poniedziałek, 21 lutego 2011

czarna małpa

To dziwne, takie rozdwojenie pamięci. Jeszcze przed chwilą oglądałam wjeżdżającego do Hobbitonu Gandalfa, z poczuciem jakiejś ciepłej radości wewnątrz i już za chwilę obraz ten zieje dziurą o poszarpanych krawędziach. Jakby ręka olbrzyma chwyciła tkaninę i wydarła cały jej kawał. Oba obrazy są obok siebie i nie czuję, który z nich jest prawdziwy. Wielka czarna małpa wślizguje się do naszych dni, do naszych snów. Z jakiejś bezrozumnej złośliwości wyrywa co popadnie. Zostawia po sobie poszarpany krajobraz pełen dziur, w których, jeśli się leżąc na brzuchu zajrzy, widać zimny wszechświat.

Nonatki z podróży niesłużbowej - Rzym

nie mogę czytać i nie bardzo wiem, gdzie się podziać. dokończę więc chyba niedokończone. czyli


fotki

Rzym (1 i 2 lutego 2011)

Wrażenie tego miasta, to jakaś taka nieprzystawalność jego elementów, przy jednoczesnym ich współistnieniu. Ruiny wyrastają pośród dnia, jak owocniki głęboko wrośniętej w ziemię grzybni historii. Zdejmuje mnie to dreszczem, mimo drzewek załadowanych pomarańczami, słońca i ciepła. Dwa strumienie - jeden bardzo żywy, hałaśliwy, drugi powolny - martwy, zdają się splatać, za chwilę rozlewając szeroko w wieczne miasto. Flegeton i Acheront. Przychodzi mi na myśl sen o dwóch wodach właśnie i mną pośrodku nich. Rzym na Rzymie, miasto na mieście.

W Muzeum Kapitolińskim chłopiec z brązu wyjmuje ze stopy cierń i to jest jeden z najpiękniejszych momentów. Krążę wokół rzeźby, niemal dotykam jej nosem, choć czujne muzealne Erynie śledzą, spod półprzymkniętych powiek, każdy ruch zwiedzających. Obchodzę chłopca raz po raz, mam ochotę dotknąć go dłonią, położyć ją na jego plecach, dotknąć stopy. Jego ciało jest żywe, wiem to na pewno. Jest oczywiście pochłonięty wyjmowaniem tkwiącego w stopie szpikulca, ale oddycha jak każdy z nas. Jak ja. Jest większy, urodził się na gruncie wieków, w których jeszcze herosi byli herosami, a bogu można było rzucić słowo w twarz z zasłużoną konsekwencją. Oczy chłopca filtrują czas, wpatrując się jednocześnie w zamrożoną chwilę tego dziwacznego, nieprzyjemnego uczucia, jakie zna każdy, kto usuwał z ciała zadrę. Mieszankę obawy, chłodu i odwagi. Wstrzymanie oddechu.

Trzeba opuścić chłopca, czeka Meduza Gorgona Berniniego. Piękna. Niezwykła, z wężowymi włosami, pociągająca tak, że zdaje się czas tworzy wokół niej otoczkę, w której nigdy się nie zestarzejemy. Węże gryzą się wzajemnie, nie mieszczą na głowie Gorgony, są hipnotyzujące i podszyte dreszczem jakiegoś obrzydzenia do tłustości ich cielsk. Lubię węże, te, niosą w sobie piękno i atawistyczny lęk. Światło marmuru i żywą tkankę.

A wcześniej jeszcze, zawieszone w palecie ugru, Powołanie św Mateusza, Caravaggia w kościele San Luigi dei Francesi. Obrazy są trzy, ale to płótno, może ze względu na snop światła prowadzący dłoń Chrystusa, wprowadza do wnętrza jakiś dziwny niepokój

I znów ten mętlik w głowie, droga z platanami nad Tybrem i ruiny Teatru Marcellusa - strumienie czasu owijają się wokół siebie, a my wędrujemy ujęte w ich sploty. Miasto Gorgona hipnotyzuje i ogłusza. Są też rzeczy rozczulające, jak różowy balonik u sklepienia i drewniany osiołek w Panteonie, drobiazgi, które wręcz nieprzyzwoicie wybijają miasto z jego dziwacznego, rzecznego trwania.

*

popołudnie

boli mnie jaźń, kiedy muszę Lucjanowi ucinać nowe gałązki, ale jeśli tego nie robię, mój brat biolog mówi mi, że dupa ze mnie a nie hodowiec bonzajów. no to zamykam oczy i tnę.

*

za oknem zewnętrznym słońce, za wewnętrznym lepiej nie mówić. jeśli dziejba nie jest Wielką Przypadkowością, to na pierdolę, com ja uczyniła! no bo tego nie idzie ogarnąć na dłuższą metę.
za to zima jest nadal śliczna, z okna nie schodzą lodowe kwiaty, dzięcioł młóci sikorom szmalec, gdyż jest większy, silniejszy i w ogóle dzięcioł, światło wydobywa ze śniegu róże, żółcienie i błękity, a najwięcej rozbełtanego pomidorowego, a mnie kurew mać, ucho boli. tak sobie ostatnio myślę, ze zapiskowanie w jakiś sposób utrzymuje mi głowę nad powierzchnią. może nie tyle głowę, co pozwala się czasami wynurzyć - cokolwiek to oznacza.

z czytanego ostatnio, to podrzucę sobie w górę i popatrzę jak spada na dół okrawek "Dżokera", K. Brandysa:

"I gdzie się to podziało, gdzie się podziewa zapomniane? Ja, który nie pamiętam siebie, co się ze mną wtedy robi, ze mną niezapamiętanym przez siebie. Czy się rozłażę po ludziach? Ten i ów coś przecież ze mnie wziął i zapamiętał. I teraz chodzą - ten z przyschniętym kawałkiem mojego zdania, a tamten z moją twarzą w kieszeni, jak ze starym biletem do kina. I odwrotnie: ja noszę ich strzępy, ich słowa, ich odłamki obecności, o których oni zapomnieli. Ale to wszystko razem często straszy w nocy."

*
cieszy mnie ten dżoker i drażni. drażni przez bliskość formuły czucia.

emotywacja

Emotikony. Znaki graficzne ogólnie rozpoznawane, są, oprócz podpierania komunikacji formułą piktogramu, niezłą protezą emocji. np dziś na nielotce, mogę się, choćby dla przykładu, radośnie uśmiechnąć

o prosz
:D

sobota, 19 lutego 2011

zabawne

zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne
zabawne

znów nas napada

zasp kolejny mamy pojaw i dosypuje nadal, a w domu mem, w skrzyneczku małem, są sobie pieczarki, którem nieco niewyraźnie zdjęła



w przypływie ułańskiej fantazji z poetessą Retessą, dokonałyśmy (za pośrednictwem poetessoretessowego konta allegro) zakupu skrzynek pełnych grzybni.
uprawa poprzedzona była wojną kurierską i obwarowana przepisami hodowczanymi, których formuła tajna i pokrętna, dobitnie uświadamiała nas, że "nic z tego, ćwoki, nie będzie", pomimo zachęcającego hasła, iże to" łatwe i przyjemne i tylko przy użyciu wody'.
a jednak nasi górą i choć jeszcze nieśmiało, już awangarda mykologii, uchyla kapelusza nad powierzchnię.
dwóch zaś ochotników skonsumowanych dzisiaj zostało przez niżej podpisaną, pozostającą w towarzystwie matki czcigodnej i kota Mirosława, nie dowierzającego plotkom, iże grzyb Felisu zyadalny nie yest.

drzewko pomarańczowe

od dzieciństwa. pierwsze, kiedy jeszcze smak pomarańczy był świętością Bożego Narodzenia i zagranicznym zapachem Ciotki z Ameryki, wyhodowałam z pestki posadzonej w ogromnym asparagusie. zarówno asparagus, jak i moje wyrosłe z tej pestki drzewko są ze mną do dziś. asparagus panoszy się w gościnnym, drzewko stoi w mojej klasie. zapach pomarańczowego kwiatu znalazłam w perfumach, kolor i smak owocu, stanowią nieodłączny składnik mojego dnia. możliwe, że to z powodu pomarańczy poznałam Sonię, nosicielkę ducha Teresy.
kiedy widzę drzewka pomarańczowe w ogrodach Pallatinum, przenoszę się w świat, do którego, ani powietrze obecnego wieku, ani żadna z żyjacych osób, nie ma dostępu. znikają turyści, znika Anieta, z którą tu jestem; wchodzę w odczucie z topograficznej, starożytnej mapy ogrodu wymalowanej na ścianie grobowca Egipcjanina Nebumana.. poczucie tej mapy, światło słoneczne wielkiego Rzymu, szelesty tóg, przyciszone rozmowy w języku, którego nie znam, a rozumiem.



Rzym 1.02.11