajania dalej i dalej, a jak zauważyliśmy, dotarły one już na Warmię i sądzę,  poniosą się szerzej. I nie to, że ja Janurza chwalę, gdyż kocham mego przyjaciela miłością niezatapialną i niereformowalną. Ja ze względu na nasze zaufanie, często bywało mędziłam i wydziwiałam wokół jego pisania. Ale prozę, prosz państwa, prozę jego i swadę opowiadacza, zawsze stawiałam na miejscu poczesnym. Zachęcam was do przeczytania tego zbioru baśni, bajek i podań, a i Rozdroża Kruków Sapkowskiego też, bo czemu by nie!


A jako próbkę Radwańskiego podeślę Wam cycat i link do starego blogajego

Rano wysłał król swojego prefatynera*, żeby uchylił ostrożnie drzwi i do komnaty zajrzał, zobaczył, co z żołnierza zostało.

Przypisy: *Prefatyner to królewski urzędnik, którego król może posłać, żeby zobaczył np. czy żołnierz śpi

(Kto nie wierzy, niech sprawdzi. Bajki Lasowiaków i Rzeszowiaków, opracował J.Radwański, ilustrowała Izabella Kędzierska)

A ilustratorka sprawiła się zacnie, bo pięknie znalazła granicę między nowoczesnością, a ludowością i czymś jeszcze, co zwabia ciekawskie oko do zaglądania, a to trudne, bo zwykle wysmakowane ilustracje zwabiają oko wysmakowane, dzieci zaś potrzebują koloru, kiczu, zrozumiałej narracji ilustracyjnej i to się ilustratorce udało, a wszystko to mimo wszystko ze smakiem i elegancją i duchem czasów dwóch ze sobą splątanych. Dobra robota.



a na zdjęciu niezwiązanym z treścią postu widzimy Jozafatę, która łobuzuje



środa, 8 stycznia 2025

hej hej roluj go

 Wiadomka, najlepiej pisze się posty, kiedy trzeba sposobić się do roboty. Przesunęłam obowiązek nogą nieco w prawą stronę i prokrastynuję aż sąsiedzi mi stukają kijem od miotły w sufit. Dobra, tam nie ma sąsiadów, więc nie wiem, kto tam stuka. No ale muszę inaczej się uduszę, bo muszę napisać to internetowi, że ja za cholerę nie kumam fejsbukowych rolek. Znaczy nie tak, kumam instancję, że tak się komputerowo wyrażę, kumam też niektóre rolki mające początek, rozwinięcie i ewentualnie zakończenie, kumam też te, w których ktoś się wywrócił albo lata motylek, ale jest wiele takich, których ni cholery nie kumam, może dlatego że nie znam hindi? Ale przecież tam akurat nie mówili. Nie kumam też tych, których cel załatwiłoby zwykłe zrobienie zdjęcia bo taka na ten przykład rolka trwa 5 sekund, w ciągu których których dziewczyna ustawia się, prezentuje swój strój,  zamiera i koniec rolki. Chociaż to może być też ta rzecz, że podobnie,  kiedy religijna Jola robi zdjęcia, to zawsze jej się wkradnie coś takiego



można zatem powiedzieć, że to mój debiut w rolce

poniedziałek, 6 stycznia 2025

let's rock

Przedziwna sprawa, z przyczyn całkowicie demonicznych, świat podglądany na fejsbuku wykupuje skały tonami. Wykupuje ową pokruszoną skorupę ziemską, żeby malować na niej ludki, ptaszki, fiśdrygałki i ku uciesze gawiedzi  chytrze kitrać w losowo zaludnionych miejscach.
 I nie to, że ja się naigrywam, nie naigrywam się, bo to i zaspokajana jest potrzeba sztuki i koncept niespodzianki spełniony i może, kto wie, jakaś potrzeba sprawczości, ja się tylko zastanawiam, czy i w jakim czasie da radę rozebrać takie na przykład Tatry, przemalować i rozłożyć w ciekawych sytuacjach.
 Tak tylko teoretyzuję czyniąc ćwiczenie umysłowe. A tak naprawdę to zastanawiam się, za co jeszcze człowiek będzie gotowy zapłacić i na przykład położyć pod choinką. 
Bo najszła mnie ta myśl, kiedy ludzie na fejsbuku opowiadali o zastanych prezentach i tam było wiele radości bo 5 kilogramów skały.

ojeju, jak mnie się nie chce jutro do pracy

środa, 1 stycznia 2025

w nowym roku

 No i pierwszy dzień stycznia. Posiedziałam wczoraj do coś koło dzisiejszej pierwszej (paradoks czasowy), poczytałam książkę, potuliłam kota spękanego pękaniem fajerwerków, na szczęście w tym roku było ich krócej, więc może dzięki losiu za tę paskudną pogodę. A jest bura, ciemna i ponura, z cmentarza dobiega grzechotanie, nie, nie kości, tylko bitego szkła zniczy, w futrynach świszcze i nawet mi się nie chciało wczoraj po tę symboliczną butelkę ruskawa szampanskawa iść, zatem obeszłam punkt zero kuriozalną mieszanką nalewki z rokitnika, soku winogronowego i wody. Kuriozum to ma wszakże w sobie głęboką zasadność, bo mamy tu bardzo dużo witaminy C (rokitnik), stosowną ilość alkoholu, wodę żeby się nie odwodnić i mieszankę cukrów winogronowych, co utrzymuje mózg w glorii i chwale! Takem to sobie wymyśliła! A prawdziwie, to była to jedyna kwaśna nalewka (lubię) o zbyt paskudnej dla mnie mocy i zapachu (nie lubię), więc ją spacyfikowałam. No i sącząc tak szklaneczkę onego trunku, pograłam chwilę w FOE w sieci, poględziłam z jednym z graczy i zapakowawszy się do legowiska, pomyślałam, że zobaczę co tam w tivizunie się dzieje świątecznie.
I olaboga, no tak biednego świątecznego programu telewizyjnego we wszystkich kanałach cyfrowego Polsatu, to jeszczem nie widziała. Na dwóch kanałach rżnęli disco polo w pląsach świateł stadionów i scen, na pozostałych były jakieś smętne serie pseudoseriali i całorocznie od lat paru odgrzewane kotlety, ale akurat nie z tych, które mogłabym jeść. Takoż zawinęłam się w kordełkę i obudziłam się dziś w zupełnie nowym roku. Na dworze nadal piździ, ale czytam już kolejny tom sagi i nareszcie przez świąteczne zapasy jadła zaczyna przezierać lodówka, więc postęp jest. Dobrego Wam!















wtorek, 31 grudnia 2024

przedsi rok

Słucham jak szemrzą jedne z ostatnich sekund 2024, Ziemia przesuwa obłe ciało, nieuchronnie dążąc do punktu, w którym zdecydowaliśmy się zacząć. I skończyć. Już nie wrócimy do spraw zamkniętych, nie zmażemy błędów, ani nie przeżyjemy tego jeszcze raz, bo wszystko jest tylko raz i nigdy na zawsze. Nie umiemy zatrzymać, a jeśli bardzo się staramy to robić, schnie i się rozpada. A jednak jesteśmy każdą przeżytą sekundą, komórki pamiętają blask młodego słońca, węgiel i wodór przeszywają nas wspomnieniami umarłych gwiazd, a nasze serca nadal drgają na dźwięk tych szczególnych imion. Jesteśmy jednym wielkim inkluzem czasu, butelką Kleina. Jesteśmy swoim własnym albumem, w którym już nie sposób wprowadzić poprawek. Jedynie wybaczyć sobie i śmiało podnieść wzrok sięgając nie tylko wzdłuż orbity, ale hen dalej. Siedzieć okrakiem na skalistej planetce i cwałować jak na błękitnym koniu ciesząc się każdym błyskiem chrząszcza w mokrej trawie, smagnięciem polarnej zorzy, śniegową gwiazdką umierającą na ciepłych ustach. Zobaczymy się za punktem zero, który jest zbiorem wszystkich punktów, a w każdym z nich rzeczy się kończą i zaczynają. I nawet jeśli popełnicie te same błędy, zrobicie to zupełnie inaczej. Do siego roku!



niedziela, 24 listopada 2024

bij robala!

 Domostwo śpi jak delfin, zawsze czujna jedna połowa wymyśla kolejne zadania. W ten sposób broni się przed uczuciem opuszczenia. Tym razem wymyśliło, żeby adoptować pchły., bo małe i się jakoś wykarmią. W porozumieniu z domostwem, pcheł dostarczyła Jozafata, a ja zanim się zorientowałam w sytuacji, już miałam pchlą farmę. 

No to moi drodzy, od dwóch miesięcy jeżdżę na szmacie, jak całodobowa firma dezynsekcyjno-sprzątająca. Codziennie odsuwanie mebli, odkurzanie, mycie litrami octu, dezynsekcja środkami od których zamieniły mi się półkule lewa z prawą, długie godziny prania w 60 stopniach, wymrażanie obić, odpchlanie kici i tak od rana do nocy. Żyję na workach próżniowych, o kocyku nie ma co marzyć, bo wszystkie tkaniny zapakowane są szczelnie do momentu, kiedy uznam, że nie uchowała się żadna pchła. Godzinami popylam zgięta w pól lub leżę na podłodze tropiąc paproszki, topiąc je w szklance wody i sprawdzając - pchła, czy nie pchła.
Co jakiś czas, zmęczoną wstawaniem o świcie i rozpoczynaniem dnia od odkurzania, dopadała mnie chwila zwątpienia, że zostanę już z tymi złośliwymi insektami na zawsze, płakałam wtedy z bezsilności i żalu. Sytuacja wyciągnęła też na światło dzienne moje niskie instynkty i kiedy zauważyłam pchłę siedzącą jak pies na podłodze, z tym jej pchlim nosem do góry, nalałam na nią z dziką satysfakcją insektycydu wołając - giń suko! 

Niemniej idzie ku lepszemu, kicia już nie budzi się drapiąc jak wściekła, a przegląd podłóg na razie mnie zadowolił, acz do 3 miesięcy trzeba zachować pełną kontrolę. Nie macie pojęcia, jak ja mam wysprzątane domostwo! A może o to mu właśnie chodziło?

*

A wczoraj wykopałam spod śniegu marchew, pory i selery. Lepiej późno niż wcale. Bo mamy śnieg

*

Myślicie, ze dostawca kłopotów jakoś specjalnie się tym przejął?


Przeczytałam książkę Stasi Budzisz, Pokazucha. Na gruzińskich zasadach. Reporterskie spojrzenie na Gruzję od tyłu fasady. Jaka ona jest poza kolorem, muzyką i pysznym żarciem. I ja się ze Stasią zgadzam, bo mi też coś w tej Gruzji zawsze nie banglało, znacie to odczucie, kiedy w widzeniu obwodowym przemyka cień, ale nie możemy zarejestrować co to jest, bo znika kiedy zwracamy w jego kierunku głowę. To znaczy, Gruzja jest cudowna, nie zaprzeczam, ale życz w niej jest ciężko. szowinizm, nacjonalizm, nietolerancja, brutalność, to codzienność Gruzinów, więc jeśli chcielibyście też spojrzeć na to okiem Staszki, to koniecznie nabądźcie tę książkę, bo warto, zwłaszcza, ze jest dobrze napisana.