poniedziałek, 12 stycznia 2026
niedziela, 11 stycznia 2026
Przekop ścieżkę do sąsiada
Dziś na cmentarz wzięłam łopatę, ale roweru nie, więc wróciłam. Tak sobie przy tym odśnieżaniu ścieżek dumałam nad osuwaniem się socjalności. Ludzie przychodzą odśnieżać pomniki, czasami z łopatą, czasami bez, odgarniają śnieg dookoła i nikomu go głowy nie wpadnie, że skoro się już z tą łopatą jest, to można zrobić ścieżkę do dwóch sąsiednich grobów, przecież tu wszyscy znajomi. Ja od wizytujących grób okoliczny, kiedy spojrzeli, że odśnieżyłam im dostęp, usłyszałam - ruch to zdrowie!. To taka nowa forma słowa dziękuję - zamiast niego maksyma na temat szeroko rozumianej rzeczywistości. Nie, żebym tego dziękuja potrzebowała, tylko pomyślałam sobie, że to może być objaw pączkowania baniek - moje - cudze. A gdyby każdy odśnieżył kawałek ścieżki do sąsiada, to mielibyśmy ścieżki na całym cmentarzu, nie? Rzecz odnosi się nie tylko do tego tematu, to zjawisko ogólniejsze np jeśli bierzesz talerzyk, podaj również sąsiadowi, jeśli ścierasz swoją ławkę po malowaniu farbami, możesz zetrzeć też ławkę kolegi, który jeszcze myje pędzle w łazience. Ścieżki można odśnieżać wszędzie wokół siebie, ale chyba coraz rzadziej przychodzi nam to do głowy.
Rzeczywistość dziś wyjątkowo się wdzięczyła, niebieskie niebo zorganizowane w połacie szaro-perłowych i błękitnawych chmur, megafon słońca i drgające na śniegu odpryski światła. Na szreni świeży puch po nocnych manewrach, rozpaczliwe ślady łapek dążące szlakiem poszukiwaczy jadła, sjeny bagiennych trzcin, pitpilenie głodnego ptactwa w oddali, gdzieś na granicy słyszalności. Pomedytowałam na szczycie Górki Życzeń, sprawdziłam jak się spisują nowe śniegowce, pooddychałam zimą.
Z uciechy zimą, kupiłam sobie dwie pary zimowych butów! Czerwone, wykwintne botki do szkoły i plebejskie śniegowce do prawdziwego chodzenia.
W domu zupa i znienackowi goście i resztka wolnej niedzieli, którą gorączkowo należało wykorzystać. Zaczęłam wczoraj czytać książkę Erica Berne, W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich (przekład Paweł Izdebski) i powiem wam, że jest nielicha.
I musze koniecznie pochwalić się, ze w kategorii "domowy pilates" zrobiłam postępy!
wtorek, 6 stycznia 2026
kupa mięci
I budzę się dziś nad ranem z imieniem i nazwiskiem Ferenc Karszosz, które to miano pochodzi z książki No cóż, za moich czasów, Klary Feher i od razu przypływa podpięta do niego nazwa Balamber, który był stateczkiem z kory niosącym marzenie bohaterki tej książki. Ani o tej książce myślałam, ani jej od dzieciństwa nie czytałam, a proszę, wdrapało się przez zaspę pamięci i macha do mnie ni z gruchy ni z pietruchy. Idę na Górkę Życzeń, człapię w śniegu i zastanawiam się, jaki jest mechanizm wyskakiwania takich wspomnień, współdzielą szlak nerwowy z innymi? Może podczepiają się w kartotece komputera pokładowego pod ten sam rejestr? Muszę pokopać, z ciekawości, rzecz jasna, nie że jest mi to do czegoś potrzebne.
A propos pamięci, to rankiem przeczytałam piękną książkę o pamięci właśnie: Król Warmii i Saturna, napisaną przez Joannę Wilengowską. Jest to książka osnuta na fragmentach życia Warmiaków reprezentowanych tu przez autorkę i jej ojca . Historia kursuje jak wielowymiarowa winda, z jedenastego piętra olsztyńskiego bloku, pomiędzy pagórki Stawigudy, ciągnie nas w czasie w tył, w przód i wypluwa z powrotem na chodnik, gdzie nas zostawia.
Joanna Wilengowska operuje przepięknym językiem udatnie łącząc warnijsko godke z niemieckim i poetycką polszczyzną. Konstruuje myśli precyzyjnie, ale jednocześnie mistrzowsko tka ze słów koronkowe obrazy, pajęczynę wspomnień ojcowskich i własnych. Obrazy ciepłe, groźne, zabawne, bolesne, wszystko takie zwykłe, bez patosu z pomponami, ludzkie.
Poznajemy warmińskość przez pryzmat zwykłego, ale też niezwykłego człowieka, w bagatelnych, rzucanych czasem "przy okazji" zdaniach, zgromadzony jest ciężar czasu, i smutek, i strach, i te radości wszelakie. Ojciec, tytułowy Król Saturna jest wielowarstwowy. Autorka maluje go jako dumnego stanowczego króla, ale także kruchego staruszka, jego majestat jest niepozbawiony poczucia humoru i oświetlony ogromnym ciepłem spojrzenia córki. Przez książkę płynie nostalgia, jednak nie jest ona z gatunku tych romantycznych, to zwykła, swojska nostalgia, za podwórkiem dzieciństwa, smakiem tamtego chleba z tamtą solą. Nawet jeśli akurat Warmia nie jest komuś bliska, warto zanurzyć się w tę książkę dla samej opowieści, jej urody i klimatu.
"Król jest weteranem walk, a jego ciało polem bitwy. Tu rozgrywały się potyczki o zastawkę mitralną; żebra kilkukrotnie rozchylano, by wpuścić dragonów ratujących serce, transzeje i okopy zył przekopywano na nowo, by były drożne. Dzięki temu znamy zakamarki wszystkich SOR-ów w mieście, tajne przejścia i ujęcia wody, sztuczki medycznej dyplomacji
(...)
Jako księżna - a nawet czasem sobie myślę nieśmiało, że dziedziczka - królestwa, czuję się tu u siebie. To wszystko jest króla, oczywiście, bo to król jest emanacją królestwa, ale jako jego córka, jako krew z krwi, charakter z charakteru, też jestem posiadaczką Warmii. To wszystko moje. Moje! MOOOJEEE! Gdziekolwiek spojrzeć, wszystko moje. Tu mam siłę. Dlatego jeszcze nie dostałam tutaj mandatu za parkowanie na zakazie oraz ignorowanie parkometrów. Nikt się nie ośmielił, wiadomo. Moje.
(...)
Ojciec:
- Dzisiaj polecę z kosmitami. Zrobię się cieniutki jak papierek.
Ja:
- Dokąd?
Ojciec:
- Na Saturna."
(Fragmenty książki Joanny Wilengowskiej, Król Warmii i Saturna)
poniedziałek, 5 stycznia 2026
Nie kpij z pilatesu przed zachodem słońca
No bo to jest tak, że w filmach przedstawiają pewne dziedziny gimnastyki trochę farsowo. I weźmy taki na przykład pilates, pamiętacie może kiedy opowiedziałam wam historyjkę o aplikacji, która mnie chudnie? No to po trzech miesiącach poczułam, że wybrany przeze mnie tryb oćwiczania, to jednak za mało, za łagodnie, za w ogóle co ja sobie myślałam, no to dołożyłam do tego 15 minut pilatesu. Ten pilates słyszałam w filmach, znam kilka osób, które chodzą na pilates i są to osoby filigranowe często, nieterenowe zupełnie, ten pilates jawił mi się jako coś, czemu moje gabaryty i astmatyczna osobowość podoła i w ogóle to będzie miła odmiana. I ożeż krwa ja proszę was mać! Po 15 minutach tego pilatesu wersja początkujący, po pierwsze leżę na podłodze licząc, że przyjdzie jakiś gość do mnie i mnie podniesie, a kiedy nikt nie przychodzi bo ćwiczę wieczorem, to podnoszę się i po drugie wyżymam frak, i po trzecie stwierdzam istnienie mięśni, których nawet jako biolog, nie spodziewałam się w tych miejscach. Tym samym przepraszam was wszystkich, o których myślałam, że godzina waszego pilatesu to jakieś SPA z masażem, klękam przed wami filigranowi ludzie, którzy utrzymujecie się w pozycji side plank with twist dłużej niż 20 długich, jakże długich sekund!
Dziś na deptaniu cmentarnych ścieżek nakrył mnie kolega i mówi - a-ha! a ja się zastanawiałem kto je robi!
A wczoraj, dzięki komentarzowi Teatralnej odkryłam na YT wersję Gwiazdkowego Prezentu (The Christmas Toy) Jima Hensona, a ta wersja z polskim dubbingiem była nie do odszukania przez wiele lat (moja kaseta VHS z nagraniem z TV przepadła w mroku domostwa i rodziny). Jeśli nie widzieliście, to oświadczam, że jest to jedna z najpiękniejszych świątecznych opowieści o tym, co się dzieje w pokoju dziecięcym, gdy idziemy spać, o tym, jak ciężko znosimy zmiany, o tym, że przyjaźń nie zawsze oznacza bycie gwiazdkowym prezentem i o tym, jak cudowna jest aura świąt. To chyba ta baśń jest odpowiedzialna za utrzymujące się we mnie poczucie, że gdy się odwracam, zabawki żyją własnym życiem. Z tego pochodzi też takie nasze z byłym narzeczonym, hasło: "to ja jestem gwiazdkowym prezentem!" i oczywiście Kapitanowi Sparrowowi zaraz wysłałam link, a i was uraczam, więc jeśli macie ochotę to tu Gwiazdkowy Prezent (The Christmas Toy) Jim Henson
i jeszcze wczoraj było przepiękne księżycowe halo natle
Jaskółka napisała u siebie "Coś w tym wilczym księżycu jest niepokojącego, tajemniczego i bardzo nostalgicznego" i to jest zdanie bardzo udatnie trafiające w punkt mojego poczucia, z tym, że ja właśnie takie coś czuję na temat księżyca zawsze, nie tylko kiedy księżyc się wilczy na niebie. No widzicie? Aż trzy wpisy na początek roku, czyż nie jestem przedzielna?!
niedziela, 4 stycznia 2026
funerogging
Och, znowu śnieży! Bohatersko przyznaję się, że dopiero godzinę temu wstałam spod kołdry i walam się w piżamie po domostwie, a tu śnieży, zaprasza, żeby wskoczyć w kamaszki, kiedy ja jeszcze mentalnie niegotowa, gdyż dopiero druga herbata... Nie, nie zmusi mnie jeszcze, trudno, śnieży teraz, pośnieży i później. A mam w planach, to może się wam wydać dziwaczne, kiedy zabrzmi, ale napiszę to odważnie i z wypiętą piersią - mam w planach wydeptywać ścieżki na cmentarzu. Tu dobrze byłoby umieścić emotikon, który nazywam miną żaby, ale w tekście pretendującym do rangi tekstu, nie wypada.
Z tymi ścieżkami to chodzi o to, że my nie odśnieżamy naszego cmentarza. Wiecie, to mały wiejski cmentarzyk, zrządzeniem założeń architektonicznych tuż za moim oknem, co bardzo sobie chwalę, bo towarzystwo spokojne i poćciwe, a zanim jeszcze wycięto starodrzew (grr), to jeszcze pełen ptactwa i prawdziwych centaurów. Teraz zające mają używanie i regularnie czytam ich gryzmoły na śniegu. No więc nie odśnieżamy i wczoraj byłam odkopać rodziców (spod śniegu, spod śniegu) i zaświecić im światełka, a przy okazji kochanej cioci, naszemu przyjacielowi rodziny, księdzu proboszczowi i anonimowemu przedwojennemu proboszczowi, co obok rodziców ma piękny stary pomnik nagrobny. I zachodziło słońce, i powietrze miało cięte krawędzie, i zaczęłam wydeptywać pierwszą ścieżkę, do rodziców, i tak mi się przyjemnie truchtało po tym śniegu, że pomyślałam o wujostwu (mieszkają z drugiej strony korytarza), że może będą chcieli odwiedzić i moich rodziców i ciocię Reginkę, a że starsi ludzie, to wydepczę im ścieżynkę i tu, i tu, no to truchtałam dalej coraz bardziej zadowolona z efektów. Na mocy tych endorfin dziś nad ranem zmyśliłam, że jest jeszcze kilku starszych ludzi we wsi, którym będzie ciężko dotrzeć do swoich bliskich ze ścieżynki głównej, a skoro się tak miło depcze te ścieżki, to czemu by nie połączyć tego z użytecznością publiczną i tak właśnie narodził się Wielki Plan Przechodni.
Nie, żebym uważała starszych ludzi za niezdolnych do heroizmu, wręcz naodwrotnie, uważam, że w warunkach pogodowych dają sobie radę lepiej niż młode pokolenie, ale swoje już nawalczyli, więc lubię pomóc.
Tak, zdecydowanie za oknem śnieżyczka.
sobota, 3 stycznia 2026
Postnoworoczny
Serio, serio, niemal nic więcej nie robiłam, mój mózg zrzędził na każdy najmniejszy przejaw aktywności intelektualnej i pozwoliłam mu na to, niech ma. Czekając wszakże, aż mi się upiecze chleb, piszę te słowa noworoczne z zamiarem ich dokończenia i ujawnienia światu majestatu i wspaniałości wpisu. Majestat i wspaniałość polegają na tym, że uda mi się ów wpis o niczym właściwie doprowadzić do końca, no bo nie oszukujmy się, moja codzienność nie jest naznaczona świetlistością, że wszyscy czekają na jej kolejny odcinek. Ot, jak co dzień, wstaję, czynię ablucje i krzątam się po świecie lub gniję w fotelu i tyle.
Doprawdy nie da się mieć i udźwignąć więcej, niż ten spłachetek ziemi przykutej do naszych stóp, słup powietrza nad głową, nie da się sięgnąć dalej poza własne ręce ani zakreślić stopą koła o promieniu większym niż długość nogi, ale chyba trzeba to po prostu poczuć, zostawić na moment precjoza i wytapiserowane ściany, bezprzewodowe garnki, nierdzewne odkurzacze i choćby na moment, taką mroźną nocą, przy małym ogienku pod zimnymi gwiazdami móc sobie powiedzieć, to już tyle, to wystarczy, spocznij harcerzu.
A żeby nie było to polecę Wam książkę Gwiazdy zbłąkane w mroku Colina Meloya (przekład Maciej Studencki), którą to czytałam mniej więcej w czasie oglądania Stranger Things i bardzo paralelnie się zachowywała, co nie odbiera jej rzecz jasna fajności. Książka dla nastolatków, ale napisana z pazurem daje frajdę również rzepeciwemu czytelnikowi, czyli mnie. Grupa przyjaciół, stara rezydencja na klifie, tajemnicza rzecz wykopana podczas prac budowlanych i dziwni mężczyźni z notesami... robi się ciekawie, czyż nie?
A w Olsztynie mamy przystanek, na którym w deszczową noc grudniową oczywiście musiałam się znaleźć, bo akurat byłam na szkoleniu
Cudowny komiks Henryka, Jana Mazura i Mikołaja Ratki - Vaclav Drakulič jedzie do urzędu. Znacie ten stan, kiedy urzędnicy kompletnie nie słuchają waszych wyjaśnień? No to jeszcze raz przeczołgacie się przez mękę urzędów z Vaclavem Drakuliczem, sympatycznym starszym panem, który "nie nazywa się Drakula" i przez wiele lat nie wyściubiał nosa ze swojego karpackiego zamku aż do momentu, kiedy decyzją Sądu Administracyjnego, jego dom zostaje skonfiskowany z powodu wampiryzmu właściciela. Naprawdę chwyta za serce.
No i dwa komiksy Tadeusza Baranowskiego - Dramatyczne wydarzenia opisane od niechcenia, to zbiór dwóch miniserii pasków - Przygody Twistującego Słonia Twisti (z łamów Wyborczej) i Przygody Misia (z Misia), to dla miłośników i kolekcjonerów twórczości autora. Drugi zaś to kontynuacja przygód Kudłaczka i Bąbelka, w których pojawią się wszyscy bohaterowie poprzednich komiksów, czyli Orient Men, wampiry, Profesorek Nerwosolek, Wódz Wielki Niepokój i inni - Na wypadek wszelki, woda, soda i bąbelki (oraz Kudłaczki), tak brzmi tytuł w pełnej krasie.
Ponieważ jest śnieg, zrobiłam bałwanka
A tak wyglądał mój świąteczny miszmasz szkolny
niedziela, 30 listopada 2025
Kiedy zaczniemy zawijać się w koc
No po prostu nie da się! Codziennie geografia, fizyka, biologia, przyroda, plastyka, muzyka, zajęcia z wychowawcą kręcą się w mojej głowie jak upiorna karuzela i co tydzień powtarza się mój bieg do pracowni, nie ma klasy, bieg na górę do innej pracowni, jest klasa, albo test z geografii - "ale my mamy biologię teraz" i tak w koło macieju. Więc nie da się wytrwać w mrocznym postanowieniu, że się pisywać na blogu będzie częściej, no bo jak wolne, to sen, to domostwo, to kontakty socjalne. Jeszcze mnie diabeł smagnął ogonem, że weszłam w duży projekt zmieniający system nauczania w szkole i no co ja wam tu będę, nie da się. Ale jednak blożku istniejesz, trwasz wiernie u mego pulchnego (choć przecież schudniętego już nieco) boku, trwasz cierpliwie, słuchasz i zatrzymujesz w głębokich odmętach kodu tę moją krzątaninę, siekaninę, szarpaninę i ninę po prostu, wysyłasz stabilnie i niezmiennie moją codzienność w świat, wyświetlasz na ekranach przypadkowych przechodniów zawartość mojej skudłaconej głowy, więc ja cię blożku tak zupełnie i na stałe opuścić nie mogę, to się nie godzi.
Wstawiłabym wam zdjęcie zimy, ale pewnie każdy ma, a ja w tym przeżuwaniu rzeczywistości pośpiesznym, nawet nie miałam frajdy wyciągania aparatu. Za to miałam i mam frajdę naoczną, na ten przykład wczoraj późnym wieczorem znalazłam się i napatrzyłam na zaśnieżony Olsztyn, poszwendałam się w zachwycie, nachłonęłam miękkiego latarnianego światła, pooddychałam urodą Serca Jezusowego, postałam pod ceglanym neogotyckim LO 1 słuchając próby chóru, która niosła się z okien auli, wolno zmierzyłam Dąbrowszczaków, pokręciłam się po Starym Mieście i jeszcze dziś mam wolne, zaiste świat jest piękny!
Jakieś trzy tygodnie na moim biurku leżała kartka ze szkicem wpisu, który zdawał mi się ważki i udatny. Przedwczoraj posprzątałam biurko.
*
A zatem zamiast ważkiego i udatnego wpisu - dyrdymały. Albo chociaż uratuję coczytałami.
Komiksy Fibi i jednorożec, Dany Simpson, już wychwalałam i dalej to robię, ale rzecz nową dla mnie zachwalę jeszcze bardziej. Znam cię Michalea Deforge (przekład Jessica Jha) to surrealno-kubistyczna opowieść o świecie jak ze snu. Kiedy jednak pozbawimy nasz realny świat swoistych zamgleń i nakładek osobistych, wydaje się on być właśnie taki, jak w komiksie. Świat zmienia się i czasami dopada nas poczucie, ze ta zmiana jest nie do poznania, podobnie i my się zmieniamy, nie potrafimy rozpoznać tej osoby z lustra albo może z dawnej fotografii. Znakomicie, a zarazem nieco groźnie chwyta to Deforge. Groźnie, bo zmiany te są w pewien sposób zimne, nieoswojone, wprawiają mieszkańców miasta w konsternację, do której tak naprawdę nikt się nie przyznaje. My te zmiany widzimy oczami świadomej/go choć zagubionej/go bohatera/bohaterki ludzkiej/innogatunkowej (nie możemy tego stwierdzić na pewno, bo transformacja trwa). To poczucie zagubienia, osamotnienia, nierozumienia tego co się dzieje, a także wykluczenia, towarzyszą czytaczowi/oglądaczowi tego komiksu. Rzecz niesłychanie dobra w takich malutkich okładeczkach. Zalecam!
*
Ursula Le Gun, Jesteśmy snem, przekład Agnieszka Sylwanowicz. No Pani Ursuli to najpewniej przedstawiać nie muszę. Zbiór Jesteśmy snem zawiera trzy opowieści, które połączone są mianownikiem zmagania się z nieznanym, walki z niemocą. Autorzy podejmują próby przezwyciężenia siły, wydawałoby się, sprawczej, przebicia muru, który oddziela ich życie od szerokiego spektrum. Jest w tych opowieściach pewna klaustrofobia, margines istnienia i strach. Ursula Le Gun stawia pytania o nasze możliwości, determinację, nasze lęki i pragnienia, a także o to, czy wszystko zakończy się dobrze.
*
Jako biolog z Warmii nie mogłam nie sięgnąć po książkę Marka Maruszczaka (to ten od głupich zwierząt i roślin) - Sally. Trudno być wiedźmą. Dodatkowo wołała do mnie przepięknie narysowana okładka, za którą składam wielki podziw u stóp Włodzimierza Chołostiakowa (a także za ilustracje wewnątrz). Sally to świeżo upieczona absolwentka akademii magii. Właśnie otrzymała przydział na staż w miejscu na końcu świata, w głębokiej i mrocznej leśnej prowincji, za to pod okiem jednej z najlepszych czarownic, co nieco podnosi Sally na duchu. Po drodze dziewczyna odkrywa, że na gapę zabrał się z nią uczelniany kot. Na miejscu wita ją demon pod postacią kruka. Rzecz w tym, że mentorki brak. Co się z nią stało, to już przeczytajcie sobie sami. Uwaga książeczka może zawierać specyficzne i absolutnie cudowne poczucie humoru Marka Maruszczaka.
*
Pan Prezydent, Miguel Angel Asturias, tłum. Kacper Szpyrka. Zastanawialiście się jak to jest obudzić się z koszmaru i stwierdzić, że się nadal w tym śnie tkwi? To właśnie uczucie brutalnego świata tej książki. Brutalizm podkręca dodatkowo przepiękny, przeozdobny język narracji. Jeśli pamiętacie Sztukę Spadania Tomka Bagińskiego, to pan Prezydent, wywołuje we mnie podobne odczucia. Asturias obracając słowami, budując z nich trotuary i bramy, mury domów i kurz, pokazuje bezlitosną machinę dyktatury, inwigilacji, przemocy i obezwładniającego lęku. Gwatemala, tytułowy Pan Prezydent wznosi się w głowach i nad miastem jak pierwotne i gniewne bóstwo, a jego ludzki odpowiednik, kruchy i pozornie "ludzki", skreśla palcem życia jedno po drugim. I nie, nawet nie czytając jeszcze wiemy, że ta historia nie skończy się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.
*
A po tej mrocznej pozycji komiks Tadeusza Baranowskiego, Naukowa to jest kwestia, znowu się zjawiła bestia, to przecie dla fanów Baranowskiego, do których ja się zaliczam, przesympatyczna gratka, podobnie zresztą jak kolejna część Hildy i Rożka autorstwa Luka Pearsona - Przebudzenie Pana Śniegu. Nie wiem, jak robi to Pearson, że potrafi połączyć słodycz z absurdem, niesamowitym humorem i ciepłem. Na paru obrazkach.
To tyle. Na zdjęciach widzimy obraz sali należącej do klasy piątej i jej wychowawczyni. Detale mówią obserwatorowi o stanie ducha wzmiankowanych właścicieli oraz o tym, że właśnie trwają przygotowania do kiermaszu świątecznego.
kanapkę, którą wykonała moja klasa dla pana od historii w ramach akcji Śniadanie daje moc!
oraz poranek jeszcze przed spadnięciem śniegu z drogi do robót
Czuj duch!




























