sobota, 31 stycznia 2026

Od zajebistości dzieli nas 8 cm

 Kiedy byłam dzieciakiem dostałam od siostry łyżwy. Nie, nie były nowe, wtedy niełatwo było kupić,  nawet jeśli się miało pieniądze. Nie mieliśmy. No więc po siostrze dostałam te łyżwy rozmiar 37, do wypełnienia którego potrzebowałam aż dwóch par grubych wełnianych skarpet. Jakaż ja z tych łyżew byłam dumna, białe znoszone figurówki stały się pantofelkami Kopciuszka. Gdzie tam brzydkim kozakom do subtelnej linii łyżew! A jeszcze umieszczona w nich moja niskopienność otrzymywała jakieś 8cm wspaniałości. Istna modelka!  Zawody łyżwiarstwa figurowego oglądane w telewizorze nagle przeniosły się do realu. Nie byłam jakoś specjalnie biegła jeździe, ale w swojej wyobraźni byłam mistrzynią biorącą same pierwsze miejsca na wszystkich prestiżowych zawodach i zimowych olimpiadach. Pod zmierzchającym niebem kręciłam na pobliskim bagienku piruety wyobrażając sobie, że skaczę te wszystkie axle i tulupy, jechałam na chwiejącej się pajęczo jednej nodze w tych za dużych łyżwach wzbudzając dziki aplauz publiczności licznie zgromadzonej na brzegach. Trzcina poruszana wiatrem dawała odpowiedni efekt.  W chwilach, kiedy zawody na bagienku się nie odbywały, spotykałam się z kumplami na stawku, żeby wygiętymi kijami i kamieniem grać w hokeja albo ganiać się w labiryntach powstałych w wyniku odpowiedniego odśnieżenia tafli. Te łyżwy to był mój skarb, a właściwie nadal jest, bo nadal je mam. Ostatni raz jeździłam na nich z pięć lat temu, a tak naprawdę to dziś po południu. Wyciągnęłam je  z szafki z drżącym sercem, czy ja w ogóle jeszcze pamiętam, jak się jeździ. Pamiętałam, ale po przebyciu jakichś stu metrów zarejestrowałam obecność przedziwnych mięśni, których, przyrzekam, jeszcze rano tam nie było. Co prawda nadal czułam się w nich piękna i elegancka, przede wszystkim wysoka, powróciły wszystkie fantazje dzieciństwa, o wzroście i figurze modelki, o łabędziej linii , klasie i szyku.  Tylko że gdzieżby tam piruety, żadne tam  na jednej nodze, w trakcie jazdy moje kostki spojrzały na mnie z dołu tak jakoś smutno, że przecież musimy jeszcze wrócić, a 15 stopni to nie jest dobra temperatura, żeby wracać boso. 



Tu pozuję dla was w ogrodzie w stroju fińskiego spawacza. 


*

a niedawno ćwiczyłam w ramach tych moich aplikacyjnych brewerii coś, co się nazywa Rutyną Dumnej Postawy, no ja nie wiem...


*

A tu nasz dziącioł. Dziadygi całe lato próbowały wykuć dziuplę w ścianie domu tuż pod moim oknem





Znowu zaczęły się dni obłędne jak żyleta, z niebem electric blue i kilkoma pasącymi się barankami. A Bryły śnieżne powleczone lodem skrzą aż boli.


więc kilka marnych jakościowo bo kartoflem zrobionych zdjęć z wczorajszego obłędnego popołudnia. 





wtorek, 27 stycznia 2026

Nie mglej mi tu!

 Skończyła się błękitno-skrzysta pogoda, światło przyszarzało, śnieg oklapł, pokrył się lodowym szkiełkiem, ale za to, jakby na pociechę, pojawiły się koronkowe poranki, mgliste światło nocy, ach, czego tu nie kochać?

Doprawdy pławię się w nieróbstwie bardziej jeszcze, z powodu bolących stawów, do których sama przed sobą nie chcę się przyznać, że oto parafrazując słowa socjalistycznego szlagieru z cudownego filmu Przygoda na MariensztacieTo idzie starość, starość, starość i rzęzi..., no cóż, trudno się z tym nie zgodzić i trudniej pogodzić jeszcze.

Zbieżność chyba przypadkowa, a może nie, bo słowo koronkowy przyszło mi dziś rano, a chciałam o książce napisać, Wojciecha Koronkiewicza, Z Matką Boską na rowerze.


"W kościele narewskim obraz pojawił się w 1630r. z okazji budowy nowego ołtarza głównego. Jego przybycie do Narwi było wyrazem przeciwstawiania się reformacji, która w drugiej połowie XVI w. dotarła na Podlasie. Aż do dnia dzisiejszego Pani Narewska, czczona jest w tajemnicy Matki Boskiej Szkaplerznej, cieszy się wielką czcią wiernych".
Czczona w tajemnicy? Jak to rozumieć?
(Czczona w Tajemnicy z książki Wojciecha Koronkiewicza Z Matką Boską na rowerze)

Autor nie daje odpowiedzi, jego książka to zbiór opowiastek o rowerowych wycieczkach do podlaskich  świętych wizerunków, a właściwie do ducha miejsc. Wojciech Koronkiewicz zagląda (w przenośni) za święte obrazy i w głąb cudownych studni, stara się przeniknąć mgłę czasu, nawet tylko po to, by cieszyć się samą baśnią, a kto wie, może i prawdą? Bo jak to w naszych warmijskich baśniach mówiono - to je richticzno praudo, nie bojka. Warto się z nim w tę podróż wybrać. 
Autor mówi do nas językiem prostym, ale przecież nie prostackim, to język osoby wykształconej polonistycznie, ale swojsko szczerej, bez zadęcia, bez trąb i pouczeń. Opowiastki noszą znamiona rozmowy, którą mógłby przecież, akurat z nami, prowadzić. Mam na półce inne jeszcze tytuły Koronkiewicza, więc na pewno z czasem się pojawią. Chyba, ze mi palce zwisną, bo pierwszy już wszak zaczął. 

I jeszcze cytat cudownej, błyskotliwej myśli autora: "(...)  Patrzyłem. Ludzie odchodzili potulnie od okienka. Odszedłem i ja. Nikt się nie awanturował. Może tak ma być? Może w urzędzie człowiek musi czuć strach i szacunek? Jak w kościele. Stawać wobec spraw wielkich i niezrozumiałych. Więc dlatego wszyscy są cicho. Dlatego przyjmują wyroki bez szemrania. Przepisy i paragrafy. Taki urząd wie przecież wszystko.
I może się zemścić"
(W.Koronkiewicz, Krynki, z książki Z Matką Boską na rowerze)

I tu moje nieodparte skojarzenie wędruje od razu do komiksu Vaclav Drakulicz jedzie do urzędu, o którym pisałam wcześniej.

*

Spędzam te ferie naprawdę leniwie, najfantastyczniejszą częścią tego czasu jest stałe uświadamianie sobie - nie musisz. Odruch nadal działa, już zrywam się, bo trzeba sprzątać/jechać/obejrzeć/przeczytać/iść na spacer/odwiedzić/sporządzić/zajrzeć i za każdym razem wtedy mówię sobie - usiądź, naprawdę nie musisz, zrób to jeśli chcesz, ale tylko wtedy. Całe dwa tygodnie degrengolady, juhu!

*

Obejrzałam pierwszy raz w całości Dźwięki Muzyki, lubię stare filmy, ale chyba za często widziałam urywki i jakoś mnie znużył, choć przecież cenię sobie cukierkowość starych filmowych historii, może to dlatego.

No i od wczorej powróciłam sobie do Harry'ego Pottera, miałam chęć zanurzyć się w jakimś dobrym czarodziejskim świecie i po przeglądzie i kręceniu nosem w platformach streamingowych, pomyślałam sobie - pierwsza część! No, a jak obejrzałam pierwszą, wiadomo, nałóg działa.

*

Od czasu do czasu porządkuję jakąś szafkę i wyszperałam kartkę do gry w kalambury, inicjowaną zawsze przez małą (już teraz niemałą) Polcię, rozbawiły i rozrzewniły mnie nazwy drużyn.



poniedziałek, 26 stycznia 2026

Step by step 2

 17 lipca (czwartek) - Ałmaty

Czekujemy się w hostelu skrytym w osiedlu bloków, szybkie spojrzenie na siebie z Justą i wiadomo, lecimy na zimne piwo i jakieś do niego żarło (w tej kolejności). Znajdujemy knajpę, do której będziemy wracały za każdym razem w Ałmacie, blisko naszego noclegu, z pysznym jedzeniem i sympatyczną obsługą. Shipudim, tak się nazywa, na wypadek, gdybyście kiedyś przyturlali się głodni  do Ałmaty.  To miasto czuję bardzo przyjemnie, jest jakieś takie pogodne, nieśpieszne, przyjazne swoją zielenią i ludźmi, wszędzie spotykamy się z dowodami życzliwości, ciekawości i takie mam odczucie, jak w Kirgistanie, że tutaj jeszcze jesteśmy gośćmi, nie dojnymi krowami. Po repasie ruszamy metrem na zwiad. 

W dającym leczniczy cień Parku Panfiłowa  Sobór Wstąpienia Pańskiego, podobno to najwyższa drewniana cerkiew, ale gdzie najwyższa, trzepnijcie mnie, nie pamiętam, w Azji może? W świecie? Cerkiew jest piernikowa,  polukrowana i nie chcą nas do niej wpuścić - siejczias turisty niet. Trochę szemra nasza gromadka, ja oddalam się, pobożnie okrywam głowę chustą i przyjmując najbardziej uduchowiony wyraz twarzy staję w przedsionku i żegnam się wedle zwyczaju prawosławnego, - z prawej na lewo, trzy razy, pokornie chylę głowę, uśmiecham nieśmiało, a cerber w wejściu uśmiecha się i ani mrugnie okiem - wchodzę, trudno srogi Bóg może wybaczy to bezczelne łgarstwo, które przecież jest tylko zewnętrzne, w głębi jest we mnie prawdziwa nabożność dla duchowości ludzi, zapachu woskowych świec i kadzideł, piękna sztuki. 

Ruszamy do monumentalnego Memorial of Glory, pomnika, a właściwie kompleksu pomnikowego postawionego na chwałę zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Socrealizm i monumentalność przygniata, ale i wciąga. Jest to jedno z  tych wrażeń we mnie, kiedy coś, mimo braku konkretnych argumentów, pociąga mnie. Może topornie ciosane olbrzymy zawisające nad kruchą mną, może majestat surowca, a może wszystko razem, z wiecznym zniczem płonącym na środku alei. 







Kolejką ruszamy na Kok Tobe - najwyższy szczyt Ałmaty, na którym miasto zorganizowało wielki festyn mydła i powidła, a więc turyści, miejscowi, spacerowicze, knajpy, knajpeczki, lunaparki, kino plenerowe, park i Diabelskie Koło, na które się pakujemy z dziewczynami, bo Hania kolekcjonuje przejażdżki (kocha diabelskie młyny). Więc z tego koła oglądamy panoramę gór i miasta, powoli zapada zmierzch, widok spowijają śliwkowo-różowe pasma, słoneczna mandarynka turla się za horyzont. Tu wysiada mi bateria w aparatku.





Do pomnika Beatlesów w parku docieramy już o zmroku, robimy sobie obowiązkową fotkę i lecimy na piwko w zawieszonej na zboczu restauracji. A później powrót kolejką. Siadamy na placu pod Pałacem Republiki, oddychamy ciepłym nocnym powietrzem, słuchamy ludzi. 


[ Tu będą zdjęcia, kiedy je dostanę ]


Na placu tłumek, młody człowiek przygotował romantyczne oświadczyny swojej dziewczynie, jest złota ramka z balonami, są przyjaciele, szampan, kwiaty, wiwaty... W pewnym momencie ona opuszcza gromadkę i tnie sprintem przez plac. Za nią w pogoń rzuca się niedoszły (?) narzeczony. Siedzą daleko, pod krzewami żywo o czymś dyskutują, ich przyjaciele mają na twarzach konsternację, powoli zaczynają się rozchodzić. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyła się ta historia, wracamy, bo jutro góry.

*

18 lipca (piątek)  Ałtyn Emel

Ha! Rano niespodzianka, przesiadamy się z busa i lokalnych środków w luksusowo wygodne dżipy. Hanka ciągnie nas za rękaw i tym samym obejmujemy we władanie największego. No kto jest królem, no kto? Trzy terenówki pod wodzą Kuny (to nasz), Jurija i Ajdyna wiozą nas do gesthausu, który znajduje się w wioseczce z cudowną lodowato zimną rzeczką, która będzie w tych upałach naszym wielkim przyjacielem. Zostawiamy bety i jedziemy w góry. 






Na początek miejsce, w którym odpoczywał Czyngis-chan, zapewne jedno z setek wskazywanych turystom, ale co tam, przecież mógł i tu! Pustynnie, piaskowo, sucho. W trasie naszą swobodą i entuzjazmem oraz znajomością popularnych rosyjskich oraz kirgiskich utworów rozluźniamy naszego kierowcę i zadzierzgamy kumplostwo, co przyczyni się w przyszłości do powiększenia puli atrakcji o ważne i piękne, ale o tym później.



Lądujemy u stóp śpiewającej wydmy, zanim jeszcze się na nią wdrapiemy, odwiedzamy źródło Czkoana Ualikhanova  nazwane na cześć kazachskiego  badacza i odkrywcy. Źródło skryte jest w małym jarze wypełnionym roślinnością, ale jego woda ku naszemu smutkowi nie wypełnia zbudowanej niecki. O jej obecności pod ziemią świadczą tylko zielone, choć wypłowiałe liście tamaryszków i innych krzaczorów. Niektóre z drzew już tej wody nie sięgają.





Jest wściekły żar i gryzie jak pies, a my wspinamy się na wydmę, kawałek pustyni w górskim stepie. Wiatr kręcący w kotle młynka kruszy skałę i porzuca ją na środku tworząc klasyczny barchan. Żeby zaś jej nie zmarnować, wygrywa na ziarenkach swoje wietrzne melodie - od wysokiego piskliwego tonu, po basowe buczenie. Vibramowe podeszwy moich trekkingowych, wysłużonych butów palą ogniem, a ich producenci  idą prosto do piekła, a może czas już zmienić buty? 






Zalewając się potem stawiam stopy w cieniutkiej warstewce cienia tuż pod grzywką barchanu. Mozolnie pełznę po grzbiecie śpiewaczki. Na górze sympatyczne międzynarodowe towarzystwo- Czech Daniel, Anglik, Austriak i Bułgarka, siadamy i gawędzimy z nimi. Przy okazji nagrywamy międzynarodowe życzenia dla syna Hani, który akurat tego dnia ma urodziny, sympatyczny prezent. Byczymy się na tej wydmie, tymczasem cienie się wydłużają i czas wracać. 



W tumanach kurzu i nostalgicznym wieczornym świetle wracamy do domu. A ponieważ nasze przełamanie lodów z Kuną (naszym kierowcą) już za nami, dzięki temu urządzamy imprezę ze śpiewem, morzem alkoholu i cudowną, a wręcz zbawczą kąpielą w lodowatej górskiej rzeczce. Podczas imprezy ostatnie kruche ściany pękają i już od tej pory jesteśmy z naszymi kazachskimi chłopakami kamraty.





niedziela, 25 stycznia 2026

Step by step 1

 13 lipca 2025  (niedziela)

Wylatujemy z Szopinuszki, a na przesiadce w Stambule trwonimy czas ganiając się z pilotem naszej grupy. Serio, trochę to było zabawne, ale że przez 10 godzin prawie?

*

14 lipca (poniedziałek) - Astana, 

Hotel G-Imperior o nazwie szumnej i dumnej jak samo petromiasto świecące w słońcu jak, no tam, jak kto woli i w tym wrzącym słońcem powietrzu, przyrzekam, widać bąbelki! jakieś jeściu, później spacer główną promenadą aż do astańskiej kuli wznoszącej się na wysokościach, 


Miasto wyraźnie zbudowane dla glorii i pokazu, złoto, biele, błękity. Ostentacja fontann w tym suchym krajobrazie, drapacze chmur i tylko turyści. To lewobrzeżna Astana, która zaprosiła architektoniczne sławy światowe. (Na prawym brzegu Astana postsowiecka) Kwiatowe dywany we wzory inspirowane sztuką ludową, hektolitry wody aby podtrzymać świeżość barw. 
Dwie złote wieże strzegą Pałacu Prezydenckiego Ak Orda (biały zamek), wokół ogrody, a w pobliżu rzeka Ishim








Wieża widokowa Bajterek, którą naszkicował na serwetce(ponoć) sam Nazarbajew (prezydent Kazachstanu)






widok z wieży na Astanę



Centrum handlowe skrzy się w promieniach zachodu


Meczet wzniesiony na koszt Kataru czysty, wypolerowany pod linijkę, wewnątrz młoda para na fotosesji, stroje świeckie, (Kazachstan mimo dominującego Islamu, jest państwem świeckim) ale  mąż zasłania zazdrośnie młodą żonę przed oczami nas, intruzów.



Architektura wysmakowana, znać ręce mistrzowskie, a jednak tak daleka od ludzkiego ducha Kazachstanu, oddzielająca się od nich marmurową ścianą, kryształowym szkłem.




a później postanawiamy się powłóczyć wieczorem, obejrzeć iluminacje i zobaczyć, czy pojawią się mieszkańcy. Bo w tej wypasionej, pokazowej części Astany uświadczysz ich niewielu. Nocą taksę zamawia nam uczynny chłopiec, który akurat tego dnia kończy lat osiemnaście, zatem składamy mu życzenia. Ach, zapomniałam, my, to czasem Justyna i ja, a czasem kilka osób. 









*

15 lipca (wtorek) Park Korgalzhyn

No to jedziemy, podskakując na wybojach drogi przez step, tniemy płaszczyznę aż do pełnego przepięknych jezior parku narodowego Korgalzhyn.


Trzeba przywyknąć, że w Kazachstanie, kiedy na mapie coś jest obok, oznacza to w cholerę terenu do pokonania, a i sama mapa zajmuje pół łóżka i ma dwie strony. 

W rezerwacie flamingi, żurawie stepowe i co sprawia mi najwięcej uciechy - suhaki! 

Tak mało czasu, a chciałoby się przez tę trawiastą płaskość iść i iść, w tym ostrym słońcu. 


Ale trzeba wracać

W powrotnej drodze wyszukujemy małą rodzinną knajpkę w skleconej wydawałoby się naprędce wioseczce i zjadamy tam pyszne żarło wyciągając swoje skurzone osoby na tapczanach, gawędząc z miejscowymi dzieciakami. O 3 w nocy gnamy na pociąg, który ma nas zabrać do Karagandy



*

16 lipca (środa) Karaganda, karłag Dolinka

Jako, że jedziemy tzw obszczim (czyli każdy śpi na głowie kogoś innego), jest wściekle gorąco i megaciasno, ale nie aż tak źle, jak to pamiętam z powrotu z Syberii przez Moskwę i Katyń. W Karagandzie ładujemy plecaki do przechowalni i ruszamy autobusem lokalnym do Dolinki, a później pieszo do karłagu, jednego z największych stalinowskich obozów pracy przymusowej. 

Krajobraz górniczy, zdewastowany, sprawia wrażenie opuszczonego, dźgany ostrymi drutami słońca, nagrzewający się jak patelnia, ten upał nie opuści nas niemal przez cały pobyt. 

W oczekiwaniu na wejście rozmawiamy z chłopcem, który jest z pochodzenia Polakiem, bardzo dobrze mówi po polsku, opowiada o losach rodziny, o codzienności Polaków w Kazachstanie. Nie, nie mówi źle, raczej o tym, że wszyscy borykaja się z trudnościami, często wyjeżdżają do pracy za granicę, ale też że są zadowoleni z prezydenta, ot takie codzienne sprawki. Muzeum karłagu prześwietne, doskonale zrobione, bardzo poruszające. Co prawda na początku nie mamy przewodnika, bo trzeba było go chyba wcześniej jakoś bukować, czy sama nie wiem, co tam wyszło, ale od czego jest szczęście ofermy? Dostrzega nas starsza pani, więc rozpoczynamy z nią rozmowę, w którą chętnie wchodzi i zaczyna nas oprowadzać, wspaniale to robi i widać, ze bardzo cieszy się naszym zainteresowaniem, pytaniami (później okazuje się, że to dyrektor tego muzeum). 



Spędzamy w tym muzeum pół dnia, a później wracamy do Karagandy, zwiedzamy kościół polskiej parafii,  później pod teatrem zasiadamy coś zjeść i odpocząć w ulicznej knajpce, a nocą przez park idziemy na dworzec, żeby ruszyć dalej. 

W parku trafiamy na festyn. Teren jest wielki, pełen straganów, śmiejących się dzieci, zakątków z placami zabaw, wesołym miasteczkiem, mydłem i powidłem. Hałaśliwy, żywy po zmroku, kiedy słońce nareszcie daje odpust zupełny.


Na dworcu ucinamy sobie  z Justyną mały flircik z górnikami wracającymi z Karagandy do Tarazu, umawiamy się na spotkanie w Ałmaty oczywiście wszystko to jest na niby, przecież nikt nikomu nie daje żadnego namiaru ani numeru, taka zabawa i sporo informacji o ich codziennym, ciężkim życiu. Żegnamy się tekstem "zdzwonimy się" i ruszamy pociągiem w dal. Uf, tym razem kupiejny (czyli kuszetka przedziałowa)


l
* Chciałabym wytłumaczyć się, że zapiski z Dziennika Podróżnego nie mają zadania zachęcać, czy przedstawiać historii i geografii miejsc, bo od tego są przewodniki, czy strony internetowe. Moje Dzienniki Podróżne, to notatki mentalne, często dokumentujące rzeczy nieoczywiste, spostrzeżenia, myśli, a czasami tylko wrażenia. Podobnie z podparciem ich zdjęciami, bardzo często nie chce mi się wyciągać aparatu, wolę patrzeć, czasami nie fotografuję "obiektów turystycznych", a  przykuwa moją uwagę dziwna rura. Z niektórych miejsc nie mam zdjęć, bo robiłam co innego,  ale te, których potrzebuję na pewno kiedyś tam uzupełnię, jak tylko trafi w moje ręce pendrak z materiałem towarzyszy. Pendrak już jest, tylko muszę go przywołać z Gdańska