wtorek, 2 sierpnia 2016

A niech to tunder świśnie! - Finlandia, M.Barentsa 1

02.07.16 (sobota)

Wawa, wyjazd 10.00. Pakowanie, ukradkowe spojrzenia na towarzyszy podróży. Heej, Asia! podchodzi do mnie energiczna dziewucha z mężem, okazuje się, że znamy się z wyjazdu do Norwegii. Małgosia i Zbyszek będą naszymi świetnymi kompanami przez te dwa tygodnie  I jeszcze jedna znajoma para - Marzena i Janusz. I jeszcze Pani Jadzia z Islandii.


Jedziemy, jedziemy, jedziemy, deszczowo, coraz później, Ryga - spać!



*

03.07.16 (niedziela)

Po drodze stacja ornitologiczna ze ścieżką dydaktyczną



i mieczykami


Wieczorem przybywamy do Tallina. Dość kaskaderskie, ale zwycięskie lawirowanie wielkiego autokaru w uliczątkach osiedlowych, by dotrzeć pod hotel, a później w miasto.



















Górne Miasto (Toompea), a właściwie podobno kurhan Kaleva, któremu w ten sposób oddała hołd żona, to fantastyczne miejsce, w którym pomimo turyzmu, czuje się średniowiecznego ducha. Jasna, wapienna(?) cegła, solidne mury, wąskie uliczki, sobór i zamek.
















Z tarasów widokowych urokliwa panorama na dachy dolnego miasta.

 

 

 

i ogródki knajpiane z łakomymi mewami czającymi się wszędzie
















Nieśpieszny, wakacyjny rytm, turyzm głównie japoński, ale nieprzesadnie, nie denerwuje, jeszcze nie dotarła tu główna fala. W zaułkach moje ukochane kamienice-odrapańce,

 
 



a nad wszystkim mewy pilnujące piskląt podlotków. Jedna czujna mewia matka usiłuje dać łupnia mojemu bratu.

 

 



Łazimy sobie bez nastawiania się na konkretne widoki, ot tak, żeby poczuć miejsce.

 

 

 

 

 

Zachwyca ilość zieleni, takich prawdziwych drzew, nie obciętych kulek na patyku.








Dolne Miasto z większym już gwarem, bo ten ściągają na siebie rozliczne knajpki, knajpeczki straganiki.

 

 

 

 
 



 stara apteka, niezmiennie od 1422r.




My zasiadamy w tej najbardziej rozbuchanej - Old Hanza, która jest knajpianym molochem starego Tallina, ale huk tam, trza się rozpatrzeć w turyźmie - świecowo, gliniasto, po podróży przyjemnie.

 


a później szwendamy się









































no i roboty, nie może być wakacji bez maszyn!




Ps: należy kupić rzeźbę, bursztynowy żaglowiec, uliczkę glinianych domków i to wszystko oświetlić bursztynową lampą



i buty















*

04.07.16 (poniedziałek)

Prom do Helsinek, pogoda złowieszcza i chyba to ona wpływa na moje pierwsze odczucie stolicy Finlandii.















Jakieś takieś mi się te Helsinki wydają mało gustowneś, nieprzyjazne, jakieś takieś klockoweś, industrialneś. Może to przez kontrast z tallińską starówką, może przez przywiązanie do starej architektury, a może to po prostu pochmurne niebo. Najpierw Uspieński Sobór,


 


później szwędanie się wśród stoisk Kaupatori (Targu Rybnego zmienionego na stoiska pamiątkarsko-artystyczne),

 
 

mijamy fontannę Manty (Havis Amanda),  Kappeli (kawiarnię w Helsinkach najznańszą, wędrujemy Espą (Esplande) - parkowym klinem wbijającym się w ulice,

 


a później Dworzec Główny - miejsce pełne powietrza i zapewne światła w słoneczne dni. Interesujący, ale nie urzeka mojej pożądającej odrapanego tynku duszy.

 

 

 

 

Nie łagodzą deszczowego odczucia drzewa ubrane w muchomorkowe pończochy,



ani stada bernikli  pasących się ze swoimi gęsiętami na trawnikach,

 


 no może zakupy na Kaupatori trochę łagodzą. Piękna rzeczą, którą tego dnia widzę, jest stary budynek targowy z uroczymi stoiskami, jak z domku dla lalek (trochę kojarzy mi się ze Stambułem).

 

 i polskie stoisko

 



Kojąca w tym mieście jest parkowa przestrzeń Hesperia, nagła cisza pośród zgiełku i ujmuje mnie plac zabaw - miniparczek linowy, gdzie dzieciaki hasają do woli jak za czasów mojego dzieciństwa- głową w dół, rozwieszone miedzy żerdkami, huśtając się na oponach, wspinając, bez straszenia upadkiem.

 

 
 

 
 


W Księgarni pięknie wydane książki, albumy z malarstwem ech... No i  Stockmann -jeden z największych i najsłynniejszych domów handlowych północnej Europy


 


Robimy plany na powrót - będzie Muzeum Historii Naturalnej,

 


a tymczasem wszędzie maszyny budowlane w przestrzeni miejskiej, a ja lubię wielkie maszyny budowlane .

 

 

 


Wreszcie zmęczeni gwarzymy na nadbrzeżu z napływającymi uczestnikami wycieczki. Nareszcie pojawia się trochę burzowego, niskiego światła. Uf!






Wieczorem nocleg w Heinola, zbieranie kurek na campingu i kurkowa jajocznica. Dalej już będzie dzikość.

papierówki kontra krwawy wschód słońca

Pomimo, że życie w sielalalance jest kosztowne (i nie rzecz w samych pieniądzach, ale też dbaniu, staraniu, podwiązywaniu, związywaniu, zbijaniu, przykręcaniu, wymienianiu, podstawianiu, malowaniu, plewieniu, nurzaniu się w odmętach rozpaczy, wydzwanianiu, tarzaniu się w błocie i pajęczynach i takich tam), są momenty, kiedy puszczasz wszystko w niepamięć, kiedy idziesz boso po rosie pod wielką starą papierówkę, pałaszujesz świeże jabłko z towarzyszeniem orkiestry srok kłócących się o kurze żarło,  żurawi i śniadających na podwórzu bocianów, a później siadasz na huśtawce pod wznoszącym się nad mgłę słońcem, pod słońcem tę mgłę rozświetlającym, rozpraszającym, słońcem łaskoczącym mokre stopy i nad herbatą, skrzypiąc rytmicznie huśtawką, czytasz sobie rys historii wampiryzmu europejskiego*, ech...

*W Górach Przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów, Bartłomiej Grzegorz Sala - barzo przyjemna lektura. akurat taka, kiedy się nie ma ciągłości czytania zapewnionej. raczej wyjście do szukania o. zwięźle spisane, którą to zwięzłość i jasność sobie cenię, a przy okazji prosty jasny język. 28 wampirów europejskich z krótkim szkicem historycznym czasów ich pojawu i dodatkami w postaci zwięzłej prezentacji zabytków architektury i literatury.

środa, 27 lipca 2016

trzymaj windę za zębami

W dzisiejszym śniku mocno już spóźniona, galopowałam na zajęcia (jakieś licealne moje) do sali nr 003. Dwoje drzwi obok siebie informowało mnie, że jest 002 i 004, pytałam więc ludzi, gdzie jest 003 i wyszło, że na drugim piętrze, a dostać się tam mogę windą. Winda znajdowała się w  kuchni u wujostwa, a dokładnie pod ich kuchennym stołem. Weszłam więc pod ów stół, nacisnęłam guzik i zorientowałam się, że przecież ta winda nie jest niczym chroniona z zewnątrz, więc na pewno wypadnę. Jako, że szybkość była zawrotna, a droga na drugie piętro długa, z całych sił chwyciłam się metalowego pręta rozciągniętego wzdłuż yyy kabiny(?), tylko dlaczego u licha trzymałam się go zębami?

wtorek, 26 lipca 2016

Lactobacillus

Miotam się między słodkim nieróbstwem, a wyrzutem obowiązku do sumienia, więc to skubnę pół grządki z zielska, to zalegnę z książczyną i zimnym piwkiem dając się rozpieszczać zapachom traw, gonitwom różnistych cieni i półcieni. Ogólnie wygrywa nieróbstwo, ale cóż poradzić, kiedy lato takie bose. 
Cwany obowiązek znalazł sobie wszakże stronnika w osobie mojej mamy, która ze zbolałą miną przyjmuje odmownie załatwione przeze mnie petycje na temat a to tego, a to śmego, a to owego. Fi tam, świat nie rumie z powodu nieprzeniesionego kompostownika.
Czytam sobie teraz Kapuścińskiego, którego skutecznie i z argumentem botakowym, do tej pory omijałam. Podróże z Herodotem czytam i z niejakim zdumieniem odkrywam paralele myśli i pytań moich, do myśli i pytań Kapuścińskiego dotykających sprawy herodotowej. Z przyjemnością więc czytuję sobie na nowo do kompletu fragmenty Dziejów i okraszam to nieco Legendami Krzyżackimi (Anna Koprowska-Głowacka), które nabyłam w napadzie na książkarnię w naszym mieście powiatowym i przy okazji  otrzymałam delikatną połajankę okraszoną nutą tęsknoty, że dawnopaniniebyło. Miło jest, że ludzie obcy przywykają i rejestrują brak.
Ale nie o tym, chciałam o tym, że plewiąc dziś zielnik rozmyślałam po raz n-ty nad wierszem pana Brzechwy - Psie smutki (bo zwykle przy robocie wiersze mi się w głowie recytują najróżniejsze) . 
Że nadal zdejmuje mnie ten wiersz bezbrzeżnym smutkiem, na najprostszym poziomie, bo mi smutno w imieniu bohatera lirycznego, dalej w imieniu psiech ogólnie wobec przejawów niesprawiedliwości świata tego, a dalej to jest mi smutno, bo ten wiersz dla mnie jest nie o psich smutkach, tylko o drapaniu wewnętrznym, z jego niezależnymi i zależnymi od nas zmiennymi, wściekaniu się na inność,  opadanie z sił w dążeniach, odczucie niesprawiedliwości, bunt przeciwko zniewoleniu. I trochę jest we mnie ironicznego uśmiechu, a trochę ludzkiego westchnienia, jak myślę ón wierszyk.
I wcale nie pociesza mnie pointa, wręcz przeciwnie, zalanie smutku mlekiem ucisza, ale nie likwiduje problemu. Taki kurna obrazek ludziejstwa również, że wystarczy "pieskowi dać mleczko...". Takie też na dziś

Psie smutki
(J.Brzechwa)

Na brzegu błękitnej rzeczki
Mieszkają małe smuteczki.
Ten pierwszy jest z tego powodu,
Że nie wolno wchodzić do ogrodu,
Drugi - że woda nie chce być sucha,
Trzeci - że mucha wleciała do ucha,
A jeszcze, że kot musi drapać,
Że kura nie daje się złapać,
Że nie można gryźć w nogę sąsiada
I że z nieba kiełbasa nie spada,
A ostatni smuteczek jest o to,
Że człowiek jedzie, a piesek musi biec piechotą.
Lecz wystarczy pieskowi dać mleczko
I już nie ma smuteczków nad rzeczką.

Ps: Ale i tak najbardziej jest mi smutno w imieniu bohatera lirycznego