pojechałam do Pragi
(chyba)
piątek, 29 kwietnia 2011
czwartek, 28 kwietnia 2011
patrzenie na księżyc
Patrzenie na księżyc. Nikt oczytany, naoglądany nie powie, że patrzenie na księżyc jest piękne. (Od razu wyjdzie na jaw, że człowiek ten nie posiada kultury literackiej i jest wielbicielem Paula Coelho. Właściwie to go tak dyskwalifikuje towarzysko, że na przyjęciach mogą mu za karę wlewać rumuńskie wino półsłodkie zamiast burgunda, a "Elle Decoration" nigdy nie wydrukuje zdjęć jego mieszkania). A pan Hrabal by się tym nie przejął. On widzi rzeczy w zachwycie.
"Wszystko, co spotykam, jest silniejsze niż ja. Muszę potem dojść do siebie, oprzytomnieć. Nie tylko ludzie tak na mnie działają, ale choćby i księżyc w pełni, nie jestem w stanie na niego spojrzeć, najpierw muszę popatrzeć w lewo, potem w prawo, i dopiero wtedy, przejęty do głębi, spoglądam mu w oczy, i za chwilę przymykam powieki, tak jakby spojrzała na mnie piękna kobieta, o której wiem na pewno, ze gdyby tylko mnie zagadnęła, zaraz zacząłbym mówić od rzeczy. Z trudem dochodzę potem do siebie"
(Z książki "Zrób sobie raj", Mariusza Szczygła)
*
ten fragment ze szczygłowej książeczki, przyjemnie mnie rozbawił;
jakoś serdecznie, bo fajnie celnie i niezłośliwie utrafia w sedno, ale w taki sposób, że słychać (gdy solidnie przyłożyć ucho do cembrowiny) echo - "coooś w tyyym jeeest"
no bo, no bo, no bo ja zupełnie nie czuję się przeszkodzona, ani deliryzmem, ani patapatosem, ani nawet koelio nie czuję się przeszkodzona. nic a nic. i święty Patryku chroń mnie przed najeźdźcą, lubię Alchemika, ha! (a nawet posiadam stosowne argumenty, w związku z tym alchemickim lubieniem)
co do hrabalowego cycata, to
dlatego uciekam, spuszczam głowę i nie patrzę. wiem, że jeśli spojrzałabym na coś i to by mnie dotknęło, musiałabym prawdopodobnie zostać tam na zawsze. albo ciężko odchorować. co niniejszym czynię z powodu rzeczy, na które niebacznie spojrzałam
**
z rzeczy praktycznych - kto ma do cholery moją "Auteczko"!?
chciałam sobie przytoczyć mój ukochany fragment z tatuażem, polazłam do półkowników bibliotecznych i o zgrozo/wszystkieświętechóry/sagooludziachlodu! nie ma jej! argh!
***
z rzeczy wspomnianych
Kto nie lubi Malwaziji, ręka w dół!

Chaładzilnik. Coś około Jezior Plitwickich, Chorwacja, zdaje się rok 2005?
*****
A poza tym mojego mieszkania by nie wzięli do żadnej z gazet, nawet cholera do "Misia" . A właściwie, to dlaczego, psiakość?
:|
"Wszystko, co spotykam, jest silniejsze niż ja. Muszę potem dojść do siebie, oprzytomnieć. Nie tylko ludzie tak na mnie działają, ale choćby i księżyc w pełni, nie jestem w stanie na niego spojrzeć, najpierw muszę popatrzeć w lewo, potem w prawo, i dopiero wtedy, przejęty do głębi, spoglądam mu w oczy, i za chwilę przymykam powieki, tak jakby spojrzała na mnie piękna kobieta, o której wiem na pewno, ze gdyby tylko mnie zagadnęła, zaraz zacząłbym mówić od rzeczy. Z trudem dochodzę potem do siebie"
(Z książki "Zrób sobie raj", Mariusza Szczygła)
*
ten fragment ze szczygłowej książeczki, przyjemnie mnie rozbawił;
jakoś serdecznie, bo fajnie celnie i niezłośliwie utrafia w sedno, ale w taki sposób, że słychać (gdy solidnie przyłożyć ucho do cembrowiny) echo - "coooś w tyyym jeeest"
no bo, no bo, no bo ja zupełnie nie czuję się przeszkodzona, ani deliryzmem, ani patapatosem, ani nawet koelio nie czuję się przeszkodzona. nic a nic. i święty Patryku chroń mnie przed najeźdźcą, lubię Alchemika, ha! (a nawet posiadam stosowne argumenty, w związku z tym alchemickim lubieniem)
co do hrabalowego cycata, to
dlatego uciekam, spuszczam głowę i nie patrzę. wiem, że jeśli spojrzałabym na coś i to by mnie dotknęło, musiałabym prawdopodobnie zostać tam na zawsze. albo ciężko odchorować. co niniejszym czynię z powodu rzeczy, na które niebacznie spojrzałam
**
z rzeczy praktycznych - kto ma do cholery moją "Auteczko"!?
chciałam sobie przytoczyć mój ukochany fragment z tatuażem, polazłam do półkowników bibliotecznych i o zgrozo/wszystkieświętechóry/sagooludziachlodu! nie ma jej! argh!
***
z rzeczy wspomnianych
Kto nie lubi Malwaziji, ręka w dół!
Chaładzilnik. Coś około Jezior Plitwickich, Chorwacja, zdaje się rok 2005?
*****
A poza tym mojego mieszkania by nie wzięli do żadnej z gazet, nawet cholera do "Misia" . A właściwie, to dlaczego, psiakość?
:|
wtorek, 26 kwietnia 2011
Dzienniki podróżne - Rumunia 2006
Po pierwsze - oglądałam dream-teamowe zdjęcia z Rumunii
Po drugie - przestraszyłam się, ze nie pamiętam wszystkich nazw miejsc
Po trzecie - wyszperałam dziennik podróży...
Po czwarte ... i znalazłam wielce interesujące, a zapomniane już fakty, które rozbrajają
Po piąte - chcę ująć pamięć w ryzy zapisu...
Po szóste ... foto
Po siódme - Zina (jako posiadacz /wtedy/ najlepsiejszego aparatu) zezwolił na użycie swojego archiwum
Po ósme -wiem, że były lepsze fotografie, pokazujące walory, czy też inne walory. ale część wybrałam z poczucia, a część, żeby turyści nie zwiększali radiacji ;)
Po dziewiąte - a buuu, że w tym roku zmuszona będę prowadzić dziennik sama dla siebie. i pytam, kto wam, ach, kto wam, Dream Teamie będzie sekretarzem podróżnym?
Po dziesiąte - a otóż foto-sentymenta..
1. Deva

2. Hunedoara

3. Alba Julia

4. Sibiu

4. Cisnadie

5. Mediasz

6. Sighisoara

7. Homorod

8. Brasov

9. Rasnov

10 Bran

11. Sinaja

12. Busteni

13. Konstanca

14. Humorului

15. Voronet

16. Moldovita

17. Sucevita

128. Cluj-Napoca

*
Wyimki z dziennika nostalgiczne (z zachowaniem oryginału)
*
12.08.2006 Deva-Alba Julia-Sibiu
(...) Podejrzewamy, ze Rzymianie zdobili mury z nudów - Oktawianie, co dziś machnąłeś na prawym narożniku? (...)
Obejrzeliśmy knajpę. Z powodu WC, to znaczy wszyscy oprócz J. Knajpa ekstra, więc zachęciliśmy ww, żeby tez sobie popatrzył. Poszedł. Zniknął. Wrócił nie wysikany. Okazało się, ze światło w knajpie było już wyłączone na amen, więc kelner przyświecał J zapalniczką. Po przewróceniu połowy knajpy i rozbiciu nosa na lustrze, J, owszem, dotarł do wucetu, ale nie dał rady trzymać jednocześnie zapalniczki i...., więc wrócił.
13.08.2006 Sibiu-Cisnadie
(...) Pognaliśmy na dworzec, by lokalnym dermowo-blaszanym folklorem we wściekłym upale dostać się do Cisnaidie (...) Warowny kościół był oczywiście zamknięty, więc szwędaliśmy się węsząc, jak się do niego dostać i cud - z chłodnego wnętrza wynurzyła się grupa szczodrych Niemców z panem kustoszem. Nasz błagalny wzrok, czterech upieczonych basetów zrobił swoje. Klucznik wzniósł oczy do nieba, westchnął i wpuścił nas na krzywy ryj.
14.08.2006 Sibiu-Medias-Sigishoara
(...) Znowu zapewnienie pani kasjerki, ze autobus do Medias odjedzie ze stanowiska 2. O mały włos zostalibyśmy jak te osły z biletami w dłoni, gapiąc się na autobus ruszający ze stanowiska czwartego, który okazał się być tym, który wedle zapowiedzi, właśnie odjeżdżał z drugiego.
Po drugie - przestraszyłam się, ze nie pamiętam wszystkich nazw miejsc
Po trzecie - wyszperałam dziennik podróży...
Po czwarte ... i znalazłam wielce interesujące, a zapomniane już fakty, które rozbrajają
Po piąte - chcę ująć pamięć w ryzy zapisu...
Po szóste ... foto
Po siódme - Zina (jako posiadacz /wtedy/ najlepsiejszego aparatu) zezwolił na użycie swojego archiwum
Po ósme -wiem, że były lepsze fotografie, pokazujące walory, czy też inne walory. ale część wybrałam z poczucia, a część, żeby turyści nie zwiększali radiacji ;)
Po dziewiąte - a buuu, że w tym roku zmuszona będę prowadzić dziennik sama dla siebie. i pytam, kto wam, ach, kto wam, Dream Teamie będzie sekretarzem podróżnym?
Po dziesiąte - a otóż foto-sentymenta..
1. Deva
2. Hunedoara
3. Alba Julia
4. Sibiu
4. Cisnadie
5. Mediasz
6. Sighisoara
7. Homorod
8. Brasov
9. Rasnov
10 Bran
11. Sinaja
12. Busteni
13. Konstanca
14. Humorului
15. Voronet
16. Moldovita
17. Sucevita
128. Cluj-Napoca
*
Wyimki z dziennika nostalgiczne (z zachowaniem oryginału)
*
12.08.2006 Deva-Alba Julia-Sibiu
(...) Podejrzewamy, ze Rzymianie zdobili mury z nudów - Oktawianie, co dziś machnąłeś na prawym narożniku? (...)
Obejrzeliśmy knajpę. Z powodu WC, to znaczy wszyscy oprócz J. Knajpa ekstra, więc zachęciliśmy ww, żeby tez sobie popatrzył. Poszedł. Zniknął. Wrócił nie wysikany. Okazało się, ze światło w knajpie było już wyłączone na amen, więc kelner przyświecał J zapalniczką. Po przewróceniu połowy knajpy i rozbiciu nosa na lustrze, J, owszem, dotarł do wucetu, ale nie dał rady trzymać jednocześnie zapalniczki i...., więc wrócił.
13.08.2006 Sibiu-Cisnadie
(...) Pognaliśmy na dworzec, by lokalnym dermowo-blaszanym folklorem we wściekłym upale dostać się do Cisnaidie (...) Warowny kościół był oczywiście zamknięty, więc szwędaliśmy się węsząc, jak się do niego dostać i cud - z chłodnego wnętrza wynurzyła się grupa szczodrych Niemców z panem kustoszem. Nasz błagalny wzrok, czterech upieczonych basetów zrobił swoje. Klucznik wzniósł oczy do nieba, westchnął i wpuścił nas na krzywy ryj.
14.08.2006 Sibiu-Medias-Sigishoara
(...) Znowu zapewnienie pani kasjerki, ze autobus do Medias odjedzie ze stanowiska 2. O mały włos zostalibyśmy jak te osły z biletami w dłoni, gapiąc się na autobus ruszający ze stanowiska czwartego, który okazał się być tym, który wedle zapowiedzi, właśnie odjeżdżał z drugiego.
świąteczna gorączka
"Jeśli opowiem ci, co robiłem dziś rano, zanudzę cię? Prawdopodobnie. Gdybyś mnie kochała, z niepokojem i wzburzeniem serca czytałabyś każdą banalność, która choć trochę by się do mnie odnosiła; gdyby nie była do ciebie, i spodziewałabyś się każdej niespodzianki za rogiem każdego drobiazgu, zawsze gotowa się dziwić, niepokoić, popadać w przygnębienie - tak samo jak się dzieje ze mną, kiedy słucham rewelacji z twoich poranków, które składasz mi zawsze po powrocie albo kiedy jemy, gdy zdarza nam się zjeść obiad razem. Gdybym ci jednak napisał tutaj, co zjadłem na śniadanie, że przypalił mi się chleb, gdy robiłem tosty, i że straciłem ponad pół godziny szukając koszuli, prawda, że bym cię zanudził? Podobają ci się historie pod warunkiem, że mnie nie dotyczą, a jeśli tak, niech należą do przeszłości tak odległej, że mogłyby należeć do kogokolwiek."
(Gonzalo Torrente Ballester "Wyspa Ściętych Hiacyntów")
*
otóż to.
**
kiedy tak leżałam sobie dzieląc poduszkę z panią gorączką, okno cięły mi bociany. w pewnym momencie przestałam rozróżniać, czy to wciąż są istoty z krwi i kości, czy ptaki uplecione z mojej maligny, bo umysł robił się coraz cięższy i gęstniał. dziwne doznanie, jak mokre i lepkie myszy. za to dziś już dość, gorączka nie gorączka, wstaje, ni cholery nie uleżę ani chwili dalej.
(Gonzalo Torrente Ballester "Wyspa Ściętych Hiacyntów")
*
otóż to.
**
kiedy tak leżałam sobie dzieląc poduszkę z panią gorączką, okno cięły mi bociany. w pewnym momencie przestałam rozróżniać, czy to wciąż są istoty z krwi i kości, czy ptaki uplecione z mojej maligny, bo umysł robił się coraz cięższy i gęstniał. dziwne doznanie, jak mokre i lepkie myszy. za to dziś już dość, gorączka nie gorączka, wstaje, ni cholery nie uleżę ani chwili dalej.
czwartek, 21 kwietnia 2011
rok szkolny 2010/2011
z zajebistych zajebistości , jakie z gracją motyla wylądowały mi na głowie, wisienką tortową jest ta, że moją wypieszczoną, wychuchaną, wieloletnią kolekcję hiacyntów trafił szlag. stało się to zapewne, kiedy chłopaki wkopywali foliakową folię [ foliaka zresztą tej zimy i tak trafił szlag]. no ja pierdole, popłakałam się dziś kiedy zobaczyłam rozchylający rachityczne kwiatki jeden jedyny, smętny szafirowy, który się nie wiedzieć jakim cudem uchował. aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. mam dość
Neornithes
Kaćka, mówi Polcia wskazując gołębia przemierzającego dworzec gdański. Gołąb córeczko, poprawia ją Dosia z dokładnością biologa. Kaćka, zdecydowanie oświadcza Polcia.
Стрекоза, верблюд, лиса, бегемот
niedawno Alicja wyciągnęła z zakątków mojego bałaganu "Мой первый русский словарь" i zachwyciłam się tą książeczką na nowo. jeże, jak ja uwielbiam owo rosyjskie poczucie humoru. powróciły do mnie wszystkie te przepiękne książeczki, które z takim zapałem czytałam w dzieciństwie (zaskakujące, że czytywałam je w wersji oryginalnej ;D )
na Ps: ni cholery nie umiem opanować technicznych fanaberii blo. ble


na Ps: ni cholery nie umiem opanować technicznych fanaberii blo. ble


środa, 20 kwietnia 2011
o bo tak
Bożeny Bardy wiersze uwielbiam, te wielogłosem będące. z multip.l.em.
a tu sobie w związku z tym prywatę urządzę, bo to mój samosiowy blo jest, a co :]
http://poezjowaniebozenabarda.blogspot.com/2011/04/w-odpowiedzi-na-wkorzystywanie.html
a tu sobie w związku z tym prywatę urządzę, bo to mój samosiowy blo jest, a co :]
http://poezjowaniebozenabarda.blogspot.com/2011/04/w-odpowiedzi-na-wkorzystywanie.html
wtorek, 19 kwietnia 2011
co ma wusz pod łóżkiem ostatnio
ha! od soboty nie jest to kurz.
pod łóżkiem wusz ma "Wyspę Ściętych Hiacyntów" Gonzalo Torrente Ballestera i o ile dobrze się zorientowała, książka dotyka tworzenia, jako procesu. tylko cholernie ciężko teraz ją czytać, bo stemple dachu świata wusz, łamią się jak zapałki i hałas, który czynią, a także kapanie na głowę, mocno utrudnia te miejsca w dniu, które należą do czytania. słowa zgniatają się w makaron, plączą i ze słów występuje z brzegów książki, spagetti, więc czyta się powoli, tak powoli, że w tym tempie wusz czytała jeno konfucjusza i jedną książkę o wodopójkach która była po czesku.
pod łóżkiem leżą też sobie dwa wiersze J. Barana. Jeden z nich wusz bardzo lubi i to jest "telefon z Nowego Jorku o czwartej nad ranem", bo wiersz mówi jej o mieszaninie meocji /ponieważ podoba się jej ta literówka, nie poprawia/ od "co za słodki pomysł" aż do "zamorduję cię ty skukinkocie" i wszystko objaśnia wusz bardzo prostą sprawą - różnicy strefy czasowej, co do tego stopnia zachwyca wusz, że cała jest taka zachwycona w kawałku, który w niej należy do czytania tego wiersza.
a drugi wiersz, bo jeszcze nie dała mu odpowiedzi na to, w którym miejscu stoi. i to jest taki wiersz
***
(Józef Baran)
jak niewiele
potrzeba biedakowi do szczęścia
łyk wody na pustyni
złotówka wygrzebana w kuble śmieci
miejsce przy ogniu
w zimową noc
jak wiele potrzebuje bogacz
żeby ugasić pragnienia
rosnące w nim
w postępie
geometrycznym
a czego się tknie
zamienia się
pod jego nienasyconym spojrzeniem
w pustynię
*
i dziś dostała wusz ładną pocztówkę od Religijnej Joli. to antepedium ołtarzowe w Kaplicy Matki Bożej w Gidlach. Jest do tej figurki bardzo ładna legenda. więc wusz ma następne "chcę zobaczyć"

aha, a jeśli ktoś koniecznie musi wiedzieć, co to antepedium jest, to taka zasłona mensy ołtarzowej. a mensa to taka zasadnicza część ołtarza. płyta najczęściej kamienna, często z wmurowanymi w sepulcrum relikwiami. aaaaa sepulcrum to taki schowek ;D
Grób, to znaczy grób, strofuje mnie Mirek Popiołek który frenetycznie wielbi architekturę sakralną
pod łóżkiem wusz ma "Wyspę Ściętych Hiacyntów" Gonzalo Torrente Ballestera i o ile dobrze się zorientowała, książka dotyka tworzenia, jako procesu. tylko cholernie ciężko teraz ją czytać, bo stemple dachu świata wusz, łamią się jak zapałki i hałas, który czynią, a także kapanie na głowę, mocno utrudnia te miejsca w dniu, które należą do czytania. słowa zgniatają się w makaron, plączą i ze słów występuje z brzegów książki, spagetti, więc czyta się powoli, tak powoli, że w tym tempie wusz czytała jeno konfucjusza i jedną książkę o wodopójkach która była po czesku.
pod łóżkiem leżą też sobie dwa wiersze J. Barana. Jeden z nich wusz bardzo lubi i to jest "telefon z Nowego Jorku o czwartej nad ranem", bo wiersz mówi jej o mieszaninie meocji /ponieważ podoba się jej ta literówka, nie poprawia/ od "co za słodki pomysł" aż do "zamorduję cię ty skukinkocie" i wszystko objaśnia wusz bardzo prostą sprawą - różnicy strefy czasowej, co do tego stopnia zachwyca wusz, że cała jest taka zachwycona w kawałku, który w niej należy do czytania tego wiersza.
a drugi wiersz, bo jeszcze nie dała mu odpowiedzi na to, w którym miejscu stoi. i to jest taki wiersz
***
(Józef Baran)
jak niewiele
potrzeba biedakowi do szczęścia
łyk wody na pustyni
złotówka wygrzebana w kuble śmieci
miejsce przy ogniu
w zimową noc
jak wiele potrzebuje bogacz
żeby ugasić pragnienia
rosnące w nim
w postępie
geometrycznym
a czego się tknie
zamienia się
pod jego nienasyconym spojrzeniem
w pustynię
*
i dziś dostała wusz ładną pocztówkę od Religijnej Joli. to antepedium ołtarzowe w Kaplicy Matki Bożej w Gidlach. Jest do tej figurki bardzo ładna legenda. więc wusz ma następne "chcę zobaczyć"
aha, a jeśli ktoś koniecznie musi wiedzieć, co to antepedium jest, to taka zasłona mensy ołtarzowej. a mensa to taka zasadnicza część ołtarza. płyta najczęściej kamienna, często z wmurowanymi w sepulcrum relikwiami. aaaaa sepulcrum to taki schowek ;D
Grób, to znaczy grób, strofuje mnie Mirek Popiołek który frenetycznie wielbi architekturę sakralną
druga strona
myślę o tym, jak radzi sobie św. Piotr z Babcią Celinką, która odeszła w krasie charakteru pruskiego dragona i z niezmierzonymi pokładami energii. Dziadkowi Heniowi to na mur skończyła się laba i teraz pewnie ma na głowie obie żony. znając Babcię Celinkę, niebo już nie jest to samo. pozamiatane.
*
No to już odeszło najstarsze pokolenie. zupełnie
Babciu Natalio, Babciu Weroniko, Babciu Celinko, Dziadku Heniu, Dziadku Władziu, dbajcie tam o siebie (gdziekolwiek to jest) nie siedźcie po nocach, nie grajcie nadto w karty (bo ten ma łeb obdarty) i pilnujcie nas tu, którzy jeszcze niczego, ale to niczego nie wiemy o zyciu.
*
No to już odeszło najstarsze pokolenie. zupełnie
Babciu Natalio, Babciu Weroniko, Babciu Celinko, Dziadku Heniu, Dziadku Władziu, dbajcie tam o siebie (gdziekolwiek to jest) nie siedźcie po nocach, nie grajcie nadto w karty (bo ten ma łeb obdarty) i pilnujcie nas tu, którzy jeszcze niczego, ale to niczego nie wiemy o zyciu.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Szesnastu chłopa na umrzyka w skrzyni jo ho ho i butelka ruumuu!
Jeśli nic się nie zmieni i nic niedobrego nie wydarzy, Aś zobaczy lelejące się w Atlantyku, kaszaloty, ha!
(juu w lipcu)
:D
(juu w lipcu)
:D
niedziela, 17 kwietnia 2011
wieczorne miaukoty
dzielę mój s-pokój z Retes i x-faktorem;
Mozil ma księżyc, Maja ma księżyc, Kuba ma księżyc, a gdzie ja mam, kurwa, księżyc?
*
a ze świątecznych sprzątków,w których leniwie brałam udział, na granicy oka złapane za ogon, dwie opowiastki
o fhącuskiej noweli fantastycznej

i o podejrzliwym kocie z dzbanka

ponura piosneczka, która przy okazji się złożyła w dzióbek
http://wierszalotka.blogspot.com/2011/04/kot-z-dzbanka.html
*
aha, i kto wyżarł mi kawałek prześcieradła?! przyrzekam, że nie było ono kwadratowe.
:|
Mozil ma księżyc, Maja ma księżyc, Kuba ma księżyc, a gdzie ja mam, kurwa, księżyc?
*
a ze świątecznych sprzątków,w których leniwie brałam udział, na granicy oka złapane za ogon, dwie opowiastki
o fhącuskiej noweli fantastycznej
i o podejrzliwym kocie z dzbanka
ponura piosneczka, która przy okazji się złożyła w dzióbek
http://wierszalotka.blogspot.com/2011/04/kot-z-dzbanka.html
*
aha, i kto wyżarł mi kawałek prześcieradła?! przyrzekam, że nie było ono kwadratowe.
:|
pieczęć i źródło
Źródło
(Konstandinos Kawafis
tłum. A.Libera)
Zakosztowali właśnie zakazanej rozkoszy.
Teraz wstają i szybko ubierają się w ciszy.
Wychodzą z domu osobno i tak, by nikt ich nie widział,
a potem, idąc ulicą, czują się jakoś nieswojo,
jakby coś ich zdradzało: że leżeli przed chwilą
na jednym łóżku i po co.
Ale artysta zyskał: jutro albo pojutrze,
albo i nawet po latach, powoła do życia wiersz,
którego siła wyrazu tu właśnie ma źródło.
*
wałkoniłam się dziś rano w poduszce z jedną z moich ścieżek czytania tego wiersza, która owego "artystę" ustawia jako wyrwanego z opowieści. bo artysta może równie dobrze uczestniczyć, jak i stać na jej skraju. dziś myślałam o tej ze skrajem.
mózg jest miękką, podatną masą, w której, jak pieczęcią, odciska się rzeczywistość, nawet ta dostrzegana kątem oka. jej część ujawnia się w snach, inna przeniesie przez palce, jakiś jej fragment opowiemy najbliżej siedzącej osobie.
postrzegam źródło jako naszą indywidualną interakcję ze strumienie, można by rzec-własne ujęcie /jak na jednym strumieniu własne stawiane cembrowiny/.
pojawia się wówczas wewnątrz mnie dziwne poczucie, że "ja" istnieje w tysiącach odbitek, zdradza nasze tajemnice tysiącom różnych oczu i serc, rękom ufnym i nieufnym, szczerym i zbrudzonym, wydaje nas na ich pastwę. poddaje tę swoistą nagość pochwyconego 'ja' pod różnorodny osąd, nawet jeśli to tylko "patrzenie".
patrzę na obrazy, posągi - uśmieszek w ustach Giocondy, ucho Rembrandta (Autoportret z zacienioną twarzą), wymiana spojrzeń służącej i jej pani ("List miłosny" Vermeera), umierający Gal, sroka na Brojglowskiej szubienicy i jego w tłumie chwytane postaci, malarstwo braci Limbourg, egipskie malowidła naścienne, te wszystkie rzeczy, którym żywa nasza materia, niepokoje, radości, niedostatecznie ukryte tajemnice, są źródłem
źródło zrywa pieczęć, pozwalając wodom na chwilę zatrzymanym, wyrwać się z ograniczenia kościanej puszki, w której na czas jakiś uwięzły i połączyć się z bezkresnym nurtem.
przez to też rozumiem, że "wielkie oko patrzy"
**
a wieczorem w głowie mi Lament Ariadny, jedyny, zdaje się, dochowany do dziś, fragment opery Monteverdiego "Ariadna"
(w wersji potrojonej, bo każda ma dla mnie coś, a wobec cosiów jestem bezsilna)
(Konstandinos Kawafis
tłum. A.Libera)
Zakosztowali właśnie zakazanej rozkoszy.
Teraz wstają i szybko ubierają się w ciszy.
Wychodzą z domu osobno i tak, by nikt ich nie widział,
a potem, idąc ulicą, czują się jakoś nieswojo,
jakby coś ich zdradzało: że leżeli przed chwilą
na jednym łóżku i po co.
Ale artysta zyskał: jutro albo pojutrze,
albo i nawet po latach, powoła do życia wiersz,
którego siła wyrazu tu właśnie ma źródło.
*
wałkoniłam się dziś rano w poduszce z jedną z moich ścieżek czytania tego wiersza, która owego "artystę" ustawia jako wyrwanego z opowieści. bo artysta może równie dobrze uczestniczyć, jak i stać na jej skraju. dziś myślałam o tej ze skrajem.
mózg jest miękką, podatną masą, w której, jak pieczęcią, odciska się rzeczywistość, nawet ta dostrzegana kątem oka. jej część ujawnia się w snach, inna przeniesie przez palce, jakiś jej fragment opowiemy najbliżej siedzącej osobie.
postrzegam źródło jako naszą indywidualną interakcję ze strumienie, można by rzec-własne ujęcie /jak na jednym strumieniu własne stawiane cembrowiny/.
pojawia się wówczas wewnątrz mnie dziwne poczucie, że "ja" istnieje w tysiącach odbitek, zdradza nasze tajemnice tysiącom różnych oczu i serc, rękom ufnym i nieufnym, szczerym i zbrudzonym, wydaje nas na ich pastwę. poddaje tę swoistą nagość pochwyconego 'ja' pod różnorodny osąd, nawet jeśli to tylko "patrzenie".
patrzę na obrazy, posągi - uśmieszek w ustach Giocondy, ucho Rembrandta (Autoportret z zacienioną twarzą), wymiana spojrzeń służącej i jej pani ("List miłosny" Vermeera), umierający Gal, sroka na Brojglowskiej szubienicy i jego w tłumie chwytane postaci, malarstwo braci Limbourg, egipskie malowidła naścienne, te wszystkie rzeczy, którym żywa nasza materia, niepokoje, radości, niedostatecznie ukryte tajemnice, są źródłem
źródło zrywa pieczęć, pozwalając wodom na chwilę zatrzymanym, wyrwać się z ograniczenia kościanej puszki, w której na czas jakiś uwięzły i połączyć się z bezkresnym nurtem.
przez to też rozumiem, że "wielkie oko patrzy"
**
a wieczorem w głowie mi Lament Ariadny, jedyny, zdaje się, dochowany do dziś, fragment opery Monteverdiego "Ariadna"
(w wersji potrojonej, bo każda ma dla mnie coś, a wobec cosiów jestem bezsilna)
czwartek, 14 kwietnia 2011
Potrzeba homogeniczności
"Piękna kobieta nie znosi w swym zasięgu żadnych brzydactw. Tym, co ją spośród innych kobiet wyróżnia, jest poczucie homogeniczności, jedna z najmniej przestrzeganych potrzeb naszej natury, potrzeba skłaniająca stare panny do gromadzenia starych rupieci"
(Honore de Balzac. Melmoth pojednany /tłum. Julian Rogoziński/)
*
ekhm
**
no ej!
(Honore de Balzac. Melmoth pojednany /tłum. Julian Rogoziński/)
*
ekhm
**
no ej!
niedziela, 10 kwietnia 2011
światełeczki
Po raz kolejny dobitnie uświadamiam sobie, jak wielkie dotknęło mnie błogosławieństwo mania przyjaciół.
mana mana!




z nałikentu przywiozłam światełko śródziech, drapanie w gardle, zakwasy od twistera, plecak książek. i jakąś taką wzruszoną czułość z powodu tego, że wciąż jesteśmy.
Szczególne podziękowania Józinkowi za stwierdzenie:
"Ciocia nie może być Kłapouchym bo ciocia jest trochę chuda"
Ha!
mana manaaa!
mana mana!
z nałikentu przywiozłam światełko śródziech, drapanie w gardle, zakwasy od twistera, plecak książek. i jakąś taką wzruszoną czułość z powodu tego, że wciąż jesteśmy.
Szczególne podziękowania Józinkowi za stwierdzenie:
"Ciocia nie może być Kłapouchym bo ciocia jest trochę chuda"
Ha!
mana manaaa!
środa, 6 kwietnia 2011
o aniołach
PL: wejdźmy dziś do domu i rozłóżmy skrzydła
CIEMNOSKÓRY CIEMNOOKI I CIEMNOWŁOSY CHÓR:
ooo jakże wejdźmy ooo jak rozłóżmy!
PL: w gniewie albo pokorze wejdźmy
CHÓR: ooo albo po korze!
PL: takie są z nas anioły bardziej domowe
bardziej trwożliwe bardziej stylowe bardziej na modłę
spokojnych ścian
CHÓR: aaaa spokojnych ścian!
CIEMNOSKÓRY CIEMNOOKI I CIEMNOWŁOSY CHÓR:
ooo jakże wejdźmy ooo jak rozłóżmy!
PL: w gniewie albo pokorze wejdźmy
CHÓR: ooo albo po korze!
PL: takie są z nas anioły bardziej domowe
bardziej trwożliwe bardziej stylowe bardziej na modłę
spokojnych ścian
CHÓR: aaaa spokojnych ścian!
sobota, 2 kwietnia 2011
piątek, 1 kwietnia 2011
z asiejeowego sięplenienia
wiem już, dlaczego to właśnie miętę wybrano na patronkę u-czucia. straszliwie się panoszy, jest absolutnie niereformowalna, niepowstrzymana, ma podstępne, długie pędy, którymi zawłaszcza każdy spłachetek ogrodu. jest dzika, i szaleje, i niczego nie można jej przetłumaczyć innym sposobem, jak tylko - wyrwać chwasta.
na drugim miejscu w żywotności stawia się lubczyk, macierzanka, za nią estragon, tymianek właściwy, majeranek, oregano i grzeczny w swym krzaczku - rozmaryn.
kiedy będąc małą dziewczynką, śpiewałam "o mój rozmarynie rozwijaj się", urodził mi się w głowie obraz czerwono-różowej spirali osadzonej na gałązce jak malwa. do dziś głęboko, pod pokładami biologa, wierzę, że rozmaryn ma właśnie taki kwiat. i żadna, żadna empiryka nie jest w stanie mnie przekonać, że mogłoby być inaczej.
tu na obrazku widzimy nowy nabytek do mojej kolekcji - amarantowy. w tej chwili już jest po kwitnieniu i grzecznie czeka na bliski kontakt z glebą ogrodową.

tu łosoś, żadne nowum, ale lubię te łososiowe

i jonkil zminiaturyzowany. niestety poprzednie wziął sobie kret. po co mu? nie mam zielonego pojęcia :|
na drugim miejscu w żywotności stawia się lubczyk, macierzanka, za nią estragon, tymianek właściwy, majeranek, oregano i grzeczny w swym krzaczku - rozmaryn.
kiedy będąc małą dziewczynką, śpiewałam "o mój rozmarynie rozwijaj się", urodził mi się w głowie obraz czerwono-różowej spirali osadzonej na gałązce jak malwa. do dziś głęboko, pod pokładami biologa, wierzę, że rozmaryn ma właśnie taki kwiat. i żadna, żadna empiryka nie jest w stanie mnie przekonać, że mogłoby być inaczej.
tu na obrazku widzimy nowy nabytek do mojej kolekcji - amarantowy. w tej chwili już jest po kwitnieniu i grzecznie czeka na bliski kontakt z glebą ogrodową.
tu łosoś, żadne nowum, ale lubię te łososiowe
i jonkil zminiaturyzowany. niestety poprzednie wziął sobie kret. po co mu? nie mam zielonego pojęcia :|
Z rozmów rodzinnych - po podróży
Mama - Asia, nasz bocian przyleciał!
Tato - Ale tak siedzi w gnieździe, nie stoi. Pewnie po podróży zmęczony.
ja - może stoi na czworaka?
Tato - Ale tak siedzi w gnieździe, nie stoi. Pewnie po podróży zmęczony.
ja - może stoi na czworaka?
Lukrecja
Podobno del Sarto, stał się wielkim pantoflarzem, kiedy poślubił Lukrecję del Fede. Możliwe, że to dlatego Madonna z harpiami jest taka władcza piękna i pełna miłości. Kiedy patrzę na Lukrecję, też nie miałabym nic przeciwko temu, by być pantoflarzem :]
Lukrecja
*
pamiętam lukrecjowe słodycze, które ongi przywoziła mi, pozostającej w dziecięctwie, z dalekiego i egzotycznego kraju zwanego RFN-em, przyjaciółka mojej siostry. słodycze o wyglądzie kabla do rodzicielskiej lampki nocnej i nieokreślonym smaku. i otóż w Wenecji będąc, zakupiła sobie ja ku przyjemności swej, kabel lukrecjowy i przypomniała ten zatajony w zakamarkach pamięci smak.
(a propos zatajenia w pamięci, to od wczoraj utajniła mi się informacja, co u diabła zrobiłam z kluczem od garażu. dziś go znalazłam - proste, został wyrzucony do kosza na śmieci. voila!)
**
a tutaj jeszcze wielkiej delikatności Maria Magdalena Andrei del Sarto
Magdalena
Lukrecja
*
pamiętam lukrecjowe słodycze, które ongi przywoziła mi, pozostającej w dziecięctwie, z dalekiego i egzotycznego kraju zwanego RFN-em, przyjaciółka mojej siostry. słodycze o wyglądzie kabla do rodzicielskiej lampki nocnej i nieokreślonym smaku. i otóż w Wenecji będąc, zakupiła sobie ja ku przyjemności swej, kabel lukrecjowy i przypomniała ten zatajony w zakamarkach pamięci smak.
(a propos zatajenia w pamięci, to od wczoraj utajniła mi się informacja, co u diabła zrobiłam z kluczem od garażu. dziś go znalazłam - proste, został wyrzucony do kosza na śmieci. voila!)
**
a tutaj jeszcze wielkiej delikatności Maria Magdalena Andrei del Sarto
Magdalena